Suma wszystkich strachów (ciąg dalszy opowiadań Wagon i Wagon 2)

Północna Kanada.

Posiadłość odgrodzona była od świata wysokim murem. Grzbietu muru strzegły kamery i pojedynczy zwój drutu kolczastego. Olbrzymia brama od frontu otwierała się elektronicznie- na rozkaz mieszkańca tej twierdzy. Do głównego wejścia prowadziła kamienista szeroka aleja, często patrolowana przez uzbrojonych ochroniarzy. Wewnątrz domu, którego szyby oklejono czarną folią w jednym z licznych gabinetów przebywał mężczyzna. Jego ciało sadzano na wózku inwalidzkim zaopatrzonym w butlę tlenową. Sam nie był w stanie się, na to zdobyć. Jego wątłe ciało poprzecinane było ropiejącymi ranami, które liczny personel medyczny starał się zagoić. Niestety choroba, która pustoszyła ciało mężczyzny wymykała się spod kontroli współczesnym znawcom medycyny. Nie pomagały duże pieniądze. Właściciel wózka nauczył się znosić cierpienie w samotności. Nie przyjmował zbyt wiele przeciwbólowej farmakologii, bojąc się o stan naruszonej wątroby. Toczył samotną walkę z bólem i wielokrotnie ją przegrywał.
Mimo swego stanu nie przestawał uczestniczyć w życiu gospodarczym, kraju którego był gościem i zbijać majątek na giełdzie. Miał do tego talent. Odpowiednio dobrana strategia pozwalała mu mnożyć posiadaną gotówkę w dość szybkim tempie. Jeszcze nie wiedział na co ją przeznaczy. Do dziś…
Mężczyzna zgrubiałymi palcami uruchomił wielki plazmowy telewizor. Urządzenie odbierało tylko rosyjskojęzyczne stacje. Właśnie nadawano program publicystyczny z dalekiej północy. Na ekranie przewijały się nazwy wiosek położonych za kręgiem polarnym w azjatyckiej części matki Rosji. Nagle mężczyzna poderwał się na swoim wózku. Ekran wypełniła sylwetka energicznego pięćdziesięciolatka w wojskowym mundurze. Opowiadał reporterowi o pomocy wojskowej dla tutejszej społeczności.
Chory przymknął oczy. Jego mózg wypełniły koszmarne obrazy. Ciała wrzucane do hermetycznych pojemników. Niektórzy jeszcze żyli. Walili pięściami w stalowe wieka. Do czasu, aż się rozpłynęli. Pamiętał bezradne pielęgniarki do których strzelano jak do kaczek. Ich ciała również zapakowano do pojemników. Do póki się dało…
Przed oczami miał też pociąg. Skład złożony z takich samych wagonów. Trudno było je zapomnieć. Sześcioosiowa platforma nieznanego typu przykryta białą budą. Buda nie miała żadnych oznaczeń. W środku na stalowych stelażach stały obłe pojemniki. Wszystkie zamknięte ciężką pokrywą z uszczelką i przyśrubowane do podłogi. Mężczyzna wyłączył telewizor. Pod maską rozległ się syk
– Kuźniecow!
Wzburzony straszliwie nacisnął przycisk u poręczy fotela. Do pokoju wpadła pielęgniarka. Widząc pacjenta w stanie, który mogła określić jako skrajne przerażenie pomieszane z wściekłością, stanęła przed wózkiem nie wiedząc co robić. Ten jednym ruchem ściągnął maskę tlenową, odsłaniając przegniłe kości policzkowe. Rozchylił usta i wycharczał:
– Wezwij Maleńczuka!
Ta nadal stała wpatrzona w potwornie okaleczoną twarz.
– Słyszysz, wezwij natychmiast Maleńczuka!!!
Zareagowała. Wybiegła na korytarz mijając po drodze zdezorientowanych ochroniarzy. Ci wpadli bez pukania do gabinetu i wyciągnęli broń. Mierzyli do niewidocznego wroga.
– Wypierdalać jełopy, chce widzieć Maleńczuka!!!
Posłusznie opuścili gabinet zamykając za sobą drzwi.
Maleńczuk był bardzo młody. Szedł przez hol trzymając w rękach laptopa. Również nie pukał. Nie musiał. Jego pracodawca już założył maskę. Oddychał równomiernie, choć na ucho Maleńczuka trochę za szybko. Wózek podjechał pod same nogi młodego. Trzęsąca się dłoń podała mu komputerowy wydruk z jednym tylko słowem.
LEPROSY
Maleńczuk nie zadawał pytań. Podarł kartkę na drobne kawałki i wrzucił do kominka. Spłonęła szybko. Skłonił się i wyszedł na korytarz. Tam sięgnął za telefon satelitarny. Wybrał numer za oceanem.

Polska Katowice.

Janusz, tak przynajmniej miał napisane w paszporcie, czytał gazetę, gdy zadzwonił aparat. Nie znał numeru. Mimo to odebrał połączenie. Metaliczny głos zadał mu jedno pytanie.
– Numer promocji w Leningradzie?
Janusz znał odpowiedź:
– 1245
– Dobrze, rozpocznijcie wyprzedaż LEPROSY.
Rozłączono się. Janusz złożył gazetę. Sześć lat czekał na ten telefon. Sześć długich lat…

Krasnojarsk; Centrum Zbierania Danych Satelitarnych.

Niewielki ośrodek położony był nad brzegiem równie małego jeziora. Otoczony podwójnym płotem pod wysokim napięciem, sprawiał wrażenie niepozornego. Tylko sprawiał. W podziemnych korytarzach mieściło się największe w Rosji Centrum Analizy Danych. W wielkich klimatyzowanych salach sterczeli nad komputerami analitycy i przeglądali dane dostarczone przez satelity szpiegowskie i meteorologiczne. Większość z nich pracowała na potrzeby wojska lub wywiadu wojskowego. W sali oznaczonej numerem 45 nad monitorem ciekłokrystalicznym, wielkości markowego telewizora, siedziała dwójka młodych ludzi. Tworzyli parę, jakich w ośrodku było coraz więcej. Ona była młodą absolwentką informatyki. On ukończył uniwersytecki wydział nauk matematycznych w Moskwie. System nad którym czuwali działał automatycznie. Pozwoliło to zredukować liczbę osób niepowołanych do minimum. Komputery same analizowały przesyłane obrazy i dostarczały tylko te najistotniejsze – do wojskowych baz danych. Rola dwójki młodych polegała na ewentualnej korekcie, gdyby system zawiódł. Kobieta wywołała na ekran serię bieżących zdjęć z satelity Krasnyj 12. Przelatywał właśnie nad Polską. Potem nie potrafiła wytłumaczyć swojej decyzji specom od wywiadu. Obraz kolejnych krain przesuwał się powoli.
– Coś się dzieje! Zauważył młody
Komputer zatrzymał przesuwający się slajd. Na ekranie pojawił się czerwony kwadrat. Jednocześnie wyświetliły się cztery dwójki. Taki kod oznaczał poważny alarm.
– Co jest, powiększ to Natasza!
Kobieta wykonała polecenie. Obraz zaczął się powiększać. Przed oczyma analityków wyrósł wagon. Wagon z wielką białą budą. Zaraz potem pojawiło się polecenie automatycznie generowane przez system.
POWIADOMIĆ GENERAŁA KUŹNIECOWA – ZAKODOWAĆ DANE – KOD CZERWONY.
Kod czerwony oznaczał automatyczne wysłanie wiadomości do osoby wskazanej przez komputer i zakodowanie obrazu, tak aby tylko ona po wprowadzeniu hasła zdoła się do nich dostać. Procedura już się zaczęła. Ekran zamienił się w serię nieczytelnych szlaczków. Oboje analitycy byli zdumieni.

300 km od Krasnojarska

Generał Kuźniecow sam prowadził swojego terenowego Subaru. Jego agenci ochrony lekko zieleni i potłuczeni siedzieli z tyłu, cierpliwie znosząc fanaberie swojego szefa. Gdzieś z przodu zadzwonił telefon. Generał wcisnął hamulec i auto zatańczyło na szosie. Wojskowy spojrzał na wyświetlacz swojej komórki. Potem zbladł. Trzęsącą się ręką wcisnął przycisk odbierania rozmów. Komputerowy digitalizer mowy odczytał zawiadomienie z Krasnojarska. Potem połączenie urwało się. Generał wyszedł z samochodu. Agenci nie podchodzili, nie chcieli oberwać. Twarz szefa wykrzywiła się w potwornej złości. A może i strachu. Nigdy, go u Generała nie widzieli, więc nie potrafili rozpoznać. Kuźniecow wybił na klawiaturze numer i przycisnąwszy przycisk wybierania, przyłożył aparat do ucha. Gdy tylko, ktoś po drugiej stronie odezwał się, Generał zaczął mówić.
– Wołodia znaleźli jeszcze jeden…
– Niemożliwe.
– A jednak, przybywaj natychmiast do Krasnojarska.
– Nie Kuźniecow, mam tego już dość.
– Jak uważasz, ale jeśli to prawda…
– Mam to w dupie.
Rozmówca rozłączył się. Generał wsiadł do samochodu i skierował go na najbliższe wojskowe lotnisko.

Kijów

Wołodia Zajcew odłożył ostrożnie słuchawkę starego telefonu. Usiadł za zakurzonym biurkiem. Od śmierci Żony nie miał kto mebli wytrzeć. Zresztą Wołodii to nie przeszkadzało. Od dwóch lat regularnie zatruwał swój organizm olbrzymimi dawkami alkoholu. Wszystko po to, by nie śnić. Sny na trzeźwego doprowadzały go do szaleństwa. Widział posokę na podłodze sześcioosiowej platformy przykrytej białą budą. Słyszał łomot skażonych rąk od wewnątrz o stalowe pokrywy pojemników. Potem jeszcze krzyki rozstrzeliwanych lekarzy. Wszystko dlatego, że posunęli się o jeden krok za daleko. Odważyli się zajrzeć tam, gdzie człowiek nie powinien zaglądać. Jemu się udało. W strefie zero przebywał bardzo krotko. Przeżył. Nie był wstanie udźwignąć swojego krzyża. Zaczął pić, bo dość miał przepraszania Boga za swoje błędy. Ściągnął ze ściany dwa zdjęcia w oprawie. Jednym z nich była fotografia zmarłej Żony, a drugim sześcioosiowego wagonu. Ucałował czule to pierwsze i odłożył na bok. Drugie zaś położył idealnie przed sobą. Otworzył szufladę biurka. W jego dłoni pojawił się samopowtarzalny Walther P1. Za plecami stanęli oni. Milczeli. Z dziurami w czaszkach i śladami kolb na rękach. Część zarażona cierpiała i rozpuszczała się. Gdy kolejne kawałki ich ciała spadały na podłogę rozlegał się bezgłośny syk.
Wołodia włożył lufę do ust. Zanim nacisnął spust zdołał wykrztusić:
– Przepraszam Was…

Krasnojarsk

Woskowy śmigłowiec wylądował przed ośrodkiem. Jeszcze pilot nie zdążył wyłączyć silnika, gdy z maszyny wybiegło dwóch ludzi. Pochylając się pod pracującym wirnikiem i wymachując przepustkami wbiegli do wewnątrz. Ostro trzaskając drzwiami wpadli do pokoju 45. Młodzi analitycy odwrócili się. Generał dopadł dziewczyny i mocno chwycił ją za ramię. Ta jęknęła. Chłopak próbował protestować, ale drugi mężczyzna bez pardonu strzelił go w twarz.
– Zamknij się i wynoś się stąd.
Przerażony chłopak trzymając się za policzek wybiegł z pomieszczenia.
Generał rozluźnił uchwyt i podał kobiecie ciąg liter. Było to hasło do danych. Komputer wyświetlił zdjęcie wagonu.
– Oto on Siergiej – Zwrócił się Generał do drugiego mężczyzny.
– Ani chybi on. Stwierdził Siergiej.
– Gdzie to jest?! Krzyknął Generał do dziewczyny.
Natasza szybko wystukała potrzebną komendę. Komputer podał dokładne współrzędne.
– Nie ruszał się stamtąd od dwóch dni. Odczytał Generał.
U Siergieja przy pasku zadzwonił telefon. Po krótkiej rozmowie Siergiej zwrócił się do Kuźniecowa.
– Wołodia odstrzelił sobie łeb, wygląda na to, że musimy ten bajzel posprzątać sami.
– No to do roboty, sprowadź tu tego łepka. A ty młoda kasuj dane.
Siergiej wyszedł. Kuźniecow odczekał aż komputer potwierdzi wyczyszczenie danych. Potem mocno chwycił dziewczynę pod brodę lewą ręką. Prawną sięgnął do kieszeni i wyciągnął z stamtąd niebieską tabletkę. Zamknął ją w dłoni i uderzył dziewczynę mocno w twarz. Potem poprawił z drugiej strony. Wepchnął jej do ust pigułkę i dopilnował by przełknęła. Do pomieszczenia wszedł Siergiej prowadząc przed sobą młodzieńca.
– Co się tu dziej… Chłopak zobaczył pobitą Nataszę.
Więcej nie zdążył powiedzieć. W jego piersi ugrzęzły trzy kule wystrzelone przez Kuźniecowa. Generał szybko wytarł odciski palców na kolbie pistoletu i włożył go w bezwładne ręce Nataszy. Nie zareagowała. Jej wzrok był szklany.
– Co jej dałeś Juri? Spytał Siergiej.
– Najnowszy zachodni wynalazek, troszkę zmodyfikowany. Zwą to cudo tabletką gwałtu. Ona nic już nie powie. Jej mózg przypomina bigos. Ot medycyna…
– Chłopak chciał się zabawić, ale przedobrzył, a ona się broniła. Postaw Juri jakieś napój, żeby chociaż wyglądało na prawdopodobne.
– Nie mam przy sobie, zresztą pieprzyć te bzdury i tak moi chłopcy przejmą śledztwo. Powiadom szefa ochrony obiektu, aby nikt tu nie wchodził i zadzwoń po magików. Niech zrobią z tego wypadek.
– Dobra…
– No i zbierz swoich ludzi, jedziemy do Katowic.
– Kurcza myślałem, że już koniec tego koszmaru.
– Ja też Siergiej.

W drodze do Katowic

Generał dziwnie czuł się w cywilnych ciuchach. Uzbrojony w paszport dyplomatyczny i broń dostarczoną przez ambasadę w Warszawie wpatrywał się w krajobraz za oknem limuzyny. Obok niego siedział Siergiej. Jego przyjaciel i spec od robótek niemożliwych do wykonania. Za nimi jechały trzy cywilne auta na fałszywych blachach. Ludzie Siergieja.
– Słuchaj Juri jeśli to prawda, że zgarnęliśmy wszystkie wagony. Jeśli Zajcew nie kłamał?
Generał zmarszczył czoło. Odwrócił się do Siergieja.
– Też nad tym myślałem, oznaczało by to pułapkę.
– Ale kto, by to mógł zrobić?
– Coś przegapiliśmy w Lesznie Górnym.
– Zarażonego?
– Może, dowiemy się na miejscu. Nie mamy wyjścia.
Oboje zamilkli. Nagle limuzyna skręciła na pusty parking z boku drogi. Za nią trzy samochody. Generał wysiadł z niej wraz z Siergiejem. Na parkingu podali sobie dłonie.
– Juri, rozgrywamy to według mojego scenariusza.
– Oczywiście Siergiej.
Limuzyna zawróciła i ruszyła z powrotem do Warszawy. Generał wsiadł do pierwszego z cywilnych wozów na fałszywych numerach. Ruszył powoli i włączył się do ruchu. Za nim jak przyklejony potoczył się drugi z wozów. Do trzeciego wsiadł Siergiej. Był w nim tylko on i kierowca. Odczekali dwie minuty i również włączyli się do ruchu. Zaczął zapadać zmrok. Generał spojrzał na zegarek i postanowił odpocząć. Miał do tego całe dwie godziny.

Katowice

Samochód zatrząsł się na pierwszych wybojach bocznej drogi prowadzącej do celu. A była nią kopalniana stacja rozrządowa Garbary. Generał nie spał od czasu kiedy minęli granice miasta. Wedle satelitarnego zdjęcia, wagon stał na jednym z zapomnianych torów bocznych.
Do tych torów prowadziła stara brukowana droga. Nią właśnie Juri miał zamiar podjechać pod sam wagon. Ale nie od razu. Najpierw zatrzymał się u wylotu i połączył z Siergiejem.
– Jestem na miejscu.
– Poczekaj chwilę i powoli podjedźcie do pierwszego zakrętu tam zatrzymaj samochód.
– Zrozumiałem.
Generał przekazał polecenie kierowcy. Za nim w odległości trzydziestu metrów stanął samochód Siergieja. Mężczyzna szybko wysiadł z wozu i podbiegł do starego nieczynnego masztu oświetleniowego. Po zardzewiałej drabince zaczął się piąć do góry. Sam maszt wypatrzył na przesłanych zdjęciach i wiedział, że z jego szczytu będzie miał widok na całą okolicę. Siergiej podczas jazdy przysposobił się do akcji. Jego twarz pokrywała czarna maź, a na oczach miał noktowizor. Oprócz tego, tuż przy ustach dzierżył mikrofon do łączności kodowanej z grupą osłaniającą Generała. Gdy tylko dotarł na górną platformę, wydał rozkazy swoim ludziom. Ci zajęli stanowiska promieniście wokół stacji i zalegli na nich oczekując poleceń.
– Juri zaczynaj. Szepnął Siergiej i obserwował jak samochód Generała w iście żółwim tempie toczy się do przodu. Potem przeniósł wzrok na okolicę. Noktowizor bardzo mu ułatwiał sprawę, gdyż na stacji panowały egipskie ciemności. Miał on jeszcze jedną dodatkową funkcję, skanowanie w podczerwieni. Pozwalało to, na wykrycie ciała ludzkiego, gdzieś wśród stojącego złomu. Generał rozglądał się na boki. Otaczały go wraki wagonów do przewożenia węgla. Wyraźnie widział ich wyszczerbione rdzą ściany. Połamane burty i inne uszkodzenia. Przypominało to jazdę w upiornym tunelu. Samochód co rusz zapadał się w okropne dziury. Czasami były one bardzo głębokie, tak że trzeszczało całe zawieszenie. Juri pełnił rolę przynęty. Wiedział o tym i godził się na taki angaż. Choć wolałby inną gażę. Innego wyjścia jednak nie było.
Siergiej zauważył ruch… Ktoś delikatnie uniósł swe ciało w górę i przywarł do długiej rury.
– Jedynka. Snajper przed tobą 3 metry.
– Przyjąłem, zlokalizowany.
– Ostrożnie, musze mieć go żywego.
Snajper zajęty był czekaniem, aż boczna szyba wozu wypełni mu celownik. Zwilżył językiem dolną wargę i zaczął muskać język spustowy. Nie wiedział co się stało. Na plecy upadło mu coś ciężkiego. Potem stracił przytomność.
– Tu jedynka, zrobione.
– Dobra zostań przy gościu.
Siergiej kazał Generałowi przesunąć powoli wóz o kolejne metry do przodu. Jednocześnie obserwował okolice i starał się wcielić w rolę twórcy pułapki. Kolejnego snajpera odnalazł bez trudu.
– Dwójka snajper około metra przed tobą. Zdejmij go.
– Zrozumiałem, lokalizuję cel.
Drugi snajper nawet nie zdążył się podnieść spod maskującej pałatki. Po prostu zapadł w głęboki sen.
– Zdjęty.
– Dwójka idź po linii strzału, potem wal w prawo.
– Zrozumiałem.
– Trojka zabierz obu gości do samochodu i zabezpiecz towar.
Siergiej nakazał generałowi podjechać pod wagon, ale nie wysiadać z samochodu. Wóz ruszył nieco szybciej. Natychmiast zaczął się ruch w terenie. Trzeba było działać szybko. Dwóch mężczyzn biegło w stronę wozu szefa. Siergiej sięgnął do plecaka i wyciągnął stamtąd karabin snajperski. Oparł go o balustradę i modląc się, aby wytrzymała wprowadził do komory pierwszy nabój. Złapał jednego z biegnących w środek celownika na IR. Czerwona sylwetka mieniła się jeszcze kilkoma barwami. Padł strzał. Czerwona sylwetka wyrzuciła ręce do góry i upadła. Drugi z biegnących zatrzymał się. Próbował podnieść kolegę. Nie trwało to długo. Oberwał w środek czoła. Siergiej odłożył karabin.
– Dwójka sprawdź rejon.
Po chwili nadeszła odpowiedź.
– To lokalni złomiary.
– Trudno, usuń trupy pod wagon.
Niewinne ofiary białego wagonu. No może nie całkiem niewinne. Siergiej znowu obserwował teren. Nic się nie działo. Czyżby koniec?
Po drugiej stronie Janusz usiłował połączyć się ze swoimi dwoma snajperami. Ich nadajniki jednak milczały. Coś szło wyraźnie nie tak. Wzasadzie chyba już poszło. Cała nadzieja pozostawała w wagonie. Ale w tej części LEPROSY Janusz już nie był potrzebny. Odpalił swój samochód i ruszył ku wyjazdowi ze stacji. Daleko nie ujechał, gdy ujrzał przed sobą inny wóz. Wiedział już, że się nie udało. Teraz trzeba było myśleć o sobie. Dodał gazu i ruszył przed siebie. Miał nadzieję, że tamci zjadą.
Generał zwietrzył niebezpieczeństwo. Wyskoczył z samochodu i stanął naprzeciw jadącego. W wyciągniętej dłoni miał pistolet. Jego oczy mimo ciemności doskonale widziały cel. Oddawał strzał za strzałem. Przednia szyba wozu rozpadła się. Zjechał na bok i uderzył w starą latarnię. Generał do końca prowadził ogień. Dwanaście naboi trafiło w twarz Janusza. Potem zapadła cisza.
– Dobra akcja Juri
– Dzięki Siergiej, złazisz?
– Nie popilnuję Cię do końca z tej wysokości.
Generał podchodził do wagonu. Mimo w miarę zbliżania się do sześcioosiowej platformy werwa go opuszczała. Coś w piersi kłuło niemiłosiernie, a żołądek zmienił się w kamień. Chciało mu się rzygać ze strachu. To był on… Wagon z koszmaru. Nieważne że był nowy. Wykonano go niedawno. Maźnice nie zdążyły się pobrudzić. Był jak starożytny pomnik- zabijał samą formą. Kuźniecow szarpnął za mechanizm otwierający drzwi. Były naoliwione. Lekko odsunęły się. Pierwszym widokiem jaki udało mu się zarejestrować był kabel od zapalnika wielkiej bomby wewnątrz. Potem było już tylko światło. Jasne i ciepłe. Nawet przyjemne.
Siergiej mocno chwycił się podłogi masztu. Czuł jak konstrukcja drży od fali uderzeniowej. Potem zaś całość poddała się tlenkowi żelaza i fizyce. Siergiej zdążył pomyśleć, że jest jak na statku. Najpierw się przechyliła potem runęła w dół.
Potem znów zapadła cisza.

Północna Kanada.

Generał Kuźniecow zmarł dziś na zawał serca w swej daczy w pod moskiewskiej dzielnicy Piłat…
…Tajemniczy wybuch na starej stacji rozrządowej wywołali prawdopodobnie złodzieje złomu… ich rozszarpane ciała znaleziono…
Telewizor zamilkł.
– Udało się – Głęboki charkot rozszedł się po pokoju. Gdzieś w Rosji
Mężczyzna miał obandażowany lewy bark. Ledwie się poruszał bo betonowej podłodze starego silosu rakietowego. Naprzeciw niego siedzieli przywiązani do metalowych foteli dwaj goście z Polski. Nie mieli już paznokci i uszu. Zmiażdżono im jądra i naszpikowano chemią.
Całość obróbki trwała długo, bo już drugi dzień. Lekarz czuwał, aby żaden z przesłuchiwanych nie odszedł zbyt szybko. Siergiej powoli łączył fakty układanki. Wiedział już kogo pominęli tamtej nocy. Zwykły polityczny śmieć im się wymknął. Nie na długo.

Północna Kanada

Canadair Challenger zgłosił wieży miejscowej kontroli lotów swój nowy kurs. CC-144 był wojskową odmianą tej maszyny. Sprzedany prywatnej firmie wykonywał loty kurierskie na zamówienie. Dziś na jego pokładzie było dwoje pasażerów. Mężczyźni siedzieli spokojnie w fotelach pasażerskich. Ich sine twarze obłożono workami z lodem, aby powstrzymać rozkład. Byli ubrani w mundury lotnicze. Za cichymi pasażerami był ładunek w celulozowej obudowie. Bardzo delikatny rodzaj materiału wybuchowego. Pilot maszyny włączył autopilota i klepnął pomocnika w ramię. Ten podszedł do ładunku i uzbroił go.
– Dawaj umarlaków…
Usadzili ich dokładnie na swoich miejscach. Pilot jeszcze sprawdził nastawienie komputera i czas po którym ten odetnie paliwo. Pora była najwyższa rozpocząć przedstawienie.
– Wieża tu JK-23 mamy kłopoty z silnikami.
Potem trzasnął mikrofonem o obudowę radiostacji i oboje z pomocnikiem opuścili pokład maszyny.

Gdzieś w Rosji

Katastrofa lotnicza spowodowała śmierć mieszkańca posiadłości… Komisja bada przyczyny wypadku…
– Pieprzony polityczny. Syknął Siergiej.

KONIEC

Wrocław, 14.09.2006r.

Powrót do listy opowiadań z 2006r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *