Praca w samotności nie należy do najbardziej wydajnej w moim wykonaniu. Natalia zachorowała i miała to szczęście leniuchować na “L4” poza budynkiem Dyrekcji. Ja zaś musiałem ogarnąć biurokrację. Nie szło mi najlepiej. Za mocno powiedziane, nie szło mi w ogóle. Pieprzone papiery, raporty, sprawozdania i statystyka piętrzyły się w kącie. Takie nagromadzenie tego nikomu niepotrzebnego gówna powodowało, że owe dokumenty żyły własnym życiem. Rozmnażały się w zastraszającym tempie, jak bakterie w stercie obornika. Codziennie rano zastawałem nowe twory wyraźnie domagające się opieki i opracowania. Tą wojnę przegrywałem z kretesem. Przeszedłem więc do obrony. Byle wytrwać do powrotu Natalii. Wyciągnąłem się za biurkiem. W mym ręku znalazła się gazeta i kubek kawy. Szybko przeglądałem strony kolorowego szmatławca podarowanego mi przez portiera, który przeczytał to w autobusie jadąc do pracy. “Zdarzenie” na ostatniej stronie zawsze umieszczało zdjęcie roznegliżowanej panienki. Od tego zacząłem. Panna wyraźnie miała problemy genetyczne z biustem. Tak ogromnego dawno nie widziałem. Medycyna potrafi czynić cuda. Dalej był sport. Odpuściłem sobie. Interesowało mnie to tak, jak notowania giełdy w stolicy Gwatemali. W środku mój wzrok przykuł wielki tytuł “Tajemniczy pociąg na nieczynnej stacji”. Zagłębiłem się w lekturze.

“Mieszkańcy Bożydarowa nadal dbają o nieczynną stację kolejową. Mimo, że od dwudziestu lat nie przyjechał nań żaden pociąg. Tak przynajmniej twierdzi kolej. Miejscowi mówią co innego. Raz do roku miasteczko odwiedza tajemniczy pociąg. Staje na krotko na stacji, a potem znika w oddali. Dyrektor “PKP Nieruchomości” nie komentuje sprawy. Nieoficjalnie zaś, sugeruje naszemu reporterowi udanie się do specjalisty. Mieszkańcy są oburzeni taką postawą. Dla nich “Pociąg Boga” jak sami o nim mówią jest jak najbardziej realny. Redakcja zastanawia się, co mogło spowodować taką rozległą zbiorową halucynację?”

Dalej był tylko numer telefonu redakcji. Uśmiechnąłem się pod nosem. Normalnie kolejowe Archiwum X. Czego to ludziska nie wymyślą? Zwinąłem gazetę w zgrabną kulę i cisnąłem do kosza. Trafiłem mimo odległości w jakiej się znajdował. Małe zwycięstwo zawsze cieszy. Kawa w kubku się skończyła. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dziesiąta. Czas płynął tu wolno. Zbyt wolno jak na moje nerwy. Uruchomiłem komputer. Zajrzałem do skrzynki emailowej. Oprócz spamu nie zawierała nic godnego uwagi. Wyłączyłem komputer u spojrzałem na stertę niedokończonych raportów. Wiedziałem, że nie mam wyjścia. Ktoś to musiał zrobić. Wobec faktu choroby Natalii zabrałem się za to osobiście. Papiery potrafią zabrać sporo minut z codzienności. Byłem zaledwie w połowie roboty, gdy na zegarze wybiła piętnasta. Nie miałem siły, ani motywacji do pracy po godzinach. Zamknąłem kartonową teczkę i cisnąłem ją na kupkę spraw niewykonanych. Ubierając kurtkę mój wzrok padł na kubeł od śmieci. Papierowa kula zdawała się protestować przeciwko zostawianiu jej tutaj. Nie wiem co mnie podkusiło. Sięgnąłem po gniota i starannie wyprostowałem wspomniany wcześniej artykuł. Następnie zwinąłem go w rulon i schowałem do plecaka. Przeleżał tam zapomniany, aż do czwartku wieczór. Odnalazł się przypadkowo podczas wyciągania zakupów. Przeczytałem go uważnie jeszcze raz. Zauważyłem na jednym ze zdjęć postać w kolejarskim mundurze, na tle zrujnowanej kamienicy. Cały piątkowy czas w robocie poświęciłem na odnalezienie zawiadowcy ze stacji Bożydarów. Udało się. Zadowolony ze swoich osiągnięć postanowiłem zbadać sprawę tajemniczego pociągu. I tak nie miałem planów na nadchodzący weekend.

***

W sobotę około dziesiątej siedziałem w niebieskim autobusie z napisem “PKS Wołów”. Miał kurs do Lubina przez Brzeg, Wołów i Bożydarów. W środku było niewielu pasażerów. Obserwowałem mijane krajobrazy. Do celu dotarłem po czterdziestu minutach. Autobus zjechał z drogi krajowej 341 na pokryty kostką trakt. Telepiąc się na boki minął tablicę “Bożydarów” i zagłębił się w wąską uliczkę prowadzącą do rynku. Zrobiwszy kółko wokół ratusza zamarł pod blaszaną wiatą z napisem “Bożydarów centrum”. Kierowca spojrzał na mnie znacząco. Zrozumiałem, że trzeba wysiadać. Opuściłem pojazd. Ten zawył silnikiem i zniknął w kłębach niebieskiego dymu. Rozejrzałem się. Rynek był malutki otoczony ze wszystkich stron dwupiętrowymi kamienicami. W każdej z nich na dole mieścił się sklep, albo inny lokal usługowy. Zauważyłem że jedna z nich nie jest w najlepszym stanie. Jej boczne ściany były podparte drewnianymi stemplami. To samo uczyniono z balkonami. Porównałem zastały widok z obrazkiem gazetowym. Wszystko się zgadzało, tam musiał mieszkać zawiadowca Alozy Drąg. O numer mieszkania nie musiałem nikogo pytać. Tylko jedno z nich było zasiedlone- na pierwszym piętrze. Tam właśnie się udałem. Klatka schodowa wywarła na mnie ponure wrażenie. Drewniane schody zdawały się dogorywać. Trzeszczały niepokojąco, gdy po nich wchodziłem. Na ścianach widać było wyraźne rysy pęknięć. Patrząc na ten obraz nędzy i rozpaczy dziwiłem się zawiadowcy. Jego dotychczasowe lokum mogło się w każdej chwili zawalić. Zastukałem delikatnie w drzwi. Dzwonka nie było. Ktoś wymontował wyłącznik, pewnie z obawy wystąpienia zwarcia. Ściana była bowiem wilgotna. Dźwięk skrzypiących zawiasów przerwał moje oględziny techniczne stanu budynku. Siwowłosy Pan nie otworzył ich do końca. Z lekką obawą przypatrywał się mojej niezbyt miłej facjacie. Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni legitymację służbową.
– Komisja Wypadkowa, Covalus. Przedstawiłem się.
Starszy Pan zlustrował dokument i nieco szerzej uchylił drzwi.
-Pan w jakiej sprawie?
-Tajemniczego pociągu. Odpowiedziałem pokazując artykuł z gazety.
-Służbowo?
Postanowiłem zagrać z zawiadowcą w otwarte karty.
-Nie, z ciekawości.
Zawahał się i wydawało mi się, że zamknie drzwi. Na szczęście tylko je przymknął, aby ściągnąć zasuwę na mosiężnym łańcuchu.
-Proszę niech Pan wejdzie.
Zaraz jak tylko minąłem próg zamknął za mną drzwi. Przedpokój w którym się znalazłem był ciemny i ciasny. Ponaglany przez właściciela mieszkania udałem się do największego pokoju. Wskazał mi miejsce za wielkim dębowym stołem, przykrytym lekko pożółkłym obrusem. Usiadłem na starym krześle i rozejrzałem się. Na ścianach z wyblakłymi tapetami wisiały zdjęcia ze służby zawiadowcy. Na jednym z nich odprawiał pociąg osobowy unosząc wysoko kształtkę sygnałową. Inne przedstawiały go z kobietą.
-Moja świętej pamięci małżonka. Wyjaśnił widząc na że patrzę na jedno z nich.
-Przepraszam nie wiedziałem.
-Nie szkodzi, odjechała pociągiem przeszło dwa lata temu.
-Odjechała pociągiem? Spojrzałem na dziadka nieco zszokowany.
Ten uśmiechnął się tajemniczo i rzekł:
-Zrobię kawy, bo to długa historia. Słodzi Pan?
Potwierdziłem skinieniem głowy. Trochę trwało zanim zagotowała się woda. Po około dziesięciu minutach stanęła przede mną szklanka parującego napoju. Zawiadowca usiadł naprzeciw i rozpoczął opowieść.
-To się zaczęło, jak odszedł Sieniawski.
-Sieniawski?
-Mój zastępca. Przeszedłem na emeryturę. Dawno to było i kolej zatrudniła nowego zawiadowcę. Nazywał się Zygmunt Sieniawski. Był też o krok do przejścia na wikt Państwa i pewnie dlatego skierowano go tu, na niezbyt ruchliwą stację. Zaaklimatyzował się szybko i zżył z tutejszymi. Trzymał porządek na stacji i chętnie pomagał każdemu, kto o to poprosił. Chwilę wolne spędzał w tutejszym kościele. Często na rozmowach z księdzem, ale często na długiej samotnej modlitwie. We wnętrzu ukrywał jakąś bolesną tajemnicę z przeszłości i pewnie prosił Boga o zdjęcie ciężaru z duszy. W miasteczku nikt nie pytał, a i ksiądz pary z ust nie puścił. Wkrótce wszyscy przyzwyczailiśmy się do “Świętego Zawiadowcy” jak go wszyscy nazywali. Rozmawiałem z nim często na różne sprawy. Wie Pan, można zwolnić człowieka ze stanowiska, ale służby nigdy. Ona pozostaje w nas na zawsze. Dlatego ciągnęło mnie na stację i często tam przesiadywałem. Gaworzyliśmy na tematy różne i żadne. On rozumiał, że brakowało mi tego, co jemu zostało przydzielone. Któregoś dnia zaczęto ograniczać kursy pociągów. W końcu zawieszono ostatnią parę. Sieniawski tego nie wytrzymał. Jak tylko odjechał ostatni pociąg, wszedł do swojej dyżurki i już z niej nie wyszedł. Znalazłem go wieczorem wraz z księdzem. Duchowny zaniepokoił się, że Zawiadowca nie przyszedł na wieczorną mszę, której nigdy nie opuszczał. Gdy weszliśmy do pomieszczenia on siedział za stołem. Oczy miał zamknięte i mógłbym przysiąc, że śpi. Dotknąłem jego ramienia, było zimne i sztywne. Sieniawski nie spał, przeszedł na wieczną służbę. Przyjrzawszy się twarzy Zygmunta zauważyłem, że odszedł w całkowitym spokoju. Świadczyły też o tym poukładane dokumenty i starannie wypełnione dzienniki służby. Procedura nakazywała jednak zawiadomić odpowiednie władze. W naszym mieście nie ma posterunku całodobowego. Obsada dojeżdża z położonego nieopodal Wołowa. Telefonicznie nakazano niczego nie ruszać i czekać do przyjazdu policji. Pomodliliśmy się z księdzem za bezpieczną drogę do Pana naszego przyjaciela. On wrócił do kościoła, ja zostałem z Zygmuntem. Usiadłem za stołem tuż obok niego i zmęczony usnąłem. Wieczorem usłyszałem hałas wjeżdżającego pociągu. Wstałem i spostrzegłem, że za stołem nadal jest ciało Zygmunta. On też… stał na peronie. Był uśmiechnięty i szczęśliwy. Chciałem wybiec na zewnątrz, lecz drzwi nie chciały ustąpić. Na staję wjechał pociąg towarowo-osobowy. Za parowozem Ty2 był wagon osobowy typu Bi. Za osobowym całe stadko towarowych, wśród których dominowały dwuosiowe G10. Sieniawski odwrócił się i uniósł dłoń w geście pożegnania, następnie wsiadł do wagonu osobowego. W tym było coś tak wzruszającego, że mi staremu puściły nerwy i łzy pociekły po policzkach. Wtedy pociąg ruszył. Sieniawski wychylił się przez okno i usłyszałem wyraźne “wrócę” z jego ust. Pociąg zniknął w oddali. Drzwi otworzyły się same. Wybiegłem na peron. Nic nie wskazywało na to, że przed chwilą był tu pociąg. Wtedy spojrzałem na szyny. Błyszczały się w wieczornej poświacie, przetarte kołami składu. Na peron zajechał służbowy pojazd. Wysiadł z niego posterunkowy i widząc moje poruszenie zapytał co się stało. Nie umiałem mu wyjaśnić i bałem się, że uzna mnie za niespełna rozumu. Więc milczałem. Lekarz, który przybył z policjantem zbadał zimne ciało Sieniawskiego i stwierdził zgon z przyczyn naturalnych. Przyjechał zakład pogrzebowy i zabrał ciało. Na pogrzeb przyszło całe miasto. Dwa dni po pogrzebie zamknięto pomieszczenie służbowe na stacji. Przez rok nikt tam nie zaglądał. Do momentu równej rocznicy śmierci zawiadowcy. Rano ludzie zaczęli sprzątać stacje. Mówili, że Sieniawski im kazał. Nawet ksiądz przyszedł. Wieczorem na uprzątniętą stację zajechał ten sam pociąg co wtedy. Zatrzymał się i zobaczyłem Sieniawskiego. Wyszedł ze swojej dyżurki, jak gdyby, nigdy nic się nie stało i odprawił skład. Gdy tylko pociąg zniknął na horyzoncie wbiegłem na peron i chciałem zajrzeć do pomieszczenia. Nie udało mi się. Było zamknięte, tak jak je zabezpieczono rok temu. Teraz pociąg jeździ tu regularnie raz do roku. Zabiera nasze troski i ból wprost do Pana. Oczyszcza to miasto…
Starszy Pan skończył.
-Nie smakuje Panu kawa? Spytał patrząc na moją szklankę.
Zupełnie zapomniałem o niej. Uniosłem szklankę do ust. Płyn był już letni ale nadal aromatyczny. W milczeniu opróżniłem szklankę.
-Nie wierzy mi Pan, prawda? Spytał patrząc na moje zmagania gospodarz.
Nie rozumiałem tego, o czym opowiadał. Dla mnie było to bredzenie lekko nawiedzonego i zniszczonego przez czas umysłu. Nie chciałem głośno o tym mówić. Starszy Pan był tak miły, że wolałem nie sprawiać mu przykrości, wątpiąc w jego opowieść.
-Trochę to niesamowite… Odparłem enigmatycznie.
-Proszę iść do księdza on pomoże poskładać fakty. Będzie łatwiej zrozumieć, to co dziś wieczorem Pan zobaczy.
-Słucham?
-Wedle rozkładu, dziś przyjeżdża “Pociąg Boga”.
-Pożegnam się już… Wstałem nagle za stołu.
Gospodarz odprowadził mnie do drzwi. Schodząc na parter zastanawiałem się, czy cokolwiek z opowieści dziadka mogło być prawdziwe. Postanowiłem skonfrontować opowieść z księdzem. Może osoba duchowna będzie miała większy dystans do tej sprawy. Kościół mieścił się po drugiej stronie rynku. Postanowiłem przeciąć plac na skróty. Przechodząc koło ratusza zobaczyłem jak ktoś kłania się mi uprzejmie. Z początku nie mogłem dopasować osoby do miejsca i czasu. Odpowiedziałem grzecznie i po chwili olśniło mnie. Minął mnie właśnie portier z zakładu w którym pracowałem. Nie wiedziałem że dojeżdża z tego miasteczka. Za dużo zbiegów okoliczności. Zacząłem podejrzewać spisek. Z tym nastawieniem przekroczyłem próg kościoła. Świątynia była mała ale przytulna. Dwa szeregi ławek ustawione dość blisko ołtarza zacieśniały więzy między duchownym a wiernymi podczas mszy. Twarz Jezusa na krzyżu była spokojniejsza, niż ta widziana w innych świątyniach. Jakby w ogóle nie cierpiał, a tylko zapraszał do środka. Z racji swego ateizmu nie wiedziałem, gdzie znajdę duchownego. Stałem tak bezradny pod ołtarzem szukając jakieś drzwi do innego pomieszczenia. Ksiądz wyszedł gdzieś z boku. Był to czterdziestoletni mężczyzna o wysportowanej sylwetce.
-W czymś pomóc? Spytał.
-Ja do Pana.
Stanął naprzeciw mnie.
-W jakiej sprawie?
-Pociągu Boga, przychodzę z domu zawiadowcy. Chcę porozmawiać. Sięgnąłem po legitymacje służbową, ale duchowny powstrzymał mnie ruchem dłoni.
-Nie trzeba, zapraszam do siebie.
Ruszył pierwszy. Ja za nim. Obok ołtarza były niewielkie drzwi, które prowadziły do niewielkiego mieszkania. Usiedliśmy na sofie w ascetycznie urządzonym pokoju. Duchowny czekał, ja zaś postanowiłem zacząć rozmowę.
-Na wstępie zaznaczę, iż jestem osobą niewierzącą.
-To widać. Uśmiechnął się ksiądz.
-Nie rozumiem.
-Pana zachowanie i bezradność w kościele dała mi dużo do myślenia.
-Skoro już wiemy na czym stoimy, pozwoli ksiądz, że zapytam, co ksiądz myśli na temat “Pociągu Boga”?
Duchowny uśmiechnął się. W międzyczasie podałem mu artykuł z gazety i zapewniłem, że śledztwo prowadzę dla zaspokojenia prywatnej ciekawości.
-Też Pan sądzi, że to zbiorowa halucynacja?
-Poniekąd. Postanowiłem być nieco bardziej szczery.
-Szkoda…
-Jak ksiądz może tolerować takie banialuki.
-Z początku, gdy zaobserwowałem to zjawisko myślałem tak jak pan. Byłem oburzony taką profanacją. Jednak podczas któreś z modlitw zrozumiałem, że to nie jest tak. Ścieżki Pana, którymi dociera on do wiernych nieraz są tak kręte, że ciężko z nich skorzystać. Czasami jednak nie liczy się droga, tylko cel za jej pomocą osiągany. Pan mój postanowił do tego miasta pociąg sprowadzić. Spowodowało to, że mieszkańcy raz do roku mogą pozbyć się swoich obaw i grzechów. Wagony zabierają modlitwy, prośby i ból. Po jego odjeździe miasto jest czyste i spokojne. Tutaj w kościele również spotykają się z Bogiem. Pan wysłuchuje ich modlitw i spełnia ich prośby. Niektórzy jednak wolą pójść na stacje raz do roku. Nie wiem dlaczego tak czynią. Nie jest to istotne. Nie próbuję tego zrozumieć. Jestem zbyt mały wobec geniuszu Pana. Bóg chce, aby jechał pociąg, musi mieć w tym swój cel. Mnie nie wolno go negować. Razem z wiernymi udaję się na stację i doświadczam tego cudu. Pana również zapraszam.
Zapadła cisza… Duchowny odprowadził mnie do drzwi. Stanąłem znów na malutkim ryneczku. Dochodziła osiemnasta. Powoli udałem się w kierunku stacji. W głowie miałem całkowity mętlik. Usiadłem na ławce niedaleko zadbanego peronu. Oczy same zamknęły się na moment. Obudził mnie dotyk. Zobaczyłem duchownego, który pochylał się nade mną.
-Już czas, szkoda by było przespać.

***

Stanąłem obok księdza w miejscu z którego widać było plac przed stacją i peron. Na stacje przybywali pierwsi wierni. Ustawiali się na placu ładunkowym i wąskim peronie. Niektórzy w rękach mieli świece. Rozświetlały one nadchodzący wieczór migotliwymi ognikami. Tłum gęstniał jak lawa wypływająca z wulkanu. Bez żadnych przepychanek ludzie zajmowali każde wolne miejsce w obrębie torów. Milczeli i wpatrywali się w miejsce skąd powinien nadjechać skład. Widziałem osoby na wózkach inwalidzkich, osoby o lasce, niewidomych, matki z dziećmi i kobiety przy nadziei. Ku mojemu przerażeniu pojawili się też pracownicy zakładu pogrzebowego niosący dwie trumny. Położyli je najbliżej toru i otworzyli wieka. Spojrzałem znacząco na księdza. On zgasił moje obawy, wyjaśniając:
-Zmarli niedawno, Pan wręczył im bilet. Zanim ich ciała spoczną w ziemi poświęconej, dusze będą spokojnie odpoczywać w niebie. W końcu koleją szybciej…
O dziwo mimo niezrozumiałego szaleństwa, które działo się wokół mnie, zachowywałem spokój. Coś w tej atmosferze pozwalało zgasić płomień obawy. Postanowiłem poddać się fali. Czułem się bezpieczny. Usłyszałem gwizd lokomotywy. Ludzie zaczęli klękać. Ja nie zamierzałem. Byłem jak wystająca naga skała na spokojnym morzu. Duchowny zamknął oczy i pogrążył się w modlitwie. Nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Zobaczyłem dwa jasne punkty na horyzoncie. Usłyszałem dźwięk pracującego silnika parowego. Wkrótce zmaterializowała się mi piękna sylwetka Ty2. Parowóz z gracją wyhamował przed końcem krawędzi peronowej. Gdy tylko ostygł pisk klocków hamulcowych, zapadła cisza przerywana mruczeniem sprężarki i lekkim dźwiękiem uchodzącej pary z komina. Na peron wyszedł Zawiadowca. To musiał być Sieniawski. Drzwi od wagonów otworzyły się bezszelestnie. Zawiadowca zwrócił twarz ku klęczącemu tłumowi. Zobaczyłem światło odrywające się od poszczególnych postaci. Malutkie pasemka świecącej mgły wędrujące posłusznie do ciemnego wnętrza wagonów towarowych. Na skrzywionych z bólu twarzach cierpiących zapanowywało dobrodziejstwo ulgi. Z zamkniętych ust wydostawały się bolączki i życiowe błędy nie pozwalające spokojnie spędzać dni. Ci którzy zbłądzili odnajdywali drogę, wyrzucając z siebie złe współrzędne. Coraz więcej świetlnej mgły płynęło nad peronem. Widziałem też jak wstały postacie z trumien. Podeszły do Sieniawskiego i okazały mu bilet w trzymany w przeźroczystych dłoniach. Ten wskazał im wagon Bi. Narastający blask ludzkich trosk ranił me oczy. Łzy płynęły mi po policzkach. W pewnym momencie zapragnąłem wsiąść do pociągu. Oderwać się od wszystkiego i odjechać tym składem wsłuchany w melodie parowej symfonii. Sieniawski zdawał się czytać w myślach. Odwrócił się ku mnie i usłyszałem wyraźne słowa:
-Jeszcze nie Twoja kolej. Nie masz biletu, nie możemy Cię zabrać.
Zrozumiałem. Zamknąłem oczy i pozwoliłem memu ciału się otworzyć. Poczułem wszechogarniający spokój. Nie wiem jak długo tak stałem. Parowóz ruszył delikatnie, bez poślizgu i zbędnego hałasu. Czułem pęd mijających mnie wagonów. Skrzypienie sprzęgów i stukot osi. Potem wszystko ucichło. Zapach pary nie pozwalał przebudzić się z transu. Dopiero zimna rosa, która zaczęła osiadać na mym czole zmusiła mnie do powrotu. Nikogo na stacji już nie było. Z początku pomyślałem, że to wszystko piękny sen. Wyszedłem przed budynek stacji. Tam czekał na mnie ksiądz.
-Nie chciałem przeszkadzać, ateiści też muszą mieć swoje chwile skupienia. Zapraszam do mnie, zje Pan coś i przenocuje.
Skorzystałem z propozycji. Za plecami zostawiałem pustą stację z błyszczącymi w świetle księżyca szynami toru głównego.

KONIEC

Wrocław; 14. 03. 2010r.

Powrót do listy opowiadań z 2010r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *