W starym gaziku podróżowało pięć osób. Wszyscy oni mieli na sobie wojskowe mundury i byli uzbrojeni. Nikt tu takim się nie dziwił, wielka wojna ledwie się skończyła a Werwolf jeszcze hasał po okolicznych lasach. Dwóch z przodu wozu stanowiło obsadę miejscowego posterunku MO a pozostali to żołnierze LWP przydzieleni w charakterze obstawy. Milicjanci czujnie omiatali wzrokiem ścianę lasu, który przylegał bezpośrednio do drogi z Boszkowa. Tydzień temu zginęli tu dwaj ich koledzy. Ktoś w rozwalił ich w rowie strzałem w tył głowy. Nieuwaga drogo kosztowała przedstawicieli ludowej władzy. Oni postanowili nie popełnić tego błędu. Do miasteczka pozostało jeszcze sporo, bo aż dwa kilometry. Wąska droga wiła się wśród leśnych ostępów. Gazik krztusząc się straszliwie brnął do przodu. Nagle coś zaszeleściło w leszczynie. Żołnierze zareagowali odruchowo. Długa seria z pepeszy ścięła wyżej położone liście.
– Stój, kto idzie?! – Padło potem pytanie.
Gazik zatrzymał się po przeciwległej stronie drogi. Mężczyźni zalegli w rowie. Z lasu nikt się nie odezwał. Znowu padły strzały, tym razem niżej.
– Wyłaź na drogę, bo ubijemy!
Krzaki znowu zaszeleściły i na brukowej kostce stanęło umorusane dziecko. Przerażone wpatrywało się w leżących milicjantów. Podniosło ręce do góry.
Mężczyźni opuścili broń. Podeszli do znajdy i otoczyli go półkolem.
– Ktoś ty ?
– Rozumiesz po polsku? – Padały pytania
Chłopiec nic nie odpowiadał. Patrzał tylko przerażonymi, wielkimi niebieskimi oczyma na karabiny.
– To jakieś szkopski jełop – stwierdził jeden z żołnierzy.
– Zabierzmy go do komendanta niech on decyduje, co z nim zrobić- zadecydował funkcjonariusz MO
Zapędzili chłopca na tył gazika i odjechali do miasteczka.

***

Na posterunku dano mu wodę i kromkę chleba. Próbowano pytać, kim jest i skąd pochodzi, ale przybysz milczał jak zaczarowany. Komendant chodził nerwowo i przyglądał się znajdzie.
– Silny jest, można by go starej Woroszczakowej na odchowanie dać, pomógłby trochę w tym obejściu… – Rozumował na głos paląc papierowego skręta
Miasteczko Stegna było, bowiem miasteczkiem tylko z nazwy. Większość jego mieszkańców nadal utrzymywała się z roli. Żyzne pola otaczały zabudowania i dostarczały chleba. Teraz po wojnie niewielu mężczyzn jeszcze wróciło i każda para rąk była na wagę złota. Komendant posłał po Woroszczakową. Ta dowlekła się po półgodzinie.
– Macie pomocnika Obywatelko, dacie mu jeść i spanie w komórce, a on w gospodarce pomoże, dopóki wasz stary nie wróci – Oznajmił komendant.
Stara łypnęła okiem na umorusaną znajdę. Zmarszczyła brwi.
– Szkop?! – Splunęła na podłogę.
– Jeszcze do tego jakieś jełop, nic nie gada – wyrwał się jeden z młodszych milicjantów.
– Być może i szkop i jełop, ciebie wolski nikt o zdanie nie pytał! – Ryknął na funkcjonariusza komendant
– Tak jest Obywatelu Komendancie! – domeldował skruszony i czerwony jak burak, młody.
– A wy mi Woroszczakowa na podłogę nie plujcie, bo posprzątać karzę, szkop czy nie szkop, ale silny jest i w gospodarce porobi, aby ziemia odłogiem nie leżała jasne!
– Taa – stara opuściła głowę- a jak mnie ubije i do lasu ucieknie?!
Komendant podszedł do chłopaka. Zwlekł go ze stołka i postawił przed Woroszczakową. Wyjął broń służbową, olbrzymiego makarowa z długą lufą i pokazał go znajdzie.
– Masz pomagać i ręki na starą nie podnosić, bo rozwalę… – Potrząsał bronią przed oczyma chłopaka
On tylko patrzał swoimi wielkimi niebieskimi oczyma i bał się okrutnie.

***

Woroszczakowa powoli powoziła rozklekotaną furmanką. Znajda chłonął wszystko niebieskimi oczyma. Wóz przetoczył się przez przejazd na pustej stacji kolejowej. Zniszczone przez bomby tory i budynki ziały pustką. Pociągi dotarły dopiero do oddalonego o siedem kilometrów Boszkowa. Potem furmanka skręciła na polną drogę wzdłuż nasypu. Dygocząc na olbrzymich dziurach dotarła do wiejskiej zagrody nieopodal. Tam Stara ściągnęła lejce i koń stanął. Znajda ożywił się i wyciągnął przed siebie rękę.
– Dom? – Zapytał nagle
Woroszczakowa oniemiała i przez chwilę nie mogła wydusić słowa. Potem otworzyła bramę i wprowadziła konia z wozem do obejścia. Wskazała znajdzie drewniany ganek i uchylone drzwi.
– Twój nowy dom jełopie, choć zjemy coś – popędziła go ręką – dobrze żeś ty nie nazista-dodała z ulgą

***

Mijały dzionki i noce. Jełop rósł na potęgę i ochoczo pomagał Woroszczakowej w gospodarce. Bardzo silny był z niego chłop. Silniejszy niż reszta gawiedzi w miasteczku. Podczas żniw dwa worki zboża dźwigał na jednym ramieniu bez wysiłku. Miejscowe nie próbowały mu dorównać. Mongoidalna twarz znajdy nie zdradzała uczuć. Nie obrażał się, gdy wszyscy wołali na niego jełop. Nie rozumiał tego słowa. Niewiele też mówił. Robił to, co stara mu kazała i tak mijało jego życie. Cieszył się, że miał, co zjeść i gdzie spać. Któregoś dnia listonosz zawitał pod furtkę. Przywołał go ruchem ręki.
– Pismo dla starej Jełopie – Wręczył niebieską kopertę – Urzędowe nie zgub – Pogroził palcem
Ten odebrał list i zamarł. Do jego uszu dotarł, bowiem nowy dźwięk. Jakieś czarny stwór pełzł powoli po nasypie, dymiąc straszliwie.
– Co to? – Spytał listonosza
Ten nieco zdziwiony, nie często Jełop się odzywał, spojrzał w zadanym kierunku. Uśmiechnął się na widok, jaki ujrzał.
– Pociąg Jełopie! – Wsiadł na rower szybko – Pociąg nareszcie! – Odjechał energicznie pedałując
Chłopak patrzył na potwora, jak wolno wtacza się na pobliską stację. Nie mógł oderwać od niego oczu.
– Pociąg! – Powtarzał zafascynowany.
Dopiero krzyk starej oderwał go od płota. Szybko pobiegł i zaniósł jej pismo. Ta, zamarła po pierwszych linijkach tekstu. W oczach pojawiły się łzy. Znajda nie mógł zrozumieć, co źle zrobił. Dlaczego gospodyni jest taka smutna? Ta odwróciła się do niego i łkając wyjaśniła:
– Zostaliśmy sami Jełopie, Stary już nie wróci
– Dlaczego? – Spytał niepewnie
Stara Woroszczakowa po raz pierwszy go wtedy przytuliła.

***

Jełop był już młodym mężczyzną. Nadal przybywało mu siły. Kiedy grzązł koń podczas wiosennej orki, sam wyciągał pług z błotnistych muld. Stara gasła szybko po śmierci męża. Coraz więcej czasu spędzała w łóżku. Znajda opiekował się nią rzetelnie. Lecz coraz częściej przystawał, gdy na nasypie pojawiał się czarny potwór. Jego oczy śledziły każdy ruch kół. Czasami spotykali, go ludzie jak z otwartą gębą śledził wjeżdżający na stację osobowy. Nigdy jednak nie miał odwagi zobaczyć jak to tam jest. Bał się plątaniny stalowych nici i wielkich maszyn. Powoli jednak fascynacja brała górę nad strachem. Gdy nastało lato, ludzie widzieli Jełopa coraz bliżej stacji. Aż któregoś ciepłego dnia dotarł na rampę przeładunkową. To, co zobaczył wypaliło mu duszę. Nie mógł oderwać wzroku od manewrujących parowozów. Powoli poznawał zawiłości stacyjnej pracy. Cieszył się z każdego nowego składu. Kolejarze przyzwyczaili się do milczącego widza. Pozdrawiali go długimi gwizdami i machaniem rękoma. On tylko milczał i patrzał wielkimi niebieskimi oczyma.

***

Stara odeszła pod koniec lata we śnie. Gmina pochowała ją na miejscowym cmentarzu, a Jełopowi pozwolono mieszkać w chacie po niej. On jednak coraz mniej czasu w niej spędzał. Rampa to był jego nowy dom. Dobrze mu tam było. Gdy tak sobie siedział, któregoś dnia jeden z parowozów zostawiwszy wagony zajechał na tor obok rampy. Jeszcze tak blisko Jełopa nie stała żadna z lokomotyw. Czuł ciepło jej kotła na twarzy. Maszynista zatrzymawszy pojazd, wyjął czarną szmatę i zaczął polerować mechanizmy. Znajda przyglądał się temu z rosnącym zainteresowaniem. W końcu przemógł obawy i zeskoczył z rampy na teren stacji. Przeszedł ostrożnie pomiędzy stalowymi nićmi rampowego toru i podszedł do lokomotywy. Maszynista przyglądał się mu z rozbawieniem.
– Piękna nie? – Zapytał nie przerywając polerowania
– Mogę pomóc? – Wskazał na lokomotywę Jełop
– Jasne – Maszynista zeskoczył z kabiny na podtorze – Zacznij od kół wręczył mu szmatę, a jak Cię wołają chłopcze?
Znajda odpowiedział po chwili zawahania.
– Jełop psze Pana – wydukał nieco skonsternowany, że ktoś go o coś pyta.
Maszynista poklepał go delikatnie po ramieniu.
– Silny jesteś? – Stwierdził- Od dziś będę wołał na Ciebie Siłacz, dobrze?
Jełop nie bardzo wiedział, dlaczego ktoś chce mu zmienić imię. Ale bardzo chciał dotknąć lokomotywy, więc zgodził się. Zanim jeszcze zaczął polerować obręcze kół zadał pytanie:
– A ona jak ma imię?
Maszynista widząc, że chłopak się nie wygłupia odpowiedział:
– TKt48
Jełop zwany teraz Siłaczem zastanawiał się nad tym długo.
– Trudne – wyznał rozpoczynając polerowanie

***

Siłacz coraz częściej czyścił swoją nową miłość. Lubił to robić i słuchać jak jego nowy znajomy opowiada o pociągach. Dalekich szlakach i podróżach. Gdy odjeżdżał Siłacz czekał wytrwale na niego na rampie. Już z daleka rozpoznawał znajomy stukot TKt48. Zrywał się wtedy na równe nogi i energicznie machał rękoma. Michał, bo tak nazywał się maszynista Siłacza dawał wtedy długie Rp1. Aż uszy puchły wszystkim miejscowym i pasażerom składu.
Mijały dni, a podlotka urósł prawdziwy mężczyzna. Tajemniczy, milczący i niesamowicie silny. Wkrótce pozwolono mu wykonywać drobne prace na stacji. Smarować zwrotnice, donosić narzędzia i konserwować semafory. Robił to z wielkim zapałem i starannością. Dawno zapomniał o gospodarce. Zresztą jego pola przejął PGR. Stacja płaciła drobne kwoty, które pozwalały mu się utrzymać. Więcej nie chciał od życia. Raz tylko Michał przy kolejnym czyszczeniu zapytał:
– Masz ojca Siłaczu?
– A, co to Ojciec? – odparł Siłacz

***

Zima przeszła głębokim śniegiem. Siłacz zaharowywał się ośnieżając zwrotnice, by stacja mogła normalnie funkcjonować. Naczelnik dał mu nawet za to solidną premię. Należało mu się i to bardzo. Potem nadeszło wiosna i trzeba było przesmarować naciągacze i zwrotnice. Znowu zrobił to bezbłędnie i solidnie- dostał kolejną pochwałę i premię. Chciano wysłać go na urlop, lecz ten rozpłakał się w kancelarii naczelnika, więc zrezygnowano z tego pomysłu.
Ot, tak to z Siłaczem czasami bywało. Lato przywitało wszystkich złocistym słońcem i zmianami na gorsze, według Siłacza. Smarował właśnie środkową zwrotnicę, gdy do jego uszu dotarło głębokie buczenie. Dźwięk, był nowy i nie przypominał żadnego z parowozów. Coś zielonego wytoczyło się od strony Boszkowa. Straszliwie hucząc zamarło obok Siłacza. Był ogromny i bardzo przerażał zwrotniczego. Znajda cofnął i uciekł zostawiając rozbebeszoną zwrotnicę. Naczelnik znalazł go w szopie z narzędziami skulonego z rękoma na głowie.
– Siłacz, co jest? – Zapytał zdziwiony
– Tam wskazał ręka na zielonego potwora
– To nowa lokomotywa ST44
Siłacz drżał na całym cielę. Powoli wrócił na swoje stanowisko pracy.
– Nie lubię Cię – szepnął

***

Nie znosił nowych gości stacji i ich obsługi. Często po nocach budził się spocony krzycząc. We śnie zielone potwory miażdżyły stację i jego dom. Sny nawiedzały go tak często, że nawet Michał zaczął się niepokoić. Lecz nic na to nie mógł poradzić. Siłacz bał się i już. Maszynista odpuścił sobie po kilku tygodniach. St44 coraz częściej przemykały przez stację. Nadchodziły nowe czasy, złe czasy dla parowozów.

***

Siłacz ubijał właśnie tłuczeń na świeżo wyremontowanym odcinku toru. Ubijarka padła wskutek upału. Powoli jego potężne ramiona robiły porządek z niesfornymi kamieniami. Wpychały je między podkłady za pomocą metalowego kloca z dospawaną rurą.
– Siłacz uważaj, zaraz będzie Michał od strony Boszkowa leciał – krzyknął Naczelnik z nastawni. Siłacz wiedział. Znał rozkład malutkiego TKt48 na pamięć.
Za jego plecami na stację od drugiej strony wjeżdżał ST44. Powoli skrzypiąc wieloma wagonami odbijał na boczny tor. Na jego końcu stalowy strażnik szlaku nakazywał stop wyciągniętym ramieniem. Znajda nawet nie patrzył w jego kierunku. Czekał na Michała. St44 minął go i parł dalej do przodu. Do uszu pracującego mężczyzny doszedł jęk rozpruwanej zwrotnicy wyjazdowej. Potwór przyśpieszył. Siłacz patrzał na tę scenę z rosnącym przerażeniem. ST44 w jaskrawym słońcu zignorował strażnika i rozpruwszy zwrotnicę- wyjeżdżał ze stacji.
– Stóóóóóóóóóóóóóójjjjjjjj!!!! – Wył znajda, rzucając tłuczniem w mijające go wagony.
Nic nie mógł zrobić. Gdy tylko skład zniknął w lesie pobiegł do dyżurki Naczelnika. Blady dowódca stacji trzymał słuchawkę od telefonu i kręcił do Boszkowa.
– Mamy skład na linii, minął sygnał stop!!! – Wrzeszczał do słuchawki – Co z osobowym?!
Twarz mu pobladła
– Jest na szlaku…. Boże….
Siłacz wybiegł na torowisko. Do jego uszu dobiegł huk a potem darcie metalu. Nad lasem pojawiła się krwawa łuna.

***

W tych czasach nie było radiotelefonów.

***

Siłacz biegł jak oszalały na miejsce katastrofy. Był jednym z pierwszych, który tam dotarł. Najpierw zobaczył ogromną górę spiętrzonych wagonów. Potężny ST44 zmiażdżył malutkiego TKt48 i pierwszy wagon osobowy, potem przewrócił się na bok. Ustąpił miejsca węglarkom, które ułożyły się w niesamowity szczyt. Obok Siłacza przechodzili ludzie. Pasażerowie pociągu osobowego. Pokrwawione zjawy przemieszczały się po okręgach kwiląc cichutko: pomocy. Niektórzy byli pozbawieni rąk odciętych przez ostre blachy, lecz zupełnie ignorowali ten fakt umierając z wykrwawienia. Makabryczny teatr mimów w środku lasu na tle apokaliptycznej scenerii. Siłacz nic nie mógł zrobić. Pierwsze karetki wyjeżdżały, bowiem dopiero z Boszkowa. Odginał swoimi potężnymi ramionami blachy wagonów uwalniając kolejnych poturbowanych zszokowanych mimów. Pojawili się pierwsi lekarze. Siłacz zaczął szukać swego największego przyjaciela- maszynisty TKt48. Nie znalazł go w pogiętych blachach parowozu. Musiał wyskoczyć wcześniej tuż przed zderzeniem. Coraz więcej ludzi udzielających pomocy pojawiało się na miejscu katastrofy. Strażacy, mieszkańcy pobliskich miasteczek i wielu nieznanych dobroczyńców. Siłacz szukał już teraz tylko Michała. Wiedział, już, że nie zginął on w parowozie. Odgiąwszy wszystkie blachy nie znalazł w budce nikogo. Wreszcie go dostrzegł, leżał przygnieciony potężnym cielskiem ST44. Jeszcze oddychał. Siłacz szarpnął za ramie pierwszego strażaka, jaki mu się pod potężną rękę nawinął
– Tam – nerwowo pokazywał na Michała.
Strażak wzruszył tylko ramionami:
– Przykro mi, jest przygnieciony na amen, specjalny dźwig będzie tu za godzinę, bardzo mi przykro, musimy ratować innych.
Siłacz powoli zbliżył się do krawędzi dachu przewróconego ST44. Zakotwiczył potężne dłonie w ścianie bocznej.
– Co robisz, nie dasz rady? – Warknął zdumiony Strażak
Siłacz napiął mięśnie. Zaparł się nogami i zaczął krzyczeć
– Tatooooooooo!!!!
Lokomotywa zadrżała i stał się cud. Ręce Siłacza uniosły ją w nieco. Mężczyzna cierpiał, z nosa buchnęła mu krew. Płakał brunatnymi łzami i nie przestawał krzyczeć. Wszyscy zamarli przyglądając się nadludzkiemu wysiłkowi. Strażak dopadł i chwycił leżącego maszynistę pod ramiona.
– Wyżej człowieku, jeszcze trochę!!! – Szarpał ciałem maszynisty
Siłacz krwawił z każdej pory ciała, mimo to ST44 dalej szedł w górę. Aż strażak wytaszczył Michała spod lokomotywy. Wtedy Siłacz puścił dach i ST44 osiadł na dobre. Delikatnie odebrał maszynistę od strażaka i umieścił go w karetce. Lekarz trzasnął drzwiami i samochód wyjąc syreną zniknął w leśnej przesiece. Wszyscy wrócili do ratowania pozostałych pasażerów.

***

Siłacz słaniając się na nogach pomagał jak mógł. Mimo, iż krew dosłownie lała się z niego, nie chciał dać się opatrzyć. Odginał blachy, aż do przyjazdu dźwigu i specjalistycznych ekip ratowniczych. Potem siadł pod wysoką zieloną sosną i umarł.

***

Milicjanci asystowali przy usuwaniu ciał. Było to brudne i straszliwie przygnębiające zajęcie. Gdy już uwinęli się ze wszystkim, jeden z nich zauważył pod drzewem leżącego Siłacza.
– A to, kto? – Zapytał
– Taki miejscowy Jełop – opowiedział ktoś z tłumu.

KONIEC

Wrocław 26.08.2002r.

Powrót do listy opowiadań z 2002r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *