Głogówko to jest niewielką stacją na linii Leszno-Głogów. Dwa tory wynurzają się łagodnym łukiem z gęstego lasu. Zaraz za semaforem kształtowym odchodzi trzeci, który służy jako bocznica miejscowemu tartakowi. Piękny przedwojenny budyneczek obsługi ruchu ma dwa piętra. Na dole mieści się nastawnia, a na górze mieszkanie dla jej pracownika. Z nastawnią sąsiaduje poczekalnia, w której pasażer może zakupić bilet, nawet, gdy pociąg stoi już na stacji. Tutaj czas stanął w miejscu i nikt się nie śpieszy. Niedawno zamknięto z powodu stanu technicznego jeden tor i wstawiono trójkomorowy semafor świetlny, gdyż kształtka się rozleciała. Linia do Leszna na odcinku Głogów – Głogówko stała się jednotorowa. Jako dyżurny ruchu i kasjer jednocześnie, dostałem przydział do tego miejsca wiosną 1998 roku. Gdy tylko bucząca suka zastopowała trzy pientrusy, wyskoczyłem na zasnuty mgłą peron. Świtało. Mój zmiennik ze stertą papierów flegmatycznie podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
– Witamy na zadupiu, Wojtek jestem – mocno ścisnął mi dłoń
– Marcin – odpowiedziałem
– Wracam do chaty, Stare Drzewce, następne zadupie, tylko trochę większe… Tu masz klucze i instrukcje na papierze, spisałem wszystko, będę wieczorem to ci okolice pokażę- wskoczył na schody Bipy i skład ruszył rozpływając się we mgle. Pierwsze co, to podniosłem rogatki na przejeździe tuż przy stacji, chociaż nikt nie czekał na przejazd. Włączyłem, kolorofon na S1 i ustawiłem zwrotkę za stacją na spocznij. Potem wróciwszy do nastawni rozejrzałem się dokładnie po moim przyszłym miejscu pracy. Główna tablica stała na środku, po prawej w rogu był mały stół i stojak na bilety kartonowe. Zaś po drugiej stronie na blacie przymocowanym do ściany leżał stary telegraf kolejowy z 1867 roku. Trzymali go tu pewnie z sentymentu. Oderwane kable i zardzewiały mechanizm sprawiał przygnębiające wrażenie. Cały kąt był zimny i jakiś taki ponury. W przyszłości próbowałem tam chłodzić piwo, ale zawsze kisło mi w butelce. Wojtek odradził mi zbliżanie się do tego rupiecia.
– Kiedyś go rozwalę- odgrażał się, lecz robił to cichutko i pod nosem.
Tak jakby bał się, że ten ponury kawał metalu może go usłyszeć.
Wkrótce wprawiłem się w robocie i wtopiłem w otoczenie. Polubiłem moją stacyjkę. Spałem w nastawni, bo nigdy nie chciało mi się wędrować na górę. Utulał mnie do snu zapach smaru i cichy szum naciągów sterowanych ręką Wojtka, mojego nocnego zmiennika i stróża. Za dużo roboty nie miał, jedynie jakieś podrzuty z Leszna i nocna Warszawa. Zresztą jak na jego wiek to było nadto. Wszystko działo się jak w bajce. Spokój i cisza przerywana od czasu do czasu buczeniem pociągu. Gdy miałem nieco czasu poznawałem okolice. Przepastne lasy i miejscowych życzliwych ludzi. Podczas jednej z takich wycieczek natknąłem się na ukryty w lesie cmentarz.Był osłonięty od ludzkiego wzroku gęstymi krzakami. Groby były zaniedbane. Z ciekawości oczyściłem kilka płyt, leżeli tu różni ludzie, lecz wszyscy odeszli tego samego dnia. Zmarł tragicznie 2 czerwca 1913 roku- taki napis widniał na każdym z nagrobków.
Nagle zrobiło się chłodno, słońce schowało się za chmury. Jakieś dreszcz przeszedł po mych lędźwiach. Wstyd się przyznać, ale uciekłem z tego miejsca lekko przestraszony. Z tym cmentarzem było coś nie tak. Wkrótce zrozumiałem co, ale na razie postanowiłem zasięgnąć języka w miejscowej pijalni piwa POD DĘBAMI.
– Coś taki blady- zagadnął barman nalewając kojącego płynu do dużego kufla.
– E nic, zaszedłem na stary cmentarz, ten koło leśniczówki i coś mi tak nijako się zrobiło – mruknąłem
Twarz barmana poszarzała. Drżącą ręką położył przede mną kufel złocistego napoju.
– Nie chodź tam- szepnął – to złe miejsce
Z tonu głosu wnioskowałem, że nie żartuje. Wielu mieszkańców wioski potwierdziło jego słowa. Od kiedy jest tu cmentarz, TAMTEN cmentarz, źle się dzieje. Nikt jednak nie wiedział dlaczego, a może nie chciał wiedzieć?
Wziąwszy dwa złociste piwa na wieczór, gdyż to dziś Wojtek obejmował rządy na nastawni, ruszyłem ku stacji. Mój zmiennik siedział na ławeczce przed budynkiem i grzał stare kości w promieniach zachodzącego słońca. Usłyszawszy moje kroki odwrócił głowę:
– Gdzieś to się włóczył?
– Tu i tam- odparłem enigmatycznie i otworzyłem flaszkę – chcesz? Zaproponowałem siadając obok
– Nie nigdy na służbie
– Wiem- pociągnąłem i zebrawszy myśli zapytałem – Wojtek co wiesz na temat cmentarza za leśniczówką?
Zareagował tak jak barman, posmutniał i ręce zaczęły mu drżeć. Sięgnął po piwo. Oniemiałem zawsze odmawiał, gdy tylko był mundurowy.
– Więc go znalazłeś, kiedyś musiało to nastąpić…To złe miejsce, bardzo złe… Zresztą zacznijmy od początku. 2 Czerwca 1913 roku, znam to z relacji mojej babki Drzewce wyprawiły pociąg, skład 2020, miejscowy osobowy. Zawiadomiono telegrafem tutejszego dyżurnego, Macieja. Ten jak zwykle przygotował drogę przebiegu i czekał, lecz skład nigdy tu nie dotarł. Zaniepokojony powiadomił władze i rozpoczęto poszukiwania…- Wojtek przerwał aby się napić, wskutek drżenia ręki część płynu wylała się na jego mundur – lecz nic to nie dało, składu nie odnaleziono
– Bujasz?! – Przerwałem mu zdumiony i otworzyłem drugie piwo.
– Rozpłynął się we mgle, władze urządziły fikcyjny pogrzeb zaginionym, na cmentarzu, który widziałeś, kładli puste trumny do ziemi, potem straszliwa klątwa padła na wioskę. Umierali ludzie, a szczególności pracownicy stacji Drzewce i Głogówko. Skład 2020 mścił się przeklęty…
Dlatego nikt nie chce mieszkać na górze, ostatnią rodzinkę znaleziono martwych w lecie 1950 roku. Umarli na zawał ze strachu, tak jak wszyscy. Potem wszystko ucichło. Od tego czasu ja tu służę. Wolę spać na dole i nie myśleć o 2020. Tylko ten telegraf, zepsuł się tamtej nocy 1913 i nikt nie potrafił go naprawić, nienawidzę dziada, bo mi tamte czasy przypomina, lecz nie mam odwagi go rozwalić, to tak jak bym niszczył czyjś nagrobek. Jedyna oprócz cmentarza pamiątka tamtej tajemnicy. On wie co się stało ze składem 2020…
Słońce zaszło. Wojtek wylał resztę piwa do kwietnika i pozapalał światła. Około 23.30 zadzwonił telefon. Głogów wysyłał WARSZAWĘ i rozkazał przygotować drogę. Pośpieszny nigdy nie stawał i był ostatnim rozkładowym pociągiem na tej linii. Wojtek zapalił kolorofon na zielono ja przygotowałem zwrotnicę i opuściłem rogatki. Czekaliśmy. Wkrótce dotarło do nas monotonne buczenie Suki. Zwolniwszy nieco, pośpiech przetoczył się z łoskotem i zniknął w nocnej ciszy. Podniosłem rogatki i przywróciłem zwrotnicom położenie spoczynkowe. Klapnąłem obok Wojtka na ławeczce.
– Nie idziesz spać? spytał
– Nie- noc była lepka od ciepła i przyjemna dla ciała
Milczeliśmy spoglądając na widoczne w blasku lamp szyny. Nagle z nastawni dobiegł nas metaliczny zgrzyt. Tak jakby ktoś tarł metalem o metal.
– Ki diabeł- warknął Wojtek
Poszedłem razem z nim do środka. Wszystko zdawało się spać, oprócz… TELEGRAFU, który ożył. Niczym zardzewiały zombi wypluwał z siebie pożółkły pasek papieru z nakreślonymi znakami.
– Niemożliwe… Wojtek był przerażony.
Ja stałem skamieniały przez chwilę. Podszedłem do telegrafu i poczekawszy aż stanie oderwałem taśmę.
ROZKAZ 2345 (SKŁAD 2020 WYJECHAŁ ZE STACJI DRZEWCE – PRZYGOTOWAC DROGĘ PRZEBIEGU)
Wojtek oszalał. Wybiegł do poczekalni i wrócił stamtąd z olbrzymim toporem strażackim w dłoni- naszym jedynym oprócz gaśnicy sprzętem ppoż.
– Od dawna na to czekałem, odsuń się! – krzyknął z dziwnymi ognikami w oczach.
Chciałem zaprotestować, lecz nie miało to sensu. Topór zatoczywszy łuk w powietrzu uderzył w telegraf. Potem jeszcze raz i jeszcze. Zardzewiałe urządzenie rozpadło się na kawałki. Wojtek dyszał ciężko.
– Nareszcie to zrobiłem…nareszcie…
Niepewny wydarzeń i tego co się tu stało chwyciłem za telefon. Odezwały się Drzewce
– Hej co to za jaja z tym telegrafem, wysłaliście skład?!
– Popiliście czy co? Nic nie wysyłaliśmy…-cisnąłem słuchawkę na stół bowiem na horyzoncie pojawiła się łuna.
Wiedząc jak ustawione są zwrotnice zareagowałem odruchowo i ustawiłem je na przestrzał. Dałem wolną drogę, wiedząc że od strony Głogowa jest pusto. Wojtek tam właśnie dzwonił.
– Jak to nic… a my tu… bełkotał, lecz wkrótce przerwał bowiem na szlaku wykwitł świetlisty trójkąt czoła pociągu.
– Słyszycie!!! skierował nań słuchawkę, nic nie słyszeli POCIĄG ZBLIŻAŁ SIĘ W ABSOLUTNEJ CISZY. Zostawiwszy telefon i krzyczącego dyżurnego z Głogowa wyszliśmy na peron. Już chyba obaj pojmowaliśmy co się dzieje. Zaginiony skład 2020 nadchodził. Dostojnie w milczeniu zwalniał na zwrotnicy. Trupio oświetlone okna zabytkowych lorek gościły kamienne twarze zmęczonych dusz. Skład stanął. Parowóz niemy smok, wraz z niemą obsługą wpatrującą się w nas wyhamował naprzeciw. Zrozumieliśmy na co czekali. Wojtek wszedł do wewnątrz nastawni i przywdział czapkę. W rękach miał resztki telegrafu, które cisnął do wewnątrz pociągu.
– Zabierzcie to do Was należy- szepnął i podniósł lizak- odjazd!
Parowóz bezdźwięcznie zabuksował kołami. Twarze pasażerów zniknęły za zasłonkami okien lorek. Skład 2020 opuszczał stację Głogówko. Na zawsze? Staliśmy tak dopóki nie zniknał w czeluściach nocy…
Rano w milczeniu wysłuchaliśmy reprymendy obu zaniepokojonych dyżurnych ruchu. Przez grzeczność nie udzielono nam nagany za picie w pracy. My nie protestowaliśmy, chcąc jeszcze być uznawanymi za zdrowych umysłowo. Żaden z nas nigdy nie wspominał co zdarzyło się tamtej nocy. Oni odeszli, lecz czy na zawsze? Nie wiem, może dopóki ktoś nie odnajdzie składu 2020 i nie wyjaśni historii zniknięcia. A cmentarz, już nie jest taki ponury tylko niesamowicie pusty. Ja zaś z niepokojem patrzę na pusty stolik po telegrafie, z dziurami po toporze. Sam nie wiem dlaczego?

KONIEC

Wrocław 3.06.2002r.

Powrót do listy opowiadań z 2002r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *