Sztuka o prawdziwym związkowcu

Wszystkie wydarzenia przedstawione w opowiadaniu są fikcyjne. To samo tyczy się się osób i miejsc. Jakakolwiek zbieżność imion, nazwisk, zdarzeń i miejsc jest niezamierzona i przypadkowa.

 

Akt I
Narodziny planu

Mieciu był Związkowcem przez duże “Z”. Nielicznym, któremu tak naprawdę nie chodziło tylko o własny stołek, tylko o dobro firmy w której pracował. A z tą firmą ostatnio nie działo się najlepiej. Zakład Robót Drogowych “Doltor” odział w Trzemesznie, chylił się ku upadkowi. Brakowało zamówień, ludzie uciekali do innych spółek. Wszystko przez błędne decyzje na górze. Syn Dyrektora sąsiedniego rejonu zgarniał wszystkie intratne zamówienia. Tata tak ustawiał przetargi, że nawet nikt nie próbował startować. Mieciu cierpiał w milczeniu. Na samym początku próbował zorganizować protest, ale Przewodniczący Regionu okazał się Szwagrem Dyrektora, którego Syn był przyczyną upadku “Dolkoru” w Trzemesznie. O proteście nie mogło być mowy. Zakład Miecia leżał nieco na uboczu. Prowadziła doń długa bocznica od stacji. Kiedyś transportowano nią podkłady i szyny -dziś na torze rosły krzaki. Na domiar złego w lokalnej gazecie ukazał się dość niepokojący artykuł:

“Obwodnica Trzemeszna ZATRZYMANA
Trwają intensywne rozmowy z koleją na temat likwidacji bocznicy do miejscowego Zakładu Robót Drogowych “Dolkor”. Leży ona na trasie nowo budowanej obwodnicy miasta. Naczelna Dyrekcja Dróg i Autostrad nie chcę się zgodzić na wybudowanie w tym miejscu przejazdu. Twierdzi, że to jest nie możliwe na drodze ekspresowej. Wiadukt ze względu na koszty też nie wchodzi w grę. Trwa impas w rozmowach o tym brakującym trzystu metrowym odcinku”

Mieciu jak tylko minął portiernię został wywołany do tablicy. Polecenie natychmiastowego stawienia się u Dyrektora zakładu przekazał mu portier. Wziąwszy głębszy oddech Mieciu wbił się do ciasnego gabinetu. Jego wystrój przypominał czasy “Wczesnego Gierka”. Biurko z odłażącą politurą a na nim radio “Grundig”, obok zegar z Pałacem Kultury i Nauki przywieziony z delegacji ze stolicy, nieco z boku zakurzona palma w obszernej doniczce. Godło na ścianie mimo upływu czasu nie doczekało się korony. Dyrektor właśnie skończył palić lichej jakości papierosa, dlatego całe pomieszczenie zasnute było siwym ciężkim dymem. Ledwie Mieciu mógł dojrzeć pomarszczoną twarz szefa.
-Czytałeś lokalną prasę Mietek ?
Pytanie zadane było skrzekliwym tonem.
-Ano Dyrektorze. Odpowiedział Mieciu.
-I co ?! W głosie szefa wyczuwało się napięcie.
-Niewesoło…
-Tylko tyle, niewesoło? Powiem Ci coś Mietek, jak nam ten tor zlikwidują to jesteśmy w “czarnej dupie”. Rozumiesz? Wielkiej Czarnej Głębokiej Dupie…
Mietek spuścił głowę. Chyba powoli docierało doń o czym chce go poinformować przełożony. Dla zakładu likwidacja bocznicy oznaczała fizyczny koniec.
-Co tak milczysz, ponąć Związkowiec z Ciebie. A może się mylę? Wiesz, jak nas zamkną też wylecisz jak inni.
-Co ja mogę Dyrektorze, wie Pan kto jest w Zarządzie…
-Mieciu, nie pieprz mi tu farmazonów ino rusz łbem, jak go obejść. Jesteś naszą ostatnią szansą. Tuż przed siódmą dzwonił Naczelnik Dobrzański i poinformował mnie, że też skłania się ku likwidacji. Nie można na Was zarobić więc trzeba zlikwidować. Tak mi powiedział…
Naczelnik Dobrzański znany był z tego, że wszystko przeliczał na twardą walutę. W końcu z tego żył on i cała jego rodzina. Nie było spóleczki, żeby ktoś z Dobrzańskich nie miał w niej ciepłej posadki. No może poza “Doltorem” – bo tu nie dało się zrobić “biznesa”.
Mietek nagle wyprostował się na krześle.
-Zarobić, tak powiedział Dyrektorze?
-Dokładnie tak, kutas niemyty… Szef Miecia nie miał dobrego zdania o swoim przełożonym.
-Ma Pan telefon do tego Naczelnika?
-Po co Ci Mieciu?
-Mam plan…
Dyrektor dostrzegł w oczach Mietka dawny blask. Blask blokad, buntu, strajku i palonych opon. Siłę którą posiadać mogą tylko Prawdziwi Związkowcy. Dyrektor za takiego uważał Mietka. Szybko, na tarczy archaicznego telefonu, wybrał mu numer Naczelnika Dobrzańskiego i podał Mietkowi słuchawkę. Po drugiej stronie odebrała piskliwa sekretarka.
-Naczelnik jest zajęty… nie ma czasu… nie teraz… musi Pan się umówić…
Mietek cierpliwie znosił jej fochy. Podniosły mu one trochę ciśnienie do poziomu wskazanego, by przejść do ataku.
-Kochana przekaż swojemu szefowi, że jak nie podejdzie do telefonu, będzie o kilka baniek w plecy…
-Nie rozumiem…
-To zrozum, ja nie dzwonię z byle gównem, ja dzwonię bo zarobić można…
Mieciu usłyszał trzask na linii. Ktoś włączył się do rozmowy. Był to sam Dobrzański.
-Słucham Pana…
-Naczelniku nie wiem czy czytał Pan poranną prasę? Zapytał delikatnie Mieciu.
-Czytałem, góra już dzwoniła w tej sprawie.
-Co Szanowny Pan Naczelnik na to?
-Co ja na to? A co ja mogę. Wasz zakład upada. Jest ciężarem dla naszego oddziału w Trzemesznie. Jestem za likwidacją toru. Niech robią tą drogę. Może mi pod domem tiry jeździć nie będą.
-Niedobrze Naczelniku. Oddajecie to bez walki, a tym torze zarobić by się dało…
-No wiecie, rozumiecie…
-Ja rozumiem, ale z tego toru nowy Zakład wybudować, by się dało. Z Państwowej kasy. A jak Państwowa kasa to i widełki, kontrakty i zlecenia. Szkoda, że Pan rezygnuje z tego.
Dobrzański zamilkł na chwilę. Jeszcze nie wiedział co się kroi, ale wyglądało, że ktoś ma pomysł. A on miał nosa, i ten nos mu mówił, że warto to przedyskutować.
-Kolego wpadnijcie do mnie za moment. Zobaczymy co da się zrobić… Połączenie zostało urwane.
Dyrektor patrzał jak Mietek ostrożnie odkłada słuchawkę na widełki. Potem wstaje z krzesła.
-Muszę iść do Dobrzańskiego. Oznajmił.
-Mietek nie wiem co knujesz, ale masz moje błogosławieństwo. Gdy się Ci uda, to Cię ozłocę. Ale jak nie wyjdzie chciałbym, abyś mi coś obiecał.
Mietek popatrzał na szefa. Znał go od dawna i wiedział, że ten nie rzuca słów na wiatr.
-Niech Pan wali Szefie…
-Jak by nie wyszło, i będziemy szli na dno, wykombinuj aby zabrać Dobrzańskiego z nami. Na samiutkie dno tego gówna, które sobie nawarzymy.
Mietek uśmiechnął się pod nosem.
-Jak iść na dno to w doborowym towarzystwie…
Potem opuścił gabinet.

Akt II
Przewodniczący Regionu

Naczelnik Dobrzański urzędował w dawnym pałacu namiestnikowskim. Obecnie był on zaadoptowany na siedzibę Dyrekcji Kolei w Trzemesznie. Wejście otoczone było stylowymi kolumnami. Ciężkie zdobione drzwi broniły dostępu niepowołanym. Mietek naparł na nie i pchnął do środka. Wewnątrz panował lekki półmrok i chłód. Mietek skierował się od razu na pierwsze piętro. Duże kamienne schody z rzeźbionymi poręczami zaprowadziły go do celu. Pierwsze drzwi z napisem “Naczelnik Dobrzański” prowadziły do przedsionka w którym urzędowała piskliwa panna. Uniosła ona znudzony wzrok. Nie wypowiadając słowa zdawała się grzecznie pytać “Czego?”. -Do Naczelnika… Wyjaśnił szybko Mieciu i pchnął następne drzwi.
Wtedy dopiero panna zerwała się na równe nogi.
-Ale Naczelnik…
Nie zdążyła dokończyć, Mietek był szybszy. Dokonał ponownego wtargnięcia do gabinety. Po raz drugi tym razem. Dobrzański uniósł wzrok znad biurka. Nie kojarzył Mietka więc się zafrasował na widok intruza. Mietek przedstawił się i wtedy oblicze Naczelnika pojaśniało. Wskazał gestem na stylowe krzesło stojące za lśniącą ławą. Pomógł zdjąć płaszcz i powiesił go na wieszaku. Zamówił u piskliwej panny dwie kawy. Jak tylko przyniosła ona dwie parujące filiżanki, kazał nie przeszkadzać i starannie zamknął drzwi. Mietek wypiwszy łyk parzonej zaczął wyjawiać istotę planu. Naczelnik w miarę postępu kiwał ze zrozumieniem głową. W myśli zapisywał liczby i dodawał. Gdy Mieciu skończył Naczelnik wstał i zaczął chodzić po gabinecie.
-Czasu mamy niewiele, no i jeszcze musicie jako związkowcy mnie poprzeć. Góra podjęła już decyzję i nie będzie zadowolona ze zmiany.
Mietek wziął głębszy oddech.
-Związki miałby Szanowny Naczelnik za sobą, gdyby nie…Urwał.
Dobrzański gwałtownie odwrócił się w jego kierunku.
-Gdyby nie co?!
-Zarząd…
-Co wy mi tu…
Mietek wyłuszczył problem Zarządu Zawodowych przedsiębiorstwa “Doltor”- Przewodniczący Regionu. Naczelnik uśmiechnął się lekko i podszedł do telefonu.
-Połącz mnie z Nowakiem Dyrekcji Zachodniej. Rozkazał.
Dość długo czekał na połączenie z słuchawką przyklejoną do ucha. Kiedy wreszcie je uzyskał Mietek słyszał każde słowo.
-Cześć Zbyszek, Dobrzański z tej strony. Ja w sprawie tej bocznicy, co o nią Dyrekcja Autostrad pytała. Wiem, że się zgodziłem na wycięcie, ale zaszły niespodziewane okoliczności. Podeślę Ci człowieka to se pogadasz.
Tutaj padło nazwisko Miecia.
…-zwykły szeregowy członek związku. Wiem, że przewodniczącym jest Sobuń. Ale mam tu…
Dobrzański otworzył szufladę komody stojącej przy ścianie. Dobrze, że miał telefon bezprzewodowy pozwalający poruszać się po całym gabinecie. Wyciągnął z niej niebieską teczkę. Rozwiązał czerwone tasiemki…
-petycję w sprawie “Niegospodarności Dyrektora Nowaka w Dyrekcji Zachodniej” podpisaną, a jakże przez niejakiego Sobunia. Nie, no co ty, Zbysiu, nie wysłałem jej nigdzie. Ale sam rozumiesz, dziś to, jutro… Jak to rozwiązać, pogadaj z jego ojczulkiem. W końcu jest na Twoim utrzymaniu. Jak by się dało, oddzwoń zaraz, nie wypada, by zwykły związkowiec gadał z Tobą. Po co ma gadać? Jest mały interes do zrobienia. Zobaczysz na miejscu. Wstrzymaj się z decyzją o likwidacji i załatw sprawę z Sobuniem. Jasne Zbyszku, Twoja córka czuje się dobrze. Przyjedziemy do Ciebie w ten weekend. Tak Tato, pomogę kosić ogródek…
Naczelnik odłożył aparat na stół. Zamówił jeszcze po kawie i nakazał Mieciowi chwilę poczekać. Telefon oddzwonił po pięciu minutach.
-Dzięki Tato, już do Ciebie jedzie…
Naczelnik sięgnął do kolejnej szuflady swojego biurka. Wyciągnął z niej kolejny papier, który zaczął wypełniać. Jak skończył podał Mieciowi.
-Podpiszcie…
-Co? Zdziwił się Miecio.
-Powołanie Panie Przewodniczący Regionu.
-Ale wybory…
-Panie Mieciu, wasz kolega Sobuń zrezygnował ze stanowiska z powodów zdrowotnych. Do wyborów przejmiecie jego obowiązki. Reszta Zarządu wyraziła zgodę…
-Jak to wyraziła? Mietek był szczerze zdziwiony.
-Żaden z moich synów nie był przeciw. Jasne?
Mietek podpisał i wstał zza ławy. Był oszołomiony szybkością wydarzeń. Naczelnik wręczył mu wypełnioną delegację.
-Walczcie Mieciu, Wasz plan jest doskonały. Zarobimy na tym wszyscy. Jedźcie teraz do Poznania tam czeka na Was Dyrektor Nowak. Pogadacie… Pociąg macie za dziesięć minut…

Akt III
Delegat Krajowy

Dyrektor Nowak siedział na końcu olbrzymiego jasnego gabinetu. Wysłuchał dokładnie Miecia i zaczął bębnić palcami o stół.
-Plan jest dobry, ale Minister Grobowiec do którego zwróciła się Naczelna Dyrekcja Dróg i Autostrad chce likwidacji bocznicy. Jego nie jestem w stanie przeskoczyć kolego.
Mietek na chwilę zamknął oczy. Myślał nad czymś intensywnie. Kiedy skończył spojrzał Nowakowi w oczy i powiedział cicho.
-Ja bym mógł spróbować ale…
Nowak wyprostował się słysząc te słowa.
-Mówcie śmiało kolego.
-Z pozycji Przewodniczącego Regionu niewiele zdziałam… Wypadało by pojechać jako Delegat Krajowy.
Nowak uśmiechnął się szeroko i sięgnął po komórkę.
-Cześć stary, słuchaj nie zrobił byś sobie wolnego od “związkowania”. Jasne, że Ci to wynagrodzę. Co powiesz na posadkę u mnie i dwanaście tysięcy na rękę. Dobra piętnaście. Rezygnację prześlij faksem. Ja nic nie kombinuję, tylko nie zapomnij przyjechać do nowej pracy. Jasne stary, trzeba się wspierać. Dziś ty mnie jutro ja Ciebie.
Nowak jak tylko faks wypluł właściwy dokument, zaczął sporządzać nominację. Mieciu stał się Delegatem Krajowym. Jak tylko podpisał cyrograf zaczął sporządzać pismo do Ministerstwa Komunikacji. Chciał zdążyć przed czternastą. Udało mu się i faks Dyrekcji Zachodniej znów rozgrzał się. Pismo w sprawie strajku generalnego, bez referendum popłynęło po łączach. Jak tylko aparat skończył pracę Mietek rozparł się wygodnie w fotelu.
-Co teraz? Nowak był lekko zniecierpliwiony.
-Czekamy… czekamy…
Telefon przerwał ten dialog. Nowak odebrał, połączenie, lecz zaraz podał słuchawkę Mieciowi.
-Minister do Pana… Ręka mu drżała.
Mietek wziął od niego słuchawkę i szybko umówił spotkanie. Na następny dzień. Potem poprosił o delegację Nowaka. Jakieś drobne na hotel i udał się na dworzec. Nocny do stolicy ukołysał Delegata Krajowego do snu…

Akt IV
Dupochron

Mieciu śnił o swoim planie. Początkowo naszła go bardzo zła myśl, aby zostać “zwykłym związkolem”. Poawanturować się nieco, a potem zająć miejsce na złotym stołku i czerpać z tego profity. Wszczynać larum jak pod ten stołek podejdą obce wojska. Ale tylko wtedy…
Jednocześnie wraz z tą myślą, kuszącą i wygodną naszły inne. Takie na przykład jak los Stefana Mikuli. Alkoholika zatrudnionego przy nasączaniu podkładów. Któż go przyjmie jak zamkną zakład? Gdzie znajdzie cichy kącik z promilami, który pozwoli godnie wykonywać swoją robotę- wlewanie cieczy do kadzi z drewnem? Co z Adamem ojcem dwunastki dzieci, niewydolnym społecznie? Jego przyszłość też zależna jest od decyzji Miecia. A Robert, skazany za kradzież trakcji elektrycznej i zdegradowany do pracy przy przeładunku podkładów i tłucznia? Mieciu nie mógł zostać zwykłym “związkolem”. Nie mogła spaść na niego klątwa “dupochronu”. Musiał walczyć by utrzymać swoje duże “Z” przy funkcji jaką pełnił. To go uspokoiło i pozwoliło odpocząć przed kolejną rundą. Najważniejszą…

Akt V
W paszczy lwa

Minister Grobowiec przywitawszy Miecia i napoiwszy go filiżanką kawy zadzwonił po Dyrektora Dróg i Autostrad – Stefana Chińskicud. Zanim tamten przyszedł Mieciu zaatakował.
-Mam nadzieję Panie Ministrze że o likwidacji nie ma mowy?
Grobowiec lekko zmarszczył czoło.
-Jeszcze nic takiego nie postanowiłem…
Mieciu rozparł się w fotelu.
-Wybory idą Panie Ministrze. Co powiedzą ludzie, gdy padnie ich zakład?
– To bardzo mały zakład…
– Będzie początkiem dużej awantury, blokowanie torów w całym kraju. Tak, aż do magicznej daty. Jak Pan myśli, kogo zjedzą pasażerowie?
Na czole Grobowca pojawiły się krople potu.
– To szantaż !!! Krzyknął.
Mieciu spokojnie odpowiedział.
-Polityka…
Drzwi od gabinetu otworzyły się. Wszedł Chińskicud. Miał ze sobą plany obwodnicy.
– Ten tor musi zostać zlikwidowany… Powiedział po rozłożeniu płacht.
Mieciu spojrzał na nie i zaproponował:
-Wybudujcie wiadukt.
Dyrektor aż pokraśniał na twarzy.
-Pan wie ile to kosztuje ?! Nie ma mowy…
Mieciu podrapał się po głowie.
-Cóż, więc oprotestujemy tą obwodnicę. Pozwy do sądu, ekspertyzy środowiskowe, podrzucanie jaj orła bielika. Mamy zaprzyjaźnionych zielonych. A potem jak przyjdą wybory, powiemy mieszkańcom Trzemeszna i okolic, że to wina Ministerstwa. A oni już będą wiedzieli, co z Wami zrobić. Będzie kasza…
Obaj wyżsi urzędnicy lekko się spocili. Odeszli na moment na bok i coś pilnie uzgadniali. Wreszcie zwrócili się do Miecia.
-Będzie przejazd strzeżony. Przecież, jak tam przejedzie jeden pociąg na tydzień, to świat się nie zawali. Trzeba pomagać ludziom.
Mieciu wstał i podał im ręce.
-Chcę mieć to na piśmie Panowie. Powiedział na odchodne.
-Będzie Pan to miał, a jaką my mamy gwarancję?
-Żadnej…
Za Mieciem zamknęły się drzwi. Jeszcze w korytarzu Ministerstwa wyciągnął on komórkę i wykonał kilka telefonów. Pierwszy do Dyrektora Nowaka.
-Udało się. Niedługo będę miał to na piśmie. Teraz ruch należy do Pana. W sprawie zamówień dla “Doltoru”. Ja powiem kiedy…
Potem do Naczelnika
-Czekamy…
Na sam koniec do swego szefa
-Wisi mi Pan flaszkę… Mogę być dwie…
I wrócił do domu.

Akt VI
Dymisja

Minęły trzy długie miesiące i na brakującym odcinku obwodnicy pojawił się piękny przejazd. Nowoczesne szafy sterownicze, rogatki ze wzmocnionego plastiku i diodowe sygnalizatory. Obwodnica mogła zostać otwarta. Tuż przed wyborami do których pozostał równy miesiąc. Jednocześnie na puste tory dodatkowego stacji Trzemeszno przybywały pociągi z betonowymi podkładami. Decyzją Dyrekcji Zachodniej zakład “Doltoru” w Trzemesznie miał się stać wielkim magazynem sprzętu i materiałów drogowych. Dyrektor Nowak, tym iście kompromisowym posunięciem zadowolił aspiracje sąsiedniego zakładu i Miecia. W dzień otwarcia zjechały się tłumy Vipów wraz z Ministrem Grobowcem. Ustawiła się spora kolejka samochodów, która czekała już tylko na przecięcie wstęgi. Wśród tłumu obserwujących stał Miecio. Jak tylko przecięta wstążka dotknęła asfaltu i samochody wśród oklasków ruszyły- sięgnął po komórkę i wydał krótkie polecenie.
-Jedziemy…
Na stacji w Trzemesznie tarcza manewrowa wyświetliła sygnał zezwalający na wjazd na bocznicę do “Doltoru”. Pierwszy z czterech pociągów ruszył do zakładu. Rogatki opadły tuż przed pierwszym samochodem. A że stan toru był żałosny długi pociąg snuł z prędkością 7 km/h. Zdumieni kierowcy nie mogli uwierzyć w to co widzą. Powoli ich super drogę przecinały wagony wypełnione podkładami. Czas przejazdu jednego składu według obliczeń lokalnej telewizji wynosił trzydzieści minut !!! Bo przecież zanim otwarto bramę, podniesiono wykolejnicę i za pomocą ręcznych zwrotnic ułożono drogę pod właściwą rampę rogatki musiały pozostać zamknięte. Korek samochodowy zaczął sięgać pięciu kilometrów.
Jak tylko pierwszy pociąg wjechał i na chwilę podniesiono rogatki, do wjazdu szykował się drugi. A kolejny wjeżdżał na stację. Plan Miecia wszedł w decydującą fazę…
-Co to jest !? Pytali kierowcy.
Zdumiony Minister Grobowiec nie potrafił wyjaśnić.
Komórka Miecia dzwoniła bez przerwy. Minister zawezwał go do lokalnego ratusza. Mieciu popatrzywszy jeszcze trochę na “tragedię obwodnicową” uśmiechnięty zaczął zmierzać do ratusza. Dotarł tam w dziesięć minut. W gabinecie oprócz Grobowca obecny był Chińskicud. Obaj zieleni na twarzy.
-Miał jechać jeden pociąg na tydzień !!! Zaczął Chiński cud.
-Przecież tak nie można, korek zaczyna sięgać sąsiedniego województwa !!! Przekrzykiwał go Minister.
Mieciu odczekał, aż się uspokoją. Potem zaczął wyjaśniać.
-Ja o ruchu nic nie mówiłem, to Panowie sobie dopowiedzieli historię o tym jednym pociągu. Obawiam się, że ruch nie tylko nie zmaleje, ale i wzrośnie. Prosiłem o wiadukt, nie chciano mi go dać. Takie są skutki nieprzemyślanych decyzji. Swe ostanie słowa skierował Miecio wprost do Chińskiegocudu. Były wisienką na torcie zemsty za próbę likwidacji jego kochanego zakładu.
Minister też patrzał na swojego podwładnego. Dostrzegł możliwość uratowania własnego tyłka i miał idealnego kozła ofiarnego.
-Co teraz ? Zapytał cicho.
-Nie wiem. Odparł Chińskicud, spuściwszy głowę.
-Chcę Twojej rezygnacji jutro na moim biurku. Jasne ?! Głos Grobowca był stalowo zimny.
-Jasne… Chiński opuścił gabinet i ze spuszczoną głową wrócił do stolicy.
Mieciu poprosił o kawę i dopiwszy nieco z dużej filiżanki rzekł:
-Jest pewien sposób, aby wyjść z tego z twarzą, ba nawet zapunktować w wyborach…
Minister obrócił się tyłem do Miecia a on ciągnął dalej.
-Trzeba wybudować nowy zakład. Działkę da miasto, burmistrz kandyduje na drugą kadencję, więc pewnie nie będzie się opierał. Pan naprawiając błędy podwładnego stanie się lokalnym cudotwórcą. A my będziemy mieli pracę…
-Tak też zrobimy. Oznajmił Minister.

Akt VII
Dwie flaszki

Nowy zakład powstał w niespełna miesiąc. Data wyborów była tutaj decydująca. Zyskali wszyscy. Przetarg wygrała firma bliska Naczelnikowi Dobrzańskiemu. On też wystawił kosztorys na grube miliony. Widełki musiały być. Za wszystko płaciło Państwo. Wszystkie spółeczki córki były wreszcie syte. Dyrekcja Zachodnia zadowolona. Miecio nadal pozostał na stanowisku Delegata Krajowego. Nie było odważnego, aby go z niego zdjąć. Na sam koniec dostał od Dyrektora dwie flaszki i stanowisko zastępcy. Cóż należało mu się za plan. Za to że był związkowcem przed duże “Z”.

KONIEC

Wrocław 18.07.2011r.

Powrót do listy opowiadań z 2011r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *