Czasami człowiek przeczuwa, że coś się zbliża. Niektórzy mówią o tym “siódmy zmysł” i gdy mocno dokazuje biegną do kolektury totolotka. Ja to swędzenie sumienia nazywam “oddechem kostuchy”. W moim przypadku zawsze oznacza wielkie zmiany- na gorsze. Wchodząc do “Pentagonu” przy Joannitów zaczepił mnie portier. Konspiracyjne pochylił się nad moim uchem i wyszeptał:
“Dyrektor pytał o Pana”
W tym momencie chciałoby się rzec “a nie mówiłem”, tylko po jaką cholerę? Zamiast do mojego przytulnego gabinetu udałem się do jaskini lwa. Obite dermą drzwi otwierały się bezszelestnie. Wystarczył niewielki nacisk na starą mosiężną klamkę. Za nimi siedziała sekretarka szefa. Dobiegała “ryczącej czterdziestki”. Nazywałem ją “ciężkie oko” z racji tuszu jaki nakładała na swoje powieki. Najczęściej był on w kolorze niebieskawym, co upodabniało ją, do chodzącego trupa. Nawet nie podniosła się z siedzenia, tylko wskazała ręką na drugie drzwi. Były otwarte. Wszedłem do “wilczego szańca”. Szef podsunął mi krzesło i sam zasiadł naprzeciw mnie. Jego mina mówiła same złe rzeczy. Jego usta to potwierdzały.
-…wiecie Covalus, z góry przyszło nowe zarządzenie dotyczące etatów, niestety mam złe wieści. Wchodzi restrukturyzacja i wasz etat okazał się zbędny. Oczywiście nie tak od razu, możecie popracować jeszcze rok, lecz później sami rozumiecie. Nie ma tu miejsca dla was…
-To wszystko? Zapytałem spokojnie, choć wewnątrz mnie wrzało.
-Nie, Natalia została przeniesiona i macie nową współpracownicę…
To zabolało. Polubiłem Natalię, może nawet za bardzo.
-Czyja to protegowana? Zapytałem
-Na to pytanie nie odpowiem. To wszystko.
Wyszedłem lekko wkurzony. To, że zbliżał się mój koniec tutaj było wiadome od dawna. Odsuwałem tylko to od siebie, myśląc, że jakimś cudem się coś zmieni. Cuda się nie zdarzają, nie w moim przypadku. Nie było mi żal pracy jako takiej, ale niektórych jej elementów. Słodkiego zapachu niewiadomej przepastnych archiwów, powolnego obdzierania z szat najcudowniejszej kobiety świata – “tajemnicy”. Teraz wszystko trafi szlag. No i Natalia. Chciałbym wiedzieć dlaczego? Tak bez pożegnania. Schodziłem powoli w dół bijąc się z własnymi myślami. W moim gabinecie zastałem zamienniczkę Natalii. Była niższa ode mnie. Dłuższe włosy opadały do ramion. Ubrana w białą bluzkę i szare spodnie. Podeszła do mnie i wyciągnęła rękę.
-Anna Morek-Sędzimirowska.
Z początku prawie wyrwało mi się “kuźwa jak?!” w nieco ostrzejszej wersji. Na szczęście powietrze tylko otarło się o struny głosowe, nie pobudzając ich do drgań. Jak można się tak nazywać? Głos nowej przypominał przestraszonego leminga, którego właśnie ktoś pobił. Za to ton wypowiedzi mówił wszystko. Coś w rodzaju “zrobię tu porządek”. Jeszcze raz szybko dokonałem lustracji nowej. Była wyraźnie młodsza ode mnie. Na odległość czuć było od niej szczurem, który nigdy nie przegrywał w wyścigu. Nawet jeśli trasa wiodła po trupach. To będzie trudny rok.
-Covalus… Ominąłem ją i podszedłem do swojego biurka. Wziąłem w rękę starego przyjaciela, wielki blaszany kubek i włączyłem ekspres do kawy. Z parującym ciepłem w dłoni zasiadłem za blatem swojego stanowiska pracy. Nowa zajmowała biurko Natalii. Bezcześciła jego świętość. Chciałem wyć…

***

Radio odtwarzacz wypluwał starą dobrą płytę “Sióstr Miłosierdzia”. Jan zapalił papierosa i lekko docisnął gaz. Nowe auto zareagowała natychmiast i szybko wyprzedziło inne jadące wolniej. Coś na kształt satysfakcji ozdobiło lico mężczyzny. Miał dobry dzień, który się miał przekształcić w wielki tryumf. Projekt nad którym pracował był ostatecznie skończony i właśnie dostał wiadomość, że rada nadzorcza go zatwierdziła. Dziś pokaże swoje prawdziwe oblicze. Zmiażdży tych wszystkich malkontentów, którzy wątpili. Powiesi ich głowy na murach własnej twierdzy. To będzie piękny dzień.
Sygnalizator nowoczesnego przejazdu zaświecił się na czerwono. Samochód jadący przed Janem rozpoczął hamowanie i zamarł przed opuszczoną zaporą. Mężczyzna zatrzymał swoje cacko zaraz za nim. Nie wyłączał silnika, gdyż dziś nie mógł sobie pozwolić na zmarnowanie choćby chwili. Zresztą przestałaby działać klimatyzacja. A za paliwo i tak płaciła firma. Opuszczony szlaban błyskał na czerwono co chwilę. Czas mijał i nic nie pojawiało się za nim. Po dziesięciu minutach Jan zaczął bębnić palcami w skórzany pokrowiec na kierownicy. Zaczyna padać. Automatyczne wycieraczki ścierają pierwsze krople wody. Facet przed Janem wciska klakson. Szlaban idzie w górę. Ktoś sobie jaja robi?
Pierwszy samochód rusza z kopyta. Przeskakuje dwa tory. Jan reaguje nieco wolniej. Właśnie zadzwoniła komórka i mężczyzna sięgnął po nią. Nie korzystał nigdy z żadnych zestawów głośno mówiących. Świadomie łamał przepisy, gdyż miał tylko ważne telefony. Koszt nieodebrania połączenia czasami był wyższy od kary przewidzianej taryfikatorem. Jan spojrzał na wyświetlacz i popuścił hamulec. Jego wóz miał automat, nie musiał się martwić o biegi. Dzwonił jego przełożony. Mężczyzna odebrał i lekko musnął pedał gazu. Auto wjechało na przejazd… Ostatnim dźwiękiem jaki usłyszał mężczyzna był huk. W tym momencie zderzak rozpędzonej do 70 km/h ET 22 uderzył w samochód na wysokości drzwi kierowcy. Za elektrowozem ciągnął się sznur wyładowanych węglem czteroosiowych węglarek…
To co stało się potem, odbyło się niezwykle szybko. Maszynista przestawił rączkę zaworu sterowania hamulcem w pozycję “hamowanie nagłe”. Powietrze zaczęło uchodzić do atmosfery. Gdyby Jan żył, w tym momencie usłyszałby ciągły syk. Niestety zaraz za boczną szybą w którą wyrżnął zderzak była głowa mężczyzny… Spadek ciśnienia w przewodzie głównym spowodował, przesunięcie tłoków w cylindrach hamulcowych wagonów i lokomotywy. Żeliwne klocki hamulcowe zostały dociśnięte do obręczy kół składu i rozpoczęło się hamowanie. Proces mimo, że zachodził szybko, był zbyt wolny by uratować życie Jana. Auto zostało unieruchomione na zderzakach i rozrywane przez napierającą lokomotywę. Pociąg stanowił masę dla której samochód nie był poważną przeszkodą. Gdy się wreszcie zatrzymał Jan i jego samochód byli w wielu miejscach jednocześnie. Opadający kurz przykrył nowy telefon w zaciśniętej dłoni, która nie była przymocowana do ręki. Na czerwonym od krwi wyświetlaczu nadal widniał napis “szef” a z głośnika dobywało się raz po raz pytanie “halo, słyszysz mnie?”

***

Kątem oka obserwowałem nową o dwóch nazwiskach. Przeglądała raporty Natalii poprawiała w nich braki. Szef chyba musiał z nią wcześnie rozmawiać. Bo doskonale wiedziała co poprawić, w odróżnieniu ode mnie. Gdybym był dobrze wychowany, to pewnie nawiązałbym jakąś konwersację powitalną. Niestety nie dbałem w pracy o zasady dobrego pożycia. Nie chciało mi się rozwiązywać sekretów współpracownicy, ani wiedzieć o niej cokolwiek. Nie było to obowiązkowe. Zadzwonił telefon. Nowa skoczyła doń, tak jakby wygrała międzynarodowe zawody w podnoszeniu słuchawki na czas. Widząc te kocie ruchy zrobiło mi się niedobrze. Przedstawiła się i zamarła. Spojrzała na mnie…
-Pan Dyrektor do Pana…
Zatkało mnie. Zabiła mnie zwrotem “Pan Dyrektor”. Żaden szef, dyrektor tylko Pan Dyrektor. Ja tak nie umiem. I może dlatego właśnie wywalają mnie z roboty. Chwyciłem jeszcze ciepłą słuchawkę. Subtelny zapach kobiecych perfum jeszcze tlił się na rączce.
-Słucham. Starałem się nadać swojemu głosowi ton zapracowanego człowieka.
-Mamy wypadek na przejeździe w Osiecznicy.
-Szefie, to nie nasz rejon. Odparłem
-Wiem, ale będziesz tam chciał pojechać.
-Czemu?! Zaciekawił mnie.
-Jednym z uczestników jest twój przyjaciel Kalota.
Zimny pot spłynął mi po plecach. Zły dzień jeszcze się nie skończył.
-Oczywiście zaraz się tam udaję. Odłożyłem słuchawkę.
-Masz samochód?! Odezwałem się po raz pierwszy do swojej współpracownicy.
-Tak…
-Zbieraj się i jedziemy do Osiecznicy.
Stanęła na środku gabinetu jakby trochę zagubiona. Uniosłem dłonie w jej kierunku w geście “co jest k…”? Zrozumiała?
-Muszę wypisać delegację i dokumenty wyjazdu. Odparła.
Tego było mi za wiele.
-Słuchaj za rok będziesz pewnie tutaj sama. Wtedy wypiszesz sobie delegację i inne bzdury. Dziś jeszcze ja tu rządzę. Więc zabieraj cztery litery i jedziemy…
Wyszedłem z gabinetu. O dziwo wyszła za mną. W ręku miała damską torebkę i miałem nadzieję, że są tam kluczyki do auta. Były. Na parkingu zapakowaliśmy się do nowego, pachnącego luksusem auta. Marki chyba mecedes. Nie słyszałem odpalanego silnika. Ruszył płynnie i po cichu. Wyciągnąłem służbową komórkę i wykręciłem numer szefa.
-Szefie, chcę do tego zaufanych ludzi od nas.
-Covalus, jak wyczuję, że coś nie tak, wylatujesz z funkcji szefa komisji. To ma być rzetelne śledztwo.
-Takie będzie…
Przerwałem połączenie. Szybko odnalazłem w kontaktach numer Kaloty. Zadzwoniłem. Odebrał.
-Co się dzieje Kalota?
-Ty prowadzisz sprawę?
-Tak kolego…
Wydawało mi się, że odetchnął lekko. W oddali usłyszałem inne głosy.
-Są już z policji?
-Ta i SOK…
-Daj im zrobić swoje i zdaj służbę. Ruch ma być zamknięty do przyjazdu moich ludzi.
-Covalus, to nie moja…
-Jasne stary. Trzymaj się. Przerwałem połączenie.
Anna spojrzała na mnie znad kierownicy. W tym cichym samochodzie, pewnie słyszała część rozmowy. Nasze spojrzenia spotkały się. Słyszała znacznie więcej niż część.
-To chyba nie są standardowe procedury ? Zapytała.
-Czasami trzeba z nich zrezygnować. Próbowałem zgasić jej wątpliwości.
Nie udało mi się. Postanowiłem więcej nie próbować.

***

Parkowała auto z wielkim pietyzmem. Widząc moje zdziwienie tym faktem wyjaśniła.
-To auto Ojca…
Było coraz fajniej. Miałem coraz większe wątpliwości czy ona ma skończone osiemnaście lat. Zostawiłem ją nieco z tyłu i zacząłem iść w kierunku przejazdu. Policja zablokowała ruch i oczyściła ulicę z pojazdów. Ogrodziła, też rejon biało niebieskimi taśmami. Przeszedłem pod jedną z nich ubierając żółtą kamizelkę z napisem “komisja”. Zatrzęsła się komórka przy moim pasku. Odebrałem i dowiedziałem, że reszta komisji rozpoczęła przesłuchanie Dyżurnego ruchu w Osiecznicy – niejakiego Kaloty. Trochę zeszło ze mnie powietrze i cieszyłem się, że koledzy dotarli tam pierwsi. Podszedłem do strażnicy przejazdowej. Był to niski parterowy budynek. Na zewnątrz była elektryczna sterownica zapór. Dróżniczka siedziała obok drzwi i paliła papierosa. Była kobietą w słusznym wieku. Ręce jej drżały tak, że ledwie trafiała filtrem w usta. Gdy mnie zobaczyła, chciała zgasić papierosa, ale powstrzymałem ją.
-Spokojnie, Covalus komisja wypadkowa. Pokazałem jej służbową legitymację.
-Trzebiatowska… Wyszeptała.
-Może Pani mówić? Spytałem
-Tak.
-Zadam kilka pytań, nasza rozmowa będzie nagrywana na dyktafon. Procedury służbowe. Prawdopodobnie zaraz przyjdzie tu jeszcze jeden człowiek od nas, kobieta, moja współpracownica. Poczekamy na nią. Wyjaśniłem. Anna przybyła niecałą minutę później. Rozpocząłem przesłuchanie. Standardowe pytania o regulamin dokumenty i wreszcie ostanie chwile przed wypadkiem.
-… dyżurny zgłosił opóźniony IC. Miał przybyć o 07.45. Na minutę przed przyjazdem pociągu opuściłam szlabany. IC nie nadjeżdżał. Po około dziesięciu minutach zadzwonił telefon. Usłyszałam IC opóźniony jest o kolejne trzydzieści minut. Nic więcej, więc podniosłam zapory i weszłam do strażnicy, aby wypełnić papiery. Wtedy nadjechał towarowy… Dlaczego Dyżurny w Osiecznicy mnie nie powiadomił o jego wyprawieniu ?! Nie mogłam nic zrobić. Przerwała
-Anna zabezpiecz książki telefonogramów, zanieś je do samochodu.
Wydałem polecenie i ponownie zwróciłem się do Trzebiatowskiej. -Badali Panią na trzeźwość?
W jej oczach pojawiły się łzy.
-Tak, ale to nie moja wina. To on mnie nie powiadomił.
Anna wychodząc z książkami pod pachą zatrzymała się na moment.
-Wziąć wyniki od Policji?
-Tak, dzięki. Widziałem ich z drugiej strony. Zrób jeszcze zdjęcia całości.
Lekko zamarła i wskazała brodą na stojący pociąg.
– Tam też?
-Tak. Taka praca. Ja zabiorę się z policją do Osiecznicy, a tu przyślę Ci człowieka.
Wziąłem od niej książkę telefonogramów. Mimochodem otworzyłem na ostatniej stronie.

IC 22345 opóźniony o 30 minut. Przewidywany czas przybycia 8.15

O towarowym ani słowa. Robiło się gorąco. Oddałem książkę Annie z poleceniem zapieczętowania jej i zrobienia zdjęć ostatniej strony. Dopiero jadąc w policyjnym samochodzie w kierunku Osiecznicy, zrozumiałem, że popełniłem błąd. Błąd profesjonalnego śledztwa.

***

Radiowóz zatrzymał się pod samą nastawnią. Spotkałem tam Janka, który właśnie zeń wychodził. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
-Co ustaliłeś? Spytałem
-Lekka bryndza, IC doznał kolejnego opóźnienia, więc facet wypuścił w to miejsce towarowego. W książce telefonogramów jest wpis o zawiadomieniu dróżnika…
-Ja takowego nie znalazłem w książce posterunku…
-Telefon jest sprawny, niedawno był naprawiany. Więc albo Kalota nie powiadomił a wpisał, albo dróżniczka nie opuściła zapór. Janek rozłożył ręce.
-Kobieta ma dwudziestoletni, nienaganny przebieg służby. Powiedziałem sam do siebie.
-Kalota też nie ma grubszych wykroczeń.
-Ale nie jest czysty.
-Ano, jadę do twej nowej siksy. Mam nadzieję, że wysłałeś ją w samo piekło. Mnie tam nie śpieszno.
-W samiutkie, Janku spróbuj jeszcze przyjrzeć się strażnicy. Może coś wyłowisz.
-Jasne…
Udałem się na górę. Wąskie schody prowadziły na piętro. W pomieszczeniu oprócz Kaloty nie było już nikogo. Dyżurny siedział w rogu wpatrzony w równie stacyjną. Po raz pierwszy widziałem go w takim stanie.
-Witaj. Klepnąłem go w ramię.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie.
-Czekam na zmiennika…
-Spokojnie poczekamy razem, opowiesz mi jak to było?
Kalota nabrał powietrza w swe potężne płuca.
-Sąsiednia stacja zawiadomiła, że opóźnienie IC zwiększyło się o kolejne trzydzieści minut. Na boku miałem towarowego 33447. Zapytałem czy przeskoczą. Potwierdzili. Wpuściłem ich na odstęp i sięgnąłem po telefon. Powiedziałem tej babie wyraźnie- “IC 22345 opóźniony o 30 minut. Towarowy 33447 wpuszczony w to miejsce…” Zresztą masz to w książce.
Wziąłem książkę telefonogramów. Stosowny wpis był ostatnim. Skreślony o godzinie wyprawienia towarowego na szlak.
-Potwierdziłeś przyjęcie telefonogramu?
Kalota wyraźnie się zdenerwował.
-Kurwa Covalus Osiecznica, to nie byle jaka stacja. Mamy tu pociągi co 7 minut. Do tego ten cholerny przejazd. Potwierdziłem ten meldunek ! Musisz mi uwierzyć do cholery !!!
Podszedłem do aparatu i podniosłem słuchawkę. Sygnał nie był czysty, pełno w nim było zgrzytów i obcych szumów. Nacisnąłem czerwony przycisk. Zapaliła się lampka strażnicy przejazdowej i rozległ się buczek. Ktoś podniósł słuchawkę.
-Covalus Komisja Wypadkowa kontrola linii…
-Janek z tej strony, słyszę Cię niezbyt czysto, ale wyraźnie.
-Dzięki Janku.
Przerwałem połączenia. Usiadłem obok telefonu. Puściłem ręce. Ktoś kłamał, ja wiedziałem, że to nie Kalota- ale czy sąd w to uwierzy?
-Kalota czemu nie używacie radia?
-Sygnał nie dociera do posterunku.
-To wszystko kolego, muszę wracać do roboty. Postaram się wybronić Twój tyłek.
-Covalus, tu nie chodzi o moją ciężką dupę. Tam zginął człowiek. Muszę być pewny, że nie przeze mnie. Ty masz mi tą pewność dać. Jeśli masz wątpliwości odpuść sobie. I nie próbuj niczego tuszować, w imię naszej przyjaźni chłopie.
Do środka wszedł zmiennik Kaloty. Uścisnąłem mu rękę i opuściłem nastawnie. Wróciłem do Anny, która stała blada przy swoim samochodzie. Aparat leżał na przednim siedzeniu.
-Zrobiłaś zdjęcia?
-Tak. Odparła cicho.
Później mi Janek doniósł, że rzygała jak kot. Widok rozczłonkowanych zwłok nie jest najprzyjemniejszy. Dlatego dobrze mieć kogoś, kto to odwali za mnie. W sumie- to ja podły jestem. Wracając do Wrocławia odezwałem się do niej, gdy minęliśmy rogatki miasta.
-Sporządzisz na jutro raport wstępny z tej akcji.
-Ale to Pana robota.
-Słuchaj, chcę znać stanowisko osoby postronnej. Muszę je mieć na jutro, zanim sprawa trafi do sądu.
-Przecież jest Pan postronny.
Spojrzałem na jej młodą twarz. Łagodne rysy policzków. Czujne oczy wpatrzone w trasę. Może zbyt surowo ją oceniłem?
-Proszę Cię o ten raport. Powtórzyłem
Wydawało mi się, że się uśmiechnęła.
-Będziesz go miał na jutro.
Zniknął “Pan”. Wziąłem to za dobry znak.

***

Przyszedłem wcześniej do pracy. Czekałem na nową jak na szpilkach. Musiałem wypić dużą kawę, bo noc mnie nie rozpieszczała. Biłem się z myślami, co spowodowało bezsenność. Anna przyszła punktualnie. Położyła gotowy raport przede mną. Składał się z trzech kartek plus załączniki.
-Jakie jest Twoje stanowisko w tej sprawie? Zapytałem.
-Wskazałabym na Dyżurnego, dróżniczka usłyszała meldunek o opóźnieniu IC i podniosła szlabany. Zrobiła to dlatego, że nic więcej w telefonogramie nie było. On zapomniał o towarowym…
-Ale wpisy?
-Wpisać każdy może.
Zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Zacząłem przeglądać raport. Młoda nie była zła. Ujęła wszystko zgrabnie i wyciągnęła prawidłowe wnioski. Bez emocji. Tak jak powinno być. Gdy skończyłem, zacząłem od początku. Nie mogłem się pogodzić z puentą. Nie w tym wypadku. Gdzieś musiał tkwić błąd… Musiał do cholery !!!
Po godzinie analizowania sytuacji nadal tkwiłem w tym samym miejscu. Anna robiła swoją robotę nie przeszkadzając mi. Raz tylko widząc moje miotanie się zagadnęła.
– Możesz sporządzić własny kontrraport. Jesteś bardziej doświadczony. Kto uwierzy w wypociny debiutantki. W końcu to Twój przyjaciel.
Gwałtownie wstałem zza biurka. Krzesło z hukiem przewróciło się. Podszedłem do jej stanowiska pracy. -Tak to jest mój przyjaciel, i dlatego nie będzie kontrraportu. Chyba, że znajdę błąd. A on gdzieś tam jest ! Musi być !!!
Odsunęła się do tyłu lekko przestraszona. Machnąłem ręką i zrobiłem sobie kolejną kawę. Nie pamiętam którą już. Chyba o jedną za dużo, bo na czoło wystąpił mi zimny pot. Ręce zaczęły trząść się niemiłosiernie. Wróciłem do raportu. Linijka za linijką. Po raz kolejny. Potem załączniki. Nad jednym zatrzymałem się nieco dłużej. Był to raport fachowca od telefonów i wykaz napraw tej linii. Sporo ich było. Zawsze z tego samego powodu. Zawsze !!!
-Anna przejedziesz się do Osiecznicy?
-Teraz?
-Tak, teraz. Weźniemy ze sobą Janka.
Zgodziła się. Po drodze zadzwoniłem do Szefa. Poprosiłem o zamknięcie przejazdu na około godzinę w celu przeprowadzenia kilku doświadczeń. Zgodził się.

***

Janek został skierowany na przejazd. Opuściliśmy zapory a policja wyznaczyła objazdy. Usiadłem w nastawni przy biurku z telefonem. Obok posadziłem Annę. Musiałem mieć świadka w razie czego. Obok nas Dyżurna ruchu normalnie prowadziła ruch. Wykonałem połączenie ze strażnicą przejazdową. Bez zarzutu. Potem następne i kolejne. Po godzinie nadal wszystko działało jak powinno. Mimo to nie poddawałem się. Za oknem zrobiło się szarawo. Ciemne chmury gromadziły się nad stacją. Ja nadal łączyłem się ze strażnicą. Janek cierpliwie odpowiadał. Zawsze to samo- “słyszę cię”. W międzyczasie zadzwonił Szef i kazał mi się streszczać, bo były naciski z góry. Anna zaczęła być głodna i marudzić coś o nadgodzinach. Za oknem zaczął padać deszcz. Postanowiłem spróbować po raz ostatni i dać spokój. Zaakceptować raport nowej i wyjaśnić Kalocie jego wnioski. Podniosłem słuchawkę i wcisnąłem czerwony przycisk. Zgłosił się Janek.
-Po raz ostatni Janku.
-Niestety słyszę Cię Covalus. Wszystko gra.
-Kurwa mać !!! Jęknąłem zrezygnowany.
-Co?
-Nic kolego, zwijamy się…
-C…
-Zwijamy się… Janek
U mojego paska zadzwonił dzwonek. Sięgnąłem po komórkę. Dzwonił Janek
-Covalus ja Cię nie słyszę !!!
– Jak to?
-Przerwało po “ostatni”
– Zacznę liczyć. Bierz słuchawkę w łapę.
Podałem komórkę Annie i zacząłem liczyć do czarnej słuchawki. Wyrzucałem z siebie kolejne cyfry.
-siedem, osiem, dziewięć… Odpowiadała mi cisza przerywana trzaskami.
Deszcz za oknem ustał i wyszło ciepłe wieczorne wiosenne słonko. Nad równią stacyjną zaczęły unosić się opary.
-piętnaście,…
-Słyszę cię teraz.
-Przedtem?
-Za cholerę Covalus, jak zaczęło padać przerwało.
-Dobra zwijamy się Janku. Zaraz po Ciebie podjedziemy.
Zgarnąłem Annę pod ramię i opuściliśmy nastawnię. Do książki usterek wpisałem uszkodzenie linii i zabezpieczyłem ją. Nie był to pierwszy taki wpis. Gdy zatrzymaliśmy się, aby coś zjeść technicy z łączności odkryli przyczynę. Zbyt płytko położona studzienka kablowa. Zalewana przy pierwszych kroplach deszczu uniemożliwiała połączenie. Gdy ono trwało woda przerywała je. Po wysadzeniu Janka poprosiłem nową by podrzuciła mnie do domu. Miała po drodze.
-Będę pisał nowy raport. Oznajmiłem.
-Wiem.
-Kalota nie był winny, przerwało w trakcie telefonogramu…
-Pozostaje otwarta kwestia “jak uzyskał potwierdzenie”?
-Mając tą słuchawkę przy uchu, w toku pracy każdy jej pisk, szum czy zgrzyt może się okazać kobiecym głosem.
-Ty tak sądzisz.
-Mnie wystarczy, że Kalota też. Ja mu wierzę.
Zatrzymała się pod moją chatą. Odpiąłem pasy i po raz ostatni odwróciłem się do niej.
-Gdyby na miejscu Kaloty był ktoś inny, też bym pisał nowy raport.
Potem nie czekając na odpowiedź delikatnie zamknąłem drzwi. Mercedes powoli odjechał. Sięgnąłem po komórkę. Wykręciłem numer Kaloty.
-Jesteś czysty chłopie…
-Przecież Ci mówiłem Covalus…

KONIEC

Wrocław 22.04.2011r.

Powrót do listy opowiadań z 2011r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *