Trzecie spotkanie

Dyrektor Krzewiński wszedł do biura i spojrzał na leżące na biurku pismo. Dotyczyło one fizycznej likwidacji linii Marciszów – Strzegom i przekształcenie jej w ścieżkę rowerową.
“Nareszcie”- pomyślał Krzewiński.
Dotychczas owo przekształcenie blokował Burmistrz Marciszowa stary kolejarz. Na szczęście zniknął on gdzieś w niewyjaśnionych okolicznościach, a jego następca nie miał już żadnych oporów. Krzewiński wyjął pióro i delikatnie zdjął złotą nakrętkę. Starannie złożył swój podpis pod dokumentem, pracując nad kształtem każdej litery. Gdy skończył sięgnął po telefon i poprosił swoją sekretarkę o jak najszybsze nadanie biegu sprawie. Gdzieś w głębi obawiał się, że to jeszcze nie koniec. Na szczęście były to tylko bezpodstawne lęki. Pociąg rozbiórkowy dostał “wolną drogę”. Maszyny wjechały na nieczynny od dawna szlak. Rozpoczęło się zrywanie nawierzchni. Spróchniałe podkłady próbowały stawiać opór. Nadaremno…

***

Emerytowany Dyżurny Ruchu stał pod budynkiem dworca w Marciszowie. Bezradnie przyglądał się, jak z czteroosiowych platform koparki zwalają przęsła torowe. Padały na wielką bezwładną kupę, wzniecając tumany kurzu. Osiadał on na twarzy Dyżurnego. Mimo tego, starszy pan nie przestawał wpatrywać się w pracę pociągu rozbiórkowego. Na placu przed stacją zatrzymał się samochód nowego Burmistrza. W towarzystwie innych urzędników wysiadł on na brukowany plac i zaczął głośno objaśniać sytuację.
-Od poniedziałku na nasypie rozpocznie się wylewanie asfaltu, pod największą inwestycję agroturystyczną naszej gminy. Rozpoczniemy budowę najnowocześniejszego traktu turystycznego w tym regionie…
Ktoś klaskał…
Starszy Pan zdawał się nie słyszeć.
“Nie zdążyłem, co teraz?” Powtarzał w myślach.
Nie otrzymał odpowiedzi, albo zagłuszył ją huk kolejnego kawałka szlaku, lądującego w pogiętej kupie tego po czym kiedyś kursował pociąg.

***

Robota szła bardzo powoli. Nad “największą inwestycją agroturystyczną” gminy wisiało jakieś fatum. Najpierw wycofał się jeden z podwykonawców. Potem wskutek zaśnięcia operatora jednej z maszyn doszło do wypadku. Prokuratura wstrzymała na tydzień pracę. Gdy nadszedł dzień wyborów ścieżka nie była skończona. Dociągnięto ją tylko do miejsca w którym nasyp przecinała polna droga. Burmistrz był wściekły. Po miasteczku krążyły niesprawdzone plotki jakoby wystawił, go do wiatru jego własny zięć. Który wygrawszy cudem przetarg, nie był w stanie ogarnąć wszystkiego. W końcu trzeba było wezwać pomoc w postaci trzeciego podwykonawcy. Tym razem władza nie chciała ryzykować i zatrudniła większą firmę budowlaną. Wydawało się to dobrym posunięciem, bo robota ruszyła z kopyta. Czarna wstęga przecięła podmokłą dolinę i zaczęła iść do góry. Każdego ranka wielkie wywrotki wiozące tony asfaltu, wjeżdżały z brukowanego placu na nasyp dawnej linii kolejowej. Rzygając czarnymi spalinami mknęły ku końcowi ścieżki, aby wywalić tam swój ładunek. Tymczasem lato zaczęło powoli ustępować miejsca jesieni. Za dnia jeszcze bywało ciepło, lecz w nocy temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Nad polami zaczęły unosić się pojedyncze pasma wilgotnego powietrza. Z początku nieśmiało nurzały tylko czubki traw. Później pokryły cały nasyp za polną drogą…

***

Mężczyzna prowadzący olbrzymią wywrotkę był zmęczony. Poprzedniego dnia posunął się o jedno piwo za daleko i niewiele spał. Na wąskiej drodze do Marciszowa trzeba było uważać. Wiła się ona jak szalony wąż, pomiędzy niewielkimi górkami. Rano pokryta gęstą białą mgłą, była śliska i niebezpieczna. Ledwie zdążył pod naładunek. Na jego pace znalazło się kilkadziesiąt ton ciepłej masy bitumicznej. Jeszcze w wytwórni zjechał na bok, by poprawić plandekę. Musiał dowieść ładunek o odpowiedniej temperaturze. Świt był chłodny, co oznaczało, że będzie musiał się spieszyć. Z wytwórni wyjechał jak jeszcze było ciemno. Do Marciszowa miał piętnaście kilometrów. Dobrze, że miał termos z gorącą kawą. Przytrzymując łokciem kierownicę nalał trochę płynu do wielkiego kubka. Z doświadczenia wiedział, że nie należy przesadzać, bo na wybojach przepełniony kubek zaświni kabinę. Pierwsze łyki były zbawieniem. Czaszka przestała boleć, a i wzrok się trochę wyostrzył. Trasa była pusta. Szybko dotarł do miasteczka i skręcił w wąską uliczkę prowadzącą do placu ładunkowego. Zmniejszył trochę szybkość, gdyż nawierzchnia nie wytrzymawszy obciążeń zapadła się miejscami. Całe szczęście, że już kończyli, bo jeszcze trochę i sami mieliby kłopoty z wjazdem na budowę. Ciężarówka powoli wspięła się na nową ścieżkę rowerową. Słońce właśnie zaczęło wyłazić zza horyzontu. Lekkie pasemka porannej mgły uciekały przed kołami ciężarówki. Kierowca jeszcze raz odkręcił termos i dolał sobie kawy. Trasę znał na pamięć. Nasyp szedł niemal po równi do polnej drogi, która go przecinała. Potem zapadał się w dół. W dolinę… Kiedyś jak miał przerwę i poszedł coś zjeść w miejscowej knajpie, słyszał jak miejscowi opowiadali Mieście Mgieł. Miało ponąć być tuż za tym przejazdem. Nie brał tych zabobonów na poważnie. Ot lokalny koloryt. Światła ciężarówki traciły na ostrości. Wyasfaltowany nasyp zaczął opadać w dół. Kierowca przeklął z cicha. Takiej mgły dawno tu nie było. Wycieraczki ledwie dawały radę ścierać wodę z szyb. Mimo coraz mniejszej widoczności nie zwolnił. Wiedział, że jak ładunek ostygnie polecą mu po pensji. Zdawało mu się, iż od pewnego momentu nie słyszy silnika samochodu. Zwalił to na karb wczorajszego piwa i obiecał sobie, że jak nie przejedzie, odwiedzi swojego lekarza rodzinnego. Próbował jeszcze potrząsać głową, ale słuch nie wracał. W pewnej chwili przestał nawet widzieć asfalt. Mimo setek przejechanych kilometrów nie był przygotowany na takie zjawisko. Odruchowo nacisnął hamulec. Ciężarówkę rzuciło ostro w lewą stronę. Kierowca poczuł to na kierownicy i z całej siły kontrował, starając się odzyskać kontrolę nad pojazdem. Udało mu się to w ostatniej chwili. Tylna oś pojazdu znalazła się na chwilę poza obrysem nasypu. Zatrzymawszy pojazd poczuł, że jest cały mokry od potu. W kabinie zrobiło się duszno. Otworzył drzwi i wyskoczył na zewnątrz. Otaczała go biała poświata. Bał się odchodzić od ciężarówki, by się nie zgubić. Wtedy to dojrzał postacie. Z początku myślał, iż to tylko kłęby pofałdowanego powietrza. Później zaczął nawet rozróżniać twarze i płeć. Otaczali go ze wszystkich stron. Niektórzy mieli na sobie jakieś mundury. Kierowca próbował wejść z powrotem do kabiny. Ale nie mógł odnaleźć klamki. Widma stanęły w pewnej chwili. Nie podchodziły już bliżej. Mężczyzna wpatrywał się w ich twarze, bo tylko tyle mógł zrobić. Trwało to kilkadziesiąt minut. Potem kontury zaczęły blaknąć a rysy rozmywać się. Biała poświata zdawała się kapitulować przed wschodzącym słońcem. Nie minęło jeszcze dziesięć minut jak całkowicie zdematerializowała się. Tak jak by jej nigdy nie było. Mężczyzna lekko przerażony natrafił wreszcie ręką na mokrą klamkę i wskoczył do szoferki. Nagle ogłuszył go ryk silnika. Odzyskał słuch. Spojrzał na przednią szybę. Na pokrytej parą wodną szklanej tafli, ktoś palcem napisał “Witamy w Mieście Mgieł”. Kierowca włączył wycieraczki i zniszczył napis. Ruszył do przodu mokry i zdezorientowany. Dobrze, że dziś był jego ostatni kurs. Ścieżka rowerowa, aby być gotową potrzebował tylko jego ładunku.

***

Człowiek wie kiedy to będzie. Nie pytajcie skąd, nikt wam nie odpowie. Również stary Dyżurny Ruchu w Marciszowie nie potrafił wyjaśnić swej pewności. Po prostu powoli usiadł za drewnianym stołem i zrozumiał, że to już dziś. Rozejrzał się po izbie i ogarnął go spokój. Wszystko było posprzątane i poukładane. Pozostało tylko czekać. Zgasił światło w izbie i wpatrywał się w duże okno wychodzące na stacyjną równie. Ostre cienie semaforów świetlnych tańczyły w stygnącym wieczornym powietrzu. Bezużyteczny żuraw wodny przyjmował na siebie pierwsze uderzenia chłodu. Żółte krople wody zaczęły się perlić na jego ramieniu. Kształty przygasły, rozmazały się. Tak jakby artyście zaczęła drżeć ręka. Dyżurny wstał i wyszedł na zewnątrz. Nie potrzebował już laski. Nie potrzebował niczego. Dostrzegł znajome twarze. Pasażerów i obsługę pociągu. Nie przypuszczał, że po niego wrócą. Teraz, gdy już nie było szyn. Wrócili.
-Myślałeś, że zapomnimy…? Zabrzmiało w jego głowie pytanie.
Podszedł do nich. W myślach płakał ze wzruszenia. Nie spodziewał się. Potem jego ciało zaczęło zmieniać się. Traciło na gęstości i wyrazistości. Zniknął ból, starość i samotność. Stał się niematerialnym bytem w Mieście Mgieł…

***

Burmistrz nad ranem przeciął wstęgę i jako pierwszy przy akompaniamencie orkiestry wjechał na ścieżkę rowerową. Specjalnie w tym celu kupił sobie nowy rower. Wstyd było inaugurować na starej ukrainie. Nowy dwukołowiec szedł niczym burza. Dumny z siebie samorządowiec mocno naciskał pedały. Wydawało mu się, że z tyłu apelują o wolniejszą jazdę. Miał to gdzieś, to on to wymyślił i on będzie pierwszy. Jemu będą wręczać ordery… Tylko jemu. Jeszcze wczoraj przy kolacji miał wątpliwości. Szczególnie, gdy stara matka spytała:
-Cóż żeś uczynił głupcze? Miasto Mgieł ci nie wybaczy.
Jakie miasto? Nieistniejący zabobon, lokalna legenda starych ludzi. Przecież to głupie i nienormalne. Ale nie powiedział tego głośno. Sam nie wiedział dlaczego. Dziś rano zapomniał o tamtej rozmowie. Szczególnie, gdy położył ręce na kierownicy swojego nowego roweru. Wczoraj stara ukraina, dziś pojazd za prawie dwa tysiące. Kupiony z nagrody przyznanej mu przez samego Wojewodę. Wreszcie dosięgnął ostatniego szczebla tej wymarzonej drabiny, po której chciał się wspiąć, aż na sam szczyt. W szalonym pędzie minął polną drogę. Ścieżka zaczęła schodzić w dół. Nagle dostrzegł wielką białą ścianę. Wyrosła z nikąd przed jego rowerem. Mimo, iż instynktownie wiedział, że mgła nie może mu nic zrobić nacisnął hamulec. Nie obeznany z techniką- przedni. Poczuł, że leci w powietrzu na spotkanie białej ściany. Gdy w nią uderzył okazała się twarda jak beton… Jak bezwładne ciało z przetrąconym kręgosłupem opadło na asfalt- mleczna ściana zniknęła, tak szybko jak się pojawiła. Po dwóch minutach na miejsce wypadku dotarli inni. Burmistrz leżał i zdawał się obejmować rękami swoje dzieło. Czerwona stróżka krwi spływała do zagłębienia na poboczu, które zostawiła po sobie ciężarówka. Ta ostatnia wioząca asfalt…

***

Bankiet na cześć awansu Dyrektora Krzewińskiego przeciągnął się prawie do północy. Lekko podchmielony, przyszły Prezes nowej spółki kolejowej piął się mozolnie po schodach, do swojego gabinetu. Musiał często przystawać, by ogarnąć zawirowania, które w jego mózgu czynił ogrom wypitego alkoholu. Dobrze, że obok była gruba drewniana poręcz. Dotarłszy na czwarte piętro, były Dyrektor a jeszcze nie Prezes, przez dłuższy czas walczył z zamkiem swojego gabinetu. Gdy udało mu się otworzyć drzwi wszedł powoli do środka. Mocno pchnięte wrota zamknęły się za nim. W pomieszczeniu było ciemno, a mrok rozjaśniały tylko światła miasta zza szyby. Dyrektor z pogardą rozejrzał się po dotychczasowym swoim lokum. Tyle lat i wyrzeczeń. Nareszcie po wszystkim. A wszystko dzięki jednej decyzji. Budowy pieprzonej ścieżki rowerowej. Głupie lokalne władze umożliwiły mu ucieczkę z przydusznej posady. Teraz rozwinie skrzydła. Takich ścieżek będą tysiące… Tysiące… Dyrektor zamrugał oczami. Wydawało mu się, że kształty w gabinecie rozmazały się. Gwałtowne ruchy powiekami nie wyostrzyły obrazu. Tak jakby, ktoś do pomieszczenia napuścił dymu.
“Pali się”- spanikował Krzewiński. Na ślepo podbiegł do zamkniętego okna. Trzęsącą się ręką ścisnął klamkę. Stara okiennica nie chciała się otworzyć. Mgła w pomieszczeniu gęstniała. Krzewiński oparła się o okiennicę i z całej siły szarpnął za klamkę. Okno otworzyło się nagle i Dyrektor stracił oparcie. Gdyby nie był pijany, może udałoby mu się chwycić framugi. Niestety dłonie minęły się z ramą okiennicy. Krzewińskiemu wydawało się, że trwa to wieki. Przechodnie na zewnątrz budynku zeznali, że kilka sekund. Zanim jeszcze Dyrektor opuścił swój gabinet, dostrzegł wyłaniające się z mgły twarze. Nie znał żadnej z nich… Jego ciało znieruchomiało na poniemieckim bruku u podnóża budynku…

***

Przyroda wiosną zaczęła walczyć o odzyskanie utraconego terenu. Na nowym asfalcie pojawiły się niewielkie pęknięcia. Szczególne nasilenie procesu zdawało się mieć miejsce za przecięciem ścieżki z polną drogą. Tam, gdzie kiedyś tor opadał łagodnie w dół. Do doliny Miasta Mgieł…

KONIEC 

Wrocław 2.10.2011r.

Powrót do listy opowiadań z 2011r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *