Znów mi się śniła Stalowa Maryśka. Wytwór ludzkich rąk oddany diabłu na służbę. Mimo nadludzkich wysiłków znów mnie pokonała. Boże drogi jak ja jej nienawidzę. Wiem, że to głupie, bo nienawidzić to grzech. Nienawidzić bliźniego swego, ja zaś nienawidzę przedmiot martwy, bezduszny i wykonany z zimnej stali…

***

Obudziłem się zmęczony. Zwykle kiedy w nocy spotykam Stalową Maryśkę jestem niewyspany. Powieki mam ciężkie jak z ołowiu, a w głowie działa hałaśliwy diablik. Usiadłem na łóżku. Było zimno, w piecu ogień zgasł gdzieś nad ranem. Jesienne poranki przesiąknięte mokrymi mgłami wkradały się do pomieszczenia każdą szczeliną. Po porannej toalecie wypiłem zimną herbatę z wczoraj i zjadłem kromkę wilgotnego chleba. Obiłem swe chude ciało w stary przetarty płaszcz i wyszedłem do roboty. Drzwi skrzypiały mi żałośnie na pożegnanie. Do stacji miałem niedaleko. To mi się udało. Jak przydzielali te nory służbowe, mi przypadła ta najbliżej posterunku. Chociaż tyle dobrego. Zaszedłem do mojego przełożonego toromistrza Pawlaka. Ten stary wysuszony przedwojenny pracownik PKP miał trudny charakter. Swoimi podwładnymi kierował ostro i bez cienia zrozumienia. Polecenia wydawał głosem nie znoszącym sprzeciwu. Zastałem go jak usiłował przeczytać, to co nagryzmolił naczelnik wydziału drogowego w cotygodniowym przydziale zajęć na działce.
-O Kowalczyk, jesteście wreszcie. Ruszcie swoją dupę tutaj bliżej i przeczytajcie, co tam od nas wymagają.
Podszedłem do drewnianego stołu pokrytego tłustymi plamami. Podkręciłem starą cieknącą lampę naftową. Żółtawy blask rozszedł się po pomieszczeniu. Zagubiona mucha zakręciła się pod sufitem. Zagłębiłem się w tekst, pisany starannym pismem osoby wykształconej. Powoli literowałem słowa Pawlakowi. Ten na potwierdzenie kiwał głową i skubał bokobrody. Kiedy skończyłem zadumał się i rzekł.
-Nic nowego, stary bełkot.
Potem sięgnął po papierosa. Wsadził go do ust, mnie nie poczęstował. Nigdy podwładnych nie częstował. Odwrotnie, nie miał oporów wsadzać łap do nie swojej paczki. Dym zawisł w powietrzu i połaskotał mnie w nozdrza. Pawlak zaciągnął się i zakaszlał.
-Rejony zostają po staremu. Idziesz w kierunku Bakoczyc, jak zwykle obchodzi cię stan toru i mostu nad Kamieńczykiem. Zobacz też na Żelazną Maryśkę, Dyżurny miał z nią kłopoty w nocy. Do roboty Towarzyszu.
Odwrócił się ode mnie dając mi do zrozumienia, że to wszystko. Jednak zawsze o czymś zapominał. Tak było i dziś.
-Wykres obchodu. Rzuciłem mu w plecy.
Odwrócił się wyraźnie zniesmaczony.
– Ten sam co tydzień temu…
– To przebukujcie datę, bo jak mnie MO złapie nie chcę mieć kłopotów. Podałem mu stary arkusz papieru. Sięgnął po ołówek i skreślił datę ważności. Splunął na swoją służbową pieczątkę i odbił ją poniżej skreślenia. Potem podpisał.
-Teraz zadowolony ?
-Teraz tak. Odparłem
-Narzędzia na zewnątrz budy.
Wyszedłem. Na zewnątrz czekały na mnie dwa klucze do śrub i wkrętów, kołki drewniane i zapas wkrętów, wziąłem ponadto miotłę i młot. Najpierw udałem się pod nastawnię. Był to jedno piętrowy budynek z pruskiej cegły. Ściany nosiły ślady po kulach. Jedno z okien miało zamiast szyb tekturę. Kiedy wchodziłem po schodach na górę, te skrzypiały niemiłosiernie. Dyżurny siedział nad telefonem i czekał na potwierdzenie dojścia pociągu. Ożywił się na mój widok.
-Idę na Maryśkę, boście staremu meldowali o kłopotach.
-A… ta szmata znów przestawić się nie dała, musiałem zwrotniczego z sąsiedniego okręgu wołać.
-Zrobił ? Spytałem z nadzieją.
-Gdzie tam.
-Dobra wchodzę na rozjazd, uważajcie, aby mi nóg nie poobcinać.
Dyżurny sięgnął pod stół i wyciągnął stamtąd tabliczkę z czarnym napisem “Obchodowy na rozjazdach”. Zawiesił ją na dźwigni. Zszedłem na dół i pożyczyłem od zwrotniczych bańkę z olejem. Część rozjazdów na tej stacji była jeszcze na klucze, ale Stalowa Maryśka leżała w torze głównym, i była uzależniona. Do niej pierwszej doprowadzili pędnie. Nazywaliśmy ją Maryśka od semafora M który najbliżej niej leżał. Z tym rozjazdem od początku były kłopoty. Jedyny który ocalał z wojennej zagłady i nie musiał być wymieniany. Podbito go tylko trochę i wymieniono podrozjazdnice i miał działać. Ale nie chciał. Pech, że miałem go w swoim okręgu. Zawsze wywijał mi jakieś numer. Niby wszystko grało, ale wystarczało odejść, by nie dawał się przełożyć. Stary Pawlak miał wtedy używanie i leciał po premii. Przede mną robił taki Józek z sąsiedniej wichury. Któregoś dnia ugrzązł w Maryśce i go osobowy przejechał. Szukali winnych i Pawlaka pojechali o niedopilnowanie rejonu. Od tej pory wysyłał nas co rusz na kontrolę Maryśki. Nieraz po dwa razy dziennie. Dbaliśmy o nią jak o rasowego konia. Czyściliśmy poduszki i podawaliśmy na świeży olej. Dokręcaliśmy wkręty i śruby z czuciem, tak aby nie przesadzić. Odkopywaliśmy kanał i czyściliśmy z liści. Nie pomagało. Powoli dotaszczyłem cały majątek dróżnika do rozjazdu. Położyłem wszystko w skrajni i rozejrzałem się. Pod wyjazdowym M drzemał skład wapniarek podczepionych pod Ty2. Był to biały towarowy z wapnem do cementowni. Za lokomotywą z pogiętymi wiatrownicami stał rząd wapniarek. Pył siwiutkiego wapna osiadł na ich zdezelowanych klapach. Były powyginane w różne strony od ciągłego uderzania o krawędź burty. Maszynista dostrzegł mnie ze swojej budki. Nie przejmowałem się nim. Najpierw podniosłem blaszaną obudowę kanału pędniowego. Wnętrze było czyste, a druty nie poplątane. Założyłem osłonę na miejsce i zabrałem się za czyszczenie poduszek. Starannie miotłą starłem starą warstwę oleju i brudu. Nalałem nowego z oliwiarki i roztarłem pędzlem. Zrobiłem to przy obu tokach szyn. Obejrzałem iglice czy nie są popękane, to samo czekało szyny łączące, opornice i samą krzyżownicę. Wszystko było w porządku, żadnych pięknieć, czy uszkodzeń. Dałem znak Dyżurnemu by przełożył rozjazd. Zaszumiały druty i iglice łagodnie przesunęły się do przeciwległych opornic. Sprawdziłem jaskółki. Działały tak jak powinny. Jedna zakleszczyła się ogonem a druga sterczała wolna. Oczyściłem i posmarowałem odkryte miejsca poduszek. Nagle dostrzegłem jakieś ślad na opornicy. Klęknąłem przy niej i sięgnąłem po szmatę, by oczyścić miejsce od smaru. Zwinąłem ją w kulkę i wsunąłem dłoń pomiędzy iglicę a opornicę. Poczułem lekkie drganie i coś kazało mi wstać. Iglica z hukiem docisnęła się do opornicy. Tam, gdzie przed paroma sekundami była moja dłoń. Kawałki brudnej szmaty sterczały spomiędzy stalowych szyn, przypominały rozgniecione mięso. Obejrzałem się w stronę nastawni. Dyżurny wpatrywał się we mnie, jakby widział po raz pierwszy. Szlag mnie trafił i cisnąłem narzędzia na ziemię obok rozjazdu. Pobiegłem do nastawni. Chwyciłem Dyżurnego za klapy munduru, aż mu patki poodpadały.
-Ty gnido zasmarkana, co robisz do cholery jasnej !!! Chcesz mi ręce pourywać ?!
Milczał głupio patrząc mi w oczy, więc z tego zdenerwowania trzasnąłem do pięścią w twarz. Upadł pomiędzy stolikiem a ściana i coś mamrotał. Doszedłem doń pragnąc jeszcze raz poprawić.
-Ja tej cholery nie dotykałem. Szeptał trzymając się za nos.
Spomiędzy palców ciekła mu krew. Mnie zaś znów ciśnienie skoczyło.
-A kto jak nie ty ?! Sama się przestawiła ?!
Nagle z tyłu ktoś chwycił mnie za płaszcz i uniósł w górę. Obrócił w powietrzu i znalazłem się na przeciw twarzy Naczelnika. Wściekłej i czerwonej jak barszcz. Postawił mnie na ziemi i zdzielił przez łeb grubą łapą. Bolało tak jakby ktoś zrobił to łopatą. Przed oczyma latały jakieś mroczki a w uszach proboszcz dzwonił na mszę.
-Co to za pieszczoty Panowie ?! Ryknął aż się regulaminy na ścianach zatrzęsły.
Z Naczelnikiem Kalotą żartów nie było. Nigdy nie przytulił, za to przyłożyć potrafił i robił to zawsze po prawie. Znaczy słusznie, bo się należało. Jeszcze się trząsłem z nerwów i od skarcenia, ale postanowiłem wyjaśnić zajście.
-Robiłem rozjazd jak ta menda, go przełożyła.
-Taaa, a jak żeś go robił ?
-Wsadziłem łapę między iglice a opornice aby smar zetrzeć.
-A zabezpieczenie było ?!
-Jakie zabezpieczenie, on do diaska wiedział… Wskazałem palcem na Dyżurnego.
-Słuchaj no Kowalczyk, bez zabezpieczenia to ty se możesz, co najwyżej w rozporku wkręty regulować. I to ostrożnie, byś ptaka nie przyciął. Jak łapę pchasz pomiędzy części rozjazdu, to włóż tam klucz, kamień czy inną twardą rzecz do cholery. Jasne ?!
-Tak… Odparłem ze spuszczoną głową.
-Co tak ?! W ten sposób to możesz księdzu w konfesjonale odpowiadać, gdy cię zapyta, czy o tyłku Janiny nie myślałeś zbyt często.
-Tak jest Panie Naczelniku !!! Ryknąłem.
Kalota zwrócił się teraz do Dyżurnego.
-Przestawiłeś rozjazd?!
-On mi nos złamał. Jęknął tamten wstając na nogi.
-Panie Dyżurny, w dupie mam wasz nos. Ja się pytam czy, żeście rozjazd przekładali.
-Ale…
-Jezu, jak moja stara podczas bzykania, pytam czy już a ona tak ale… co ale?! Pytam czy dotykałeś dźwigni?
-Nie…
-To co sama się przełożyła ?! Kalota wzniósł ręce do góry. Potem znów podszedł do mnie.
-Gdzie włożyliście łapę ?!
Zwątpiłem i próbowałem dojrzeć położenie dźwigni, ale mi ją zasłonił swoim olbrzymim cielskiem. Skupiłem się przez chwilę i odparłem zgodnie z prawdą.
-Między lewą iglicę.
Kalota odsłonił mi dźwignie. Była w położeniu zasadniczym. Lewa iglica odsunięta od opornicy. Dyżurny musiał ją wrócić. Nie miałem nic na swoją obronę. Spuściłem łeb i czekałem na wyrok.
-Zejdź na dół i poczekaj na mnie.
Zamknąłem za sobą drzwi i zszedłem na dół. Tam czekał już Pawlak. Uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Co jest Kowalczyk, słyszałem jak was tam na górze Kalota sztorcował?
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem zamiaru staruchowi wyjaśniać zajścia. Nie miało to sensu. W końcu za chwilę miałem wylecieć z roboty. Zaskrzypiały schody. Kalota schodził na dół. Podszedł do nas i podparł się pod boki.
-Wygląda na to, że musimy się pożegnać Panie Kowalczyk. Panie Pawlak rozliczycie z narzędzi i podpiszcie obiegówkę.
-Zaraz Panie Naczelniku, przypadkowo słyszałem całe zajście.
-Pawlak, przypadkowo to ja na ślubie “tak” powiedziałem…
-To już Pana sprawa Naczelniku. Pawlak przerwał Kalocie. Zabawiał się w kamikadze?
-Pan zapyta Dyżurnego o zeszły tydzień, jak też w nos dostał.
Kalota uniósł brwi ze zdziwienia.
-Co wy mi tu Pawlak ?!
-Ano za to samo dostał, bo Grochowskiemu paznokcie obciął jak ten Maryśkę czyścił.
Kalota wrócił się na górę. Poszliśmy za nim. Natarł na Dyżurnego jak wściekły byk.
-Panie Dyżurny co wy wyprawiacie. Zaraz jeszcze ode mnie w papę zarobicie. Za co Grochowski was pobił?
-Nie wiem Naczelniku, ale też twierdził, że mu zwrotnice przełożyłem.
-A przełożyliście?
-A jak Pan myśli. Dwadzieścia lat na nastawni pracuję i ani jednego wypadku. A jak mnie przenieśli tu, to już dwa razy w mordę dostałem. I wszystko za Maryśkę. Tak nie można. Wpisujcie sobie awarie do książki a nie walcie w ryja. Skoro rozjazd sam się przestawia to wymienić trzeba.
Kalota usiadł za stołem. Próbował to wszystko objąć myślami ale mu to nie wychodziło.
-To czego nie piszecie do diabła. Książka usterek czysta jak pupa niemowlaka ???
-A co mamy pisać, że rozjazd sam się przestawia. Że nas nie lubi?! Zamkną nas do wariatkowa Naczelniku. Rozsierdził się Dyżurny.
Kalota rzeczywiście patrzał na naszą trójkę jak na nienormalnych.
-Ciebie też rozjazd nie lubi? Wskazał na mnie palcem.
Opowiedziałem Naczelnikowi jak dbam o gada. Jak zawsze sprawdzam czy wszystko jest w porządku i jak po tym idą skargi na mnie, bo Maryśka nie działa. Jak mi Pawlak po premii jedzie…Naczelnik miał coraz większe oczy. Pawlak dodał, że gdyby Grochowskiego spytać, to by to samo powiedział.
-Tu jest istny dom wariatów. Czy jeszcze jakieś urządzenia nie lubią Jaśnie Panów ?
Milczeliśmy. Zrozumieliśmy, że lepiej dalszymi opowieściami nie pogarszać sprawy. Kalota wstał i uniósł obie ręce w górę.
– W dupach wam się poprzewracało. Rozumiem, że to przemęczenie i lepiej żeby tak było. Kowalczyk wracasz do pracy. Pawlak macie dopilnować, aby wasi podopieczni nie bili obsługi nastawni. A wy Dyżurny jak jeszcze raz dostaniecie w ryj, to macie przyczynę wpisać do książki usterek. Zrozumiano?
-Tak Panie Naczelniku. Odpowiedzieliśmy razem. Potem wskazano nam wyjście. Znaczy tylko mi i Pawlakowi, Dyżurny pozostał w budynku. Zszedłem na dół i wyciągnąłem rękę do Pawlaka.
-Dzięki za pomoc.
Burknął coś niezrozumiale i poszedł do swojej kanciapy. Wróciłem na rozjazd. Włożyłem na wszelki wypadek klucz między iglice a opornice. Dyżurny sterczał w oknie pokazując obie ręce. Wziąłem się za czyszczenie. Nagle znów poczułem drgania. Cofnąłem dłoń i iglica trzasnęła o opornicę. Wstałem. Dyżurny machał rękoma. Gdzieś z tyłu rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Obejrzałem się. Z budki stojącego parowozu wyszedł szeroki w barach maszynista. W lewej ręce miał mój klucz, na czole wielkie rozcięcie a w prawej szuflę. Zbliżył się do mnie wściekły i czerwony od krwi z rozciętej głowy.
-Ty gnoju, za co to ?
– To nie ja, to rozjazd! Odparłem zgodnie z prawdą.
Zamachnął się szuflą i trafił mnie w prawy policzek. Zgrzytnęły uwolnione z dolnej szczęki dwa zęby. Upałem na ziemię i dostałem jeszcze raz w brzuch. Zwinąłem się w kłębek. Dalszych ciosów nie było. Usłyszałem tylko.
-To nie ja, to parowóz.
Przeleżałem tak przez chwilę i podniosłem się na nogi. Maszynista wracał do parowozu, ale obejrzał się jeszcze i cisnął w moim kierunku klucz. Ten uderzył w szynę i rozpadł się na dwie części. Gdzieś z boku wyrósł Pawlak.
-O za klucz zapłacić będzie trzeba.
Nie miałem siły tłumaczyć co i jak. Podszedłem do rozjazdu i uniosłem młot w rękach. Nie wiem skąd zdobyłem na to siły. Potem opuściłem na iglicę. Trzonek zadrżał w ręku i myślałem że mi graba odpadnie. Uderzyłem jeszcze raz i jeszcze. Nagle rozległ się przenikliwy dźwięk. Coś jakby pękała struna od fortepianu. Przerwałem bicie młotem i otarłem pot z czoła. Iglica pękła i odspoiła się od reszty. Zupełnie przewrócona na bok leżała bezradnie na poduszkach.
-No i co Maryśka? Wysyczałem.
Pawlak delikatnie wyciągnął mi młot z dłoni. Odsunął i sam uderzył w drugą iglicę. W życiu nie sądziłem, że ma tyle pary w rękach. O dziwo druga iglica też pękła a wraz z nią opornica.
-Za co to ?! Spytałem
Pawlak tylko się uśmiechnął.
– Już ona wie za co.
Naszą dysputę przerwało pojawienie się Kaloty. Nic już nie mówił tylko oczekiwał wyjaśnień.
– Melduję Panie Naczelniku, że wykryto poważne uszkodzenia rozjazdu i próbowano je usunąć wszelkimi dostępnymi metodami. Wskutek działań rozjazd nadaje się do wymiany.
-Proszę wpisać to do książki i zamknąć tor.
Naczelnik odszedł. Jak kazał zrobiliśmy. Na drugi dzień olbrzymia koparka wyrywała Maryśkę z ziemi. Z sadystyczną satysfakcją i podnieceniem patrzałem jak stalowa łyżka dewastuje podrozjazdnice i inne części Maryśki. Wreszcie jak acetylenowe palniki tną ją na kawałki. Rozkoszny widok. Ze mną był Dyżurny i Pawlak. Kalota nie podzielał naszego entuzjazmu. Wszystko trwało równą godzinę. Potem wmontowano nowy rozjazd. Wróciłem do domu i tej nocy spałem spokojnie. Kiedy rano wypoczęty i pełen werwy stawiłem się w kanciapie Pawlaka. Ten przywitał mnie z kwaśną miną.
-Co jest Panie Pawlak?
-Dyżurny znów wczoraj wieczorem w ryj dostał.
-Taaa… a za co?
-Grochowski twierdzi, że semafor go nie lubi.
-Co na to Kalota?
-Zabronił wydawać torowym, ciężkich narzędzi.

KONIEC

Wrocław; 11.11.2008r.

Powrót do listy opowiadań z 2008r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *