Po hiszpańskiej awanturze nadszedł czas spokoju i zacierania śladów. Pierwsze co zrobiłem to zwróciłem się do Kota o zadość uczynienie za straty poniesione w wyniku operacji. Ku mojemu zdziwieniu spotkało się to ze zrozumieniem, najpierw oddali mi samochód. Po prostu zadzwonił gość i poprosił o zejście na parking przy bloku. Wręczył mi kluczyki od takiej samej zielonej Sieny w jakiej pierwotnie zginąłem. Nie wiem jak to zrobili, ale nawet numery vin się zgadzały. Nie wnikałem zbytnio, gdyż gość szybko się zmył. Wprowadziłem auto do garażu i podziękowałem Kotowi za prezent. Wymusiłem na nim jeszcze drobną sumę na koncie. Z początku moje żądanie spotkało się z rubasznym śmiechem przedstawiciela władzy. Szybko jednak zmienił zdanie, gdy powiadomiłem go, o ukończeniu procesu rejestracji konta na Twitterze. Miałem zamiar streścić tam wszystko w czym brałem udział. Kot spytał, czy zamierzam też opisać strzelanie do człowieka w kajdankach. Ku jego przerażeniu odpowiedziałem, że od tego chcę zacząć.

– Kot chłopie, mi naprawdę wszystko wisi i powiewa. Jestem bezrobotny, bez życiowego celu i zdesperowany. Przelewaj więc tę nędzną kwotę, jako ukojenie moich nerwów i masz mnie z głowy – czekałem na potwierdzenie.

– Ostatni raz odbieram od Ciebie telefon, jutro kasę będziesz miał na koncie. I zapomnij o dalszych żądaniach – wypluł z siebie po dłuższej chwili ważenia strat i zysków.

-Pasuje, pozostaje jeszcze tylko kwestia wymiany okien – przypomniało mi się w ostatniej chwili. -Co kurwa ?! Kot dyszał jadem do słuchawki.

-Nie używaj inwektyw, tylko sprowadź fachowca z kompletem okien do mojej chaty. Te przestrzelone zakleiłem taśmą i tekturą ale głupio to wygląda. A ludzie zaczynają pytać…

-Jutro będziesz w domu? Przerwał mi zadając pytanie.

-Nie mam przy sobie terminarza, ale chyba nigdzie się nie wybieram, poczekaj spytam sekretarki. -Słuchaj Covalus, nie mam nastroju do żartów. Jutro będziesz miał wymienione okna. Żegnam – rozłączył się.

I tak oto urwał się kontakt z Kotem. Gość od okien przyszedł na drugi dzień rano i zrobił co miał zrobić. Myślałem, że zamontuje najtańsze szroty, albo kupione od „śmieciarzy” na Świebodzkim, ale byłem w błędzie. Policjant chciał najwyraźniej uniknąć reklamacji i zafundował mi te z górnej półki. Po ich zamknięciu w chacie było bardzo cicho. Nawet jadące ulicą tramwaje były bezgłośne. Byłem bardzo zadowolony. Kolejne dni spędzałem leżąc bezczynnie na wersalce i czytając zgromadzone książki, na które nigdy nie miałem czasu. Dni tygodnia zacierały się i wkrótce przestałem je odróżniać. Wszystkie były takie same – sen, śniadanie, lektura, obiad albo nie, lektura, kolacja i sen. Niekiedy spałem jeszcze w środku dnia. Tą monotonię zakłócił telefon od Radosława Strózika ojca Anny.

-Covalus, witam- mój głos był wyjawiony z wszelkich uczuć, mimo, że starałem się zabarwić go odrobiną serdeczności.

-Radosław Strózik, przepraszam, że przeszkadzam ale chciałbym o coś zapytać jeśli można.

-Proszę – odpowiadanie na pytania było jakąś odskocznią od monotonii jakiej doświadczałem. -Pracuje Pan?

-Nie – pytanie zbiło mnie z pantałyku.

-Anna rozmawiała ze mną o Panu…-na te słowa gdzieś w gardle zaczął mi rosnąć kamień – chciałbym zaproponować zajęcie.

Wstałem z wersalki i podszedłem do okna. Odwróciłem się plecami do niego i spojrzałem na swój pokój. Przypominał wielki grobowiec, w którym umierałem powoli. Ktoś właśnie podawał mi rękę i próbował z niego wyciągnąć.

– Halo, jest Pan tam jeszcze ? – Profesor Strózik zbyt długo czekał na odpowiedź.

-Jestem – dałem znak, że czuwam.

-Nie wiem, czy dobrze się wyraziłem – Profesor usiłował powtórzyć propozycję.

-Kiedy mogę zacząć Profesorze ? – nie pozwoliłem na to.

-Czekam na Pana na Szewskiej 49 jutro o godz. 8.00. Proszę się nie spóźnić, bo mam dość napięty grafik.

-Będę na pewno – przerwałem.

Chciałem jeszcze podziękować, ale połączenie zostało przerwane. Usiadłem na niezaścielonej wersalce. Chwilę trwało, zanim dotarło do mnie co się stało. Podszedłem do lustra i spojrzałem na siebie. Mimowolnie zrobiłem krok w tył. Nie podobało mi się to co tam zobaczyłem. Postanowiłem to zmienić.

***

Do Instytutu Historii dotarłem przed ósmą. Profesor czekał na mnie na portierni. Uścisnęliśmy sobie dłonie i udaliśmy się do jego gabinetu. Był to przestronny pokój z mnóstwem książek. Pod oknem stało duże biurko, które wyglądało na antyk. Na nim spostrzegłem zdjęcie Anny w srebrnej ramce. Wpatrywałem się w nie wystarczająco długo, by Profesor to zauważył.

-Moja Żona zmarła rok temu, Anny też już nie ma, została praca i szukanie celu w życiu – Profesor usiadł na wielkim czarnym fotelu za biurkiem – jest rzeczą okrutną, gdy ojciec musi chować własne dzieci. Proszę niech Pan siada – wskazał mi krzesło naprzeciw siebie. Skorzystałem z zaproszenia.

-Słyszałem od tego policjanta, że go dorwaliście. Nie jest to oczywiście oficjalna wersja i usłyszałem ją tylko dlatego, że bylem ojcem Anny.

-Profesorze – przerwałem – osobiście wpakowałem gnojowi cały magazynek – pominąłem szczegóły.

Profesor spojrzał mi w oczy. Jego twarz wyrażała zazdrość.

-Szkoda, że nie byłem na Pana miejscu – słowa które padły z jego ust budziły przerażenie.

-Słyszałem, że ma Pan dla mnie jakieś zajęcie – nie miałem ochoty na drążenie tematu.

-Jasne, przepraszam… Chciałbym, aby się Pan zajął działem który utworzyłem na tę okazję. Nie ma on jeszcze oficjalnej nazwy, ale jego dziedzina to kolej. Jest wiele problemów i zjawisk w których żelazne drogi stanowią wspólny mianownik. Czasami wychodzą one wskutek badań, nad zupełnie innymi rzeczami. Potrzebujemy fachowca do pomocy. I to będzie Pana zadanie… – Profesor na moment zwiesił głos oczekując mojej reakcji – Robota nie jest łatwa, polega głównie na przeglądaniu archiwów i odpowiadaniu na pytania dziwaków mojego pokroju – dodał jakby na zachętę.

-Podoba mi się Profesorze, ma Pan nowego pracownika – uśmiechnąłem się.

-Cieszę się. Dostanie Pan mały gabinet, tuż obok archiwum w zapomnianym skrzydle..

-Zapomnianym skrzydle ? – przerwałem zaciekawiony.

-Ostatnio studia w tym kierunku nie są zbyt popularne. Kadra naukowa się wykrusza i powstają miejsca wyludnione w instytucie. Puste pokoje w których badania prowadzą tylko pająki. Najwięcej ich jest w części przylegającej do archiwum, nazywamy je zapomnianym skrzydłem. -Fajnie, jak z filmów przygodowych…

-Niezupełnie. Zasiedli Pan jeden z tych pokoi. Nikt nie będzie Panu przeszkadzał. W związku z zatrudnieniem trochę niezgodnym procedurami z rady uczelnianej, chciałbym żeby miał Pan ciszę i spokój.

-Pięknie ujęte „nie rzucał się w oczy”- doceniłem.

-Pana łącznikiem z uczelnią, będzie Pani Zofia.

Jakby na komendę, ktoś zapukał do drzwi. Profesor udzielił zezwolenia. Do pokoju weszła dystyngowana starsza pani. Profesor przedstawił nas sobie. Wstałem uścisnąłem delikatnie dłoń mojemu tajemniczemu łącznikowi – Pani Zofii.

-Zofio zaprowadzisz Pana do gabinetu, niech się urządzi. Jak tylko to nastąpi daj mu to zdjęcie Sadowskiego, nad którym chłopina dywagował od zarania dziejów. Niech się bierze do roboty – Profesor wydał polecenie przybyłej.

Pani Zofia skinęła głową ze zrozumieniem.

-Co, jak rada uczelniana się zorientuje, że w zamiast pająków w pokoju siedzi facet ? – Spytałem. Profesor spojrzał na zegarek. Zaczął nerwowo porządkować papiery i notatki. Szybko napisał coś na kartce i podał ją mi. Była tam kwota 1850 zł.

-To Pana wynagrodzenie, niestety muszę już kończyć mam ważne spotkanie – Profesor wstał i odprowadził mnie wraz Zofią do drzwi.

-A radą niech Pan się nie martwi, z braku kadry jestem jej jedynym członkiem i przewodniczącym zarazem – dodał na pożegnanie.

Opuściliśmy wraz z Zofią gabinet i udaliśmy się do zapomnianego skrzydła.

***

Droga do zapomnianego skrzydła była niezwykle zawiła. Po wyjściu z gabinetu Profesora Strózika wróciliśmy do głównego holu. Było to duże skrzyżowanie w kształcie litery „X”. Skręcając w prawo mogliśmy opuścić budynek. Kierując się w lewo natrafialiśmy na kamienne schody o wyszlifowanych brzegach. Prowadziły do sal wykładowych, kręciła się na nich niewielka grupa studentów. Pani Zofia nie zmieniając kierunku weszła w wąski długi korytarz. Na obu jego ścianach mieściły się drzwi do różnych pomieszczeń służbowych. Nie było tabliczek wyjaśniających tylko numery – 102, 103, 104 itp. Bezimienne drzwi, a w środku urzędnicy. Czułem się jak w „pentagonie” przy ulicy Dyrekcyjnej. Korytarz nagle skręcił o dziewięćdziesiąt stopni. Po lewej stronie pojawiły się okna. Widać było z nich wewnętrzne podwórko instytutu. Stały tam ciasno upakowane auta pracowników. Taki swoisty parking. Korytarz znów zmienił kierunek o tą samą wartość co poprzednio. Pojawiły się znów drzwi bez tabliczek. Większość z nich miało przyklejone plomby z pieczęciami instytutu. Nad niektórymi wisiały srebrzyste pajęczyny. Przypominały cmentarne sarkofagi. Nie miałem wątpliwości, że znaleźliśmy się w zapomnianym skrzydle. Nagle Pani Zofia przystanęła. Wskazała palcem na drzwi bez plomb z numerem 504 i z wielką, choć obdrapaną, tabliczką – archiwum.

-Tutaj pracuję i zapraszam jakby Pan potrzebował – powiedziała.

Skinąłem głową na znak, że rozumiem. Ruszyliśmy dalej. Korytarz nagle skończył się ślepą ścianą. Po prawej były drzwi bez plomb z numerem 505. Pani Zofia wyciągnęła klucze z kieszeni i podała mi.

-Pański gabinet- wskazała na drzwi.

Odebrałem klucze i wsunąłem do zamka. Mimowolnie rozejrzałem się. Na przeciw mojego nowego

miejsca pracy było jeszcze jedno pomieszczenie bez plomb – 506. Pani Zofia widząc moje

spojrzenie wyjaśniła.

-Toaleta… męska.

-Jest jakieś plus – stwierdziłem otwierając drzwi.

Gabinet przypominał kajutę miniaturowego okrętu podwodnego. Był wąską rurką zakończoną oknem. Tuż przy drzwiach stał przekrzywiony drewniany wieszak. Był wciśnięty między framugę a drewnianą szafę. Sama szafa pomalowana była ciemnozieloną farbą olejną. Krzywe drzwi zamykały się z trudem. Sprawiała wrażenie jakby miała się za moment rozlecieć. Minąłem ją z wielką ostrożnością. Zaraz za nią, tyłem do okna ustawione było biurko. Z okna widziałem ciasne podwórko i tylną ścianę kamienicy stojącej przy ulicy uniwersyteckiej. Usiadłem na krześle z poręczami w kształcie fal. Mimo swojego wieku było wygodne. Spojrzałem na Panią Zofię. -Jest dobrze – uniosłem do góry podniesiony kciuk.

-Cieszę się – odpowiedziała– materiały do pracy ma Pan przed sobą, jak wracam do siebie.

Pomieszczenie 504 – przypomniała na sam koniec.

Potem wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

Zostałem sam w swoim sarkofagu. Na dzień dobry przejrzałem wszystkie szuflady biurka. Były puste. Odpaliłem stojący na nim komputer. Myślałem, że będę czekał na uruchomienie się co najmniej windowsa 95, ale spotkało mnie miłe rozczarowanie. Komputer był w miarę szybki i miał zainstalowaną „siódemkę”. Na pulpicie za pomocą Sticky Notes ktoś podawał mi login i hasło do sieci. Sprawdziłem szybko – działało. Podszedłem do szafy i powoli rozwarłem drzwi. Otworzyły się z cichym zgrzytem krzywych zawiasów. W środku nie było nic. Wróciłem za biurko i sięgnąłem po starą zasznurowaną teczkę. Zacząłem dobierać się do misternie zadzierganego węzła. Przerwałem w połowie. Zrozumiałem, że czegoś mi w moim miejscu pracy brakuje. Od jutra koniecznie na krawędzi biurka musi spocząć ekspres do kawy. Bez niej praca jest straszliwie trudna do wykonania. Na szczęście Kot przelał już pieniądze na konto. Wracając do domu postanowiłem odwiedzić mieszczącą się nieopodal galerię handlową i sklep ze sprzętem AGD. Mając już jasny plan przystosowania się do nowych warunków, wróciłem do teczki. Po kilku minutach udało mi się rozsupłać zamknięcie. W środku było pojedyncze zdjęcie z dołączoną karteczką. Była na nim panorama miasteczka z perspektywy stacji kolejowej. Na pierwszym planie miałem pojedynczą krawędź peronową i tor. Zaraz za nią był następny zakończony kozłem oporowym a na nim trzy wagony G10. Przyjrzałem się im dokładnie. Stojący od zwrotnicy miał budkę hamulcowego i szprychowe koła. Środkowy był podobnej budowy, ale bez budki. Lekko przekrzywiłem zdjęcie i dostrzegłem coś jeszcze. Nie miał hamulca. Do kół nie przylegały, żadne buty z klockami hamulcowymi. Ostatni wagon nie odbiegał konstrukcją od reszty. Szprychowe koła, pojedyncze zasuwane drzwi na środku i drewniany długi schodek u ich podnóża. Ostatni wagon miał hamulec. Odwróciłem fotografię. Na jej tylnej stronie, ktoś kopiowym ołówkiem napisał – Rowy 1947 rok. Sięgnąłem do mojej pamięci. Miejscowość leżała na lokalnej linii Strzelin – Wartowice. Linię otwarto w 1900 roku jako lokalną. Służyła wywozowi płodów rolnych z miejscowych majątków. Rowy były przystankiem osobowym z dodatkowym torem zakończonym kozłem oporowym. Był on niemym świadkiem niedokończonej inwestycji, zwanej cegielnią. Miała ona powstać zaraz za stacją, gdzie odkryto bogate złoża gliny. Budując linię, zapewniono dojazd na teren przyszłego zakładu pracy. Niestety cegielnia nigdy nie powstała. Złoża gliny okazały się nie tak bogate, jak zapewniał właściciel gruntu, a glina marnej jakości. Sam tor pozostawiano, licząc, że w Rowach coś powstanie i wtedy się go wykorzysta. Historia złośliwa bywa i sama miejscowość pozostała nieznaczącym miasteczkiem, bez jakiegokolwiek przemysłu. Na zwrotnicę założono zamek a klucz do niego pozostawiono na sąsiedniej stacji Kowale. Ciekawe po co ktoś przytargał tutaj te wagony? Podobne pytanie napisano u dołu dołączonej karteczki. Sięgnąłem po „Wujka Google”. Linię zamknięto w 1998 roku. Fizycznej rozbiórki dokonano w 1999 roku. Otworzyłem mapę i próbowałem dopasować pomarańczowego ludzika w pobliże dawnego przystanku Rowy. Teren przecinała droga gminna 457. Co to zobaczyłem nie nastrajało optymistycznie. Po torach nie było śladu. Nawet dawny przejazd kolejowy wyrównano i starannie pokryto nową warstwą asfaltu. Wyprawa w teren mijała się z celem. Zabrałem zdjęcie i udałem się do pokoju 504 zasięgnąć języka. Zapukałem delikatnie w drzwi potem otworzyłem je. Gabaryt pomieszczenia lekko mnie zaskoczył. Było ogromne i wypełnione stalowymi regałami. Na nich spoczywały papierowe teczki starannie opisane jakimiś symbolami. Ich strażnikiem była Pani Zofia. Miała biurko przy samych drzwiach.

-Witam w moich progach – uśmiechnęła się.

-Pani Zofio… – zacząłem nieśmiało.

-Możemy przejść na Zofio, będzie łatwiej – przerwała.

-Jasne, Covalus jestem – wyciągnąłem dłoń w geście przejścia na „ty”.

-Wiem – nie odwzajemniła gestu.

Lekko się zmieszałem, ale postanowiłem nie poddawać się.

– Czy oprócz zdjęcia my coś jeszcze ? Spytałem.

– Mogę dać Ci teczkę Sadowskiego. Męczyła go ta sprawa od kiedy tutaj zawitał. Prowadził badania na temat regionu, a Rowy były jego konikiem. Od kiedy dostał to zdjęcie przestał sypiać. Chciał koniecznie wiedzieć po co w Rowach ktoś zostawiał te trzy wagony.

-Jak to zostawiał, to nie był jednorazowy przypadek ? – tym razem ja przerwałem.

-Dowiesz się z teczki, Sadowski wymęczył miejscowych i spisał ich zeznania na temat tych wagonów. Przeczytaj je.

Odebrałem od Zofii teczkę i wróciłem do swojego gabinetu. Sprawa zaczęła mnie intrygować. Usadowiwszy się znów w swoim fotelu zacząłem przeglądać papiery Sadowskiego. Sprawa wyglądała na niezwykle tajemniczą. Wagony zaczęto przywozić do Rowów po 6 września 1947 roku. Tak twierdzili mieszkańcy. Pierwszy pociąg przyjechał dokładnie 7 września o godzinie 9.00. Sięgnąłem po notatkę spisaną w 1955 roku z miejscowym rolnikiem.

Zwoziliśmy właśnie ziemniaki, pole miałem niedaleko torów. Duży parowóz z trzema wagonami zatrzymał się na stacji. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i zaczęło wycinać krzaki na nieużywanym torze. Śpieszyli się i wycinali tylko co grubsze, ciskając je na moje pole. Podszedłem tam blisko i spytałem czy im te potrzebne, bo niektóre całkiem grube pnie miały. Do pieca jak znalazł. Kolejowy machnął ręka i pozwolił ładować na furmankę. Jak tylko wykosili z grubsza, lokomotywa sapnęła i zatrzymała się za rozwidleniem torów. Kolejowi zaczęli odkluczać rozwidlenie i się z nim mitręzić. A szło im to opornie, bo nieużywane od wieków było. Pomogli se stalowymi łomami i lokomotywa wepchnęła wagoniki na boczny tor. Potem znów wyjechała przed i rozwidlenie zakluczyli. Po wagony przyjechali wieczorem i je zabrali.

Sadowski wypytał również byłego burmistrza miasteczka niejakiego Gerwazego Postołkę.

Panie ja nie wiem po co oni te wagony przytargiwali. Zawsze to samo. Przywozili z rana i zabierali wieczorem. Raz nawet z posterunkowym Rępało my podjechali. Pytamy kolejowych cóż za dobra kolejowe tam są w środku. Ale gbury były i postraszyli Urzędem Bezpieczeństwa, za ciekawość. Panie wtedy my tyłkiem trzęśli na samo wspomnienie, więc się lepiej było nie interesować. Tak też robiliśmy, a oni te wagony przywozili i wywozili i tak do października. Potem wszystko ustało.

Jeszcze raz na spokojnie przeczytałem obie wypowiedzi. Gdzieś wewnątrz czaszki zaczęło mi się kołatać nieśmiałe rozwiązanie. Było tak niesamowite, że aż uśmiechnąłem się w duchu. Reszta zebranych materiałów oscylowało wokół usilnego poszukiwania odbiorcy tajemniczego ładunku owych wagonów. Niestety nadaremnego. Dopiero ostatni akapit przykuł moją uwagę. Rozmowa z bohaterem, który mimo grożących sankcji rozwiązał tajemnicę ładunku. Przynajmniej tak mu się wydawało. Jedna wypowiedź miejscowego organisty Franciszka Ściegiennego.

Podszedłem do owych wagonów jak je przywieźli po raz ostatni. Widzę, jedne drzwi się obsunęły. Zaglądam do środka a tam słoma. Krzyknąłem do kolejorza, że mu wrota od wagonu się otwarły i słoma się może pogubić. Ten zatrzymał lokomobila i zaczął owe drzwi zatrzaskiwać. Ale jakieś krzywe były i się zasapał bidny, a bez efektu. Ten drugi co na lokomobilu został, joł się wydzierać na bidaka. Że nie mają czasa i zaraz osobowa bana będzie, więc niech zamyka ten wagon. Panie ja życzliwy człek jestem, więc podejszłem i razem z kolejorzem żeśmy te wrota zatrzasnęli. Gość mi dziękować zaczął, a je się go pytam po co Güterbana… Pan się Psorze nie uśmiecha, ja z Poznania i tak zostało… więc po co bana słomę przywiezła. On mówi, że dla koni. Ja mu tłumaczę, że konie to oni w Kowalach mają a nie tu. On tylko machnął grabą i pojechali…

Wziąłem teczkę pod pachę i jeszcze raz poszedłem zawracać głowę Zofii. Poprosiłem o skserowanie kartki z wypowiedzią organisty. Jak tylko ją dostałem, zaznaczyłem używając żółtego zakreślacza, pożyczonego z biurka Zofii, jedno kluczowe zdanie.

Ja mu tłumaczę, że konie to oni w Kowalach mają a nie tu.

Zofia przyglądała się temu z zaciekawieniem.

-Masz rozwiązanie ? – spytała z niedowierzaniem

-Na razie pewną teorię, czy dostanę tu ksero kolejowych okólników?

-Mamy sporą bazę dokumentów, tylko proszę o numer – rozłożyła ręce Zofia.

-Czy mogę skorzystać z Twojego komputera na moment – wskazałem na włączoną maszynę.

-Jasne – przesunęła klawiaturę w moją stronę.

Szybko znalazłem co mi potrzeba. Na tylnej stronie skserowanej kartki wypisałem stosowny numer.

Nr IV/2/30/36/47

Dyrekcja Okręgowa Kolei

we Wrocławiu

Wydział Handlowo – Taryfowy

Okólnik stały – Nr. 67/IV

Podałem kartkę Zofii. Ta zmarszczyła lekko czoło i spytała.

-Może być na jutro rano, dość późno jest już dziś ?

Spojrzałem na zegar w komputerze. Była godzina szesnasta piętnaście. Nie miałem pojęcia kiedy ten czas zleciał.

-Oczywiście, że może być na jutro – zabrałem teczkę i wróciłem do swojego pokoju. Wykonałem stamtąd jeden telefon do znajomej z Pentagonu. O dziwo jeszcze zeń nie wyszła. Czasami człowiek ma niesamowite szczęście. Poprosiłem ją o poszukanie raportów w sprawie stacji Rowy pisanych w 1947 roku. W związku z tym, iż nie miałem wstępu do Dyrekcji umówiłem się z nią przed Dworcem Głównym rano.

-Jestem w robocie jeszcze godzinę, poszukam. Ale ty mi się gościu do końca życia nie wypłacisz – stwierdziła.

Patrząc z perspektywy czasu miała intuicję i rację. Zamknąłem swój gabinet 505 i powoli klucząc wśród zakamarków dotarłem na portiernię. Tam oddałem kluczę zaspanemu portierowi.

-Lista obecności proszę Pana, Profesor prosił, żeby przypomnieć – podał mi papier. Złożyłem podpis pod swoim nazwiskiem. Powoli i starannie. Na ulicy przypomniały mi się postanowienia z rana. Ekspres do kawy był teraz najważniejszy.

***

Okazało się, że kupienie zwykłego przelewowego ekspresu do kawy graniczy z cudem. Dostałem go dopiero w trzeciej galerii. Zmęczony ale szczęśliwy zapakowałem zakup do reklamówki i udałem się na spoczynek. Raniutko obładowany kanapkami i ekspresem wsiadłem do ósemki i desantowałem się pod Dworcem Głównym. Jola, mój szpieg w Dyrekcji, już na mnie czekała. Przyjrzałem się jej dokładniej. Dochodziła do czterdziestki, ale nadal trzymała fason. Piękne naturalne rude włosy łagodnie skrywały ramiona. Skrzyły się w promieniach wschodzącego słońca. O ile można wierzyć innym, nadal poszukiwała swojej drugiej połówki.

-Dzień Dobry, jak zwykle pięknie wyglądasz o poranku – przywitałem się serdecznie, całując ją w policzek.

-Draniu, mam to o co prosiłeś – podała mi teczkę.

Odebrałem ją i wpakowałem do reklamówki.

-Dzięki, odprowadzić Cię ? Zaproponowałem.

Wzięła mnie pod ramię i bez słowa ruszyliśmy ku Dyrekcji. Chwila ta nie trwała długo, bo Jolę ciekawość zżerała. Posypał się grad pytań. Odpowiadałem cierpliwie, aż do samych drzwi. Potem jeszcze raz cmoknąłem ją w policzek i patrzałem jak znika za masywnymi wrotami. Sam szybko ruszyłem do mojego nowego miejsca pracy. Wchodząc do budynku przy ulicy Szewskiej byłem lekko spóźniony. Nie była to poważna obsuwa, ale zawsze coś. Podpisałem listę obecności, wpisując godzinę przybycia ósmą dwadzieścia. Potem zanurkowałem w korytarzach prowadzących do zapomnianego skrzydła. Po drodze zapukałem do 504, aby przywitać się z Zofią. Czekała na mnie i to nie sama. Przy biurku ujrzałem Profesora Strózika. -Witam, lekko spóźniony ? Profesor uścisnął mi dłoń.

-Musiałem coś odebrać na mieście- sięgnąłem do reklamówki i pokazałem teczkę od Joli. -Zofia też ma coś dla Pana, słyszałem, że ma już Pan rozwiązanie?

-Prawie, jestem na dobrej drodze. Myślę, że dzisiaj będę w stanie wyjaśnić profesorowi Sadowskiemu po co przywożono te wagony ze zdjęcia- odpowiedziałem. Strózik rozłożył szeroko ręce.

-Obawiam się, że nic Pan nie wyjaśni. Sadowski zmarł w zeszłym roku nie rozwikławszy swojego problemu.

-Cóż… więc po to robię ? Spytałem lekko wytrącony z równowagi.

-Panie Covalus, historia nie znosi białych plam, tajemnic i niedopowiedzeń. Właśnie pracuje Pan nad zmazaniem jednej z nich. Nie jest istotne, czy chodzi o zaginięcie wielkiego krążownika na morzu, czy o trzy wagony. Plama jest plamą i trzeba to wyjaśnić. Jasne?

Spojrzałem na Profesora, myślałem, że żartuje. Z twarzy wyglądało, że mówi poważnie. -Dobra… komu mam opowiedzieć historię o trzech wagonach ? -Nikomu, oczekuję raportu…

To słowo lekko mnie zmroziło. Raport, sprawozdanie, wyjaśnienie… Biurokratyczne narzędzia tortur dla normalnych ludzi.

-Raportu ? Spytałem ponownie licząc na pomyłkę.

Strózik znów się uśmiechnął.

-Anna opowiadała mi wiele o Panu, znam Pana niechęć do pisania pism tego typu. Niestety u nas to jest konieczność. A ja mam bzika na tym punkcie. Raporty są publikowane w uczelnianej gazetce naukowej – Strózik podszedł do półki z prasą i wyciągnął malutką broszurę formatu A5 – Tutaj ma Pan ostatni numer, na wzór.

Uniosłem wzrok ku niebu. W myślach lekko skarciłem winowajczynię.

-Dzięki Słonko, ale mogłaś wszystkiego tatusiowi nie mówić…

Potem wziąłem broszurę i wydrukowany przez Zofię okólnik. Nikt mnie nie zatrzymywał. W drzwiach usłyszałem tylko głos mojego przełożonego.

-Raport niech Pan zostawi na portierni, jak Pan będzie wychodził, przeczytam jutro rano.

-Dobrze – odpowiedziałem bez przekonania.

W swoim gabinecie rozpakowałem się. Ekspres postawiłem obok komputera i drukarki. Paczkę dobrej kawy ukryłem w głębokiej szufladzie. Obok niej spoczął cukier i wielki metalowy kubek. Odpaliwszy urządzenie przelewowe i komputer przeciągnąłem się. Przygotowanie do pracy wymagało nieco czasu. Jak tylko pierwszy dzbanek napełnił się mocnym aromatycznym płynem, odlałem nieco do kubka. Degustacja pierwszego nalewu, była najważniejszym punktem dnia. Celebrowana z należytym szacunkiem zajmowała prawie czterdzieści minut. W mojej nowej pracy przywróciłem należytą rangę tej czynności. Po prawie godzinie zacząłem przeglądać raporty od Joli. Było tam wiele skarg, co potwierdzało moją teorię.

Kierownictwo stadniny koni w Kowalach informuje, że na skutek skandalicznego podejścia Władz Kolejowych do tematu transportu słomy, konie bywają głodne przez cały dzień. Zagraża to ich zdrowiu i odbija się ujemnie na ich kondycji. Prosimy odpowiednie władze o szybką reakcję i wykluczenie trudności, które nie przystoją socjalistycznej organizacji transportu.

Pierwsze tego typu skargi kolej ignorowała. Aż zaczęło być niebezpiecznie. Trzecia z nich wywołała lawinę.

Kierownictwo stadniny koni w Kowalach zawiadamia o podejrzeniu sabotażu. Słoma nadal nie trafia punktualnie do odbiorcy. Liczne upomnienia zarówno ustne i pisemne pozostają bez odzewu. Towarzysze z PKP są nieczuli na los zwierząt i nie dbają o dobro ogólnonarodowe.

Popatrzyłem na nagłówek. W trzeciej linijce napisano „DW Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oddział we Wrocławiu”

Odpowiedź władz kolejowych była podpięta pod tą skargę. Była krótka ale treściwa.

Okręgowa Dyrekcja Kolei we Wrocławiu, w odpowiedzi na pismo nr . ……… z dnia ……..

zawiadamia, iż transport słomy realizowany jest na podstawie listów przewozowych. Analizując przedmiotowe przewozy stwierdza, iż w owych listach błędnie wypełniono stacyję docelową wpisując Rowy. Wagony zgodnie z listem na ową stacyję dostarczono. Wieczorem po przesłaniu prawidłowo wypełnionego listu przewozowego, wagony wróciły do Kowal. Proszę zwrócić uwagę dostawcy na prawidłowe wypełnianie dokumentów kolejowych, niezbędnych do przewozu.

No cóż, kopia tej odpowiedzi też trafiła na ręce UB. Teraz pora na tłumaczenie dostawcy. Pewnie zajechało tam czarne auto, z kilkoma smutnymi Panami. Tego niestety nie wiem. Do skarg podpięto kopię dokumentu pisanego na maszynie.

Państwowe Gospodarstwo Rolne w Niebuszewie zawiadamia, iż nie zostało powiadomione o zmianie nazwy stacyj. Po dostarczeniu okólnika i nowego wykazu taryf, zobowiązuje się do prawidłowego wypełniania listów przewozowych.

Problem został rozwiązany. Wagony przestały trafiać do Rowów. Sprawdziłem jeszcze w okólniku czy zmiana nazwy rzeczywiście miała miejsce. Zacząłem szukać w tabeli „dotychczasowa nazwa”. Pierwsze były Kowale. W rubryce „nowa nazwa” widniało Rowy. Palcem powoli jechałem w dół.

„Dotychczasowa nazwa” – Rowy, „nowa nazwa” -Kowale. Wszystko się zgadzało. Zaraz po wojnie, ktoś na szybkiego odniemczał nazwy stacji w tym rejonie. Pewnie coś poszło nie tak i trzeba było ten bałagan w 1947 roku odkręcić. A wagony jeździły do Rowów nadaremno i przez pomyłkę. Zamknąłem teczkę od Joli. Spojrzałem na zegarek, dochodziła czternasta. Wlałem do metalowego kubka nową porcję kawy i odpaliłem edytora tekstów na komputerze. Trzeba było napisać raport. Zajrzałem do naukowej broszury, żeby nie narobić sobie i innym siary. Przeczytawszy kilka publikacji uśmiechnąłem się sam do siebie. Nie było to takie trudne. Zacząłem od daty i tytułu… „Trzy wagony”

Kiedy skończyłem, zapisałem całość i wydrukowałem. Spojrzałem na zegarek, była siedemnasta trzydzieści. Nikogo oprócz mnie nie było w zapomnianym skrzydle. Ostatnie zdanie raportu czytałem ubierając kurtkę

Podobny problem zaistniał, ze zmianami nazw stacji Wrocław Kowale i Wrocław Kuźniki.

Raport wraz z kluczami złożyłem na portierni. Tej nocy śniła mi się Anna. Nie miałem ochoty jej nic wyrzucać. Po prostu przytuliłem ją do siebie mocno…

KONIEC

Wrocław; 12.01.2014r.

Powrót do spisu listy opowiadań z lat 2013-2014

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *