Teraz

Silnik drezyny pracował miarowo. Pudło trzeszczało od podskoków na nierównych stykach. Stefan wpatrzony w przednią szybę mrużył oczy od blasku wschodzącego słońca. Wysoki nasyp, po którym jechał, skąpany był w oparach wilgotnej i zimnej mgły. Nieliczne drzewa pochyliły się obciążone mokrymi liśćmi. Czasami coś przebiegło przed pojazdem. Raz był to spłoszony zając, raz stado przerażonych kuropatw. Syrena swym donośnym wyciem rozganiała to towarzystwo, tak aby nie właziło pod koła. Mechanik był zły na samego siebie, że dał się namówić na tą poranną wycieczkę. Właśnie skończył służbę i powinien teraz zbierać się do domu. Jego obolałe gardło domagało się ciepłej herbaty z miodem a styrane kości ciepłej pościeli. Własne sumienie karciło go za to, że uległ prośbie Naczelnika. Gdyby tylko potrafił odmówić. Drogowiec z zasadami- Stefan walczył z samym sobą. Tor położył się w łagodny łuk. Srebrne nici szyn trzymały pewnie zestawy kołowe. Rozległ się delikatny śpiew pocieranych obręczy. Na polu obok przestraszona sarna stuliła uszy po sobie. Dookoła była już tylko pustka. Dzikie pola, poprzetykane gdzieniegdzie lasem. Poprzecinane małymi rzeczkami o wolnym biegu i bagnistych brzegach. Malaryczne powietrze nie sprzyjało osadnikom. Bliskość granicy również. Dlatego nikt nigdy nie próbował tu mieszkać, no może poza Osadą. Łuk wyprostował się nagle i drezyną szarpnęło niemiło. Jakieś owady rozbijały się o przednią szybę. Stefan włączył wycieraczkę. Dobrze, że był płyn w spryskiwaczu. Brunatna maź na chwilę przysłoniła widoczność. Potem została starta zużytymi gumowymi piórami. Pojazd minął tarczę ostrzegawczą “To A ” od wjazdowego do Osady. Lampa naftowa mimo dnia jeszcze się w niej tliła. Stefan lekko zwolnił. Wzbierała w nim złość. Wszystko przez to, że jakieś kretyn zaspał i nie odbierał telefonu. Od tygodnia za dyżurnego w osadzie przyjęli nowego. Trzydziestoletniego szczyla po późnej kolejówce. Pewnie zapił drań i dlatego trzeba teraz dymać. Kształtowy strażnik przerwał ponure rozmyślania Stefana. Ustawiony w kategoryczne “stój” wymusił zatrzymanie drezyny. Stefan użył syreny modląc się o jakieś widoczny efekt. Wprawdzie zapewniano go, że do południa Czesi niczego przez Osadę nie wyprawią, ale czort ich wie. Nie chciał by wjechać na jakiegoś “nurka”. Dał jeszcze kilka razy donośnie sygnał “baczność”. Nie pomogło. Ramię nadal było opuszczone. Miał w ręku rozkaz Naczelnika, pominięcia semafora. Powoli ruszył przed siebie. Osada była typową dwutorową mijanką. Droga ułożona była na przestrzał po torze głównym. Stefan nadal nadając Rp1 minął rozjazd i jechał w kierunku głowicy wyjazdowej. Chciał się upewnić, że wjazdowy od strony Czech jest też na “stój”. W tej mgle nie było to proste. Wreszcie, gdy udało mu się dostrzec “czeskiego wjazdowego” odetchnął z ulgą. Jego ramię było ułożone prostopadle do masztu. Drezyna stanęła i zmieniła kierunek. Pora najwyższa była skopać tyłek nowemu za takie numery. Zatrzymał się na wprost budynku stacyjnego. Maleńka lepianka, była jeszcze austriackiego pochodzenia. Jednopiętrowa zbudowana z kamienia zwiezionego z okolicznych odkrywek, pokryta była spadzistym dachem z drewnianych belek. Grubo ciosane krokwie pozbawione były jakichkolwiek ozdób a czas poczernił ich końce. Z naderwanych zardzewiałych rynien sączyła się poranna rosa. Na wielkiej pajęczynie nad wejściem olbrzymi tłusty czarny pająk rozprostowywał kończyny. Stefan schylił się z obrzydzeniem i wszedł do kantyny z napisem “Dyżurny Ruchu”. Tuż obok była jeszcze kasa biletowa, ale zlikwidowali ją, tak jak ruch osobowy na tej stacji. Stefan minął aparat blokowy i pusty taboret przed nim. Podniósł słuchawkę służbowego telefonu. Był w nim długi i wyraźny sygnał. Wcisnął biały przycisk obok widełek. Słychać było trzask podnoszonej słuchawki.
-Mszana tu Stefan. Dotarłem do Osady. Linia jak słychać sprawna. Idę poszukać gada.
-Zrozumiałem, tylko go nie połam.
Stefan odłożył słuchawkę i ruszył w głąb służbowego pomieszczenia. Jego przedłużenie stanowił malutki pokój z łóżkiem pod ścianą. Pościel była skołtuniona. Mężczyzna starał się zachowywać głośno licząc, że tamten go usłyszy. Nie miał ochoty dotykać wyłączników światła na tych wilgotnych ścianach. Wydawało mu się że na każdym z nich może siedzieć stwór podobny do tego, który widział przed wejściem. Pokoik skończył się kolejnymi drzwiami. Stefan nacisnął ostrożnie klamkę. One ustąpiły. Znalazł się w kolejnym małym pomieszczeniu- aneksie kuchennym. Wyposażony był on w niewielki piec kaflowy i mały drewniany stół. Na piecu stał okopcony czerwony czajnik. Na stoliku brudna szklanka z jakimś płynem. Stefan powąchał naczynie. Była to herbata, nie alkohol jak sądził. Z aneksu kuchennego wchodziło się do łazienki. Dostępu doń również broniły drzwi. Zza nich sączyło się światło. Stefan załomotał mocno w nie. Wydawało mu się, że coś za nimi się poruszyło. Nacisnął klamkę. Pomieszczenie miało ściany pokryte białymi kaflami. One wzmacniały światło stu watowej żarówki powieszonej pod sufitem. Mechanik najpierw dostrzegł sedes. Potem, kiedy przekroczył próg łazienki dostrzegł wannę. Dyżurny był w środku. Kołysał się na boki i coś szeptał. Jego czoło i twarz pokrywała krew. Po śladach na ścianie obok kranu Stefan domyślił się, że ten długo musiał walić weń głową. Brunatne rozbryzgi były wszędzie dookoła. Uderzenia musiały być silne i zdecydowane. Stefan pochylił się nad wanną. Delikatnie chwycił kołyszącego się mężczyznę pod ramię. Próbował oszacować rany jakie tamten sobie zadał. Oględziny utrudniała skrzeplina pokrywająca niemal całe jego lico. Dyżurny nagle chwycił przybyłego za dłoń. Próbował coś powiedzieć. Stefan był przerażony. Zamiast zębów, tamten miał kostną miazgę.
-Nic nie mów do cholery, idę wezwać pogotowie. Stefan starał się nie patrzeć jak kawałki miazgi spadają do wanny.
-Oni wreszcie nie śpiewają, naprawdę nie śpiewają… urywany szept doszedł do uszu Stefana
Maszynista wybiegł z łazienki. Szybko wywołał Mszanę i poprosił o przyjazd drugiej drezyny z doktorem. Samochód tu nie docierał. Gdy wrócił do rannego, ten nadal kołysał się na boki. Napływająca do ust ślina rozpuściła mu nieco skrzepu i zabarwiwszy się na czerwona zwisała u brody. Stefan nie wiedział co robić, bał się wyciągać i ruszać Dyżurnego. Nie miał też za bardzo czym ulżyć mu w straszliwym cierpieniu jakiego doświadczył. W budynku nie było apteczki. Za dwa kwadranse powinna przybyć pomoc. Po upływie pierwszego ranny nagle przestał się kołysać. Spojrzał na Stefana i ostatni raz powtórzył.
-Oni wreszcie nie śpiewają…
Potem odszedł na wieczną służbę.

Wcześniej.

Wołali na niego Zibi. Wszyscy we wsi. Nikt nie pamiętał nazwiska. Mu to nie przeszkadzało. Od czasu do czasu zaglądał tylko do dowodu, aby przeczytać swoje dane. Zbigniew Małachowski syn Czesława i Dominiki- tak widniało na pierwszej stronie. Tak też musiał wypełniać wszelkie kwestionariusze do kolejowej szkoły. Z ojcowizny zrezygnował, bo zbyt często głód mu w oczy zaglądał. Kamieniste pola nie dawały należytych plonów, albo on do tego wszystkiego ręki nie miał. Jak tylko staruszkowie pomarli sprzedał ją sąsiadowi i poszedł szukać szczęścia w innym zawodzie. Jedyny na który było zapotrzebowanie to Dyżurny Ruchu. Postanowił spróbować. Szkołę ukończył bez kłopotów, ale też wyróżnień. Gdy zgłosił się do Dyrekcji ta ciskała nim od posterunku do posterunku. Wiedzieli, że nigdzie nic go nie trzyma i wykorzystywali to. Tam, gdzie wystąpiły braki kadrowe jechał Zibi. Tak było i w przypadku Osady. Rano zastał polecenie służbowe stawienia się w Mszanie w celu wdrożenia do objęcia posterunku Osada. Dojechał tam z samego rana lokalnym pociągiem z Chabówki. Towarowy Ty2 ciągnął za sobą dwa wagony 102A. W Mszanie miał dłuższy postój na wodowanie. Zbyszek udał się do biura Naczelnika w budynku stacyjnym. Przyciasnawe pomieszczenie zajmowało małe biurko o wytartym blacie. Po lewej stronie, tuż przy oknie stał ogromny zegar. Jego piękna mahoniowa obudowa była wypolerowana. Ogromne wahadło w złotym kolorze skrzyło się, kiwając miarowo na boki. Naczelnik siedział na skórzanym fotelu obok biurka. Był nim mężczyzna, którego twarz zdradzała, że niejedno już w życiu widział i doświadczył. Gdy tylko przybyły wyjaśnił po co tu jest, Naczelnik kazał mu usiąść i sięgnął po teczkę dostarczoną mu tu z kadr. Szybko przestudiował przebieg służby kandydata i zaczął mówić.
-Praca nie jest ciężka, bo pociągi nieregularne, kursujące na zamówienie. Najwyżej cztery składy dziennie. O każdym powiadamiamy telefonicznie. Osada to mijanka, lecz krzyżować będziesz rzadko, jeśli w ogóle. Ale takiej możliwości nie wykluczam. Jedzenie i co tam będziesz chciał dostarczy pierwszy pociąg. W okolicy pustka. Resztę poznasz na miejscu. Jakieś pytania?
Zibi podrapał się po głowie. Nie miał żadnych. Wstał i chciał wyjść. Stanowcze:
-Poczekaj !
Zatrzymało go w futrynie. Naczelnik wstał i podszedł do niego. Wyciągnął rękę na pożegnanie. Ścisnął dłoń i przytrzymawszy ją nieco dłużej rzekł:
– Za stacją jest opuszczona wieś. Nic tam ciekawego nie ma, więc nie zapuszczaj się tam pod żadnym pozorem. To jest polecenie służbowe.
-Dobrze. Odpowiedział nieco niepewnie Zbyszek. Naczelnik zwolnił uścisk i wskazał ręką na peron.
-Drezyna podrzuci Cię na posterunek około dwunastej. Od tej pory zawiadomimy Czechów, że jest otwarty. Na wszelki wypadek sprawdź telefon.
-Dobrze, a co się stało z tym co tam robił przede mną?
To pytanie wytrąciło Naczelnika z równowagi. Skrzywił się i trochę oschle odburknął:
-Nie interesuj się, tylko słuchaj poleceń. Jasne!?
Zibi wolał dalej nie ciągnąć tematu. Wyszedł na peron i rozparł się na drewnianej ławce. Postanowił uciąć sobie małą drzemkę do czasu przyjazdu drezyny. Powieki zrobiły się ciężkie i wkrótce zasnął na dobre.

***

Zibi niepewnie zstąpił z pokładu drezyny na peron w Osadzie. Ta pośpiesznie wycofała się do stacji z której przybyła. Nowy Dyżurny podszedł do drzwi oznaczonych tabliczką “Dyżurny Ruchu” Dopasował klucz do zamka i przekręcił. Nie napotkał oporów. Nacisnął klamkę i wszedł do pomieszczenia. Lekki zapach stęchlizny zmarszczył nos Zbyszka. W powietrzu było jeszcze coś, czego nie potrafił rozpoznać. Na ten zapach jego organizm reagował lekkim przyśpieszeniem tętna. Zignorował objaw i otworzył okno. Nieprzyjemne doznanie rozmyło się w przeciągu, który wywołał. Zbyszek sprawdził telefon i aparat blokowy. Wszystko było sprawne i gotowe do pracy. Tak jakby na niego czekało. Upewniwszy się, że nie planują pociągu w najbliższym czasie, obejrzał resztę swojego lokum. Warunki były znośne. Czysta lekko wilgotna pościel na łóżku. Stos drewna i węgla do pieca. Naoliwiona pompa do wody. W kuchni w szafie porozkładał służbowe weki. Rozpalił pod kominem i ustawił na płycie blaszany czajnik. Zalał go świeżą wodą z pompy. Wysypał z woreczka kawę i odmierzył starannie dwie łyżeczki do porcelanowego kubka. Zalał, jak tylko woda się zagotowała. Przyjemne ciepło i goryczka dodały mu nieco otuchy. Ledwie skończył zadzwonił telefon.
-Mszana, od strony Czech pójdzie towarowy. Drogę ma wolną, aż do nas.
-Zrozumiałem, podaję semafor.
Wjazdowy i wyjazdowy- strażnicy unieśli ramiona. Gdzieś od południa zadrżało powietrze i rozszedł się dźwięk Diesla. Na stację majestatycznie wtoczył się Nurek 750. Skrzypiąc wózkami na niezbyt równych stykach, ciągnął za sobą puste dwuosiowe węglarki. Widząc Zibiego maszynista dał krótkie “Baczność” i uniósł rękę w geście przywitania. Dyżurny odpowiedział podobnym gestem i sprawdził sygnały końca składu. Były w komplecie. Ramiona strażników same opadły w dół. Aparat blokowy po trzydziestu minutach zwrócił blok. Znów zapadła cisza. Stacja zmarła i przyczaiła się. Słońce rozpoczęło wędrówkę za wysokie szczyty. Kolejny telefon oznajmił, że to wszystko na dziś i nakazał gotowość jutro od dziesiątej. Zbyszek ukroił sobie dwie grube pajdy chleba i z kubkiem herbaty wyszedł na ławkę przed budynkiem. Była tam stara ławka z której farba odłaziła płatami. Dyżurny przetarł ręką szczeble i rozgościł się. Zauważył też że, nad progiem, duży, tłusty i czarny pająk zaczyna zaplatać swoją sieć. Zibi rzucił w jego stronę:
-Będziemy tu razem… dobrych łowów.
Potem zaczął jeść. Wieczorne powietrze było cieple i niezwykle rześkie. Ciemności jakie ogarnęły stację nie takie straszne. Dyżurny wydostał z pomieszczenia blaszaną lampę karbidową i trochę je rozproszył. Wkrótce zaczął go morzyć sen. Wrócił do środka i nastawił budzik. Zanim zasnął wydawało mu się, że widzi maleńki, świecący punkt przez okno. Był blisko i wkrótce zniknął. A może wcale go nie było? Nie miał siły walczyć dalej. Jutro się rozejrzy. Jutro…

***

Wstał dość wcześnie rano. Podczas toalety przypomniał sobie o świecącym punkcie. Jedząc śniadanie wyszedł na zewnątrz i stanął przed oknem z drugiej strony budynku. Miał przed sobą starą kamienną drogę. Dawno nikt po niej nie jeździł i niektóre jej fragmenty zarosły trawą. Zbyszek uniósł wzrok nieco wyżej. Dostrzegł na horyzoncie tylko ciemny kształt ruiny budynku. Pierwszego we wsi. To tam paliło się światło. A może mu się wydawało? Przypomniał sobie słowa Naczelnika:
“Za stacją jest opuszczona wieś. Nic tam ciekawego nie ma”
Wzruszył ramionami i wrócił do budynku. Skoro jest opuszczona to ze zmęczenia mu się zwidziało. O dziesiątej Mszana zapowiedziała od siebie towarowy. Miał też dostarczyć zaopatrzenie dla Dyżurnego. Zwykłe służbowe jadło i coś do czytania. Gazeta była w zestawie od matki kolei. Zibi nie podał wyjazdowego. Wyszedł na peron, gdy usłyszał gadającego 750. W środku była podwójna obsada. Podsył dla naszej zdawki z Kralovca. Maszynista wyhamował skład przed Dyżurnym. Ze środka lokomotywy podano mu siatki z prezentami. Delikatnie postawił je na peronie. Połączył się z Kralovcem i zamówił drogę. Aparat pozwolił podać wyjazd. Czeska lokomotywa zawyła i zgrabnie ruszyła. Za nią ciągnęły się wyładowane drewnem dwuosiowe węglarki. Nawet, gdy już zniknęła Zbyszkowi z oczu, dźwięk jej silnika bujał w obłokach. Odbijał się od licznych ścian i kluczył. Dyżurny wrócił do pomieszczenia z siatkami i rozłożył to, co mu dowieźli na półkach. W miedzyczasie zwrócił uwagę, że jego owadzi towarzysz upolował w nocy sporą ćmę. Właśnie wbijał w nią swoje aparaty gębowe i przeżuwał łapczywie.
-Na zdrowie kolego. Mruknął Zbyszek i delikatnie schylił się, by nie zakłócić spokoju pająka.
Ten dokończył ucztę i powoli schował się w kamiennej szczelinie. Wysuszone zwłoki ofiary dygotały trącane dotykiem wiatru.

***

Gazeta była gruba i zapewniała rozrywkę na długie chwile. Zbyszek pochłaniał ją na służbowym stole przy telefonie. Ten nie pozwolił mu na skończenie całej. Meldowano pociąg od strony Kralovca z ST43, który tam nocował. Uzyskawszy zgodę Mszany podał wolny przelot. Na peronie obserwował zielonego “Rumuna” i “misz-masz” za nim. Czego tam nie było. Pochód otwierała czteroosiowa węglarka, za nią szły kolejno: wapniarki sztuk dwie, cysterna dwuosiowa o straszliwie zardzewiałym zbiorniku. Ledwie się dało odczytać stację przeznaczenia Płock. Potem sześcioosiowa platforma z wygiętymi kłonicami, dwa kryte i chłodnia z otwartymi drzwiami. Na niej widniały sygnały końca składu. Dyżurny jak tylko opadły ramiona semafora wrócił do nastawni. Blok zazgrzytał po półgodzinie i zwolnił blokadę. Zbyszek odebrał jeszcze telefon, że na dziś to koniec. Na zegarze dochodziła szósta. Pora na kolację i dokończenie lektury. W samotności połykając kolejne kawałki chleba zaliczył trzy godziny. Gdy podniósł wzrok za oknem było ciemno. Postanowił pójść spać. Nagle zamarł z wzrokiem utkwionym w szybę. Świecący punkt tam był. Tam, gdzie go widział wczoraj. Wyszedł przed budynek i starał się zlokalizować źródło światła. W końcu zmęczony wzrok określił miejsce jego dobywania. Jaśniało w oknie opuszczonego domu, który wczoraj widział za dnia. Znów jak ostrzeżenie w jego myślach pojawiły się słowa Naczelnika. Tym razem wywołały gniew.
“Stary nie będzie mi dyktował, co mam tu robić. Jutro sprawdzę to światło za dnia. ”
Z tym postanowieniem wrócił do łóżka i zasnął. Spał mocno, nad progiem jego pająk wylazł ze szczeliny, gdyż w sieci ugrzęzła kolejna ofiara. Nic nie pomogła siła z jaką szarpała lepkie nici. Straciwszy siły wyczekiwała co nastąpi. Z ciemności nadchodziła okrutna śmierć.

***

Obudził się wcześnie rano wypoczęty i rześki. Miał około dwóch godzin do rozpoczęcia służby. Za oknem słonko łagodnie rozpędzało mgłę. Zbyszek zjadł spore śniadanie i wyszedł na dwór. Spojrzał w kierunku osady i przypomniało mu się tajemnicze światło. Nie zastanawiając się więcej ruszył kamienistą drogą ku wsi. Szło się łatwo, bo Osada leżała nieco niżej niż stacja. Dyżurny rozglądał się ciekawie na boki. Puste pola z dziką roślinnością nie zachęcały do zbaczania z traktu. Osnute oparami mgły zdawały się być groźne. Przyprawiały o dreszcze. Nie widać było na nich życia. Saren tak licznych w innych rejonach kraju. Ptaków kwilących między źdźbłami trawy. Czy choćby owadów. Zbyszek poczuł też ten nieprzyjemny zapach, który przyprawił go o mdłości pierwszego dnia. Nadal nie potrafił rozpoznać źródła owego doznania. Lekko krzywiąc się dotarł do pierwszych zabudowań Osady. Było weń niesamowicie cicho. Nawet wiatr zaprzestał targania drzewami. Zbyszek podszedł do budynku, który widział z okna stacji. Oślizgły od wilgoci, zielonkawy drewniany płot oddzielał go od budowli. W oknach nadal tkwiły szyby. Okiennice otwarte na całą szerokość ledwie się trzymały pordzewiałych zawiasów. Dyżurny odnalazł furtkę i próbował otworzyć. Rozpadła się na pojedyncze deseczki pod jego ręką. Wszedł do starego ogrodu. Chwasty opanowały zadbane niegdyś grządki. Mała karłowata jabłoń, pochylona na jedną stronę była jedynym drzewem owocowym widocznym wśród zarośli. Na jej gałązkach rosły przegniłe owoce o kolorze szarobrązowym. Dyżurny nacisnął olbrzymią mosiężną klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym zgrzytem. Z sieni buchnął fetor dawno niewietrzonego pomieszczenia. Mężczyzna wszedł do środka. Po lewej jego stronie stała olbrzymia drewniana szafa. Pokryta kurzem otworzyła się nadzwyczaj lekko. W środku Zbyszek dostrzegł ubrania. Powieszone na starych drewnianych wieszakach, były siedliskiem niezliczonych owadów. Wyłaziły z kieszeni bluzek i garnituru. Oślepione światłem chowały się w poły podomki i dziecięcej wyprawki. Dyżurny zamknął szafę z obrzydzeniem. Wszedł w głąb chaty. Na wygasłym piecu kaflowym stał zardzewiały rondel przykryty pokrywką. Mężczyzna wolał nie zaglądać do środka. Podszedł za to do stoły stojącego przy parapecie okna. Okno wychodziło w kierunku budynku stacji. Na środku stołu stała lampa naftowa. Wyglądała na używaną. Zbyszek uniósł ją i potrząsnął. Była pusta. W zbiorniczku na naftę przemieszczały się kawałki rdzy. Nie mogła świecić. Nie wczoraj. Nieprzyjemny zapach wywołujący mdłości nasilił się. Dyżurnemu zakręciło się w głowie. Wybiegł z ponurej chałupy wprost na trakt. Tam zwymiotował. Gdy tak klęczał do jego uszu doszedł śpiew. Było to wielogłos na dziecięcą nutę. Słów nie potrafił rozróżnić. Gdy wstał śpiew ustał, tak nagle jak się pojawił. Mężczyzna poczuł lęk. Nieznajomy, nieokreślony, duszący serce i rozsadzający głowę impuls z nikąd. Zaczął biec w kierunku stacji. Osada skryła się za resztkami mgły.

***

Zimna woda zmyła z ciała zapach i wspomnienie z wizyty w Osadzie. Gorąca kawa ożywiła nieco skołatany umysł. Telefon przypomniał o służbowych obowiązkach. Szedł towarowy od Mszany. Zbyszek wcisnął biały przycisk na telefonie i próbował wywołać czeskiego dyżurnego. Na próżno. Pod wjazdowym rozległ się gwizd oznajmiający przybycie pociągu. Zibi podał semafor na wjazd na stację. Zielona SM42 z trzema węglarkami wypełnionymi złomem wtoczyła się na równie i zamarła w peronie. Zbyszek wyszedł na zewnątrz by poinformować maszynistę o przyczynie postoju. Ten kiwnął ramionami ze zrozumieniem.
-Spokojnie, kiedyś też tak bywało. Dziś w nocy padało i kable pewnie gdzieś zamokły.
Zbyszek zapewnił, że będzie próbował.
– Odczekaj chwilę pomiędzy kolejnymi próbami. Poradził maszynista.
– Tyś z stąd? Zapytał Zbyszek.
-Pewnie, a co nie słychać akcentu?
-Słychać, tylko kto was tam rozróżni. Powiedz mi co się wydarzyło w Osadzie ?
Twarz maszynisty stężała. Przypominała minę Naczelnika, gdy kazał mu tam nie chodzić.
-Nikt tego nie wie kolego, nie łaź tam przypadkiem bo to przeklęta wiocha. Lepiej zamiast zadawać głupie pytania idź sprawdź co z moim wyjazdem. Maszynista zniknął we wnętrzu lokomotywy.
Dyżurny wrócił do telefonu i jeszcze raz wcisnął biały przycisk.
-Kralovec… wolna. Padło po chwili.
Zbyszek zablokował odstęp i aparat pozwolił podać semafor wyjazdowy. Lokomotywa zagotowała powietrze świeżymi spalinami i pociągnąwszy wagony zniknęła za głowicą rozjazdową. Maszynista zrobił to tak szybko, że Dyżurny nie sprawdził sygnałów końca. Zbyszek przeklął go w myślach i miał nadzieję, że tamten nie zostawił niczego na szlaku. Po paru minutach, gdy blok został zwrócony zadzwonił do Mszany i zapytał o skład. Potwierdzono mu, że miał tylko trzy wagony. Dyżurny z ulgą odetchnął. Za dużo dziś się wydarzyło. A może tylko się mu wydawało? Po dwunastej znów zadzwonił telefon. Kralovec zapowiadał powrót lokomotywy. Mszana wyraziła chęć przyjęcia. Zbyszek podał przelot. SM 42 grając obrzeżami spłynęła na dół szybko niczym wiosenna lawina. Ramiona semaforów opadły rażone podmuchem. Dyżurny słuchał z niepokojem protestów pędni i komory naprężaczy. Na szczęście nic się nie urwało. O trzeciej zwolniono go ze służby. Szlak zamarł w oczekiwaniu na lepsze jutro. Mężczyzna wyszedł przed budynek stacji i usiadł na ławeczce. Jego kumpel pająk grzał swe tłuste ciało w promieniach zachodzącego słońca. Sielanka trwała do wieczora. Kolacja smakowała jak nigdy. Zbyszek zjadł więcej niż zazwyczaj. Górskie powietrze robiło swoje. Kołdra choć nieco wilgotna roztoczyła przyjemne ciepło po kościach. Opadające powieki zahaczyły na chwilę o okno w kuchni. Osada była pogrążona w ciemnościach.

***

Ledwie słonko musnęło wnętrze domu Zbyszek był już na nogach. Coś nie mógł spać za długo. Zjadł coś i przepłukał trzewia ciepłą herbatą. Gdy mył szklankę usłyszał śmiech. Szybko zakręcił wodę i zaczął nasłuchiwać. Dziecięcy chichot dobiegał od frontu. Dyżurny zdziwiony wyszedł przed budynek i dostrzegł dziewczynkę. Machała różową wstążeczką umocowaną na drewnianym patyku i zaśmiewała się do łez.
-Hej !? Zawołał Zbyszek.
Dziecko zamarło i powoli podniosło wzrok. Dostrzegłszy mężczyznę na jego licu zagościł strach. Upuściła wstążkę i zaczęła uciekać w kierunku Osady. Buciki klekotały na kamienistej drodze. Dyżurny zareagował odruchowo i puścił się w pogoń. Dziewczynka była niesamowicie zwinna. Nie reagowała na krzyki Zbyszka. W pełnym pędzie minęli pierwszy dom we wsi. Potem następne. Znów pojawił się niemiły zapach. Zibi na to nie zważał, chciał zatrzymać dziecko. Mała zmierzała prosto do małego kościoła na środku Osady. Otoczony był niskim kamiennym murkiem. Za nim były grobowce. Poprzechylane i zarośnięte. Dziecko pchnęło bogato zdobioną furtę i przemknęło przez cmentarz. Dyżurny nie oglądał się na boki tylko przyśpieszył. Dyszał przy tym ciężko z braku powietrza. Mała wślizgnęła się do wnętrza świątyni przez uchylone drzwi. Zbyszek musiał zwolnić i poszerzyć szczelinę. Zajęło mu to chwilę, bo zardzewiałe zawiasy stawiały opór. Znalazł się w środku dusznej sali z drewnianymi ławami. Dwa okna przepuszczały mdłe światło pozwalające rozróżnić szczegóły. Część z siedzeń przegniła i rozsypała się. Monstrualny krzyż nad ołtarzem odchylił się od ściany. Figura Jezusa zerwała się z jego ramion i wisząc za prawą rękę chybotała się w rytm przeciągu. Korniki zdewastowały twarz rzeźby. Tłuste larwy trawiły drewno na wysokości ust. Zbyszek odwrócił wzrok. Szukał dziewczynki. Dostrzegł jakieś ruch przy głównej nawie. Powoli bojąc się, że najmniejszy ruch spowoduje upadek krzyża zaczął iść do przodu. Malutka rączka pomachała mu spod brudnej tkaniny przykrywającej ołtarz i schowała się pod nią. Dyżurny delikatnie uniósł brzeg owego całunu i dostrzegł błysk pary oczu. Bojąc się wchodzić do środka, pociągnął mocno za obrus i zerwał go. Pod ołtarzem siedział ogromny szczur. Miał olbrzymie złote ślepia, którymi usiłował odpędzić napastnika.
Zbyszek krzyknął z obrzydzeniem i cofnął się gwałtownie. Szczur rzucił się do przodu i rozorał zębami lewą dłoń mężczyzny. Ten krzyknął ponownie. Figura Jezusa oderwała się od krzyża i runęła na ołtarz. Setki malutkich drzazg z pękającego drewna rozprysło się na boki. Część z nich poraniło Zibiego. Kurz jaki się przy tym wzbił z podłogi zatykał płuca. Monstrualny krzyż zaczął trzeszczeć. Korniki i inne owady uciekały po wilgotnej ścianie za nim. Dyżurny na oślep próbował odnaleźć wyjcie ze świątyni. Gdy znalazł się na zewnątrz usłyszał huk padającego krzyża i krzyk. Krzyk małej dziewczynki. Potem wszystko ucichło. Gdzieś z nieba spłynął śpiew. Dziecięcy chórek starannie recytował jeden wers. Tym razem dało się rozróżnić słowa.
“kto do budki palec włoży,
ten do trumny się położy”
Jak zacięta płyta w kółko. Dźwięk ranił słuch i powodował ból. Nieprzyjemny zapach natarł na Zbyszka. Ten nagle doszedł skąd go zna. W dzieciństwie znaleźli z kolegami w lesie martwego konia. Zwierzę napuchnięte i rozdęte nie żyło od dawna. Trącili je kijem i trzewia rozwarły się. Roje much i brunatna ciecz o potwornym smrodzie wylała się na leśną ściółkę. To był ten zapach – zapach rozkładających się zwłok. Dyżurny zaczął biec. Mijał kolejne domy. Wreszcie znalazł się w budynku stacji. Nadal jednak słyszał śpiew. Ten zdwoił swoją intensywność. Zapach też podążył za nim. Wlewał się do ust. Powodował torsje. Dyżurny pochylił się nad muszlą klozetową. Uwolnił śniadanie. Nadal wszystko cuchnęło i przypominało tamtego konia znalezionego w lesie. Ręka ugryziona przez szczura paliła żywym ogniem. Dyżurny wszedł do wanny i starał się odkręcić wodę. Drzwi od łazienki nagle otworzyły się z hukiem. Na progu stała mała dziewczynka ze wstążką w ręce. Uniosła ją do góry i zaczęła wodzić w kółko. Śpiew rozległ się z nową potworną mocą. Jedna fraza powtarzana w kółko:
“kto do budki palec włoży,
ten do trumny się położy”
-Przestań, przestańcie !!! Zbyszek usiadł w wannie i zatkał uszy. Nadaremnie.
Dźwięk był jak żyletka, którą nacinano mózg. Ton jak sól sypaną zaraz za cięciem.
– Błagam. Szeptał Dyżurny spoglądając na dziecko.
Jego głos był coraz słabszy. Próbował wyjść z wanny i poślizgnął się. Głowa uderzyła w ścianę. Nowy ból zdusił stary i wyciszył śpiew. Zbyszek usiadł ciężko i rozkoszował się chwilą wytchnienia. Nie zwracał uwagi na dziewczynkę. Ta mocniej zaczęła kręcić wstążką. Kawałek materiału wirował jak śmigło samolotu. Znów pojawił się śpiew. Słowa nie uległy zmianie.
“kto do budki palec włoży,
ten do trumny się położy”
Dyżurny wił się jak wąż. Wreszcie odchyliwszy się nieco znów uderzył twarzą w ścianę. Potem jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Na sukience dziecka pojawiły się czerwone rozbryzgi. Przybywało ich z każdą chwilą. Nagle gdzieś rozległa się kolejowa syrena. Dziewczynka zamarła i zaczęła wycofywać się. Cichutko zamknęła za sobą drzwi. Stukot malutkich bucików wypełnił budynek i ganek od strony Osady. Zamarł jak drezyna wjechała na stację.

Później

Nowy patrzał z podziwem na zegar Naczelnika. Jego ojciec był zegarmistrzem i syn wiele widział, ale takiego cuda- nie. Wahadło działało jak hipnoza i umykały gdzieś słowa, które prawił jego właściciel.
-Za stacją jest opuszczona wieś. Nic tam ciekawego nie ma, więc nie zapuszczaj się tam pod żadnym pozorem. To jest polecenie służbowe…
Potem podwieźli go do Osady na miejsce służby. Gdy Nowy rozpakował swoje bagaże wyszedł na zewnątrz obejrzeć stację. Nad progiem dostrzegł owada. Tłusty czarny pająk odnawiał swoją sieć w oczekiwaniu na bogate łowy.
“Zawsze jakieś kolega”- pomyślał Nowy.
Zapadał zmrok. Nowy szykował się do spania. Jutro miał rozpocząć służbę na tym pustkowiu. Przechodząc przez kuchnię spojrzał przez okno. Dostrzegł mały jasny punkt. Tak jakby ktoś zapalił pojedynczą lampę naftową w opustoszałej wsi…

KONIEC

Wrocław; 26.09.2009r.

Powrót do listy opowiadań z 2009r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *