SM 42 powoli i ostrożnie dobiła do składu trzech cystern typu 20R. Te niemieckiej konstrukcji wagony były pokryte szronem. Całą noc czekały na punkcie zdawczo odbiorczym, aż je zabiorą z terenu cukrowni. Ranek był równie mroźny i nieprzyjemny jak miniona mroczna część doby. Wiatr zacinał raz po raz i chwytał za gardło przenikliwym zimnem. Manewrowy, trzymający się mocno poręczy lokomotywy, starał się schować za osłoną swojej pomarańczowej kamizelki. Lekki wstrząs obudził go z letargu. Zszedł na międzytorze i pochylił się, by wejść pomiędzy zderzaki składu. Chwycił ciężki sprzęg śrubowy “stonki” i zarzucił na hak cysterny. Następnie zaczął skręcać śrubę. Potem spiął przewody i otworzył krany przewodu hamulcowego. Rozległ się syk pędzącego w wężach powietrza. Uruchomiła się sprężarka w lokomotywie. Pierwszy wagon wyluzował. Manewrowy dał sygnał do odjazdu. Lokomotywa wypluła w górę niebieski pióropusz spalin i pociągnęła cysterny do przodu. Ciszę mroźnego poranka rozdarł przenikliwy pisk maltretowanej stali. Manewrowy odczekał chwilę i nakazał przez radio zatrzymać się. Skład zamarł. Mężczyzna zeskoczył z lokomotywy i udał się w kierunku skąd dochodził dźwięk. Dotarł do jego źródła- ostatniego wagonu. Jego gorące, zaciśnięte klocki hamulcowe były sednem kłopotu. Manewrowy podszedł do odluźniacza i pociągnął za czerwoną rączkę. Usłyszał syk powietrza uchodzącego do atmosfery. Odczekał, aż ucichnie i piętą uderzył w klocki hamulcowe. Nadal były przyciśnięte do obręczy. Podszedł do SM 42 i wspiął się po drabinie do kabiny maszynisty.
-Ostatni nie luzuje…
-Znowu. Mruknął maszynista.
Manewrowy wyjął z kieszeni brudny od smaru malutki notes. Trzęsącą się ręką przełożył kilka kartek. Zmarszczył czoło i wyraźnie zdenerwowany wyrzucił z siebie:
-Gnoje, znów nam wczepiają niesprawny wagon. Ten sam, co w zeszłym tygodniu. Że też nie sprawdziłem numerów.
-Urywamy dziada i po krzyku, ja nie chcę kłopotów. Dla mnie pudło jest niesprawne… Stwierdził maszynista.
-Nie czekamy na rewidenta?
-Będzie dopiero na grupie, a ja nie będę ciągnął zahamowanej cysterny, urywaj !
Manewrowy posłusznie odłączył wagon od reszty składu. Za jego kratkę wsadził wypisaną ręcznie informację “ZNÓW NIE LUZUJE- NIEZDATNY DO JAZDY”. Stonka ruszyła. Wskoczył na ostatni pomost i odjechali w kierunku grupy towarowej. Zza bramy cukrowni półgodziny później wytoczyła się SM 03. W jej kabinie było trzech pracowników, w tym szycha w garniturze. Ten elegancko ubrany musiał być świeżo oderwany od biurka, bo nie zdążył się ubrać i trząsł się z zimna. Lokomotywa podjechała do wagonu. Cała trójka wyskoczyła na zewnątrz i zaczęła dyskutować nad stanem hamulców. Nadal były zaciśnięte. W ruch poszła brecha i pięciokilogramowy młot. Po kilku uderzeniach i podważeniach klocki ustąpiły.
-Ja nie wiem co jest, Panie Dyrektorze. To nietypowy niemiecki wagon i ma inny hamulec…
Tłumaczył mężczyźnie w garniturze trzymający młot majster.
-W krzaki go Panie Nowak i po krzyku… Ja to jakoś załatwię.
-Znaczy złom?
-Złom, dość mam z nim kłopotów.
-W środku jest melasa…
-No i co mało jej mamy?
Dyrektor uciął dyskusję i wsiadł do lokomotywy. Jedno wagonowy pociąg wjechał na teren cukrowni. Zamknięto za nim bramę. Potem zepchnięto go na boczny tor. Był rok 2001. Nadeszło lato, z nieszczelnego zaworu zaczęła wyciekać melasa. Ciemna lepka ciecz kapała na wybujałą roślinność. Z początku radość miały okoliczne pszczoły. Tłumnie zlatywały się z całej okolicy. Po dwóch miesiącach zastąpiły je wielkie czarne muchy. A po następnych dwóch melasa przestała kapać. Zawór sam uszczelnił się. Czas płynął szybko i drewniane elementy wagonu pokrył mech. Stalowe obręcze ruda rdza. W ramie ptaki urządziły sobie gniazdo… Niestety ich pisklęta zdechły. Zrozpaczeni rodzice odlecieli i już nie wrócili. Nastał rok 2011. Na boczny tor znów podjechała lokomotywka. Ktoś podpiął cysternę. Udało się ją wyciągnąć z roślinnej dżungli. Pojechała na punkt zdawczo – odbiorczy.
-Gdzie ją zabierają ? Spytał stary majster.
-Jacyś Miłośnicy Kolei z Wrocławia ją dostali. Dyrektor oddał. Odpowiedział maszynista lokomotywki.
-Niedobrze… Mruknął majster.
-Dlaczego, miała tu stać i gnić? Maszynista wzruszył ramionami.
-Niedobrze powtórzył majster.
Lokomotywka zostawiwszy cysternę za bramą cukrowni, wróciła do zakładu. Wielka żelazna brama zamknęła się za nią. Wkrótce wagon zabrała inna lokomotywa. Wszystko wróciło do normy. Przynajmniej dopóki stróż nie znalazł majstra w starej hali. Był tam urządzony niewielki warsztat. Wśród skrzynek z narzędziami kołysał się stary człowiek. Pętla konopnego sznurka była mocno zaciśnięta na jego szyi. Oczy mocno wypchnięte z oczodołów, siny język i mnóstwo krwi na kołnierzu kapoty dopełniały grozy. Stary nie przygotował się dobrze, do tego co zamierzał. Sznurek do snopowiązałki używany do pakowania palet cukru był mocny, ale cienki. Zadziałał tak jak stalowy drut- garota. Śmierć nie nastąpiła szybko. Śledczy nie odnaleźli listu, tylko wypisane towotem na metalowej szafce z ubraniami majstra, słowo: Przepraszam. Nikt nie wiedział o co chodziło staremu człowiekowi. Sprawę zamknięto. Na teczce napisano – samobójstwo.

***

Mała Lska pchała przed sobą dużą cysternę typu 20R. Czteroosiowy wagon całkowicie zasłaniał widoczność maszyniście. Na przednim pomoście wagonu, oparty o rączkę hamulca ręcznego, stał człowiek w pomarańczowej kamizelce z napisem “Klub Sympatyków Kolei we Wrocławiu”. Zarówno wagon, jak i lokomotywa była własnością organizacji. Skład zatrzymał się na chwilę przy budynku z napisem WG 30. Mechanik nawiązał łączność z Dyżurną.
– Z trakcyjnego na suwnię…
Chwilę potem na karzełkowej tarczy manewrowej wyświetlił się sygnał zezwalający na dalsze manewry. Człowiek z pomostu wychylił się ponad skrajnię i podał ręczny sygnał “do mnie”. Zazgrzytała skrzynia biegów w lokomotywie i pociąg znów rozpoczął mozolną wędrówkę do przodu. Wózki wagonu zaskrzypiały na rozjeździe krzyżowym nr 646 a potem 647. Tor nr 615 prowadzący do lokomotywowni nie był najrówniejszy na stykach, więc prędkość przetaczania znacznie spadła. Mimo dwuosiowych wózków cysterna zapadała się w “wychlapach” i kolebała na boki. Przed wjazdem na halę, rozległ się pojedynczy ostrzegawczy gwizdek. Suwnia była zaryglowana, o czym świadczyło zielone światło na sygnalizatorze i gotowa na przyjęcie gościa. Rozległ się głuchy stukot, gdy pierwsza oś wagonu wjechała na kratownicową konstrukcję przesuwnicy. Potem następne. Całość zatrzymała się dopiero, gdy zderzaki wagonu oparły się o stojącego na końcu “Adolfa”. Adolf był akumulatorowym wózkiem do wciągania lokomotyw. Człowiek w pomarańczowej kamizelce odczepił lokomotywkę i ta wycofała się z powrotem poza bramę lokomotywowni. Wagon złączony z “Adolfem” zakołysał się na boki, gdy przesuwnia ruszyła. Migączące pomarańczowe koguty odbijały się w jego obłym zbiorniku. Co chwila rozlegał się ostrzegawczy dzwonek. Wreszcie z głośnym piskiem suwnia wytraciła impet i rygiel znów ją unieruchomił. “Adolf” rozpoczął spychanie wagonu na tor wynajmowany przez Klub Sympatyków Kolei we Wrocławiu. Ustawiono go pomiędzy remontowaną lokomotywą SM 03 a Lską. Zapadła cisza…

***

-Jest w niezłym stanie, odtłuścimy go tylko, zmatowimy i nałożymy farbę. Naniesiemy oznaczenia z trzeciej epoki… -Prezes wydawał polecenia oceniając wraz ekipą stan nowo przybyłego wagonu.
-Tu trzeba będzie podszlifować. Zauważył Wojtek wskazując na niewielkie odpryski rdzy na zbiorniku.
Ja zaś postanowiłem sprawdzić co jest w środku. Wgramoliłem się na pomost i obiema rękoma chwyciłem drabinkę prowadzącą na górę zbiornika. W międzyczasie krzyknąłem do Prezesa, że trzeba będzie wyszlifować deski od pomostu, bo są strasznie obmierzłe. Szare farfocle starej farby, przypominały strupy na skórze. Łuszczyły się pod wpływem uderzeń buta. Jak tylko kolejny zakres remontu został zaakceptowany rozpocząłem wędrówkę ku górze. Drewniany górny pomost był w takim stanie jak ten dolny. Trzeba było się poruszać niezwykle ostrożnie. Upadek ze zbiornika na betonową posadzkę lokomotywowni mógł się nienajlepiej skończyć. Dotarłem do wlewu. Klapa zabezpieczająca była przykręcona śrubą motylkową większych rozmiarów. Całość stawiała niezwykły opór.
-Ej tam na dole, podajcie młotka… Krzyknąłem do kolegów robiących oględziny na dole.
Marek kiwnął ręką, że zrozumiał i udał się do wagonu warsztatowego po narzędzie. Ja zaś usiadłem obok wlewu i przyglądałem się dokładnie górze zbiornika. Drobne poprawki i tu się zapowiadały. Ktoś wspiął się po drabinie i podał mi młotek. Marek nie ryzykował wejścia na pomost górny. Zacząłem regularnie uderzać w śrubę. Ona z początku pozostała niewzruszona, lecz po kilku razach poddała się. Udało mi się odblokować klapę. Była ciężka i powoli uniosłem ją do góry. Potem oparłem o zbiornik. Ze środka otworu o średnicy 70 cm wydostało się zatęchłe powietrze. Wraz z nim słodkawy zapach, przypominający paloną kawę. Odsunąłem się nieco.
-Ale wali… !!! Krzyknąłem krzywiąc się.
-To nie od nas. Odpowiedział mi chór z dołu.
Potem padło pytanie.
-Co tam jest w środku?
-Zaraz zajrzę, niech się wywietrzy. Odpowiedziałem, po głosie poznałem, że pytanie zadał Maciek.
Zajrzałem w głąb otworu jak zaduch nieco zelżał. Zobaczyłem tylko środkową część zbiornika, bowiem na tyle pozwalało światło. Nie było widać dna. Za to w słonecznych promieniach wpadających przez górny świetlik dachu hali, zobaczyłem czarną ciecz. Jej powierzchnia była gładka, jak lodowisko i znajdowała się dokładnie w połowie zbiornika. Splunąłem na dół. Kropla śliny uderzyła jakby w roztopiony asfalt i ugrzęzła w nim. Nie rozeszła się żadna fala. Otwór powoli zasklepił się i powierzchnia znów była gładka. Z cysterny nikt nie usunął ładunku -melasy. Zamknąłem klapę i zszedłem na dół. Poinformowałem Prezesa o znalezisku. O tym, że nasz wagonik w połowie wypełniony jest brązowo – czarną breją.
-Znaczy jest pełen. Stwierdził Prezes.
-Nie kumam…
-Covalus, melasa jest ciężka, a te cysterny nie mają grodzi, dzielących zbiornik, dlatego ładowano maksymalnie do połowy.
Proszę ile to mądrych rzeczy można się dowiedzieć. Staliśmy się posiadaczami starej nikomu niepotrzebnej melasy. Ekipa remontowa zebrawszy się wokół Prezesa, zastanawiała się co z tym fantem zrobić.
– Nalejemy wody i wrzucimy drożdże. Zamkniemy na pół roku a potem…
– Dobre! Wielu członków zaczęło popierać tą propozycję.
Oczywiście szybko z niej zrezygnowano i stanęło na tym, że będziemy ją powoli spuszczać i wiaderkami wynosić do pobliskich kanałów ściekowych. Przyniesiono wiaderko i drugi Maciek podszedł do zaworów spustowych. Obejrzał je starannie i podrapał się po głowie.
-Nie tak szybko koledzy, ktoś je pouszkadzał i powyjmował wszystkie bolce.
Było to bardzo dziwnie, Dyrektor cukrowni zapewniał, że oprócz hamulca cysterna jest sprawna.
-Da się zrobić? Spytałem Maćka.
-Na szczęście mechanizmy są całe, tylko po jakiego wafla, ktoś te bolce powyjmował? Mamy takie, przynieś breszkę, młotek i coś do podparcia.
W wagonie warsztatowym odnalazłem potrzebne narzędzia i wróciłem do zaworu. Wsadziliśmy breszkę pod uchwyt i Maciek zaczął pasować otwory mechanizmów. Trzeba było je oczyścić, bo lekko zardzewiały. Po nasmarowaniu smarem grafitowym zaczęliśmy wsuwać bolce. Po półgodzinie całość została naprawiona. Otwór zaworu zabezpieczony był olbrzymią nakrętką. Zacząłem się z nią mocować.
-Tylko nie odkręcaj na full, bo jak zawór nie będzie trzymał, to zalejemy wszystko tym gównem. Poinstruował mnie Maciej.
Udało mi się poluzować nakrętkę o dwa zwoje. Maciej cofnął rączkę zaworu w pozycję “otwarte”. Z początku nic się nie działo, lecz po chwili do wiaderka zaczęła kapać brunatna ciecz. Cysterna zaczęła opróżniać się grawitacyjnie. Zmienialiśmy wiaderka co dziesięć minut. Kolejne kursy do kanału ściekowego były bardzo męczące. Całe wiaderko zaczęło się kleić. A do tego słonko nas nie oszczędzało. Gdy pod wieczór zapadła decyzja o przerwaniu robót, zakręciłem nakrętkę zaworu, a Maciej zablokował dźwignię w pozycji “zamknięte”.
-Zobacz ile tego zeszło. Zaproponował.
W hali panował już półmrok. Potrzebowałem latarki. Na szczęście mieliśmy ją na stanie. Wdrapałem się znów na górę i uchyliłem właz od wlewu. Wskutek nagrzania zbiornik wypluł w moim kierunku kolejną porcję słodkiego zapachu. Przyzwyczaiłem się do niego. Trzymając się krawędzi, zapaliłem latarkę i wsadziłem łeb do środka. Poziom melasy obniżył się nieznacznie. Mieliśmy jeszcze sporo do zrobienia. Słaba żarówka latarki, nie pozwalała dojrzeć ścian czołowych zbiornika. Zasięg światła kończył się gdzieś w połowie. Mimo tego nikłego oświetlenia wydawało mi się, że coś mąci gładkość powierzchni, od strony pomostu hamulcowego. Jakby ktoś powtykał w ten asfalt patyki. Mrugnąłem kilkukrotnie oczyma. Obraz rozmazał się i zniknął. Jednocześnie do mych nozdrzy doszedł nowy zapach. Z początku prawie na niego nie zwróciłem uwagi. Później stał zbyt natarczywy, by można było go zignorować. Gdzieś już się z nim spotkałem. Nie potrafiłem przypomnieć sobie, gdzie. Nie była to przyjemna woń, więc wyjąłem głowę z otworu i z hukiem zamknąłem klapę. Zakręciło mi się w głowie. Odczekałem chwilę i ostrożnie zszedłem w dół.
-Sporo tego jeszcze. Stwierdziłem.
– Trudno idziemy się myć. Machnął ręką Prezes.
Wagon warsztatowy został zamknięty. Ktoś zgasił światło w tej części hali. Spod stojącego nieopodal wagonu osobowego wyczołgał się kot. Podniósł głowę do góry i zaczął rozglądać się dookoła. Jego ogon regularnie uderzał o posadzkę, zdradzając wysokie zaniepokojenie zwierzęcia. Denerwował go zapach, który dotarł do jego nozdrzy. Zapach który informował, że coś jest nie tak. Kot podszedł do źródła, nowego nabytku w jego otoczeniu -cysterny. Stał przy niej przez chwilę, potem fuknął i uciekł w mrok. W niedzielę rano na ujściu zaworu i resztach melasy usiadła olbrzymia czarna mucha…

***

-Skąd się te muchy wzięły. Mruknąłem odganiając je z nakrętki.
-Zawsze myślałem, że do słodkiego garną pszczoły. Maciej powoli otwierał zawór.
-Ja też…
Pierwsze krople melasy spadły do wiaderka. Jednocześnie do naszych nosów dotarł nieprzyjemny lekko odrażający zapach.
-Jezu, Covalus uprzedzaj !!! Krzyknął pracujący nieopodal Marecki.
-To nie ja, to ta cholerna melasa. Może się zepsuła. Tłumaczyłem.
-Jasne. Nikt mi nie wierzył.
Ciecz powoli zlatywała do wiaderka i nagle przestała.
-Maciek ten zawór się zablokował ! Krzyknąłem.
Maciek zaczął nerwowo poruszać rączką. Nic to nie dawało. Melasa nie chciała lecieć.
-Coś zablokowało wylew od wewnątrz. Zawyrokował.
Znów musiałem się wspiąć na cysternę i otworzyć klapę. Tym razem smród omal nie zrzucił mnie w dół. Kiedyś już tego doświadczyłem, lecz mój umysł nie mógł dopasować faktów. Poczekałem, aż poziom uciążliwości nieco spadnie i zajrzałem do otworu. Owe patyki widziane dzień wcześniej były dokładnie nad zaworem. To one blokowały ujście melasy.
-Maciek tu coś jest, jakieś gałęzie… chyba to blokuje.
-Weź brechę i to odsuń.
Jeszcze raz zajrzałem do środka. Na dół prowadziła wąska drabinka. Na jej dole dojrzałem jakąś szmatę. Jakieś debil nawrzucał tu śmieci. Drabinka wyglądała na solidną, ale nie miałem ochoty włazić do wewnątrz.
-Walcie się, a jak tam jest jakieś dwutlenek węgla?
-Przewietrzymy ci sprężonym powietrzem… Zawyrokował Jacek.
To miało sens. Podłączyliśmy wąż do kiszki od przewodu ze sprężonym powietrzem i drugi jego koniec umieściliśmy nad powierzchnią melasy w cysternie. Odkręciliśmy powoli powietrze. Hałas był straszliwy, ale gdy ponownie wlazłem na górę nie śmierdziało już tak strasznie. Wyjąłem węża i ubrawszy się w uprząż zszedłem powoli na dół. Asekurował mnie Wojtek trzymając drugi koniec liny. Będąc nad samą powierzchnią melasy przyjrzałem się owym patykom. Były czarne i powyginane w różnych kierunkach. Nie przypominały gałęzi. Pomiędzy nimi była szmata. Przypiąłem się do drabinki i krzyknąłem do Wojtka.
-Podaj grabie i świeć mi tu!
Narzędzie do przetykania zostało mi podane. Latarka nieco wyostrzyła kontury patyków. Zagłębiłem grabie pod kątem starając się odepchnąć od dna patyki. Nie było łatwo. Jakby się mieszało smołę. Poczułem opór, musiałem zaczepić o coś dużego. Pociągnąłem do góry i prawie spadłem z drabinki. Olbrzymia fala fetoru dotarła do mego nosa. Grabie wypadły mi z ręki. Utonęły w brązowej mazi. Jednocześnie mój umysł dopasował kawałki układanki.

To było lato, pojechaliśmy na rowerach na poligon. Miałem może wtedy ze siedem lat. Powierzchnię poligonu pokrywały rozliczne doły. W jednym z nich znaleźliśmy przewróconego konia. Jego brzuch był spuchnięty do niesamowitych rozmiarów. Zamiast oczu miał roje czarnych much. Zafascynowany zszedłem na dół i kopnąłem w olbrzymią banię. Zielona ciecz zawierająca kawałki wnętrzności, olbrzymie białe robaki i cuchnąca niesamowicie wylała się na zewnątrz. Zwymiotowałem i wybiegłem z dołu. Nie mogłem się pozbyć owego zapachu. Był w moich ciuchach, rowerze i włosach. Był wszędzie…

Chwyciłem się drabinki i zacząłem mocować z zabezpieczeniem.
-Trzymaj mnie do cholery… Wrzasnąłem do Wojtka.
Lina napięła się. Po raz ostatni spojrzałem w dół. Patyki stanowiły spójność. Nieco grubsze ich podstawy były resztkami ludzkich dłoni, które wydostały się na powierzchnię. Wyszedłem na zewnątrz. Za mną zamknęła się klapa. Musiałem trącić ją nogą.

***

Policja nakazała wystawić wagon na zewnątrz. Ogrodzili go parawanami i rozpoczęli powolne wydobywanie resztek tego co tam było. Pod koniec dnia, pod okiem techników, melasa znów zaczęła spływać do wiaderka. Pod czarnym foliowym workiem leżało wydobyte ciało. Wiatr nieco uniósł zasłonę. Było w zaawansowanym stadium rozkładu. Szybko odwróciłem wzrok. Na drugi dzień cysterna była pusta i mogliśmy wstawić ją z powrotem. Wsypaliśmy do środka olbrzymią ilość fenolu i wypłukaliśmy wnętrze gorącą wodą. Tak, aby zmyć pozostałości po znalezisku. Po dwóch miesiącach ktoś przyniósł nam gazetę. Było w niej komputerowe zdjęcie młodej dziewczyny. Odtworzono je na podstawie resztek czaszki. Policja szukała kogoś, kto mógłby pomóc w identyfikacji. O ile wiem do dziś nikt się nie zgłosił…

KONIEC

Wrocław; 1.07.2011r.

Powrót do listy opowiadań z 2011r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *