Odchodzę to już pewne. Jeszcze tylko poczekam, aż posprzątają ten bajzel a automatyk sprawdzi resztę. Ona już chyba o tym wie. Czuję to. Jest między nami jakieś napięcie. Delikatnie iskrzy w powietrzu. Mimo wszystko nie będę jej źle wspominał… Pozostaną tylko sny. Koszmarne i gwałtowne. Sny o tym co tu się wydarzyło. Trauma na całe życie. Taka jest cena za poznanie prawdziwej tajemnicy Czeremchy. Malutkiej mijanki na końcu świata.

Początek – Wierzchowo Areszt Śledczy

Pomieszczenie nie było duże. Na środku klitki ustawiono drewniany obdrapany stół z krzesłami po obu stronach. Światło wpadające przez małe zakratowane okienko oświetlało jego obdrapany blat. Resztę sali skrywał dyskretny mrok. Z jednej strony stołu posadzono mężczyznę w kajdankach. Mimo szczątkowego światła widać było, że jest po przejściach. Wielkie siniaki pod oczami, napuchnięte wargi i złamana przegroda nosowa świadczyły o tym, że lekko nie miał. Na przeciw mężczyzny siedział dobrze zbudowany milicjant z podwiniętymi rękawami. W ciemności spod ściany dobiegał ciężki oddech drugiego. Praca funkcjonariuszy do łatwych nie należała.

– I jak tam Stokłosa, przemyślałeś sprawę ? – przesłuchujący splótł dłonie razem i wypchnął je do przodu. Słychać było trzask palców i ich stawów.

Przesłuchiwany ostrożnie nabrał powietrza. Tak, aby ból poruszanych nim mięśni był jak najmniejszy.

– Przemyślałem – odpowiedział cicho.

– To dobrze, bo prokurator już się niecierpliwi. Gdzie ona jest ? – milicjant przywołał bliżej kolegę.

– Nie wiem… ja tego nie zrobiłem… – nie zdołał dokończyć zdania.

Seria dobrze wymierzonych ciosów w twarz zwaliła go na podłogę. Funkcjonariusze otoczyli leżące ciało i zaczęli kopać. Obróbka trwała około piętnastu minut.

– Kurwa on mnie wykończy – stwierdził dobrze zbudowany ocierając pot z czoła.

Podwładny wyciągnął w kierunku przełożonego pogiętą paczkę papierosów. Zapalili oboje. Ciężki siwy dym snuł się ociężale po kątach. Nagle drzwi od salki otworzyły się. Pęd powietrza wygonił na korytarz tytoniową mgłę. Do środka wszedł kolejny mężczyzna. Nie był w mundurze, tylko w brązowym prochowcu. Stanął nad pobitym więźniem i szturchnął go czubkiem buta. Leżący jęknął.

– Wypuszczamy żywego, decyzja kogoś z góry. Prokurator nic nie znalazł. Dajcie go do konowała niech go połata – wydał przesłuchującym polecenie.

Ci pokiwali głowami i jak tylko prochowiec opuścił salkę unieśli więźnia z podłogi i niezbyt delikatnie posadzili na krześle.

– Upiekło ci się Stokłosa. Ale władza ludowa będzie patrzeć ci na ręce. I kiedyś do nas wrócisz – dobrze zbudowany zaciągnął się i wydmuchał dym w twarz siedzącego.

Stokłosa podniósł do góry głowę i spojrzał mu w twarz.

– Ja tego nie zrobiłem – wyszeptał.

Decyzja – Dyrekcja PKP Poznań.

– Znowu się widzimy Stokłosa, i muszę przyznać, że nie jestem z tego faktu zadowolony- Naczelnik spojrzał na podany mu przez petenta papier a potem na swojego zastępcę przysłuchującego się rozmowie. Stojący przed nim Alojzy Stokłosa, czterdziestoletni mężczyzna milczał.

Naczelnik wstał z krzesła i podszedł do wielkiej szarej mapy linii kolejowych.

– Muszę cię przyjąć z powrotem, bo tak nakazuje prawo. Nie zamierzam go łamać, tak jak ty to zrobiłeś…

– Ja tego nie zrobiłem Naczelniku – przerwał Stokłosa.

– Nie przerywaj przełożonemu ! – ostro zareagował Naczelnik – papiery zwrotniczego nadal masz ważne. Pójdziesz na etat do Czeremchy. Jutro masz być w robocie, a teraz znikaj mi z oczu ! Stokłosa zabrał swoją teczkę i wyszedł bez słowa. Naczelnik usiadł i zwrócił się do zastępcy:

– Myślisz, że wszyscy się mylimy i tego nie zrobił ? – spytał bez ogródek.

– Poczekamy, Czeremcha nie takich kruszyła… – zamyślił się Zastępca.

– Może i masz rację – Naczelnik jeszcze raz spojrzał ma mapę.

Akt I – Czeremcha o poranku.

Dookoła był sosnowy las. Szczelnie otulał równie stacyjną dywanem prostych drzew o zielonych koronach. Sama równia nie była imponująca. Mieściła trzy tory. Jeden główny i dwa dodatkowe. Z tych trzech torów czynne były tylko dwa. Te najbliżej budynku – główna jedynka i dodatkowa dwójka. Trzeci został zamknięty wieki temu z powodu stanu technicznego. Przegniłe sosnowe podkłady zapadły się pod ciężarem szyn i jazda po nim stała się niebezpieczna. Postawiono z obu końców tarczę D1 a rozjazdy zamknięto na spony. Wjazd na trójkę stał się niemożliwy. Rośliny szybko to zauważyły i już dwa lata po zamknięciu spomiędzy martwych szyn wyrosły pierwsze drzewka. Maleńkie zielone sosny i świerki. Semafor strzegący wyjazdu z zamkniętego toru, niekonserwowany runął podczas wichury, łamiąc swój kratownicowy kręgosłup na wiele kawałków. Drugi wycieli drogowcy. Pozostały cztery wyjazdowe i dwa wjazdowe.

Malutki peron ułożony z popękanych płyt chodnikowych przylegał do toru nr 2. Jeżeli pociąg zatrzymywał się na torze nr 1 pasażerowie wysiadali na ubity ziemny wał. Budynek był równie skromny co otoczenie. Kiedyś wprawne oko dostrzegłoby jego urodę. Czerwoną cegłę i drewniane zdobienia nad wejściem. Z czasem czerwień murów zszarzała, pokrył je wilgotny mech a drewniane zdobienia grzyb. Powietrze w okolicy nie było zdrowe. Wewnątrz lasów znajdowały się podmokłe łąki z licznymi rozlewiskami okolicznych cieków. Rodziły robactwo i choroby, które od czasu do czasu docierały do Czeremchy. Sama osada oddalona była od stacji o całe pięć kilometrów. Prowadziła do niej brukowana droga z olbrzymich śliskich kamieni.

Po niej właśnie szedł do pracy zawiadowca Grzegorz Skała. Nie śpieszył się i rozważnie stawiał kroki. Podłoże było zdradliwe i dość łatwo stracić można było równowagę. Upadek na kamienną drogę był bolesny, czego mężczyzna wiele razy doświadczył. Droga urywała się na małym placyku przed budynkiem stacji. Sam placyk odgradzał od ściany lasy krzywy metalowy płot z wybrakowanymi elementami. Przy nim drzemał blaszany pojemnik na śmieci, opróżniany w miarę potrzeby kilka razy w miesiącu. Na schodach budynku siedział przybysz. Grzegorz rozpoznał go. Wczoraj telefonicznie Naczelnik raczył poinformować go o nowym podwładnym – Alojzy Stokłosie. Zawiadowcy nie bardzo ten przydział odpowiadał. Nazwisko nie było mu obce dzięki rozlicznym artykułom w gazetach. Patrząc na wstającego faceta wiedział, że nie będzie to łatwa współpraca, o ile w ogóle będzie.

Grzegorz bez słowa minął stojącego i w przewieszonej przez ramię skórzanej torbie zaczął szukać kluczy do budynku. Nie trwało to długo i wkrótce ręka pomimo grubej rękawicy natrafiła na pęk upiętych w brelok wytrychów. Jeden z nich najbardziej wytarty włożył do zamka w drzwiach i dość długo się z nim mocował. Wreszcie rozległ się trzask kapitulujących zapadek i droga do budynku stanęła otworem. Leżący na progu śnieg nieco utrudnił otwarcie starych drewnianych wrót. Kiedy tylko Grzegorz poradził sobie z tym problemem przepuścił nowego przodem. Malutki korytarz prowadził do niewielkiej izby z centralnie ustawionym stołem. Na szczęście były przy nim dwa krzesła. Na jednym z nich usiadł Stokłosa. Skała położył na stole torbę i pochylił się nad piecem na lewo od stołu. W milczeniu układał rozpałkę i wzniecał płomień. Wilgotna zajęła się niechętnie i trzeba było odczekać parę minut, zanim można było zamknąć drzwiczki. Ciepło zaczęło wypierać zimne powietrze po piętnastu minutach. Grzegorz ustawiwszy na płycie poobijany czajnik przyjrzał się podwładnemu. Był bardzo poobijany i nie wyglądał na groźnego. Zawiadowca nie chciał jednak ufać pozorom i postanowił dość oschle wdrożyć go w obowiązki. Zabrawszy swoją torbę, położył przed nim teczkę z regulaminem technicznym i planem stacji. Stokłosa zrozumiawszy sytuację, sięgnął po nią i zaczął szybko zaznajamiać się z warunkami pracy. Wiedział, że najmniejsza skarga, może spowodować powrót do piekła. Piekła z jakiego udało mu się wydostać tj. aresztu śledczego w Wierzchowie.

-Jak skończysz, trzeba sprawdzić i oczyścić pędnie. Masz na to niecałe czterdzieści minut. Śnieg padał przez całą noc, więc pewnie są zasypane. Narzędzia są w magazynie, drzwi po prawej. Jak skończysz zamelduj… – Skała przerwał wydawanie poceń i otworzył drzwi od magazynu. Stokłosa wstał i wszedł do środka. Wydobył stamtąd miotłę i łopatę. Zapiął kurtkę i był gotów wyjść na zewnątrz. Zawiadowca musiał jeszcze tylko odbezpieczyć drzwi od wyjścia na peron. Uczynił to sprawnie i wypuścił Stokłosę na zewnątrz.

-Opuść lampy na semaforach, potrafisz? – spytał kiedy nowy był już na zewnątrz.

-Tak- odpowiedział Alojzy i ruszył w kierunku torów.

Na dworze panował niewielki mróz. Dwa a może trzy stopnie poniżej zera. Tyle dało się się odczytać ze starego termometru przy oknie. Poranna szadź opadła i przystroiła wszystko dookoła. Gałązki drzew skrzyły się diamentowym blaskiem, to samo można było powiedzieć o drutach pędniowych, szynach i innych wystających elementach. Panowała cisza, przerywana skrzypieniem zgniatanego śniegu przez buty Stokłosy. Grzegorz przerwał obserwację przybyłego i wrócił do ciepłego pomieszczenia stacyjnego. Woda w czajniku zaczęła rozrabiać, zalał sobie duży kubek zbożówki. Oparł się o miłe w dotyku piecowe kafle i celebrował chwilę.

Tą przyjemność przerwało mu pojawienie się metalicznego posmaku w ustach. Kiedyś nie wiedział co to znaczy, dziś tylko splunął do pojemnika na węgiel i wziął duży łyk kawy. To Czeremcha obudziwszy się z nocnego letargu, chciała mu coś zakomunikować. On wcale na tę wymianę informacji nie miał ochoty. Ona nie zważała na jego potrzeby…

Tym razem nieprzyjemny posmak w ustach, był tylko chwilowy. Skałę wcale to nie uspokoiło. Dotychczas Czeremcha drzemała i pozwalała mu tu pracować. Nie budził jej. Coś jednak wyrwało ją z letargu. Zawiadowca czuł, że to przybycie Stokłosy. A to zapowiadało kłopoty…

Akt II – Obchód

Alojzy szedł wzdłuż drutów pędniowych brnąc po kolana w świeżym śniegu. Miotłą wygarniał biały puch spod nich. Nieco dłużej przystawał na załomach i przejściach pod torami. Tam musiał sobie pomagać łopatą. Na szczęście puch nie był zbity i dość łatwo dawał się wymiatać na boki. Lampy też zeszły ze słupów bez problemów. Te które jeszcze się paliły- zgasił. Staranie oczyścił rozjazd. Wygarnął wszystko co znajdowało się pomiędzy ruchomymi elementami. Potem ruszył ku semaforowi wjazdowemu. Szedł po nasypie, gdyż tam było najmniej śniegu. Zerwał się lekki wiatr. Pomógł on nieco w robocie zdmuchując śnieg do pobliskiego rowu. Las zacieśniał swoje terytorium i zbliżył się do toru. Nagie pnie drzew i wyrastające z nich suche i poskręcane gałęzie tworzyły ścianę nie do przebycia. Korony drzew mimo zimowej aury miały jeszcze igły i zwarły się nad torem ograniczając światło dnia. Po około stu metrach Stokłosa dotarł do semafora wjazdowego. Chwycił mocno za korbę od wyciągu latarniowego i delikatnie zwolnił zapadkę. Korba mocno natarła na zaciśnięte na niej palce. Tak jakby lampa ważyła z tonę. Alojzy o mały włos nie wypuścił jej z dłoni. Pomagając sobie drugą ręką delikatnie opuszczał latarnię. Gdy ta była w połowie słupa, nacisk ustąpił. Stokłosa poczuł ciężar na obu skroniach. Oparł się na korbie i mocno zacisnął powieki. Jasny błysk i fala tępego bólu omal nie sprawiła, że wypuścił korbę z dłoni. Oddychał ciężko. Gdy dolegliwości nieco zelżały powoli otworzył oczy… Potem dokończył przerwaną czynność. Jak tylko latarnia dotarła na sam dół przystąpił do jej oględzin.

Stwierdziwszy, że lampa jest wygaszona ruszył w dalszą drogę. Jak tylko oddalił się od semafora wjazdowego ucisk poniżej czoła zmienił się w delikatne mrowienie. Machnął lekceważąco ręką i wrócił do uderzania miotłą o druty pędni. Za każdym razem wokół jego butów pojawiała się chmura strącanych diamentowych igiełek i białego puchu. Tak było, aż do tarczy zaporowej. Podczas powrotu jeszcze przystanął jeszcze na moment przy semaforze wjazdowym. Zdawało mu się, że…

Ale to było niemożliwe. Na pewno to skutek kilku solidnych kopniaków w czerep w areszcie. Na wszelki wypadek powtórzył to co zawsze przynosiło mu ulgę. -Ja tego nie zrobiłem- wyszeptał.

W miarę zbliżania się do budynku stacji musiał to zrobić kilka razy. W tym miejscu zaklęcie działało ze mniejszą siłą. A na peronie już wcale.

Wtulił głowę w kołnierz wytartej kurtki i udał się na drugą głowicę. Wykonać te same czynności co przed chwilą. Obserwujący go zza szyby Grzegorz nie chciał wiedzieć co tak zawzięcie powtarza idący. Widział tylko rytmicznie unoszącą się parę, zza połów kołnierza. Ludzki parowóz zniknął mu z oczu. Zawiadowca spojrzał na zegarek. Do przyjazdu pierwszego pociągu zostało dwadzieścia minut.

Akt III Pociąg

Ty 2 przebijając się przez złogi świeżego śniegu brnął ku Czeremsze. Maszynista widząc opuszczone ramię semafora zagwizdał długo i donośnie. Jednocześnie przyciągnął dźwignię hamulca zespolonego ku sobie. Skład czteroosiowych platform pod drewno amerykańskiej budowy zwalniał. Klocki hamulcowe ukryte za sprężynami wagonowych wózków diamonda zaczęły pieścić obręcze kół. Na razie delikatnie…

Ramię semafora uniosło się w górę. Zamarło w pozycji zezwalającej na wjazd. Maszynista odpuścił hamulec i delikatnie zwiększył ilość pary w cylindrach. Pociąg nabierał prędkości. Jak tylko dobrnął do peronu uniosło się również ramię semafora wyjazdowego. Jednocześnie przed budynek stacji wyszedł zawiadowca unosząc wysoko w górę zieloną kształtkę sygnałową na drewnianej rękojeści. Parowóz zagwizdał powtórnie i pociąg towarowy opuścił Czeremchę. Znów zapadła cisza, przerywana zgrzytem opadanych ramion semaforów. Strażnicy zamarli w oczekiwaniu na następny pociąg.

***

Stokłosa usłyszawszy gwizd zszedł z toru. Oparł się o drewniany słup z dwoma porcelanowymi izolatorami stojący nieco poniżej korony nasypu. Twarz zwrócił ku pociągowi. Maszynista nawet go nie zauważył. Zimny biały kurz uderzał, wzniecany przez jadące z dużą prędkością wagony. Zwrotniczy zamknął oczy i cierpliwie znosił niedogodność. Lodowaty dotyk był przyjemniejszy od narzędzi przymusu władzy ludowej. Jej butów i ciosów w imię sprawiedliwości. Stokłosa odczekał, aż skład zapadnie się w leśną głuszę i skrzypiąc przemoczonymi butami wrócił do swoich obowiązków. Cały czas mimowolnie powtarzał cztery słowa. Jak dziecko w przedszkolu swoją ulubioną piosenkę… „Ja tego nie zrobiłem”.

Przedszkole, stamtąd ją zabrał. Pomógł się ubrać i wręczył zielony worek z zapasowymi butkami. Owe buciki nie były pierwszej młodości. Starał się przedłużyć im życie jak tylko potrafił. Cerował czerwoną nitką, lub zwyczajną dratwą…

W gazetach napisali, że znaleziono go nieprzytomnego dwa kilometry od domu do którego ją prowadził. Nie potrafił powiedzieć co się stało. Trzymał tylko w ręku zielony worek z pocerowanymi butkami. Na nim milicjanci znaleźli plamy krwi…

Akt IV A może mogę?

Skała odczekał, aż sąsiednia stacja potwierdzi przyjazd towarowego w całości. Uzupełnił o odpowiednie wpisy dokumenty i sięgnął po kubek z kawą. Dzięki temu, że stała na żeliwnej płycie pieca przyjemnie smaliła w usta. Czarna postać pojawiła się na horyzoncie. Stokłosa wracał z obchodu. Był wyraźnie zmęczony i ciężko powłóczył nogami. Grzegorzowi stanęły przed oczyma tytuły prasowe opisujące wydarzenia w których brał udział jego podwładny. Prawie wszystkie publikowały zdjęcie złotowłosej dziewczynki o niebieskich oczach. Zawiadowca poczuł obrzydzenie i złość. Gdyby tylko mógł, sam wymierzyłby sprawiedliwość. Wyrok w obliczu tej tragedii mógł być tylko jeden… Skała poczuł metaliczny smak w ustach. Tym razem był bardzo intensywny i o wiele mocniejszy niż rano. Ktoś jeszcze zgadzał się z nim w tych kwestiach… Gdyby tylko mógł… A może mógł?

Zwrotniczy wszedł do budynku stacji. Prawą ręką pocierał obie skronie. Drżał z zimna i czegoś jeszcze.

– Wszystko w porządku, rejon czysty o ile nie będzie padać – wyszeptał coraz bardziej pochylając głowę.

Skała skinął i nie odzywając się wrócił do picia kawy. Pogarda doprawiona lekką nutą nienawiści zawisła w powietrzu. Szybko wchłonęła ją Czeremcha. Z apetytem…

Akt V Wyrok.

Ostatni skład odszedł około dwudziestej trzeciej. Skała zamknął książki i resztę dokumentów sejfie i ubrawszy płaszcz zbierał się do wyjścia. Stokłosa właśnie wrócił z wieczornego obchodu i ściągnąwszy płaszcz przytulił się do nadal ciepłego pieca. -Zostajesz ?! – spytał Zawiadowca.

W tonie jego głosu brzmiało szczere zaniepokojenie. A może chciał tylko, aby człowiek do którego kierował to pytanie, odniósł takie wrażenie.

-Tak… jeśli… – motał się zwrotniczy.

Skała machnął ręką dając przyzwolenie. Potem obrócił się i wyszedł w milczeniu. Na kamienistej drodze do wsi metaliczny smak w ustach ustąpił. Więc jednak mógł… Grzegorz poczuł się nieco lepiej.

Stokłosa wyjął z torby pół bochenka niezbyt świeżego chleba. Odłamał spory kawałek i umoczył go w letniej wodzie. To był jego cały posiłek na dziś. Jutro może zdobędzie się na odwagę i pójdzie do wsi. Mokry płaszcz położył na klepisku obok pieca. Dołożył nieco węgla i wkrótce z odzieży zaczęła uciekać para. Zdjął buty i skarpetki. Na szczęście zapasowe nie zamokły i były suche.

Usiadł obok suszącej się odzieży i plecami przylgnął do kafelek pieca. Rozmoczony chleb wypełnił żołądek. Senność położyła obie dłonie na jego głowie i przycisnęła ją do piersi. Pusty kubek wypadł z rozwartych palców i potoczył się po podłodze. Zrobił to na tyle cicho, że nie wybudził Stokłosy.

Uczyniło to dopiero przenikliwe zimno około trzeciej nad ranem. Piec wygasł i jego dotyk nie był przyjemny. Świeca również umarła i izbę skrywała absolutna ciemność. Zwrotniczy, po omacku, na szafce obok stołu szukał kolejnej. Bez skutku. Znów bolały go skronie. Wszystko pulsowało rytmicznie zadając cierpienie. Nie pomagało zaklęcie w czterech słowach. Stokłosa ukrył twarz w dłoniach. Potem wstał i wyszedł z budynku. Na zewnątrz temperatura spadła do dziesięciu stopni poniżej zera. Alojzy próbował oziębić śniegiem skronie. Nadaremnie. Spojrzał w dół i stwierdził, że zapomniał ubrać butów. Wiedział, że za moment zapasowe skarpetki staną się mokre i zimne.

Musiał wrócić i napalić w piecu… Musiał… Drzwi wejściowe zatrzasnęły się przed nim z hukiem. Z daszku runął mu na głowę zgromadzony tam śnieg. Nadaremnie naciskał klamkę. Nie chciały ustąpić… Ból narastał z każdym ruchem. „Ja tego nie zrobiłem” – wyszeptał. Nie pomagało. Zrezygnował. Odwrócił się i ruszył ku równi stacyjnej… Para unosząca się z jego ust świadczyła, że cały czas powtarza swój wyuczony wiersz… Jak złotowłosa w przedszkolu.

***

Grzegorz przyszedł nieco wcześniej na stację. W izbie nie zastał Stokłosy.

Wściekły kopnął pozostawioną przez podwładnego odzież i buty w kąt. Zaczął od wpisaniu do książki faktu oddalenia się Alojzego z posterunku. Potem powiadomił najbliższy posterunek MO. Gdzieś w oddali gwizdał parowóz. Pierwszy towarowy zbliżał się do Czeremchy. Zawiadowca pociągnął za dźwignię sygnałową. Ta nie ustąpiła. „Cholerny śnieg” – pomyślał Grzegorz.

Ubrał płaszcz i zaczął zmierzać w kierunku semafora wjazdowego. Zanim tam dotarł do jego uszu doszedł przenikliwy nieustający jazgot gwizdawki. Ktoś bardzo niecierpliwił się przed wjazdem. Zawiadowca na moment przystanął. To nie był sygnał zniecierpliwienia… Syrena wyła w charakterystyczny sposób podając sygnał „Alarm”. Stało się coś niedobrego. Zawiadowca zaczął biec. Zatrzymał się dopiero przed semaforem wjazdowym. Pierwsze co zobaczył to czerwone szlaczki na śniegu obok. Z początku nie mógł zrozumieć, dlaczego są tak fascynujące. Doszło to do niego po chwili. Ktoś na śniegu napisał cztery znane mu słowa… Słowa które powtarzał Alojzy. Pod słupem semafora czerwona plama była największa. Tak jakby piszący chciał zakończyć zdanie monstrualną kropką. Maszynista machał do Grzegorza z budki. Usiłował mu coś wskazać.

Zawiadowca uniósł wzrok ku górze. W blasku wschodzącego słońca, poruszane delikatnymi ruchami powietrza kołysało się lekko na boki. Bez płaszcza i butów, za to z paskiem zaciśniętym na szyi i przerzuconym przez ramię strażnika – ciało Zwrotniczego Alojzego Stokłosy.

Zakończenie – Budynek Dyrekcji – Poznań

Zastępca Naczelnika spojrzał na przełożonego i zapytał:

-Naczelniku, myślicie, że był winny…?

Naczelnik sięgnął do paczki i wyciągnął stamtąd jednego papierosa. Odpalił go i zaciągnął się głęboko. Potem powoli wydmuchał kłęby ciężkiego cuchnącego dymu przed siebie. -Niewinni się nie wieszają…

Zastępca spojrzał mimowolnie na powieszoną na ścianie kolejową mapę. Chciał coś powiedzieć o Czeremsze… Ale w całej tej sytuacji nie miało to już większego znaczenia. A może się mylił ?

KONIEC

Wrocław 09.03.2015r.

Powrót do spisu listy opowiadań z lat 2015 – 2016

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *