Wszyscy właśnie wracali do domów po ciężkim dniu pracy. Zmęczeni i skuleni mijali mnie obojętnie, starając się przegonić zapadający mrok. Czekały na nich ciepłe posiłki, łóżka i zniecierpliwione żony lub mężowie. Mnie to nie dotyczyło. Samotny kawaler takich problemów nie ma. Dopiero, co wstałem z łóżka. Mijając kosmiczny bałagan, ostrożnie by nie wdepnąć w resztki wczorajszej kolacji, kierowałem się ku łazience. Tam zimna woda spędziła resztki snu z twarzy. Zjadłem czerstwy chleb i aby zabić pustkę w brzuchu opiłem się herbaty.
Wyszedłem do pracy. Przywitał mnie chłód nocy, bo moja robota to nocna robota. Ostatni autobus wypluł moje ciało tuż pod stacją. Oddałem mocz w krzakach pod płotem, nie dobrze jest zaspokajać głód herbatą. Wdrapałem się ścieżką tylko dla kolejowych VIP-ów na nasyp. Stacja była pusta o tej porze. Wiatr hulał pomiędzy pustymi szynami szarpiąc złośliwie trakcję. Przeskakując srebrne nitki dotarłem do Niuni drzemiącej na bocznym torze postojowym. Tarcza sygnałowa grzała ją niebieskim światłem. Moja piękna zielona SM42. Zastępowała mi żonę, kochankę i wszystkie kobiety świata. Wdarłem się do kabiny i przebudziłem ją delikatnie rozrusznikiem. Silnik zadygotał. Z początku nie śmiało, potem głośno i donośnie. Lekko pociągnąłem nastawnik. I rasowy bulgot rozdarł ciszę muzyką niebios. Niunia grzała równo, twardo i bez stuków. Cudownie śpiewała moja mała.
Zostawiwszy silnik na wolnych postanowiłem zajrzeć pod maskę. Byłem ciekaw jak trzyma spoina made in maszynista Jurek, wykonana na polecenie naczelnika Kaloty na przewodzie olejowym. Zaczął ciec wczoraj. Przewód nie naczelnik ma się rozumieć. Zgłosiłem ten fakt Kalocie, lecz ten w swój specyficzny sposób wybił mi naprawę z głowy.
-Juruś- zaczął wykład-, Co mi tu z takim gównem wyjeżdżasz?!
Milczałem. Z Naczelnikiem się nie dyskutuje.
-Juruś kochany, że cieknie, co ja ci poradzę, mojej żonie też cieknie raz na miesiąc i żyje, myślisz, że w ZNTK-u nie mają nic do roboty?
Może i nie. Przynajmniej nasz Naczelnik im się nie naprzykrza.
-Juruś zrób z tym przewodem porządek, roboty mamy mnóstwo a ja nie mam drugiej manewrówki, zrozumiałeś?!
Przytaknąłem
-No to przestań pieprzyć i do roboty
Taki był Kalota. Prosty dosadny i dobry człowiek. Zjechał człowieka jak psa, gdy ten kury pogonił, ale i bronić potrafił. Jego ludzie byli jak najświętsza panienka- czyści i niedotykalni.
Pamiętam jak raz Stefan, mój pomocnik i zwrotniczy zarazem, źle zwrotkę ustawił. Pchnąłem brutto, a ono w bok i zarysowało stojący na platformie kontener LOTowski. Dwa wgniecenia i paskudne rysy były widoczne z daleka. Przeraziliśmy się. Dobrze, że była głęboka noc i poza nami nikt zdarzenia nie zobaczył. Ostro do tyłu i zmyliśmy się po cichu. Rano patrzę a tu radiowóz pod dyżurką. Jesteśmy ugotowani myślę. Podkradłem się pod okno i słucham. A tam Kalota jedzie dwóch mundurowych i pracownika LOTu.
-Co mi tu z kolizją wyjeżdżacie?! Moja żona jak źle ugotuje, to też ma kolizję i żyje z porysowaną facjatą. Moi ludzie tego nie zrobili, jasne! A wiecie wypierdki, dlaczego?!
Że go nie zamknęli wtedy to cud.
-Bo dwadzieścia lat tą trasą jeżdżą i nigdy nic się nie stało. Jasne?! To moi ludzie, a oni nie mają kolizji!
Gdyby wiedział jak się myli. Skubany wiedział. Gdy ukryłem się w lokomotywie, już z daleka go słyszałem.
-Juruś!!!- Darł się na pół stacji.
Miałem nadzieję, że mundurowi byli daleko. Ale mimo to miałem pewność, że Kalotę słyszy pół miasta. Miny Kaloty nie da się opisać. Miała coś z wściekłego psa i szarżującego nosorożca.
-Juruś!!!
Wypełzłem ostrożnie z kabiny.
-Tak Naczelniku- spytałem grzecznie
-Ty mi tu z Naczelniku nie wyjeżdżaj! Moja żona jak nabroi, to też z takimi słóweczkami wyjeżdża i czasami w facjatę tak wyłapie, że aż furczy. Co mi tam w nocy koło Cargo 2 było?!
Biedna ta jego żona. Ale teraz walczyłem o własną skórę i nie obchodził mnie los tej maltretowanej kobiety.
-Mały wypadeczek- szepnąłem skruszony
-Juruś, mały wypadeczek to ja z żoną miałem trzydzieści lat temu w stogu siana, dwójka dzieci z tego była, a wyście kur##a cały wagon porysowali!
Milczałem.
-Jak nasze wagony?!
-Całe, ani rysy
-Juruś złoto i tak trzymać, żebyś nasze porysował to bym nogi z dupy powyrywał, ale żeby mi to było ostatni raz, jasne?!
Poszedł i ukręcił całej sprawie łeb. Kochany Kalota. Usterkę przewodu sam naprawiłem. Zakleiłem poxipolem i owinąłem taśmą samoizolujacą. Dotknąłem spoiny palcem. Sucho, ani kropli oleju. I tak miało pozostać do końca służby. Prowadziliśmy nocny ekspres. Tak nas nazywali w zaspanych nastawniach. Zbieraliśmy wagony z zakładowych bocznic i odstawialiśmy na główną stację. A wszystko głęboką nocą, kiedy ruchu nie było. Pochylony nad pracującym silnikiem nie zauważyłem, Kaloty, ale go usłyszałem.
-Juruś!!!
Ten dźwięk poznałbym w piekle. Odwróciłem się. Szedł ze Stefanem, moim zwrotniczym. W prawym ręku trzymał plik rozkazów.
-Co trzyma Juruś?!- Zapytał Naczelnik
-Trzyma Naczelniku- odparłem zgodnie z prawda
Teraz nadeszła pora na pouczenie Kaloty. Specyficzna rada, której nie można zapomnieć do końca życia. Coś z całej plejady rad Kaloty typu:
Robota nie ch#j stać może
-No widzisz Juruś, a ty ZNTK-u chciałeś loka mi zabierać…
To się nazywa wprowadzenie do sedna wykładu.
-Juruś lokomotywy są jak kobiety, jak dobrze dziurę zapchasz to nie protestują i robią za trzech, twoja Niunia też.
Cały Kalota. Ciekawy byłem tylko, jak to naprawdę w tym domu Kalotów jest. Raz widziałem małżonkę Naczelnika. Potężna baba z ręką jak bochen chleba. Coś mi się nie chciało wierzyć w tą dominującą rolę Kaloty w tym związku.
-Juruś masz tu papiery, ja spadam się wyspać i do zobaczenia rano.
Odszedł nie czekając na odpowiedź. Stefan zajął swoje miejsce z boku pulpitu. Ubrany w pomarańczową kamizelkę oświetlał wnętrze Niuni.
-Co tam dziś mamy?- Spytał wskazując na papiery
-Stara trasa, najpierw walimy na terminal wschodni
Semafor zmienił się z niebieskiego na biały. Dałem jeden krótki gwizd i ruszyliśmy. Z piskiem wytoczyliśmy się na tor główny. Lekko przyśpieszyłem. Niunia wibrowała łagodnie. Noc to magiczna pora. Pusty szlak i przyćmione światła tańczą zawieszone w nicości. Wszystko jest takie inne i nierealne. Zbliżaliśmy się do pierwszego zjazdu. Pora budzić nastawnię. Sięgnąłem po radiotelefon.
-Tu nocny ekspres, meldujemy się na głowicy, dajcie wjazd na terminal
Z daleka widoczna czerwona kropka zmieniła kolor na biały. Zwrotnica skierowała nas na odchodzący ostro w prawo boczny tor. Obok sterczała podniesiona wykolejnica. Zwolniłem. Niunia strasznie skrzypiała na łuku, był dla niej nieco ciasny. Zatrzymałem się przed bramą terminalu. Stalowa zapora przegradzała nam drogę. Długi Rp1 wybudził portiera. Stalowa brama uchyliła się. Wjechałem do środka i zatrzymałem się znowu dopiero przed główną zwrotnicą. Stefan z papierami w ręku poszedł szukać naszego wagonu. Gdy go odnalazł, przestawił zwrotnicę i stanął pomiędzy jego zderzakami. Ruszyłem powoli. Stefan jak dyrygent regulował moją prędkość dłońmi. Dłoń w dół zwolnij. Dłoń do siebie- jeszcze trochę do przodu. Musnąwszy zderzaki czteroosiowej platformy z czerwonym kontenerem zamarłem. Stefan podłączył sprzęg i wrócił do Niuni.
-Jedziemy- rzucił krótko.
SM42 lekko wyszarpnęła śpiącą platformę i zaczęła się cofać. Za nami portier zamknął bramę i poszedł pewnie spać. Przed wjazdem na tor główny nadeszła pora na pogawędkę z nastawnią.
-Musimy wagon wziąć na tylni hak, zostawimy go na drugi i nawiniemy po głównym, dacie zezwolenie?
-Macie wolną rękę, szlak pusty-odpowiedział senny głos z nastawni
Uczyniliśmy, co było planowane i wagon znalazł się na tylnim zaczepie. Rutyna nocną porą. Wypuszczono nas ze stacji i popełzliśmy do Rozdzielni Paliw po dwie cysterny. Po drodze mijaliśmy martwe miasto skąpane w świetle latarń. Stefan znudzony zaczął spożywać posiłek. Poczęstował mnie kanapką, na którą rzuciłem się łapczywie. Potem piliśmy kawę ala SM42. To znaczy na raty. Ciężko jest w mojej Niuni utrzymać pełen płynu kubek w dłoni. Dlatego leje się po trochu na dno i obraca usta- termos ze trzy razy. Kolorofon przed Rozdzielnią Paliw pokazywał S1. Wyhamowałem pod słupem i skorzystałem z okazji by wysępić od Stefana jeszcze trochę kawy. Miał jej chyba niewiele, gdyż sięgnął po radiotelefon i wyznał swoje żale.
-Tu nocny ekspres, CPN co u was?! Długo mamy tu zimować?! Jurek wypija całą moją kawę!
To poskutkowało. W obawie o zdrowie Stefana, ktoś zadziałał. Najpierw usłyszałem:
-Jurek przestań natychmiast!
Potem zaś:
-Przepraszam nocny, na drugi raz dajcie długi sygnał
Bezosobowy głos ustawił dla nas drogę przebiegu. Na bocznicę rozdzielni jechaliśmy wagonem do przodu. Stefan stał na schodkach platformy z radiotelefonem i mamrotał swoją pieśń:
-Powoli, powoli, powoli. Dobra. Jeszcze trochę. Już, Stop! Nie śpij tam do cholery Juruś!
Potem sprawdzał numery i plątał haki. Wyjechaliśmy z trzema wagonami na sprzęgu. Sprawdziłem rozkazy. Został nam tylko DOLMEL. Ciężka sprawa. Mieli strasznie nierówną bocznicę. Nie mogliśmy tam wjeżdżać z wagonami. Zawsze zostawialiśmy je na stacji, przy wartowni SOK-u. Tam była mała bezpieczna bocznica dostawcza. Strażnicy słysząc nas z daleka ustawili zwrotkę. Podepchnąłem wagony pod sam kozioł oporowy. Zhamowałem i Stefan odhaczył sprzęg.
-Będziemy za trzydzieści minut- krzyknąłem
-Dobra, przypilnujemy-machnęli ręką
Cofałem Niunią, aż do wjazdu na DOLMEL. Straszna przygnębiająca to okolica. Bocznicę otaczały dwa upadłe zakłady. Rozkradzione hale straszyły powybijanymi oknami. Wiatr zrzucał resztki szkła na spękany beton. Jakieś zionące alkoholem cienie umykały przed naszym światłem. Niunia wjechała na DOLMEL-owski tor. Zaczęło się Safari. Włączyłem długie światła dla polepszenia widoczności. Tor był stary, nieremontowany i nierówny. Wysokie krzaki smagały boki naszej lokomotywy. Niekiedy uwolnione z pod kurateli podkładów szyny zagłębiały się w grunt. Niunia chybotała się na boki jak statek podczas huraganu.
-Kiedyś tu utkniemy Stefan- wyjąkałem
-Albo wywrócimy się Juruś
Niekiedy wpadaliśmy na stare spróchniałe zwrotnice. Ich tory ginęły w ciemnościach wśród szkieletu budynków. Modliłem się aby iglice wytrzymały i nie rozsypały się pod ciężarem Niuni.
-Juruś co to za wagon na bocznym?
Stefan wskazywał na pudło, które wyłoniło się w świetle moich lamp na zapasówce DOLMEL-u. Jakieś dziwny był. Sześcioosiowa platforma nieznanego typu przykryta białą budą. Najdziwniejsze było to, iż tylko my obsługiwaliśmy tą bocznicę i czegoś takiego tu nie pchaliśmy. Buda nie miała żadnych oznaczeń.
-Nietypowy, może DOLMEL sobie coś na boku zamówił?- Mruknąłem
-E chyba nie, patrz na jego osie
Rzeczywiście ten wagon nie mógł niedawno być w drodze. Płaty rdzy i spalonego smaru przykrywały koła. Obręcze były przeżarte.
-Chyba zapieczone ma panewki- Stwierdził Stefan
Niunia zaczęła skręcać do DOLMEL-u i wagon zniknął nam z oczu. Portier wpuścił nas do środka przez resztki bramy. Znaleźliśmy nasz wagon z lodówkami i zaczepiliśmy go na hak. Stefan zagadnął o widziany wagon.
-Nie wiem, wczoraj czyścili rejon po BUDIMEKSIE, żeby tam supermarket stawiać, oczyścili z krzaków naszą zapasową a tam niespodzianka
-Czyli nie wasz?- Ciągnął Stefan
-Gdzie tam, wy tu tylko buszujecie więc powinniście wiedzieć najlepiej, zresztą stoi tu chyba od dawna- obruszył się portier
Wyjechaliśmy ostrożnie i naszym oczom znów ukazał się wagon. Kusił niemiłosiernie. W końcu Stefan nie wytrzymał:
-Stawaj Juruś!
Zablokowałem skład i puściłem silnik na wolnych. Uzbroiwszy się w latarki ruszyliśmy na łowy. Buda na platformie z bliska wydała się masywniejsza i o wiele cięższa. Nie miała żadnych oznaczeń. Panewki jednej z osi były zapieczone na amen a sama oś napalona. Doskoczyłem do drzwi. Były zablokowane jakąś plombą lecz ta rozleciała mi się w palcach. Pociągnąłem za klamkę. Drzwi ani drgnęły. Były zbudowane z niezwykle ciężkiego metalu, tak jak cała buda. Stąd pewnie, aż sześć osi u dołu.
-Stefan a może to chłodnia?
-A widzisz gdzieś agregaty i wywietrzniki?
Nie było. Stefan pomógł mi przy drzwiach. Odsunęliśmy je do połowy. W środku wagonu stał jeden stelaż przymocowany do podłogi śrubami. Na nim położono podłużne skrzynki wielkości człowieka, wykonane z metalu. Było ich sześć. Pokrywy do tych skrzyń były przyśrubowane i leżały na gumowej uszczelce.
– Co za gówno?- Stefan, zanim zdążyłem coś powiedzieć wskoczył do środka.
Uderzyłem za nim. W środku pachniało zepsutym mięsem. Stefan zaczął coś majstrować przy śrubach skrzyń. Nie dał rady nawet ich ruszyć. Mi się przestało tu podobać. Wagon przypominał wielką sterylną trumnę.
-Stefan wracamy!- Krzyknąłem trochę za głośno, bo zwrotniczy aż podskoczył.
-Dobra Juruś, pęka się? Wrócimy tu jutro ze sprzętem i będziemy bogaci.
Zasunęliśmy drzwi i wróciliśmy do Niuni. Z lodówkami dotarliśmy do SOK-istów. Złączyliśmy skład i podążyliśmy do stacji macierzystej. Tak dotarliśmy skoro świt i wagony przejęła inna drużyna. Ja wraz ze Stefanem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, śnić o skarbie w wielkim wagonie.

Gdy obudziłem się sześć godzin później, paliło mnie całe ciało. Wielokrotnie wymiotowałem. Udałem się do mojego rodzinnego doktorka po poradę. Stwierdził zatrucie i przepisał prochy. Nie mogę iść do pracy. Telefon Stefana milczy jak zaklęty. Chce mi się spać.

Wypadły mi włosy, nie wiem która jest godzina. Nadal wymiotuję. Skóra odpada mi całymi płatami. Krwawię z powstałych ran. Nie mam siły wstać. Znowu się obudziłem. Ledwie potrafię utrzymać długopis. Wszystko boli. Mamo i tato kocham was. Boże jak to boli. Widzę

Światło.

Zimno mi.

Jak bardzo mi zim

Skończyłem czytać po raz drugi pamiętnik Jurka, dostarczony mi przez Kalotę. W oczach miałem łzy.
-Gdy tam byłem, udało mi się to znaleźć po tym jak policja zabrała ciało, nie pozwolili mi go nawet zobaczyć, co o tym myślisz Covalus?
Musiałem przełknąć ślinę, aby udzielić odpowiedzi:
-Nie wiem Naczelniku, sprawdziliście wagon?
-Covalku drogi, całą brygadę tam wysłałem i nic nie znaleźli
-A portier z Dolmelu?
-Mówi, że poszedł spać i nic nie pamięta, ledwie trzymał się na nogach tak pochlał, że by i stada słoni nie zauważył.
-Przecież wagon z zapieczonymi panewkami nie znika ot tak sobie!
-Ten zniknął…
Zadzwonił telefon. Naczelnik dźwignął słuchawkę. Jego twarz bielała w miarę słuchania wieści z drugiej strony.
-Tak, tak, … Boże
Tyle zdołał wydukać. Potem obrócił się do mnie i zaciskając pięści wyrzucił:
-Stefan nie żyje, jego żona zmarła godzinę temu
Podłoga zadrżała mi pod stopami. Ledwie trafiłem na krzesło.

Na pogrzebie tylko ja robiłem zdjęcia. Dwa razy pstryknąłem fleszem i więcej nie dałem rady. Policja nie zezwoliła na otwarcie trumien. Mimo nalegań rodziny. Wieczorem wyjąłem film i położyłem go na pamiętniku Jurka.
Nie mogę spać. W snach goni mnie wielki biały wagon. W środku stalowe pojemniki skrzypią złowieszczo. Krzyczę. I tak co noc.

Podjąłem decyzję. Znajdę ten cholerny wagon. Na kolei nic nie ginie. Nic nie znika od tak sobie. Nie na mojej kolei i stacji Naczelnika Kaloty. Dziś odebrałem zdjęcia. Fotograf dał mi dwadzieścia cztery czarne prostokąty.
-Naświetlił je Pan czymś mocnym- stwierdził
Wyszedłem zdumiony. Nic już nie trzyma się kupy.

Koniec

Wrocław 21.11.2002r.

Powrót do listy opowiadań z 2002r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *