Biały wagon stał na bocznicy Dolmelu. Jakieś dziwny był. Sześcioosiowa platforma nieznanego typu przykryta białą budą. Buda nie miała żadnych oznaczeń. Płaty rdzy i spalonego smaru przykrywały koła. Obręcze były przeżarte. Panewki jednej z osi były zapieczone na amen a sama oś napalona. Masywne drzwi ładunkowe lekko odsunięte, osłaniały nieco wnętrze. Bladosine światło księżyca oświetlało wyłamany zamek. Podszedłem i zajrzałem do środka. Na stalowych stelażach stały obłe pojemniki. Wszystkie zamknięte ciężką pokrywą z uszczelką i przyśrubowane do podłogi. Pomagając sobie lewą ręką wskoczyłem do wagonu. Przy jednym z pojemników klęczała postać. Wiedziałem kto to jest. Mimo to zawsze zadawałem to samo pytanie.
-Jurek?
Postać wyprostowała się i powoli zaczęła odwracać się w moim kierunku. Aż cała znalazła się w trupiobladej księżycowej poświacie. Wtedy to zauważyłem, iż nie ma twarzy. Nagą czaszkę przykrywały resztki zgniłej skóry. Drobne skrawki odrywały się i spadały na podłogę. Dolna szczęka lekko poruszała się wydając okropny dźwięk- KLIK KLIK.
Zacząłem krzyczeć. Najsilniej jak się dało- do utraty tchu…

Zerwałem się na równe nogi uderzając kolanami o blat stołu za którym zasnąłem. Moje dłonie kleiły się a czoło obficie zroszone było zimnym potem. Znajdowałem się w nastawni i po prostu przysnąłem przed zmianą. Naczelnik Kalota odszedł od pulpitu i położył mi rękę na ramieniu
-Spokojnie to tylko sen, coś Ci służbowy stolik nie służy- zagaił ciepłym głosem.
Otarłem lico i usiłowałem uspokoić wyskakujące mi z klatki piersiowej serce.
-Znowu biały wagon- wyjaśniłem Kalocie
-Niedobrze- podał mi filiżankę kawy- rozgrzej bebechy
Powoli wlałem płyn w siebie. Zrobiło się jakoś milej. Podszedłem do pulpitu. Kalota informował jakieś mechanika o mającym nastąpić zatrzymaniu w specyficzny dla siebie sposób:
-Dam was na 14 i tam macie stop
Maszynista nie mógł się pogodzić z decyzją Kaloty i oponował:
-Na pieszo będę szybciej, dajcie mnie za lokalny 2342
-Mechaniku dawać to mi może żona, a wy macie na czternasty zjechać i stanąć pod semaforem JASNE!
-Tak jest nastawnia, zrozumiałem na czternasty i stop, a ile jest tam na rozjeździe?
-Jak w bok to 15km/h
-Bez odbioru
Kalota spojrzał na mnie.
-Lepiej Ci już Covalus?
-Kawa zrobiła swoje, biorę się do roboty- mruknąłem bez przekonania
-Męczy Cię ten cholerny wagon?
Mało powiedziane. Co druga noc zamienia się w koszmarny sen, w którym główne skrzypce gra olbrzymia sześcioosiowa platforma z białą masywną budą. Stwór jakże materialny i jednocześnie bezcielesny. Śmiertelnie niebezpieczna, kusząca pułapka.
-Męczy naczelniku, szczególnie,. że koledzy przez niego zginęli
-Daj sobie spokój, im życia nie wrócisz, a sobie kłopotów narobisz
Wiedział, iż już nie potrafię. Biały wagon opanował mój umysł i wypalił jak zaraza, na którą nie ma lekarstwa. Powoli dojrzewałem, by podjąć tę decyzję. Decyzję o zmierzeniu się z koszmarem i pokonaniu go. Ściany nastawni zatrzęsły się lekko. To towarowy 1441 wtaczał się na czternasty tor z niewielką prędkością. Wkrótce wśród kawalkady pisków, stalowych klocków hamulcowych zamarł, w wyznaczonym mu przez Kalotę miejscu. W powietrze poszedł syk uchodzącego powietrza z niedokreconych przewodów. Spojrzałem w dół na sznur wagonów. Szarych brudnych węglarek z pogiętymi ścianami.
-Naczelniku biorę się za tego białego skurwysyna- wyrzuciłem to z siebie.
-To twój wybór, ja Ci pomogę- odparł Kalota
Potem dodał cicho:
-Też ostatnio słabo sypiam…

Kalota udał się na chwilę do domu, zostawiając mnie samego na posterunku. Jego Żona przygotowała mu obiad i przez telefon służbowy domagała się jego spożycia. Po obiedzie mógł wrócić do swojej drugiej kochanki, jaką była nastawnia- taki mieli układ w domu. Ja zaś przejrzałem rozkazy na dziś i zasiadłem za pulpitem. Lubiłem tą porę. Według rozkładu na linii następowała chwilowa cisza. Cisza przed burzą- kolejowym szczytem. Zatrzeszczało radio, zaczynał się kolejny pracowity dzień.
-Tu Rw11, zamawiam drogę dla pośpiesznego 1294 !
Szybkie spojrzenie na pulpit. Tory główne czyste. Lekki ruch ręką i roszada wyłącznikami. Gdzieś na trasie wyświetlał się zielony sygnał. Zwrotnice potulnie przyjmowały narzucony przeze mnie układ. Żelazna droga, wśród labiryntu szyn, była gotowa. Prosta, jednoznaczna i bezpieczna.
-Tu Gl 12- taki skrót miała nasza nastawnia- 1294, wolna droga
Przełączyłem kanał nadawczy i wywołałem pospieszny. Musiałem mu coś jeszcze przekazać.
-Gl wzywa 1294 !
Wśród szumu i trzasków trakcyjnych zakłóceń odezwał się głos:
-1294 zgłasza się
-Mechaniku macie wolną drogę, dajcie tylko sygnał przy głowicy wyjazdowej, chłopaki z drogówki robią sąsiedni tor, niech o was wiedzą.
-Zrozumiałem sygnał przy wyjazdowej
-Dziękuję mechaniku
Wróciłem na ogólną.
-Tu Rw 11 możemy puścić towarowy 3333 zaraz za?!
-Poczekajcie chwilę Rw 11, zwolnię postojowy nr 14 i pchnę wam 1441, on leci na siekierki
-Rw 11 możesz go dać
-Jak u was wypłynie, dajcie 3333
-Zrozumiałem
Znowu zmiana częstotliwości, jednocześnie lewa ręka miotała się pomiędzy wyłącznikami.
-Mechanik 1441 zgłoś się!
-Jestem 1441, o mam wyjazd…
-Do następnej stacji czysto, powodzenia
-Dzięki
Węglarki piszcząc i trzeszcząc zniknęły w oddali. Od strony Rw 11 nadchodził pośpieszny 1294. Brudnawa EP07 zamajaczyła mi przed frontem nastawni. Podobne do niej wagony przemykały jeden za drugim, stukocząc miarowo na stykach szyn. Przeciągły gwizd rozległ się, gdy pociąg dojeżdżał do pracujących mrówek w pomarańczowych koszulkach. Lekarze żelaznej drogi odsunęli się nieco i obojętnie kontynuowali swoją robotę.
-Rw 11 do Gl 12!
-Gl 12 zgłasza się
-1441 doszedł, wpuszczam 3333
-Zrozumiałem
Ustawiłem drogę dla 3333, potem dla 1345, 8885, 9897 i tak przez cały dzień. Gdy nastał wieczór linia odetchnęła nieco. Do nastawni wpadł Kalota, szczęśliwy i najedzony. Mnie też cos się dostało. Zjadłszy poczułem się nieco lepiej. Niestety na wokandę mojego umysłu wrócił biały wagon. Sięgnąłem po mikrofon radia. Wywołałem nastawnie koło Dolmelu. Piękny kobiecy głos oznajmił mi, że dobrze trafiłem.
-Tu Dg 13 zgłasza się
-O Mariolka, tu Covalus z Gl 12 mam małe pytanko.
-Wal śmiało
Bezpośrednia kobieta.
-Kto siedział przed tobą na nastawni?
Chwila przerwy i zastanowienia.
-Zawsze stary Maciej, spędził tu przeszło dwadzieścia lat
-I nikogo więcej nie pamiętasz?
-Maciej był tu od zawsze, to była jego nastawnia, czasami jeszcze tu wpada
-Mariolka, a gdzie go mogę złapać?
-Zaraz sprawdzę…
Nawet przez zakłócenia przebił się szum przekładanych papierów.
-Covalus, podaję ci adres…
Zanotowałem
-Dzięki Mariolka, dużą kawę masz u mnie
-Obiecanki cacanki, zawsze tak gadasz, trzymaj się
Odłożyłem mikrofon. Kalota miał jakąś dziwną minę. Podejrzaną wielce.
-Ty… Covalku ona leci na ciebie
-Przestańcie naczelniku, wam tylko jedno w głowie
-Jedno i nie tylko, a ty mógłbyś Marioli pokazać jak się układa drogę przebiegu przy wjeździe do tunelu, byłaby milsza dla innych.
-Naczelniku wy o jednym myślicie tylko…
-Co dwie głowy to nie jedna
Na tego faceta nie było rady. Zamknąłem się więc przezornie.
-Naczelniku muszę spłynąć na chwilę, i tak moja zmiana się kończy
Kalota machnął ręką.
-Idź, wolisz wagon od Mariolki, to cię może drogo kosztować…

Dom Starego Macieja stał nieco na uboczu osiedla. Furtka skrzypnęła w ciemności, gdy na nią naparłem. Krzywawy chodnik prowadził wprost pod łuszczące się farbą drzwi. Nie mogłem znaleźć dzwonka, więc załomotałem dłonią. Dość długo trwało zanim, ktoś zbliżył się do drzwi. Nieufny głos zapytał z cicha.
-Kto tam?!
-Covalus z Gl 12, chciałbym porozmawiać.
Wrota uchyliły się nieco. Zniszczona twarz starca pojawiła się w powstałej luce. Czujne oczy lustrowały mą sylwetkę. W końcu Maciej otworzył drzwi.
-Wejdź
Przedpokój domu był wąski, nieco klaustrofobiczny. Wszechobecny zapach stęchlizny drażnił mój nos.
-Siadaj, tam w pokoju, napijesz się czegoś?
-Herbaty
Starzec poszedł do kuchni zostawiając mnie samego w pokoju. Usiadłem w skórzanym fotelu i lustrując otoczenia czekałem na jego powrót. Ściany pokrywały fotografie lokomotyw i ludzi w kolejowych mundurach. Wśród nich widniał czasami Maciej. Często na tle swojej nastawni. Filiżanka z parującą cieczą wylądowała przed moim nosem. Maciej zasiadł naprzeciwko i czekał, aż objaśnię cel mojej wizyty. Zacząłem delikatnie:
-Pamięta Pan pogrzeb dwóch naszych pracowników niedawno?
-Z waszego okręgu?
-Dokładnie, robili u was jako drużyna manewrowa
Maciej zamyślił się nieco.
-Wiem, zachorowali na jakieś paskudztwo
-Tak mówią w okolicy, ja chciałbym żeby Pan coś przeczytał- podałem mu zabrany po drodze z domu pamiętnik Jurka.
-O co Panu chodzi?!- spytał nieufnie biorąc zeszyt
-Proszę poświęcić mi chwilę, tam jest wszystko…-wskazałem na zeszyt
Starzec ubrał okulary i zapalił podręczną lampkę. Szybko chłonął tekst. Z początku na jego twarzy pojawiło się zainteresowanie. Lecz, gdy dotarł do właściwych stron zainteresowanie zastąpił grymas bezgranicznego przerażenia… Rozpoczęła się gra, gra z przeznaczeniem.

Skończywszy wstał i zaczął chodzić po pokoju. Trzeszczące deski podłogi akcentowały jego kroki. Trawił coś w sobie. W końcu pochylił się nade mną i zbliżywszy swoje lico do mojej twarzy zapytał:
-Wiesz w co się pakujesz?
Patrząc prosto w jego oczy odpowiedziałem:
-Jeszcze nie, ale mam nadzieję się dowiedzieć
Znowu zaczął chodzić po pokoju. Położył zeszyt na moich kolanach i usiadł naprzeciwko.
-Miałem wtedy służbę, zameldowali jakieś specjalny, beznumerowy, lecz w tamtych czasach nikt nie dociekał dlaczego. Prowadziła go nastawnia poprzedzająca. Gdy ją mijał, zameldowali, iż jeden z wagonów ma czerwoną oś i sypie iskrami jak spawarka. Wywołałem mechanika, spytałem czy wie o fakcie. Mówił, że nie, ale miał polecenia nie zatrzymywania się po drodze. Jednak panewka poszła między naszymi nastawniami. Beznumerowy zwolnił i dotoczył się do mojej stacji. Zjechali na postojowy. Mieli własnych manewrowych. Odczepili feralny wagon i mieli zostawić go na bocznicy szesnastej, tej co idzie tuż przy końcu stacji. Po sprawdzeniu składu, zaczepili go do kupy i dałem im wolną na wyjazdowym. Rano, gdy się rozwidniło feralnego wagonu nie było na szesnastej. Zameldowałem o tym wyżej, lecz kazali mi się nie interesować. Wkurzyło mnie tylko to, iż coś dzieje się bez mojej wiedzy, ale nie pyskowałem. Życie było mi miłe. Teraz rozumiem, że musieli go przetoczyć do Dolmelu. Tyle wiem.
-Skąd był ten skład?!
-Mechanikowi wyrwało się co nieco podczas rozmowy. Potwierdził, iż jadą z Leszna Gr. Potem ktoś wyłączył radio.
Zapadła cisza. Wiedziałem już, dokąd musiałem się udać. Rozwiązanie zagadki było w Lesznie Gr. Maciej odprowadził mnie do drzwi. Na odchodne rzucił:
-Nie mów nikomu, że o tym rozmawialiśmy, chcę umrzeć w spokoju
-Obiecuję- odpowiedziałem i rozpłynąłem się w mroku.

Kalota dał mi urlop. Nie pytał po co, mi on. Spojrzał tylko w moje oczy i rzekł:
-Trzymaj się stary!
Ruszyłem do Leszna Gr. Bez planu i pojęcia co tam znajdę. Służbowy 1470 podwiózł mnie do celu. Miasteczko było ciche i wymarłe. Jak wiele jemu podobnych położonych tu w leśnej głuszy. Zszedłem wąską ścieżką prowadzącą od stacji do głównej drogi. Była dopiero szósta rano. Nie wiedziałem co dalej, poza tym, iż to tu się zaczęło. Powoli docierało do mnie, że poza nazwą miejscowości, nie mam żadnego punktu zaczepienia. Niczego konkretnego. Wtedy zawsze postanawiałem, wzorem Kaloty, napić się kawy. Nie pomagało to za wiele, ale lepsze to od bezczynności. Główna drogą dotarłem na malutki ryneczek. Szukałem jakieś knajpy lub sklepu otwartego o tej porze. Nie zauważyłem mężczyzn, którzy zaszli mnie od tyłu. Pierwszy cios spadł bez ostrzeżenia na mą głowę. Zrobiło mi się ciemno przed oczyma i upadłem na zimny chodni. W czasie lotu zaliczyłem jeszcze kilka kopniaków zadawanych z wściekłą siłą. Każdy z nich eksplodował kaskadą bólu. Starałem się przybrać postawę embrionalną, aby ochronić swoje ciało. Nadaremnie. Oni kopali po to by zadać ból. Nie wybierali miejsca. Czułem jak pęka mi nos, lewa ręka i żebra. Chciałem stracić przytomność, lecz ból mi na to nie pozwalał. Przyjmowałem kolejne razy i pragnąłem umrzeć. Nagle wszystko ucichło. Ktoś chwycił mnie za służbową kurtkę i uniósł nieco do góry. Potrząsnął, tak abym odzyskał zdolność rozumienia. Starałem się pokonując kolejne kaskady bólu.
-Zostaw tą sprawę…, to ostrzeżenie, następnych już nie będzie… rozumiesz.
Wycharkałem coś na znak potwierdzenia i pozwolono memu ciału upaść na chodnik. Odeszli.
Zacząłem czołgać się do przodu, zostawiając brunatne smugi na zimnych kaflach. Po co to robiłem, nie wiem. Lepsze to niż umieranie na środku obcego miasta. Pierwszy przechodzień na mój widok zaczął krzyczeć. Straciłem wreszcie przytomność.

Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem była pomarszczona, zniszczona męska twarz. Zrozumiałem , iż trafiłem do piekła. Najgorszy był jednak fakt, że odbyło się to bez sądu i nie dano mi nawet zapukać do bram raju. Mógłbym wtedy wytłumaczyć Św. Piotrowi, iż nie taki zły ze mnie facet. A tak od razu do piekła. Rdza przeżerała system nawet w niebie. To było straszne.
-Witamy w powiatowym szpitalu Leszno Gr- odrzekła twarz
Coś mi tu nie grało. Zacząłem składać układankę. Dotarł do mnie fakt, że żyję i narażam miejscową kasę chorych na poważne straty. Poruszyłem się lekko i natychmiast tego pożałowałem. Takiego bólu jeszcze nie czułem
-Spokojnie, ma pan połamane żebra i lewą rękę, ponadto liczne stłuczenia
-Domyślam się- wyjąkałem
-Posterunkowy chciał z panem porozmawiać, ale odesłałem go do wszystkich diabłów, jutro też jest czas
-I tak nikogo nie widziałem
-Jestem ordynatorem tej budy- przedstawił się doktor
-Ja chyba jestem pracownikiem PKP doktorze, ale jak przestanie boleć to zorientuję się dokładniej, która godzina?
-Koło 22
-Jezu…czy są moje osobiste rzeczy?!
Po głowie chodził mi tylko pamiętnik Jurka.
-Są, nawet zeszyt z zapiskami, który przyciskał Pan do piersi i nie dawał sobie odebrać- Lekarz spojrzał na mnie nieco inaczej- przeczytałem go.
-Nieładnie doktorze…- chciałem pokiwać głową, lecz wolałem nie drażnić bólu.
-Jeśli obieca mi Pan, że stąd wyjedzie opowiem Panu coś na ten temat
To mogło być ciekawe. Obiecać też mogłem. Ilu dziewczynom już obiecywałem i nic się nie stało. Może i teraz doktor też się na to nabierze.
-Umowa stoi
Doktor usiadł przy moim łóżku. Położył dłoń na zeszycie Jurka i zaczął snuć opowieść. Najgorszą w życiu jaką słyszałem.

************************************************************************
Leszno Górne to mała mieścina otoczona lasami. Wojsko korzystając z intymności jaką dawały tutejsze warunki założyło tu liczne bazy. Najmniejszą z nich mieli Rosjanie, zaraz za stacją. Otoczona wysokim murem budziła liczne domysły i przypuszczenia. Wkrótce jednak spowszedniała i przestała kłóć w oczy. Miejscowy szpital nigdy nie miał pełnego obłożenia. Ludzie tu żyli w zdrowiu. Leśny klimat robił za najlepszego lekarza. Taj nocy miało być tak jak zawsze. Nudno i bez ekscesów. Wyszedłem na balkon zapalić papierosa. Było gdzieś koło dwudziestej trzeciej. Spokojnie smakując wyroby miejscowego zakładu tytoniowego rozglądałem się z nudów po okolicy. Ta spała kamiennym snem. Nagle od strony radzieckiej bazy doszedł mnie stłumiony huk. Tak, jakby ktoś strzelił z wielkiej papierowej torby. Najpierw nic się nie działo. Potem nad całą bazą zaczęło jaśnieć silne światło. Jego moc była tak wielka, iż musiałem zamknąć oczy aby nie oślepnąć. Mimo zasuniętych powiek na kilka minut straciłem wzrok. Ciągle ślepy usłyszałem wycie syreny. Przeciągły ostry dźwięk roznoszący się nad całą okolicą. Towarzyszył nam on przeszło godzinę. Od strony bazy zbliżały się samochody. Jechały szybko taranując wszystkie przeszkody na drodze. Zrozumiałem, iż jadą tu, do szpitala. Zawołałem pielęgniarki i zeszliśmy na dół. Żołnierze wchodzący do budynku wyglądali straszliwie. Wielu z nich straciło wzrok i było potwornie poparzonych. Skóra odchodziła z ich ciał całymi płatami. Układaliśmy rannych w salach, lecz wkrótce zabrakło miejsca. Wciąż nadchodzili nowi. Wielu z nich spoczęło na korytarzach, na gołej ziemi. Krzyczeli. Cała podłoga oddziału pokryta była brunatną mazią krwi i ludzkiej skóry. Dawaliśmy im morfinę, aby przestali krzyczeć. Nadaremnie. Pewien kapral nie wytrzymał i wyciągnął broń. Chciał się zastrzelić, lecz był niewidomy i kule poszatkowały kilku jego towarzyszy. Najmłodsza z pielęgniarek straciła nerwy i udała się na drugie piętro. Tam stanęła na parapecie i rzuciła się bez słowa w dół. Nie mieliśmy czasu uprzątnąć ciała. Potem inni zaczęli umierać. Nagle przestawali krzyczeć i było po wszystkim. Mimo faktu śmierci ich ciała rozkładały się dalej. Wkrótce straciłem rachubę kto żyje a kto nie. Chciałem zadzwonić do województwa, lecz telefony jak na złość nie działały. Otępiały postanowiłem zapalić na drugim piętrze. Dwie siostry przejęły obsługę rannych. To była cała obsługa naszego ośrodka. Pozostały personel leżał na chodniku przed frontem szpitala. Od strony miasta nadjechały inne samochody. Najpierw podjechały do bazy i wtedy ucichła syrena, potem wróciły do nas. Nie wiem dlaczego nie zszedłem na dół od razu. Zrobiłem to po chwili i to bocznym wyjściem. Do szpitala weszli ludzie w maskach gazowych. Nie widzieli mnie. Jeden z nich pochylił się nad martwym żołnierzem i wyjął mu broń z ręki. Potem przywołał do siebie siostry. Obie. Gdy te stanęły przed nim, po prostu je zastrzelił. Uczyniwszy to odłożył broń na podłogę. Wydawał jakieś rozkazy. Schowałem się w szafce na środki czystości. Najpierw chyba mnie szukali, lecz potem dali sobie spokój. Wnosili na korytarz metalowe pojemniki. Każdy z nich miał pokrywę, ze śrubami i gumową uszczelką. Widziałem wszystko przez szpary w szafie. Wkładali do nich żołnierzy i zakręcali wieka. Niektórzy jeszcze żyli i straszliwie łomotali o pokrywy. Nad ranem pojemniki zniknęły. Uciekłem ze szpitala przez piwnicę i lasem udałem się w kierunku miejscowej drogi. Gdy przechodziłem obok torów minął mnie pociąg. Lokomotywa ciągnęła same białe wagony. Jechała bardzo szybko. Wałęsałem się po kraju przez dwa lata. Kupiłem lewy dowód i wróciłem tu jako inna osoba. Bazy już nie było. Na jej miejscu rósł las dorodnych sosen. Nigdy nikomu nie opowiadałem o tej strasznej nocy. Chciałem żyć. Panu radzę to samo. Jutro dam wypis a pan zniknie z Leszna Gr i zapomni o całej sprawie. W kostnicy jest mało miejsca.

***************************************************************************

Lekarz oddał mi zeszyt i wyszedł na korytarz. Myślałem o tym, co mi powiedział i zrozumiałem, że to mnie przerasta. Moje miejsce jest w nastawni u boku Kaloty. Biały wagon jest jak Szatan, lepiej go się bać. Byłem za mały, aby mierzyć się z taką potęgą. Wróciłem do Gl 12 i spaliłem zeszyt Jurka. Kalota widząc mój stan o nic nie pytał. Przeżegnał się tylko i nalał mi nieśmiertelnej kawy. Po tygodniu wróciłem do pracy. Nadal ustawiałem drogę dla 3333, 6789, 0546, itd. Taka była rola w moim życiu. A biały wagon? Przestał już mi się śnić.

Mężczyzna patrzał jak lokomotywa wtacza do tunelu ogromny biały wagon. Dołączał do swoich towarzyszy nieco spóźniony. Gdy tylko manewrowi zahamowali go i lokomotywa wycofała się na zewnątrz, mężczyzna dał znać ręką. Rozległo się kilka stłumionych wybuchów i wejście do tunelu zawaliło się. Żołnierze poczęli rozbierać prowadzące doń tory. Nieopodal parkowały ciężarówki, a każda z nich miała na swej pace jedną wielką sosnę.
-Spasibo powiedział mężczyzna do swoich podwładnych

KONIEC

Wrocław 23.01.2003r.

Powrót do listy opowiadań  2003r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *