Dom spokojnej starości w Plewkach miał piękną lokalizację. Stary barokowy budynek otoczony był ogromnym parkiem z wiekowymi drzewami. Starannie wypielęgnowane i wytyczone alejki snuły się w rożnych kierunkach, zapewniając wiele wariantów udanego spaceru. Park kończył się wysokim kamiennym murem, porośniętym zielonym bluszczem. Za nim była rzeka i pola. Gdzieś na horyzoncie tliły się światła wsi.
Pokoje w budynku były przytulne. Każdy z nich wyposażony był w łazienkę i okna wychodzące na park. Pan Dionizy mieszkał w 213 na drugim piętrze. Los sprawił, że został sam, a liczne choroby, że potrzebował pomocy. Długo nie mógł się zdecydować. Pomógł mu w tym mały wylew, który sparaliżował całą dolną część ciała. Obecnie Pan Dionizy spał. Jego pierś unosiła się miarowo, to do góry, to w dół. Obok łóżka ustawił sobie niewielką szafeczkę. W niej trzymał wszelkie lekarstwa przepisane mu przez tutejszych lekarzy. Na blacie mebla stały dwa zdjęcia w złotych ramkach. Pięknej uśmiechniętej kobiety i parowozu z wagonami. Ową niewiasta była Żoną Pana Dionizego, którą Bóg powołał do siebie w zeszłym roku. Pierwsza i największa miłość mężczyzny. Parowóz zaś, to maszyna, na której Pan Dionizy przepracował ponad piętnaście lat. Nazwa jego prostą była -Ty2 018. Druga miłość często goniła pierwszą, lecz nie była w stanie zająć jej miejsca. Nieco dalej od szafeczki stała większa dwudrzwiowa. Była przedzielona podłużną ścianką na dwie komory. W pierwszej, od lewej, wisiał pojedynczy drewniany kabłąk, a na nim, przykryty folią, starannie wyprasowany- mundur Pana Dionizego. W drugiej części codzienne ubrania dokładnie posegregowane. Mechanik co tydzień wyciągał mundur z szafki i starannie go czyścił. Zajmowało mu to trochę czasu, ale traktował ową czynność bardzo serio. Był kolejarzem starej daty, nauczonym szacunku dla służby i munduru.
Swoją służbę zaczął jeszcze przed wojną. Prowadził pociągi towarowe na węźle warszawskim. Wtedy jeszcze jako pomocnik. Po dziejowej awanturze, zrujnowany kraj awansował go na prawą stronę. Nakazano mu tylko zmienić macierzystą Dyrekcje – na Ziemie Odzyskane. Wylądował w Jaworzynie Śląskiej. Tam zakotwiczył do końca swojej służby.
Dionizy śnił o pięknych dniach z przepustnicą w ręku, gdy ktoś delikatnie potrząsnął jego ramieniem. Dotyk był niespodziewany i nieco zimny. Starszy Pan otworzył oczy i zobaczył stojącego obok łóżka mężczyznę. Zanim zdążył coś powiedzieć tamtej wyjaśnił:
-Już czas Panie Dionizy.
Mimo ciemności panującej w pokoju maszynista dostrzegł na twarzy przybysza kojący uśmiech. Odsunął kołdrę i zorientował się, że pielęgniarka ustawiła wózek inwalidzki daleko od łóżka.
-Proszę po prostu wstać Panie Dionizy.
Maszynista usiadł na krawędzi łóżka i odważnie dźwignął się na nogi. Stał tak przez chwilę bojąc się zrobić krok do przodu.
-Śmiało. Zachęcał Przybysz.
Staruszek zrobił krok, a potem następny. Podszedł do szafy i wyciągnął mundur. Położył go na łóżku i wszedł do łazienki. Przybysz cierpliwie czekał. Dionizy wyszedł ogolony i zaczął nakładać umundurowanie. Zapiąwszy ostatni guzik stanął przed lustrem i spojrzał na siebie.
-Gotów? Nalegał Przybysz.
Dionizy miał już odpowiedzieć twierdząco, gdy jego wzrok padł na nocną szafkę i zdjęcia. Usiadł na łóżku i wziął je do ręki.
-Proszę o chwilę. Wyszeptał.
Przybysz skinął głową. Dionizy zamknął oczy i ucałował zdjęcie Żony. Srebrzysta wstęga tęsknoty popłynęła mu po policzku.
-Już niedługo…
Nagle wstał i głośno rzekł
-Jestem gotów !
Przybysz uśmiechnął się szeroko. To dodało otuchy Dionizemu. Wyszli na korytarz i po cichu mijali uśpione pokoje. Czuwający na dole portier przeoczył ich wyjście na zewnątrz. Żwirowa alejka wyprowadziła za bramę. Stała tam dorożka zaprzęgnięta w czarne konie. Przybysz otworzył Dionizemu drzwi. Maszynista po raz ostatni spojrzał na dom spokojnej starości. Woźnica spiął cugle i zaprzęg ruszył ku pobliskiej stacji. Plewki były zaledwie przystankiem na drugorzędnej linii. Zaniedbany budynek dworca straszył odpadającym tynkiem i wybitymi szybami w oknach. Tor biegnący przy peronie porastały spore krzaki. Obok na odciętej bocznicy gniło pudło wagonu osobowego. Dawno pozbawionego wszystkich metalowych części. Dorożkarz zatrzymał powóz na placu przed budynkiem. Przybysz wyszedł pierwszy. Otworzył drzwi Maszyniście i pomógł mu stanąć na mokrych kamieniach. Potem ruszyli ku peronowi. Za ich plecami rozległ się cichy stukot kopyt i powóz rozpłynął się w ciemnościach. Zostali sami w stalowo-zimnym i czarnym powietrzu. Delikatny podmuch zerwał z drewnianych drzwi żółtą kartkę z wyblakłym napisem:
“Z dniem… zawiesza się ruch pociągów na linii i zamyka stację w Plewkach”.
Mężczyźni jej nie spostrzegli. Stali na peronie i rozglądali się po równi stacyjnej.
-Przyjedzie? Spytał niepewnie Dionizy.
-Oczywiście, taki jak Pan chciał.
-A może Wasz Dyspozytor ?
-Nasz Dyspozytor nie zapomina. Przybysz znowu wlał ciepło w serce maszynisty.
Dionizy mu uwierzył. Nagle zapragnął czegoś, czego nie czynił od czasu jak skończył służbę. Nerwowo sięgnął do kieszeni, ale przerwał w pół drogi. To było tak dawno. Wątpił.
-Ona tam jest Panie Dionizy. Proszę się nie krępować.
Maszynista ponowił próbę. Jego dłoń natrafiła w lewej kieszeni na znany kształt. Wyciągnął z niej fajeczkę z drewna bukowego. O dziwo była nabita. Delikatnie powąchał wnętrze. Tytoń był świeży i aromatyzowany.
-Śmiało Panie Dionizy, troszkę tu postoimy. Akurat tyle, by Pan zdążył. Zresztą porcja w środku jest niewielka. Długo pykać się nie da.
Dionizy uśmiechnął się i jeszcze raz sięgnął do kieszeni. Ona też tam była. Benzynowa z miedzianym sercem z boku. Zapaliła od pierwszego potarcia. Potem długo pieściła płomieniem wnętrze cybucha. Aż pokraśniał i aromat wlał się w usta. Mechanik zamknął oczy. Zdawało mu się, że czas się zatrzymał. Niestety tak nie było i owa porcja szybko się skończyła. Dionizy wytrzepał delikatnie resztki, stukając cybuchem o zardzewiały kikut lampy. Potem schował sprzęt do kieszeni. W samą porę. Na horyzoncie pojawiła się bladość. Do stacji zbliżał się pociąg. Dionizy po dźwięku rozpoznał maszynę. Charakterystyczny gwizd i praca silnika parowego potwierdziła oczekiwania. To była jego maszyna. Naropowana i nasmarowana. Czarne blachy otuliny nie nosiły śladów rdzy. Czerwone szprychy kół, spryskane gdzieniegdzie olejem biły blaskiem po oczach. Maszynista odruchowo podszedł do parowozu. Sprawdził panewki, wiązary i poziom oleju. Na słuch wziął sprężarkę. Przybysz stał z boku i mu nie przeszkadzał. Nie wolno tego robić w tak ważnej chwili, najważniejszej od lat. Wpatrywał się tylko w podopiecznego i czerpał z jego szczęścia.
-Wszystko w porządku? Zapytał po chwili.
-Tak… Odparł Dionizy i skierował się do budki.
W środku nie było nikogo. Mechanik sprawdził poziom wody, ciśnienie w kotle i palenisko. Dokonawszy tych czynności rozejrzał się bezradnie za pomocnikiem.
Przybysz wspiął się do budki i zajął miejsce po lewej stronie.
-Pan? Zdziwił się Dionizy.
-Tak Panie Mechaniku. Czasami osobisty Anioł Stróż musi sobie pobrudzić ręce.
-Dokąd teraz? Spytał Dionizy.
-Pan dobrze wie Mechaniku.
-Racja… Dionizy wyciągnął z prawej kieszeni bluzy busolę ze skrzydlatą ośką.
Spojrzał na porcelanową tarczę.
-Już niedługo… Szepnął do siebie.
Jego ręka spoczęła na przepustnicy. Wyjrzał na zewnątrz w poszukiwaniu sygnałów. Tak, jak to czynił podczas służby wielokrotnie. Poza oparami mroku niczego nie dostrzegł.
-Spokojnie, dziś na szlaku jesteśmy sami. Śmiało. Zachęcał Przybysz.
Potem zaczął robić parę dorzucając do kotła. Maszynista pchnął przepustnicę do przodu. Ty2 szarpnął wagonami i ruszył bez poślizgu. Dionizy wysunął się za okno. Zimne powietrze wyciskało łzy z jego oczu. Dworzec w Plewkach zniknął za jego plecami…
Na peronie rozwiały się obłoki pary. Zaczął padać deszcz. Żółta kartka leżąca na ziemi rozpadła się na kawałki. Blady świt pokrył rdzą szyny. Przystanek wyglądał jak zwykle. Opuszczony i zapomniany. Tak jakby nic się nie stało.
W domu spokojnej starości właśnie zaczął się poranny ruch. Młoda pielęgniarka zapukała delikatnie w drzwi pokoju 213. Pan Dionizy nigdy nie sypiał długo i zawsze witał ją miłym:
-Dzień dobry. Proszę wejść Panienko.
Dziś za drzwi nie dobiegł żaden głos. Kobieta nieco zaniepokojona nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły. Zobaczyła, że staruszek siedzi na łóżku. W rękach trzyma zdjęcia z szafki nocnej. Był w mundurze. Otwarte oczy wpatrywały się w fotografie, tak jakby nie mogły się zdecydować, którą zabrać ze sobą. Pielęgniarka delikatnie wyjęła je ze sztywnych dłoni Dionizego. Sprawdziła puls i wyszła z pokoju. W służbowym kantorku otworzyła zeszyt, w którym notowano stan pensjonariuszy. Koło danych Dionizego napisała:
“zgon nastąpił w nocy”
Potem skreśliła zamaszysty podpis. Okładki brulionu zamknęły się z głuchym trzaskiem.

KONIEC

Wrocław; 25.10.2009r.

Powrót do listy opowiadań z 2009r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *