Mały parowóz ciągnął krótki skład. Dwuosiowe wagony drugiej klasy dorobiły się sporych nawisów lodu na pomostach i innych wystających częściach. Temperatura tego popołudnia spadła do minus dwudziestu stopni. Okna składu pokryły nieprzeźroczyste malunki mroźnych fanaberii. Biała para ogrzewania, przedostawała się, przez nieszczelności układu, na zewnątrz. Spowijała pociąg delikatnym okryciem, jakby chciała go ogrzać od zewnątrz. Drzewa pozbawione liści nachylały się nad pojedynczym torem skrzypiąc gałęziami. Pęd strącał z nich malutkie szklane kryształki szadzi. Pozostawała ona zawieszona w powietrzu długo po tym, jak rozmyły się czerwone światła końca pociągu. Stada saren tulących się do siebie, spoglądały z nagich pól ku jedynemu źródłu ciepła- parowozowi. Jednocześnie poruszały ze zdenerwowania uszami, wyrażając swą obawę wobec czarnego smoka. W środku drugiego wagonu siedział chudy mężczyzna. Starannie otulił płaszcz wokół swojej sylwetki. Na głowie miał uszatkę. Na kolanach trzymał rękoma kolejarską teczkę. Sądząc po zdartej skórze i startej farbie z metalowych części, miała ona swoje lata. Twarz mężczyzny skryta była za nawisem czapki i pozostawała nieodgadniona dla współpasażerów. Mężczyzna wolał pozostać anonimowy. Wpatrywał się spokojnie w kawałek odczyszczonej szyby i w myślach pokonywał kolejne metry szlaku. Znał go na pamięć. Gdyby ktoś kazał mu zliczyć, ile razy go przemierzał, byłoby to bardzo trudne zadanie. Zresztą nigdy nie próbował tego robić. Uwielbiał stukot kół na stykach. Ergonomię drewnianej ławki i drobny śnieg przeciskający się pomiędzy oknem a pudłem wagonu. Opadał na płaszcz i torbę. Radośnie wirował w powietrzu, by umrzeć chwilę po tym, jak dotknął jakiekolwiek powierzchni. Konduktor nawet nie podchodził do mężczyzny. Znali się od dawna i widywali prawie każdego dnia. Tym razem jednak rewizor przystanął na chwilę i dotknął ramienia siedzącego. Ten oderwał się od okna i spojrzał lekko zmieszany na osobę zakłócającą jego spokój.
-Bilet? Zapytał niepewnie.
-Nie Panie Zygmuncie, Wesołych Świąt chciałem pożyczyć.
Na twarzy Zygmunta pojawił się uśmiech.
-Dziękuję i nawzajem…
Potem konduktor wyprostował się i poszedł na przód składu. Pociąg jeszcze przez chwilę jechał swoim rytmem. Rozległ się syk przepływającego powietrza i pisk żeliwnych klocków hamulcowych. Zygmunt wstał z siedzenia i podążył ku pomostowi. Póki skład toczył się nie otwierał drzwi wyjściowych. Wraz z ostatnim zgrzytem sprzęgów śrubowych i napierających na siebie zderzaków nacisnął klamkę. Z początku ledwie poddała się naciskowi. Trzeba było użyć sporej siły, by ją zmusić do uległości. Za drzwiami utworzył się niewielki wał ze zmarzliny. Na szczęście Zygmunt zjadł solidne śniadanie i po kilku próbach wydostał się na pomost. Powoli zszedł na ośnieżoną drogę. Pociąg stał na środku przejazdu kolejowego. Podszedł do niego inny mężczyzna w kolejarskim waciaku. Uścisnęli sobie ręce nie zdejmując rękawic.
-Masz wszystko przygotowane, lampy pełne nafty i drewno do pieca. W książce odpisałem ostatnie czyszczenie rowków na przejeździe. Ale i tak będziesz musiał co godzinę je oglądać. Strasznie nawiewa śniegu. Pędnie nasmarowane, ale i tak ciężko chodzą. W nocy ma być jeszcze gorzej. Wesołych Świąt Zygmunt.
-Dzięki, nawzajem…
W powietrzu rozległ się gwizd parowozu. Maszynista niecierpliwił się. Jeszcze raz uścisnęli sobie dłoń i zmiennik wsiadł do pociągu. Skład ruszył i zniknął w białym popiele. Zygmunt wszedł do maleńkiego ceglanego domku stojącego na skraju toru. Położył teczkę na stole i wrócił się, by unieść rogatki. Stalowe drągi z metalowymi firanami posłusznie wyprostowały się. Dróżnik i zarazem blokowy wrócił na posterunek. Tam zdjął kurtkę i powiesił ją na drewnianym wieszaku w mikroskopijnej sieni. Poprzednik napalił solidnie w piecu, więc było ciepło i przyjemnie. Poniemiecki aparat telefoniczny stojący przy dźwigniach sygnałowych dział bez zarzutu. Zygmunt złożył meldunek z przejęcia służby i odejściu składu którym przyjechał. Wypełnił też stosowne dokumenty. Po tych czynnościach miał chwilę dla siebie.
Wyjął z torby plastikowy termos pełen kawy i zawinięte w gazetę jedzenie. Były to grube kromki chleba przełożone masłem. Umieścił je w malutkiej szafce nad piecem. Na płycie postawił blaszany obity garnuszek i wlał do niego czarnego płynu. Usiadł blisko i rozkoszował się ciepłem. Wkrótce pomieszczenie wypełnił aromat mocnej kawy. Snuł się powoli i podsycał apetyt. Zygmunt zdjął ostrożnie rozgrzany kubek i parząc sobie przyjemnie wargi skosztował trochę. Miłe ciepło rozeszło się po organizmie. Gdzieś na dworze zaszeleściły druty. Niemiecki fon przerwał ciszę. Zygmunt sięgnął po słuchawkę. Stacja meldowała przybycie składu i wyprawiała następny. Zygmunt wysłuchał meldunku i wpisał numer pociągu do książki. Potem zadzwonił na stację poprzedzającą odstęp, upewniając się, że jest on wolny. Zacisnął dłoń na zimnej dźwigni sygnałowej i pociągnął ją w dół. Musiał użyć przy tym sporej siły. Szybko wdział kurtkę i wyszedł na zewnątrz sprawdzając czy ramię semafora zezwala na jazdę. Sygnał był prawidłowy. Mimo mrozu stalowy strażnik dobrze spełniał swoją rolę. Blokowy wrócił na posterunek zadowolony z faktu iż wszystko działa. Nie musiał się męczyć i odśnieżać pędni. Przynajmniej na razie. Rogatki jeszcze przez chwilę pozostawi uniesione. Jakby jakieś spóźniony kierowca chciał przekroczyć tor. Do przyjazdu pociągu było jakieś piętnaście minut. W połowie tego czasu znów wyszedł na zewnątrz i zaczął opuszczać drągi. Opadły ciężko na podpórki. Firany jeszcze przez długą chwilę kołysały się niespokojnie wyrwane z błogiego snu. Droga wyłaniała się z gęstego lasu. Przecinała go jak bochen razowego chleba. Nikt nie śmiał ją jechać w taki mróz. Ludzie siedzieli w domach i szykowali się do Kolacji Wigilijnej. Wszak dziś był 24 grudnia. Na horyzoncie pojawił się słup gęstego białego dymu. Zygmunt wyszedł przed posterunek. W ręku miał żółtą chorągiewkę. Uniósł ją do góry. Parowóz zagwizdał przeciągle. Maszynista wychylił się nieco i pozdrowił blokowego i dróżnika w jednej osobie. Zygmunt obserwował mijające go wagony. Patrzał na osie. Te na łożyskach ślizgowych lubiły dokazywać w taki mróz i grzać się na potęgę. Tym razem żadna z nich nie dymiła w sposób widoczny dla patrzącego. Dwuosiowe węglarki z czarnym złotem zniknęły tak nagle jak się pojawiły. Mężczyzna uniósł rogatki, mimo, że nikt nie oczekiwał na ten gest i wrócił do budynku. Odnotował w książce, że skład przeszedł bez problemów i powiadomił o tym fakcie stacje. Potem opuścił ramię semafora. Odstęp był zajęty. Nie trwało to długo, bowiem towarowy szybko dotarł do stacji przeznaczenia. Potwierdził to telefonogram. Blokowy spojrzał na zegarek. Zaczynało się ściemniać. Pora było oświetlić tarcze i semafory oraz sam przejazd. Zameldował o tym stacjom i ruszył na zewnątrz do składziku na lampy. Musiał zdjąć rękawice aby móc dziergać płomień zapałkami. Dłonie błyskawicznie przemarzły i wiele prób kończyło się bezproduktywnym złamaniem drewienka z siarką i fosforem. Wreszcie pierwsza lampa rozjarzyła się żółtym kopcącym płomieniem. Zygmunt starannie ją wyregulował. Potem odpalił drugą. Wyszedł ze składziku i lampy umieścił w skrzyniach na drewnianym słupie przed obiema rogatkami. Mrok został pokonany na niewielkim obszarze. Dwie kolejne lampy zabrał ze sobą i podszedł do semaforów. Zacisnąwszy zęby opuścił umieścił latarnie w saniach i zapaliwszy je zaczął wciągać na górę. Mimo mrozu czynność ta spowodowała, że pocił się obficie. Przymarznięty smar nie ułatwiał pracy. Mimo trudności obaj strażnicy zaczęli ostrzegać w ciemności. Dość dużo czasu zajęło Zygmuntowi rozświetlenie tarcz ostrzegawczych. Gdy wrócił na posterunek spodnie miał przemoczone i trząsł się jak osika. Znów przesunął kubek z kawą ku środkowej części płyty pieca. Czuł jak parują mu nogawki. Dołożył do środka paleniska. Na dworze zrobiło się ciemno. Gdzieś daleko od posterunku odstępowego “Brzoza”, ludzie wypatrzywszy pierwszą gwiazdę zasiadali do Kolacji. Cicha kolęda wypełniała domostwa. Nachodził radosny czas… Telefon znów zaterkotał. Zygmunt przyjął meldunek i opuścił rogatki. W nocy mogły pozostać w takim położeniu, dopóty ktoś nie będzie zechciał przejechać. Podniósł semafor i upiwszy nieco kawy oczekiwał pociągu. Nadchodził jedyny na tej linii pośpieszny. Ziemia zaczęła drżeć. Snop jasnego światła rozdał Wigilijny Mrok. Zygmunt uniósł do góry latarnię z białym światłem. Wydawało mu się, że maszynista krzyczy coś do niego ze swojej budki. Nie rozpoznał słów. Zlały się one z łoskotem pędzących wagonów. -Wesołych Świąt. Wyszeptał Zygmunt i opuścił trzymaną w ręku latarnię.
Maszynista w parowozie zasunął okno i schował się w ciepłym wnętrzu budki. Pomocnik spojrzał na niego z politowaniem.
-Myślisz, że usłyszał Twoje Życzenia? Kiedyś przez te wygłupy odmrozisz sobie uszy.
-Usłyszał, jeśli to był Zygmunt to musiał słyszeć.
-A któżby inny mógł pełnić służbę, jak nie on. Tak jest o dziesięciu lat. Zawsze bierze ją w Wigilie.
-Dziwisz mu się?
-W sumie trochę tak, rodziny nie ma?
-Nie ma, wszystką wymordowali hitlerowcy…
-Żona?
-Zmarła w Wigilię dokładnie dziesięć lat temu. Odtąd przestały dla niego istnieć święta. Spędza je z jedyną ukochaną rzeczą, która mu pozostała.
-Co może być fajne w wigilii na końcu świata w pracy?
-Nie zrozumiesz tego nigdy…
-E tam… Pomocnik przerwał dyskusję i wrócił do obserwacji szlaku.
-Podali nam przelot. Maszynista pchnął przepustnicę lekko do przodu.
Pociąg przyśpieszył wzniecając ogromny tuman śnieżnego kurzu. Opadał on powoli na puste o tej porze perony.

KONIEC

Wrocław; 19.12.2009r.

Powrót do listy opowiadań z 2009r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *