(w hołdzie Stefanowi Grabińskiemu – mojemu Mistrzowi)

Czasoprzestrzeń jest krainą uporządkowanych praw. Gdy powstał człowiek, poruszał się w niej jak nowo narodzone dziecko. Nieporadnie, przestraszony i człapiący w wymyślonym przez siebie kierunku. Często niezdający sobie sprawy z tego, po tam idzie i dlaczego to robi?

Zapytany wzruszał bezradnie ramionami i opowiadał o nieznanej sile, która wyznaczyła mu ów kierunek. Gdyby wtedy świat wokół niego porównać do wielkiego teatru, okazałoby się, że z wielu członków ciała wyrastały niewidzialne sznurki ginące w odmętach nieba. To one, poruszane gdzieś ukrytym krzyżem, trzymanym w czyjeś dłoni, nadawały sens życia w początkach naszego istnienia.

Czasoprzestrzeń lubi porządek i nie chciała, aby większość z nas pozbyła się prowadzących ich nici.

Jednak człowiek to silne stworzenie. W miarę upływu czasu znudziło mu się życie w porządku. Ufny we własną wiedzę i pewny siebie, zaczął ciąć więzi łączące go z mechanizmami czasoprzestrzeni.
W jego uporządkowane działania wkradał się chaos, a co za tym idzie – śmierć i zniszczenie.

Czasoprzestrzeń jest jak matka, wybacza błędy powodowane pychą niewiedzy. Często znając wyniki naszych działań, próbuje ostrzegać. Większość z nas nie jest wstanie odczytać tych subtelnych znaków.

Niekiedy zdarzają się osobniki inne od reszty, obdarzone przeczuciem. Ich żywot nie jest łatwy.

Marian Nowak był urzędnikiem Dyrekcji Kolei we Wrocławiu. Codziennie za wyjątkiem niedziel, ubrany w ciemny garnitur, z ogromną teczką trzymaną za skórzaną rączkę, wspinał się po granitowych schodach do drzwi okazałego gmachu swojej pracodawczyni. Był prostym człowiekiem starej daty, nieco zabobonnym i zamkniętym w sobie. Miał swój własny świat, odległy od tego, w którym żyli jego koledzy. Jego pasją były liczby. Dodawał, odejmował, mnożył i dzielił z wielką wprawą. Czasami, zanim ustał szum kości na liczydle, on zapisywał wynik na karcie drugą ręką.

Dyrekcja dostrzegła jego talent i odtąd Marian Nowak pracował w biurze analiz. Na czym konkretnie polegała jego praca? Sporządzał wielostronicowe, zlecone mu przez przełożonych, raporty i opisywał ich wyniki. Czego dotyczyły owe raporty? Czasami było to zużycie środków potrzebnych do funkcjonowania kolei, innym razem wydatki na remonty, niekiedy opłacalność nowych zakupów. Dla Mariana sam temat nie był ważny. Chodziło tylko o to, by były liczby. Dużo liczb…

Dla nas to litery stanowią sens informacji. Marian czytał z liczb. Wyciągał trafne wnioski i podsyłał je swoim przełożonym.

Marian wszystko robił według utartego schematu. Nawet do biura docierał powtarzając po drodze te same czynności. Najpierw po wejściu przez przepastne drzwi kierował się na prawo, do okienka Portiera. Tam zamieniwszy kilka słów z mającym dyżur człowiekiem, pobierał klucz do biura. Kamiennymi schodami wchodził na pierwsze piętro i zaglądał do sekretariatu. Tam w przegródce oznaczonej jego imieniem i nazwiskiem znajdował dokumenty do dalszej pracy. Dziś czekała na niego czerwona teczka z wytycznymi. Ukłoniwszy się nisko siedzącej za biurkiem dziewczynie, Marian zabrał teczkę i skierował kroki do swojego pomieszczenia. Otworzywszy drzwi zdjął płaszcz i kapelusz. Te zbędne teraz części garderoby powiesił na starym metalowym wieszaku. Z szafki stojącej nieopodal wyjął blaszany kubek i wypełnił go wodą. Do środka wrzucił grzałkę, a jej drugi koniec włożył do gniazdka. Do wysokiej szklanki nasypał dwie czubate łyżki podrzędnej jakości kawy i tyle samo cukru. Gdy tylko woda w blaszanym „czajniku” zagotowała się, przelał ją zgrabnym ruchem do szklanki i zamieszał. Kawę ustawił na biurku. Z parapetu zdjął wyszczerbioną nieco popielnicę, a z szuflady biurka wyciągnął bogato inkrustowaną fajkę oraz tytoń. Najbliższe minuty miały mu upłynąć na nabijaniu cybucha. Benzynowa, jeszcze przedwojenna zapalniczka podała płomień. Pod sufit pomieszczenia popłynęły pierwsze kłęby wonnego dymu. Często ganiono go za tę czynność, ale Marian ze stoickim spokojem ignorował skargi. W końcu dano mu spokój, czyszcząc uprzednio wentylację w pomieszczeniu tak, aby dym nie wydostawał się na korytarz.

Pyknąwszy ze dwa razy, sięgnął po teczkę i zaczął zagłębiać się w polecenia. Dyrekcja żądała pełnych kosztów ostatniego wykolejenia pod Brzeziną. Marian podał już większość z nich, ale to nie wystarczyło. Kazano uzupełnić raport o koszty utracone wskutek odszkodowań, rent i zasiłków pogrzebowych.

Ogromna to była bowiem katastrofa. Ostatni pociąg do Szamotuł zabierał po drodze pojedynczy wagon z Siewierzy. Po próbie hamulca parowóz i trzy wagony drugiej klasy mknęły szlakiem do Szamotuł, gdzie skład kończył bieg. Tak miało być i tego pamiętnego dnia, 22 stycznia. Po wyjeździe z Siewierzy pociąg nabrał prędkości. Lokomotywa z wagonami wspięła się na wysoki nasyp przed Brzeziną. Przy prędkości 80 km/h parowóz wypadł z toru i zjechał z nasypu, ciągnąc za sobą wagony. Gdy wszystko zamarło na dole, w środkowym wagonie wybuchł pożar. Spłonął on doszczętnie wraz z jadącymi nim pasażerami. O dziwo, ogień nie przeniósł się na pozostałe wagony. Mimo tego szczęścia w nieszczęściu liczba ofiar była znaczna.

Marian już wcześniej zgromadził wszystkie materiały dotyczące katastrofy. Zawsze powtarzał sobie, że pracę można zacząć mając pełne dane. Tak było i tym razem. Części raportu Komisji. Rysunki wagonów, na których zaznaczono czerwonymi krzyżykami miejsca zajmowane przez osoby, które straciły życie, żółtymi te, które zostały ranne i zielonymi – szczęśliwców, którym się udało.

Z obsługi przeżył tylko konduktor, pełniący jednocześnie rolę kierownika pociągu. Załoga lokomotywy zginęła na miejscu.

Ktoś zapukał do pokoju. Marian podniósł głos i zezwolił na naruszenie swojej służbowej prywatności.

-Witaj Marian, widzę, że już zajęty – przywitał się przybysz.

Był nim Jan, dawniej wieloletni Naczelnik dużej stacji Roztoka. Obecnie, z racji problemów zdrowotnych, przeniesiony do pracy papierkowej. Tuż przed emeryturą nie miał jej zbyt wiele i snuł się czasami po korytarzach gmachu jak dym z Marianowej fajki.

-Witaj Janku, co cię sprowadza? – spytał Marian, nie przerywając studiowania teczki.

-A już nic, bo widzę żeś zajęty – stwierdził Jan.

– Trochę jest tego, ale nie tak wiele, aby Cię wyganiać. Siadaj, może coś pomożesz? Kawy? – Marian uniósł wzrok.

-Posiedzę, ale bez „parzonej”, jedną już wypiłem, a nie powinienem. Łapiduch skrzeczy, że nadciśnienie mnie zabije. Chyba ma rację, bo ostatnio ledwie chodzę, ale co tam – machnął ręką Jan.

-Mnie na szczęście to nie grozi, prędzej zejdę na zawał – stwierdził Marian.

-Nad czym się trudzisz?

-Nad Brzeźnicą- odpowiedział Marian.

Jan sięgnął do teczki i zaczął przeglądać papiery. Na widok zdjęć z miejsca katastrofy skrzywił się z bólu. Nigdy pod jego rządami nie wydarzyła się tragedia, ale jako oddanemu służbie inne napawały go smutkiem. Marian w międzyczasie podsumował koszty zasiłków, odszkodowań i rent powypadkowych. Wpatrując się w listę ofiar i ocalałych zaczął się zastanawiać, co pcha nas w objęcia śmierci? Czy jest jakiś algorytm definiujący zgon siedzącego przy oknie pasażera, a tego obok, który przeżył wykluczający?

Marian czuł, że idzie w dobrym kierunku. Jego ciekawość wzrastała i ciśnienie krwi również. Sam nie wiedział, dlaczego akurat ten problem wywołuje u niego taką reakcję.

-Janku, co powoduje, że ludzie wsiadają do pociągu?- zadał pytanie.

Jan głęboko zamyślił się. Widząc minę Mariana wiedział, że ten mądry człowiek łapie jakiś trop.

-Potrzeba przemieszczenia się w określone miejsce- odpowiedział po chwili Jan.

Marian pokiwał ze zrozumieniem głową. I znowu zagłębił się w swój świat. Człowiek chce zmienić miejsce swojego przebywania. Jeśli jest to dalsza odległość, idzie do kasy i kupuje bilet w konkretne miejsce…

-BILET !? – Marian nieco uniósł głos, czym przestraszył Jana.

-Spokojnie, wykończysz mnie tak znienacka zadanymi pytaniami – Jan złapał się za serce teatralnym gestem.

-Przepraszam, że się uniosłem, ale coś chodzi mi po głowie. O przydziale miejsca w pociągu decyduje bilet. Dla każdego pasażera inny, zgadza się ?

Jan podrapał się po brodzie.

– Tylko w pociągach wyższej klasy niż ten, nad którym pracujesz. Tutaj każdy zajmuje miejsce jak chce- próbował pomóc.

-A widzisz, to prawda- zmartwił się Marian i zamilkł.

Wiedział, że coś jest na rzeczy. Mała nienazwana myśl, której zaczątkiem było słowo „bilet” kręciła się po zakątkach umysłu i drażniła mózg. Marian musiał tylko dopasować klocki. Czasoprzestrzeń dawała mu znaki, a on je wyczuwał. Pozostała kwestia interpretacji. Sięgnął do teczki i wyciągnął zdjęcia rzeczy ofiar. Na niektórych z nich były kartonowe bilety. W przedmiotach należących do rannych, które zwrócono po katastrofie, też były bilety. Ranni mieli bilety i martwi mieli bilety. Marian miał już wspólny mianownik- był nim bilet.

-Janku, a jakby to bilet decydował o twoim losie. Kartonik ze szczęśliwym… – Marian przerwał nagle.

-Tak jak loteria i szczęśliwy numer ? – kontynuował Jan.

-Właśnie !!! Numer !!! – Marian wstał zza biurka i podszedł szafy i zaczął w niej gmerać.

Na podłogę upadł karton z jakimiś papierami. Marian kopnął go na bok i dalej szukał. Jan był nieco zdziwiony, gdyż rzadko widywał kolegę w takim stanie. W końcu Nowak znalazł to, czego szukał i trzymając niewielkie pudełko po herbacie usiadł za biurkiem. Miał śmieszny zwyczaj kolekcjonowania biletów, które sam zakupił. Nie wiedział dlaczego to robi, ale teraz rozsypał zgromadzone kartoniki i zaczął je układać awersem na blacie. Nie dokończył układanki tylko szczęśliwy zaczął pukać w nie palcem.

-Widzisz Janku, one mają swoje numery. Każdy jest inny- uśmiechnął się.

-Zawsze miały i te papierowe też- stwierdził Jan.

-I widzisz Janku, to jest zmienna, której szukałem. Muszę teraz przyporządkować bilety ludziom w pociągu. Część mam na zdjęciach, ale reszta? – Nowak zaczął skrobać się po głowie.

-Weź z raportu konduktora, w związku z kradzieżami w drukarni mieli obowiązek notować numery przy sprawdzaniu. Mam nadzieję, że ocalał ? – Janek wziął teczkę i zaczął wertować.

Chwilę to trwało i pokój wypełniał tylko szelest papieru.

-O, jest ! – Jan położył na biurku żółtą kartę formatu A4 z numerami.

Marian miał kilka punktów zaczepienia. Po pierwsze, wiedział z raportu komisji, gdzie siedzieli ludzie. Po drugie, przy niektórych z nich znaleziono bilety. Nawet w spalonym wagonie z części zwłok uratowano kartoniki. Pozostało odkryć jak kierownik wypełnił raport. Dla Mariana nie było to trudne. Wypisał na kartce nazwiska wszystkich pasażerów według kolejności zajmowanych miejsc. Następnie przyporządkował numery biletów ze zdjęć. Przyglądając się im i raportowi szybko znalazł prawidłowość. Konduktor sprawdzał bilety idąc od lokomotywy do tyłu pociągu. W ciszy przypisał każdemu pasażerowi numer biletu.

-I co dalej?- spytał Jan.

Marian patrzył nieco bezradnie na numery.

-Na razie nie wiem, potrzebuję więcej danych- wstał zza biurka i pomijając siedzącego Janka pobiegł do archiwum. Jan poszedł do siebie. Nie był zły z powodu takiego potraktowania. Znał kolegę od dawna i wiedział, że Mariana już nie było w pokoju. Błądził po własnym świecie. Tam nikt nie miał wstępu.

Marian wyciągnął dziesięć teczek raportów z katastrof. Postępował według wypracowanego wcześniej schematu. Każdemu pasażerowi przypisywał numer biletu. I tak do wieczora. Mając kilkadziesiąt kartek zapisanych danymi zebrał się i poszedł do domu. Tam w zaciszu, zapominając o kolacji, rozłożył kartki i zaczął je kontemplować. Musiała istnieć jakaś prawidłowość. Dla kogo jest szczęśliwy los?

Nowak zaczął instynktownie szukać reguł. Wiedział, że takowa musi być, ale jest przed nim ukryta. Dopadł go głód i przerwał pracę. W kuchni posilił się szybko pajdami razowego chleba, grubo posmarowanego masłem. Popił ciepłą herbatą. Wkładając szklankę do zlewu doznał kolejnego olśnienia. Podzielił ludzi na tych, którzy zginęli, zostali ranni i wylosowali szczęśliwy los. Najpierw zaczął analizować numery biletów szczęśliwców. Mnożył, dzielił i katował liczby, ale nic z tego nie wynikało. Uznawszy to za fałszywy trop, odrzucił tę kartę daleko w bok. Zagłębił się w ofiary. Nie musiał długo szukać. Wśród tysiąca numerów od razu dostrzegł prawidłowość. Pewne liczby powtarzały się uparcie: 4, 14, 24, 49, 74, 94.

Marianowi pot pojawił się na czole. Wiedział już, jaki numer losu nie jest szczęśliwy. Z pracy wziął pudełko ze swoimi biletami. Przeglądając pobieżnie również dostrzegł na niektórych z nich wypisane wcześniej liczby. Los działał, ale tylko w przypadku katastrofy. Pozostali mu ranni. Tu też nie było trudno. Wszyscy w numerze mieli schowaną cyfrę 9. Tylko nie było czwórki. Marian miał już klucz.

Posmutniał. Zrozumiał, że człowiek wsiada z gotowym wyrokiem. I, jak widać było na załączonych danych, nie było od niego odwrotu. Nowak zasnął na siedząco z tą morową myślą. Rano niczym lunatyk dotarł do biura. Miał na kartce wypisane feralne losy. Sprawdził jeszcze raz swoje obserwacje, nie miał wątpliwości, co do wysnutych wniosków. Podczas sprawdzania doszła jeszcze jedna dziwna prawidłowość – wszyscy, którzy zginęli w spalonych wagonach mieli w numerze dwie liczby 49 i 94. Marian chciał z tymi rewelacjami iść do Dyrekcji. Już miał wychodzić, kiedy stwierdził, że to bez sensu. Uznawali go za dziwaka. Nikt mu nie uwierzy, że bilet z określoną liczbą to wyrok śmierci w przypadku wypadku. Zresztą skąd ma wiedzieć, kiedy nastąpi katastrofa?

Co decyduje, że dany pociąg spadnie z nasypu? Nowak zacisnął ołówek w dłoni.

-Źle zadane pytanie! – stwierdził głośno.

„Co pociąg ma indywidualnego? To samo co bilet! Numer!”- myśli biegły jak szalone.

Czasoprzestrzeń odsłoniła rąbek swojej tajemnicy. Nowak nawet jako mądrzejszy od innych nie był przygotowany na pełne jej rozmiary. Nikt z nas nie jest. Mimo tego ograniczenia wynotował numery pociągów i zaczął analizować. Po całym dniu nic mu to nie dało. Nie było reguły podobnej do tej z biletów.

„Więc może się myliłem?”

Ta myśl przeraziła go okrutnie. Jeszcze raz wziął swoje zapiski i zaczął rozkładać na czynniki pierwsze.

Wszystko było dobrze, ale…

Pewien mały szczegół umknął mu podczas analiz. Być może przez swoją absurdalność. Początkowo myślał, że zmęczony umysł z niego żartuje. Przygotował sobie mocniejszą kawę i wypił ją szybko. Potem z pasją zaczął wypisywać anomalię. Roześmiał się zszokowany, gdyż ta anomalia była jednocześnie prawidłowością.

W każdym składzie, który uległ katastrofie był pasażer bez dokumentów posiadający bilet o numerze 000017. Miał już wszystkie składowe. Do katastrofy potrzebny był średniego wzrostu mężczyzna w kapeluszu i czarnym prochowcu posiadający bilet o numerze 000017. Dlaczego takim? Nie miał pojęcia. Oparł się o oparcie fotela i przymknął oczy. Wiedział, kto może mu pomóc. Wyciągnął z szuflady służbową papeterię i skreślił list. Do swojej ciotki w Radomiu. Ta uczona kobieta parała się wszelakimi wróżbami i gusłami. Sam unikał czarnych kotów i rozbijania luster, ale to co robiła ciotka przekraczało granicę zdrowego rozsądku. Tym razem ugiął się przed własnymi uprzedzeniami i sklecił pismo z prośbą o wyjaśnienie znaczenia liczb: 4, 9, 14, 24, 74, 94, a przede wszystkim 17. List zakleił i opuszczając stanowisko pracy wysłał na poczcie przy Dworcu Głównym. Będąc w jego pobliżu uprzytomnił sobie, że zna jeszcze jedną osobę mogącą mu pomóc. Kościej, wspólny przyjaciel Covalusa i jego, mieszkał w Głogówku. Pozostało tylko tam dojechać. Ponieważ most na Odrze od strony Głogowa był zniszczony, Marian kupił bilet do Leszna. Dziwnym trafem na pociąg nie musiał długo czekać. W Lesznie miał przesiadkę na skład do Odrzycka. Był już późny wieczór. Parowóz z dziwnymi oznaczeniami Ty2, miał przypięte dwa wagony z drewnianymi siedzeniami. Donnerbüchse nie były wygodne, ale dostępne w tych trudnych czasach. Marian był sam w ostatnim. Parowóz szarpnął składem i wszystko powoli ruszyło. Nagle na pomost wagonu wskoczył mężczyzna w czarnym płaszczu, trzymając cylinder jedną ręką. Wszedł do przedsionka i rozejrzał się. Dostrzegłszy Nowaka podszedł do niego i głęboko się ukłonił.

-Witam jaśnie Pana Nowaka – zdjął płaszcz i usiadł naprzeciw.

Marian zbity z tropu milczał. Mężczyzna sięgnął do kieszeni i podał Nowakowi zaklejoną kopertę.

-Odpowiedź z Radomia- oznajmił.

-Ale jak? – Marian był zdumiony- przecież dopiero, co go wysłałem.

-Drobna sztuczka z czasem, chyba domyśla się Pan, kim jestem. Bardzo podobała mi się Pańska analiza, choć muszę przyznać, że niewiele brakuje do końca – mężczyzna pokiwał głową.

Marian wiedział kim jest tajemniczy gość. Jednocześnie chciał rozwiązać zagadkę, która tak zaprzątała mu umysł. Rozerwał kopertę i wyciągnął kartkę pachnącego papieru. Ciotka zawsze dbała o szczegóły.

Staranne pismo koiło wzrok. Mimo marnego oświetlenia i wstrząsów na łączeniach szyn Marian chłonął tekst. Po grzecznościowych zwrotach nastąpiło przejście do meritum sprawy:

Drogi Marianie, jestem zdumiona Twoim pytaniem. Początkowo nie uwierzyłam, że to list od Ciebie. Znam Twój stosunek do tego co robię. Mimo wszystko objaśniam. Liczby, które przesłałeś są wzięte z różnych kultur Dalekiego Wschodu. Ich historia jest Ci pewnie obojętna, więc nie będę przytaczać i przejdę do znaczenia. Po kolei.

4- oznacza śmierć. W krajach Azji starają się unikać tej liczby. Nikt nie numeruje pięter budynków jako czwarte. Idąc dalej, by Cię nie zanudzić szczegółami, 9 oznacza cierpienie. Samotna może sugerować ogrom bólu tylko…

Marian już wiedział dlaczego w numerach rannych powtarzała się dziewiątka. Pełen obaw czytał dalej.

14 oznacza „chcieć śmierci”. Osoby używające tej liczby godzą się z losem i umierają szczęśliwe. Otwarcie ostatnich drzwi jest dla nich wybawieniem. 24 to „łatwa śmierć”, bez bólu. Poznasz ich po spokojnym licu przy przejściu. 49 to korelacja cierpienia i śmierci. Najczęściej ofiary pożarów. Nie inaczej jest z 94…

Marian na moment opuścił powieki. Skurczone czarne zwłoki miały numer biletu z cyfrą 49 lub 94. Potrząsnął głową, by pozbyć się obrazów ofiar spalonego wagonu i wrócił do listu.

74 zaś to „pewna śmierć”. Od tej liczby nie ma ratunku. Pytałeś na końcu o liczbę 17. To bliższa nam historia, bo pochodząca z Włoch. W systemie Rzymskim liczbę tę zapisujemy jako XVII jej anagram zaś to VIXI, co po łacinie oznacza „żyłem”. Jak sam widzisz jest to czas przeszły i oznacza osobę, która już kiedyś przeszła przez bramę. Mam nadzieję, że jej nigdy nie spotkasz.

Twoja Ciocia.

List rozpłynął się w dłoniach Mariana. Zniknął jak śnieg w słońcu. Mężczyzna z naprzeciwka uśmiechnął się i wyjaśnił:

-W ostatnim zdaniu Czcigodna się lekko myliła. Na dowód tego pokażę Panu bilet- mężczyzna sięgnął do kieszeni surduta i wyciągnął szary kartonik. Widniał na nim numer 000017.

Marian pokiwał głową ze zrozumieniem.

-Panie Marianie, ma Pan dwa wyjścia. Pierwsze jest korzystne i proszę je rozważyć. Czasoprzestrzeń w uznaniu Pana umysłu daje szansę opuszczenia tego składu na następnej stacji. Ma ono niestety dość poważną wadę, nigdy nie pozna Pan ostatniej zmiennej. Co decyduje o tym, że wsiadam do pociągu. Mimo wielkiej wiedzy, nie jest Pan sam wstanie do tego dojść. Moja Przełożona zadecydowała, że mogę dać Panu szansę przeprowadzenia analizy do końca i wyciągnięcia ostatecznych wniosków. Musiałby Pan wtedy pozostać w pociągu. Do następnej stacji jest chwila czasu, wyjdę do przedsionka, proszę sobie przemyśleć sprawę – mężczyzna wstał i opuścił pomieszczenie.

Marian zaś spojrzał w okno. Krajobraz za nim przemykał w szalonym tempie. On zaś dokonał najdoskonalszej analizy w swoim życiu. Czegoś, o czym zawsze marzył. To zupełnie inne od ciągów liczb i raportów, którymi się zajmował dotychczas. To dzieło miało tylko jedną wadę. Nie było skończone. Nowak sięgnął do swojej wewnętrznej kieszeni. Wyjął z niej fajkę, którą starannie nabił tytoniem. Benzynowa zapalniczka dała płomień. Wonny dym wypełnił przedział. Marian wyciągnął swój bilet i spojrzał na numer A01361. Uśmiechnął się do siebie. Na trzymanym w dłoni bilecie zaczynały dziać się cuda. Numer zmieniał się. Nowak nie chciał widzieć rezultatu. Schował bilet głęboko do kieszeni. Skład zatrzymał się i ruszył ponownie z szarpnięciem. Marian podjął decyzję i bez żalu obserwował mijane budynki stacyjne. Zaciągnął się głęboko dymem i nie mógł przeboleć, że nie ma ciepłej kawy.

-Myślę, że nie będzie Pan żałował, Panie Marianie – mężczyzna wszedł do lekko zadymionej części wagonu. W ręku miał tacę z dwoma parującymi szklankami mocnej aromatycznej kawy.

– Potrafi czytać Pan w myślach- roześmiał się Marian – ile mamy czasu?

-Wystarczająco, by poznał Pan wszystkie odpowiedzi – mężczyzna postawił szklankę na stoliku przed Nowakiem – posłodzona tyle ile zawsze – dodał.

Katastrofa za stacją Wschowa miała lekki przebieg. Ostatni wagon składu wyskoczył z szyn, zerwał sprzęg śrubowy i przewrócił się na bok. Maszynista Ty2 poczuł wyraźne szarpnięcie i wychylił się mocno z budki. Dostrzegł jak wagon sunie bokiem do pobliskiego lasu i uderza w ścianę drzew. Rozleciał się na kawałki. Na drugi dzień po ponownym przeszukaniu miejsca wypadku komisja potwierdziła, że jedyną ofiarą był Marian Nowak. W kostnicy wyciągnięto jego bilet. Nikt nie zwrócił uwagi na kuriozalny numer 014024.

KONIEC

Wrocław 27.01.19

Korekty dokonała: Ewelina Zdaniewicz

http://www.tekstykultury.pl


Opowiadania

8 komentarzy

  • Andrzej Olszewski

    Stefan Grabiński ma doskonałego “ucznia” :-)))))). Jak zwykle z utęsknieniem czekam na następne perełki opowiadań.

    Odpowiedz
  • Piotr

    Wow! Ale historia :)))

    Odpowiedz
  • Andrzej

    Dziękuję i pozdrawiam!

    Odpowiedz
  • wojtek

    Opowiadania bywaja lepsze i gorsze, ale dzięki za korektę!

    Odpowiedz
  • Tomasz

    Zawsze czytam Mam książkę i prześle propozycje po małej analizie. Super jakże mi tego czasu lektury brakowało. Dodam jak zaczynałem czytać syn miał 2 lata. A teraz kończy kolejówkę. Nie jestem kolejarzem ale bakcyla załapałem nie mówiąc o młodym.

    Odpowiedz
  • admin

    No Coval, jak to u mnie w robocie mówią: “Miazga” 🙂 Jednego tylko nie rozumiem. Jaki to się dzieje, że katastrofą w Szamotułach zajmuje się dyrekcja wrocławska? Poznańska jakby nie ma bliżej?

    Odpowiedz
  • Andrea

    Covalus jak zawsze w świetnej formie 🙂

    Odpowiedz
  • TZ.

    Dobre, dobre. Gospodarz to ma pomysły.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *