Niedzielna wycieczka

SM 42 dostała zgodę na wjazd na tory wrocławskiej wagonówki. Wśród stojących tam wagonów będących własnością KSK Wrocław wybrano ten właściwy i rewident zarzucił sprzęg. Wagonem tym, był niebieski gospodarczy G10 na szprychowych kołach. Jego właśnie wytypowano do remontu. Lokomotywa rozpoczęła ostrożne spychanie wagonu w kierunku toru prowadzącego na suwnię lokomotywowni Wrocław Główny. Brama była otwarta, a sama suwnia zaryglowana. Maszynista z wielka rozwagą umieścił leciwy wagon na urządzeniu. Odczepiono lokomotywę i ta wycofała się trochę do tyłu. Miłośnicy podpłozowali wagon i urządzenie ruszyło. G 10 zakolebał się gwałtownie i posypały się zeń płaty rdzy. Ktoś westchnął głośno komentując stan techniczny wagonu. Jak zwykle wyglądało to tragicznie. Potem jak w pewnej bajce, gdy już wylano tony potu, brzydkie kaczątko zmieniało się w łabędzia. Suwnia znów zatrzymała się gwałtownie. Rozpoczęło się ryglowanie. Na semaforach wykwitło potwierdzenie, że rygiel trafił we właściwe miejsce. Miłośnicy zgromadzili się z tyłu wagonu. Ktoś wydał komendę. Rozpoczęło się ręczne spychanie wagonu z suwni. Zatrzymali go przy remontowanej lokomotywie Ls40. Znów unieruchomiono wagon płozami hamulcowymi. Zaczęły się oględziny. Ktoś otworzył drzwi ładunkowe i część ekipy weszła do środka. Drewniane ściany wagonu, ktoś pokrył płytami pilśniowymi i pomalował na ohydny brązowy kolor. Musiało to być bardzo dawno, bowiem farba złuszczyła się miejscami i odpadała płatami.
-Trzeba będzie to zdjąć, aby dostać się do desek.
Jeden z członków ekipy szarpnął za płytę. Odpadła bez oporu. Gwoździe na których się trzymała były lichego gatunku i się połamały. Zachęceni zaczęli odrywać pozostałe i wynosić je do kontenera do śmieci. Gdy zabrakło płyt do odrywania, ktoś umieścił w pudle halogen. Wtedy to po raz pierwszy zobaczyli te napisy. Były na wszystkich ścianach. Różnej wielkości i czytelności. Czasami w niektórych brakowało liter, lub były poprzestawiane. Najdziwniejsze było jednak to, że wszystkie przedstawiały tylko jedną frazę
Wochenendausflug nach Ramischau 9 September 1940
Zapadła cisza. Miłośnicy zgromadzeni przyglądali się odkryciu.
-Co to u diabła ma znaczyć?! Spytał ktoś nieśmiało.
Nie było odpowiedzi.

***

Jeszcze jeden raport mi został. Trzeba było wpisać mnóstwo służbowych określeń w przygotowane wcześniej rubryki. Niepotrzebne nikomu papierzysko przyprawiało mnie o mdłości. Na szczęście spojrzałem na zegarek. Dochodziła czternasta czterdzieści dwa. Wykonałem telefon do sekretarki szefa zapytując, czy ów jest jeszcze obecny. Jak to zwykle bywa, nie było go, już od dobrych trzydziestu minut. Cisnąłem raport na kupkę problemów przeznaczonych do rozwiązania jutro. Nie będzie mi gnida psuła popołudnia. Postanowiłem ostanie piętnaście minut swoje pracy wykorzystać bardziej twórczo. Zaparzyłem sobie kawusi i oparłszy nogi na biurku rozpocząłem jej degustacje. Ktoś załomotał w drzwi i wsadził łeb do mego gabinetu. Rozpoznałem Bogdana Z. Speca od rozkładów.
-O widzę, że Covalus zarobiony po pachy.
-Właź do środka, bo jeszcze ktoś zobaczy.
Boguś zamknął drzwi za sobą i usiadł na przeciw mnie.
-Co do domku przed czasem? Zadałem pytanie retoryczne.
-Mojej dyrekcji nie ma już od godziny, więc spadam.
-Mojej też, nawodnię swój organizm i robię to co ty.
-Mam coś fajnego Ci do pokazania, trzeba tylko zajść na szopę.
Boguś był prezesem miłośników kolei. Remontowali jakieś stare graty i kusili nimi sprejarzy na Dworcu Głównym. Postanowiłem sprawdzić, cóż takiego ma mi do pokazania. Wlazłem w siebie resztki mułu ze szklanki i zamknąwszy gabinet udałem się z nim do szopy. Tam podeszliśmy pod stary niebieski wagon. Chyba G10. Wyglądał strasznie. Deski ledwie trzymały się pordzewiałej ramy. Gdzieniegdzie w ogóle ich nie było. Farba złaziła płatami i snuła się po podłodze szopy.
-Jezu Boguś, on się zaraz rozleci. Wyraziłem głośno swoje obawy.
-Spokojnie…
Boguś szarpnął za drzwi ładunkowe. Zaskrzypiały straszliwie, ale się uchyliły. Mój przyjaciel wskoczył do środka. Zapalił umieszczony tam halogen. Ruszyłem w jego ślady. Musiałem uważać, brakowało niektórych desek od podłogi. Jeden nierozważny krok i można było znaleźć się w kanale pod wagonem. Stanąłem obok Bogusia i podążyłem za jego wzrokiem. Dostrzegłem mnóstwo napisów. Powoli podszedłem bliżej. Moje palce lekko muskały wyryte literki. Wszystkie znaczyły to samo.
Wochenendausflug nach Ramischau 9 September 1940
Niektóre napisy były większe, tak na szerokość palca. Wokół nich była brązowa otoczka.
-Wiesz co to jest Boguś ?
-Domyślam się, moim zdaniem to krew.
Niestety byłem tego samego zdania. Mimo upływu czasu na drewnie były ślady utlenionej krwi. Występowały tylko na jednej ze ścian. Leżące tam deski były bardzo zniszczone. Delikatnie oderwałem kawałek jednej z nich. Była niezagruntowana żadnym środkiem zabezpieczającym. Tak jakby, ktoś na szybkiego szykował wagon do jazdy i uzupełniał świeżym drewnem braki.
-Skąd macie wagon ?
-Z portu, stał tam jako gospodarczy.
-Nikogo nie zainteresowały te napisy?
-Były przykryte płytami pilśniowymi.
-Kto je przykrył?
-Chyba szkopy, bo gwoździe były stare.
Ciarki przeszły mi po plecach. Jakoś chłodno zrobiło się w wagonie. Wyszedłem na zewnątrz. Boguś zrobił kilka zdjęć tajemniczych napisów.
-Podeślij mi je na skrzynkę, spróbuję się coś dowiedzieć.
Boguś zamknął drzwi ładunkowe. Ktoś zgasił za nami światło. Wróciłem do domu.

***

Boguś powinien dostać w dekiel tak mocno, żeby mu odpadł. Zaraził mnie kurcze tym wagonem i zrobił to z całą premedytacja. Wieczorem na komputerze obejrzałem zdjęcia. Gdzieś w głowie gasły ostanie ogniska oporu i pojawiała się ciekawość. Na wstępie postanowiłem sprawdzić, czy w moim kochanym Wrocławiu hitlerowcy nie zlikwidowali, jakiegoś obozu koncentracyjnego. Zadzwoniłem do jednej babki, która już kiedyś pomagała nam przy jednej sprawie.
-Słucham. Ciepły kobiecy, choć nieco zaspany głos odezwał się w słuchawce.
-Czy mam przyjemność z Panią Anną Struzik?
-Taaak.
Spojrzałem na zegarek. Już wiedziałem, gdzie zrobiłem błąd. Przeglądanie zdjęć tak mnie pochłonęło, że straciłem poczucie czasu. Była dwudziesta trzecia trzydzieści. Lico mi pokraśniało, ale nie miałem już drogi odwrotu.
-Przepraszam, że tak późno. Covalus z tej strony.
-A, witam. Cóż tak ważnego sprawia, że łamie Pan wszelkie zasady dobrego wychowania, dzwoniąc do samotnej kobiety o tej porze?
-Pani Aniu, potrzebuję pilnie wszelkich informacji o obozach koncentracyjnych we Wrocławiu. Szczególnie daty ich likwidacji.
-Moment…
Chyba usiadła na łóżku. Próbowałem sobie wyobrazić jak teraz wygląda. To drobne ciało przybrane w koszulkę nocna. Coś zaczęło uwierać mnie w spodnie. Skierowałem myśli na inne tory.
-Obozy, dobrze zapisałam. Na kiedy?
-Jutro po południu?
-Coś się dzieje?
-Jeszcze nie wiem.
-Układ znowu ten sam, chcę to zobaczyć.
-Pasuje. Szermierz?
-Około szesnastej. Covalus, co ty knujesz?
-Sam jeszcze nie wiem… Dobrej Nocy Anno
-Nawzajem. Odłożyła słuchawkę.
Postanowiłem położyć się spać. Przed snem wydrukowałem zdjęcia tajemniczych napisów na ścianie G10.

***

W pracy byłem nieco przed czasem. Odwaliłem wszelka papierową robotę dla szefa, tak aby staruszek nie czepiał się moich czterech liter. Nie mogłem się doczekać spotkania z Anną. Zerwałem się nieco przed czasem, wtranżoliłem knyszę na dworcu i zaspokoiwszy swoje potrzeby ruszyłem do Szermierza. Gdy wszedłem do środka właściciel podszedł do mnie i zapytał.
-Pan Covalus?
-Tak
-Pewna Pani prosiła, aby to Panu przekazać.
Wręczył mi małą karteczkę złożoną w pół. Otworzyłem. Była na niej informacja.
Nie zdążę, czekam u siebie w pracy. Pokój 109.
Podziękowałem i udałem się do budynku instytutu historii. Pokój 109 był na pierwszym piętrze. Na drzwiach wisiała wizytówka profesor Anna Struzik. Zapukałem delikatnie. Usłyszałem pozwolenie na wejście do środka. Nacisnąłem na klamkę. Pomieszczenie było przestronne i wypełnione książkami. Anna siedziała za biurkiem na samym końcu. Nie zmieniła się od ostatniego spotkania. Łagodne oczy o niebieskiej poświacie wpatrywały się we mnie równie intensywnie co wtedy.
-Witaj draniu. Uśmiechnęła się.
-Dlaczego tak ostro? Spytałem.
-Jak nazwać faceta, który nie odzywa się przeszło rok, a potem dzwoni o dwudziestej trzeciej i ma interes?
-Covalus?
-Siadaj, kawy? Głupie pytanie.
Usiadłem za drewnianym biurkiem i poczekałem, aż Anna postawi przede mną dymiący kubek. Sama usadowiła się na przeciw i na coś czekała. Postanowiłem zaatakować, by znów nie zostać w tyle.
-Najpierw ty Anno.
-Dobra, więc sprawa wygląda następująco. Jeden z obozów wybudowano w 1942 roku w Breslau-Lissa. Więźniowie pochodzili z Polski, Związku Radzieckiego, Ukrainy, Francji i Czech. Budowali koszary dla SS i linie kolejowe. Pod koniec roku 1944 w Breslau-Lissa było 700-1000 więźniów. Teren dawnego obozu koncentracyjnego jest dzisiaj terenem wojskowym. Dalsze obozy powstawały w roku 1944. Obóz Breslau I powstał na terenie zakładów FAMO (dzisiaj DOLMEL) przy ulicy Grundstraße (dzisiaj ul. Fabryczna). Więźniowie pracowali na potrzeby przemysłu zbrojeniowego, przy silnikach samolotowych. Teren zakładów FAMO podczas wojny został prawie doszczętnie zniszczony. Obóz Breslau II znajdował się na terenie zakładów Linke-Hofmann (dzisiaj BOMBARDIER), również przy ulicy Grundstraße (dzisiaj ul. Fabryczna). Zakłady Linke-Hofmann zaliczano wówczas do największych i najbardziej dochodowych zakładów przemysłowych produkcji wojennej. Od 800 do 1200 więźniów pracowało przy produkcji wagonów i silników samolotowych jak i również przy bardzo ważnych dla przemysłu zbrojeniowego częściach do czołgów. Obóz Breslau Hundsfeld/Wrocław Psie-Pole powstał na terenie zakładów Rheinmetall-Borsig (ul. Kiełczowska). Pracowały w nim głównie kobiety, po dwanaście godzin dziennie, przy produkcji części do samolotów. Również tutaj, o istnieniu obozu w tym miejscu, przypomina pomnik.Gdy pod koniec roku 1944 front wschodni przesuwał się coraz bliżej w stronę Wrocławia, nastąpiła ewakuacja większości podlegających obozów. Więźniowie musieli przejść na pieszo do głównego obozu Groß-Rosen. Stamtąd byli przeniesieni w głąb Rzeszy – do obozu koncentracyjnego Buchenwald…
-Anno czy zlikwidowano jakieś obóz w 1940 roku?
-W 1940 ?
Podałem jej zdjęcia napisów w wagonie. Przyglądała się dokładnie. Potem zaczęła intensywnie wertować swoje notatki, raz po raz wspomagając się komputerem.
-W 1940 roku nie, ale wcześniej w 1938 następowało w Breslau nasilenie represji wobec gminy Żydowskiej. W listopadzie spalono i zniszczono synagogi. Ale nie było w mieście, przynajmniej oficjalnie obozu koncentracyjnego. Żydów przewożono do Buchenwaldu. Zresztą Covalus te napisy są dziwne. Ludzie zdawali sobie po części sprawę co ich czeka. Widziałam wiele takich wagonów. Były tam imiona i nazwiska, prośby o przekazanie wiadomości rodzinom. Ten wagon jest pokryty jednolitymi w formie napisami. To jest bardzo dziwne. Czy osoby idące na śmierć pisałyby Wycieczka…?
Przypomniały mi się historię z mordowania dzieci.
-Może to były dzieci? Myślałem głośno.
-Te napisy na dole, mogły wykonać dzieci. Ale czy sięgnęły by aż tak wysoko jak tu?
Anna podała mi moja fotografie. Wysmukłym palcem wskazującym zaznaczyła na nim jakieś obszar. Miała rację, dzieci nie mogły tego wykonać. Przynajmniej nie te położone wysoko.
-Może idziemy złym tropem? Mamy tylko jeden wagon i już przewidujemy najgorsze. Anna spojrzała mi w oczy.
Pod wpływem tego spojrzenia zaczęły pocić mi się ręce.
-Co do dalszej części napisów… Skierowałem rozmowę znów na właściwe tory.
-Tak…
-Ramiszów, nie kojarzy Ci się to z czymś?
-Niestety Covalusie, nie.
Sięgnąłem po kubek z kawą. Cała sprawa zaczęła się gmatwać. Bardzo gmatwać. Skoro historycy są bezradni, może po kolejowemu da się to ruszyć. Był to jakieś trop. Ramiszów istniał jako przestanek na linii 326 do Trzebnicy. Pojedyncza krawędź peronowa w środku lasu. Zlikwidowano go około 1944 roku. Trzeba mi było od razu pójść tym tropem. Pożegnałem się szybko z Anną, obiecując, że poinformuję ją o wynikach śledztwa.
-Zadzwoń jutro, może coś znajdę. Przytrzymała moją dłoń nieco dłużej.
Ja zaś zgodziłem się. Opuściłem pokój 109 i wykręciłem numer do faceta, który umoczył ze mną w wielu akcjach. Dyżurny Kalota jakby czekał na telefon. Zanim skończyłem opowiadać, zaprosił się do mnie na sobotę. Wcześniej obiecał coś co mogło mi pomóc.
-W czwartek jadę do Berlina. Znam tam jednego sympatyka, co grzebie w archiwach DB, podaj mi datę, będziesz miał składy kursujące w tym okresie.
Podałem mu to o co prosił. Sobota będzie ciekawym dniem.

***

Kalota nie zawiódł. W sobotę około południa wstąpił w me progi z obiecanymi informacjami i dodatkami do nich. Niestety przy całej rozmowie chciała, być też Anna. Zabijało to całą naszą spontaniczność. Kobietę mogłaby by ona przerazić. Wymyłem szkło i przygotowałem drobne przekąski. Dyżurny gaworzył z Anną wcale mi w tej czynności nie pomagając. Wreszcie, gdy usiadłem za stołem i dostąpiłem zaszczytu otwarcia dyskusji przedstawił wyniki swoich poszukiwań.
-Widzicie, sprawa była nieco mglista, ale mam coś. Mój kolega ustalił, że tego dnia w kierunku Trebniz wyruszyły następujące pociągi:
osobowe rozkładowe, sprawdziłem żaden z nich nie miał w składzie wagonów G10. Dwa towarowe zbiorcze, jeden z nich prowadził wagony G10, ale dojechały one do Trzebnicy. Gdy już traciłem nadzieję mój przyjaciel odnalazł służbową notatkę o wyprawieniu jeszcze jednego pociągu specjalnego. Macie ksero tej notki.
Odebraliśmy od Kaloty materiały. Notatka dotyczyła odprawienia pociągu specjalnego NS2 do Trzebnicy ze stacji Wrocław Nadodrze zgodnie z planem tj. 23.45.
-Polejcie Covalusie, bo mi w pysku zaschło, a jeszcze mam dużo do gadania.
W to nie wątpiłem, a że gardło Kaloty musi być nasmarowane spełniłem jego prośbę. Ten skrzywiwszy się nieco kontynuował.
-Co najciekawsze pociąg ten nigdy nie dotarł do Trzebnicy. W książce ruchu z tego okresu nie ma notatek. Natomiast są notatki ze stacji Sedlitz. Zapis o zmianie czoła pociągu prowadzonego przez parowóz G8 oraz o zmianie nastawy hamulca z ładowny na próżny. Oto notatki rewidenta.
Kalota uśmiechał się serdecznie. Anna nie bardzo łapała, o co chodzi. Ja zaś doznałem olśnienia. Szybko uzupełniłem szkło i zużyłem swój przydział, ku zdumieniu gości.
Zacząłem chodzić po pokoju.
-Jesteśmy w domu Kalota.
Anna zaprotestowała.
-Można jaśniej Panowie.
Klęknąłem na przeciw niej.
-Pani historyk skoro Szwaby zmieniły nastawę hamulca, znaczy że coś po drodze wyładowały. Jestem pewien, że w Ramiszowie.
-A ja mam na to dowody. Oto kolejna notatka dotycząca czasu przejazdu: Sacrau 0.15 Pawelwitz 2.00 Paschkelwitz 2.30 Sedlitz 3.00 A z powrotem Sedlitz 3.15 Paschkelwitz 3.45 Pawelwitz 4.15 Sacrau 4.38 Z powrotem znacznie krócej. Jedyna różnica na odcinku Sacrau- Pawelwitz a tam leży nasz Ramiszów. Jechali zresztą i tak bardzo wolno, bo wagony mieli w nienajlepszym stanie. Tak jakby DR nie chciała dawać do tego transportu czegoś, co miałoby jakąkolwiek wartość. Pociąg miał 6 wagonów G10 na haku. Wszystkie bez ważnej daty rewizji, dopuszczone tylko na ten kurs. Jednorazowo.
Kalota zwiesił głos. Zapadła cisza. Mnie po głowie chodziło tylko jedno pytanie- co do cholery wieziono tym pociągiem?

***

Impreza skończyła się, gdzieś w nocy. Anna poszła spać do osobnego pokoju, a my z Kalotą ciągnęliśmy dyskusję do późna. W niedzielę rano obudził nas obu zapach parzonej kawy i jajecznicy. Otworzyłem oczy i usłyszałem jak Anna krząta się w kuchni. Kalota również prowadził rozpoznanie. Kobieta nie pasowała do naszych rannych powstań. Delikatnie wstałem i bez pytania udałem się do łazienki. Zimna woda zmyła resztki rozmów i przebiegów z nocy. Zaraz po moim wyjściu odstęp zajął Kalota. Wszedłem do kuchni. Anna siedziała za stołem, a na nim rezydowała patelnia pełna jajek.
-Tylko to miałeś w lodówce. Uśmiechnęła się.
-Taaa. Stwierdziłem niepewnie.
-Siadaj, starczy dla wszystkich.
Zjedliśmy z Kalotą śniadanko, które postawiło nas na nogi. Od razu też naszły nas nowe pomysły co do dalszego poszukiwania. Odpaliłem samochód i pojechaliśmy na miejsce wyładunku- przystanek Ramiszów. Po minięciu wioski o tej nazwie skręciłem w leśną drogę, by po chwili przejechać ostrożnie nad zarośniętym torem. Tuż obok przejazdu rozpoczynała się betonowa krawędź peronowa. Po prawej stronie był las. Wyszliśmy z auta. Urządziliśmy sobie krotki spacer po okolicy. Niestety bez widocznych rezultatów. Wszędzie dookoła przyroda zamaskowała wszelkie ślady.
-Musimy tu wrócić z prawdziwymi poszukiwaczami. Stwierdziła Anna.
-Masz jakieś namiary? Zapytałem
Kiwnęła głową. Wyciągnęła telefon komórkowy i umówiła się z kimś na jutro. Z wyników rozmowy był niezadowolony tylko Kalota. Musiał wracać do siebie. Obiecałem, że będę informował go o wszystkim na bieżąco. Odwiozłem Annę do domu a Kalotę na dworzec. Około dwudziestej pierwszej zasnąłem snem sprawiedliwego.

***

Około piętnastej następnego dnia, pod budynek mej pracy podjechała terenowa bryka. W środku siedział brodaty młody człowiek przypominający pirata. Zaprosił mnie do środka. Z tyłu miejsce zajmowała Anna. Kiedy auto przeciskało się przez miejskie korki czasu było aż nadto, nawiązałem rozmowę, z której wynikało, że młody człowiek nie jest nowicjuszem w swym fachu. Pracował dla miesięcznika Odkrywca. Zajmował się eksploracją dolnośląskich pobojowisk. Często pomagał Annie w jej pracy. Samochód zakolebał się na nierównościach Ramiszowskiej drogi. Zaparkowaliśmy na polanie przy przystanku. Młody człowiek wziął do ręki wykrywacz metalu, a mi wręczył saperkę.
-Zanim rozpoczniemy grzebanie w ziemi, trzeba się rozejrzeć. Szukamy czegoś co nie pasuje do otoczenia. Oznajmił i poszedł w las.
Wraz z Anną ruszyliśmy jego śladem. Dwukrotnie minęliśmy miejsce, gdzie wczoraj spacerowaliśmy z Kalota. Potem młody człowiek przystanął. Wskazał przed siebie.
-Spójrzcie na tamte drzewa, są dużo młodsze od otaczających. Posadzone w równych odstępach. Tu nie prowadzi się gospodarki leśnej. Mają około sześćdziesięciu lat, sądząc po obwodzie pnia. Reszta jest dużo starsza. Zacząłem widzieć to co pokazuje. Drzewa wypełniały prostokąt o zbyt regularnej powierzchni. Ziemia była zapadnięta i część z nich przekrzywiła się na boki.
-Ziemia zapadła się nieco, ktoś tu coś zakopał.
Poszukiwacz włączył wykrywacz metali. Od razu usłyszeliśmy pisk. Zatrzymał się i poprosił o łopatę. Wykopał metalową puszkę po piwie. Dwa kroki dalej sytuacja się powtórzyła. Poszukiwacz był jednak twardy. Za jedenastym razem po wykopaniu czegoś przyklęknął. Pochyliłem się nad nim. Był to guzik przymocowany do kawałka zmurszałego płótna. Poszukiwacz ostrożnie rozkopywał ziemię. W końcu naszym oczom ukazała się ludzka kość. Młody człowiek wstał.
-Jest dość stara. Prawdopodobnie jest tu tego więcej. Leżała głębiej ale woda zmyła część gleby. Dalej już nie kopię. Groby to nie moja specjalność.
-Dzięki Mariusz, zawiadomię Policję i archeologów. Anna położyła mu dłoń na ramieniu.
Wróciliśmy do samochodu. Zadzwoniłem do Kaloty i poinformowałem go o makabrycznym odkryciu. Pozostało nam tylko czekać na to co powiedzą archeolodzy.

***

Do Ramiszowa przyjechałem w piątek. W pracy wziąłem sobie wolne. Teren był otoczony taśmami, a nad porządkiem czuwała policja. Nie chcieli mnie wpuścić, ale nad całością pieczę miała Anna i dzięki niej dostałem się na teren wykopalisk. Odkryto już pawie cały prostokąt. Wewnątrz dołu leżały szkielety. Były różnej wielkości. Niektóre z nich na pewno należały do dzieci. Anna położyła mi rękę na ramieniu.
-Tak się skończyła ich wycieczka. Zostali rozstrzelani.
Anna ubrała rękawiczkę i podniosła jedną z czaszek. Miała ona wyraźny otwór na czole. Inne wyglądały podobnie. Niektóre szkielety miały strzaskane żebra.
-Więźniowie? Spytałem cicho. Tak jakoś niezręcznie było mi mówić inaczej niż szeptem.
-Trudno powiedzieć, ale choć zobacz.
Poszliśmy za dół. Tam naukowcy staranie układali przedmioty znalezione przy zmarłych. Nie było tego wiele. Same guziki i coś jeszcze. Pochyliłem się nad stertą malutkich rzeczy. Gdy pojąłem to co widzę, moje usta wyrzuciły z siebie.
-Boże…
Przede mną leżały lalki i zmurszałe misie. Te które miały porcelanowe główki zachowały się w niezłym stanie, pozostałe nadgryzł rozkład. Odwróciłem wzrok.
-Smutne, ale prawdziwe. Z początku tez myślałam, że to więźniowie, ale żaden z nich nie ma przydziałowego pasiaka. Wszyscy byli ubrani w białe płócienne kitle.
-Pacjenci?
-Może.
Przez moją głowę przejechało brutto myśli. Kogo jeszcze hitlerowski reżym wystawił poza margines egzystencji? Anna nie potrafiła na to pytanie odpowiedzieć.
-Może trzeba poszukać w papierach… zajmę się tym jutro. Wpadniesz?
-Tak.

***

W sobotę byłem w pokoju 109 jak tylko najwcześniej się dało. Anna miała podkrążone oczy. Musiała pracować od samego rana. Sam zaparzyłem sobie kawy i usiadłam na przeciw niej.
-Co ustaliłaś?
Anna podała mi stos wydruków z komputera. Były tam też zdjęcia. Zacząłem czytać.

Akcja miała kryptonim T4. Miała na celu eutanazję osób psychicznie chorych i upośledzonych, oraz sterylizację osób mogących przenosić dziedziczne choroby umysłowe. Rozkaz do jej rozpoczęcia dał sam Adolf Hitler po konferencji 21 września 1939 roku w Sopocie. Wyznaczył lekarzy mogących wykonywać wyroki śmierci. 
(Reichsleiter Bouhler i dr med. Brandt są z mojego polecenia odpowiedzialni za rozszerzenie kompetencji lekarzy, którzy zostaną wymienieni z nazwiska, tak żeby osobom według wszelkiego prawdopodobieństwa nieuleczalnie chorym wobec zupełnie krytycznej oceny stanu ich zdrowia można było zapewnić łaskawą śmierć. podpis /-/ A. Hitler).
Łaskawą śmierć dawano najpierw za pomocą środków farmakologicznych. Te metody okazały się za drogie dla gospodarki III Rzeszy. Szukano tańszych sposobów eksterminacji. Problemem tym, zajęli się chemicy z urzędu policji kryminalnej. Jeden z nich, Albert Widmann zaproponował użycie tlenku węgla. Prawdopodobnie to sam Bouhler wpadł na pomysł wykorzystania gazu i trucia ofiar przy wykorzystaniu natrysków w łaźniach.. Szeroka akcja propagandowa spowodowała, iż społeczeństwo popierało działania władz… 
Potem były liczby. Straszliwe liczby, np na samym początku akcji zamordowano około sześć tysięcy dzieci, od niemowląt do dzieci w wieku 16 lat. Był też raport z miasta Breslau.
Miasto nie możliwości zorganizowania likwidacji osób dziedzicznie obciążonych w ramach T4. Brakuje wydzielonych pomieszczeń do tego typu działań. Szesnasty Batalion SS zobowiązał się do znalezienia tańszej metody oczyszczenia naszego miasta. Według wyliczeń całość będzie zakończona do dnia 18 stycznia 1942 roku.

Przestałem czytać.
-Anno to są ofiary akcji T4?
-Tak, choć długo się musiałam naszukać, ale tego dnia skreślono z ewidencji szpital dla ciężko upośledzonych psychicznie przy Trebnitter str.
-Gdzie tam był szpital?
-Dokumenty są niepełne, nie wiem za wiele. Była to jakaś prywatna placówka. Było w niej około dwustu osób. Większość dzieci.
-Jeżeli by ich upchać w pociągu, to by się zgadzało.
-Tak… Odnalazłam też nazwisko lekarza, dyrektora placówki. Doktor Peter Szteibach.
Podała mi zdjęcie. Patrzała na mnie poważna twarz naukowca.
-Co z nim?
-Dożył szczęśliwie lat pięćdziesiątych i zmarł w Köln. Dziś jego syn prowadzi tam renomowaną klinikę dla psychiatryczną.
-Poszedł w ślady ojca. Ciekawe czy też morduje swoich pacjentów.
-Nazwiska doktora Szteibacha nie ma na liście lekarzy, którym wolno było dokonywać eutanazji w ramach akcji T4.
-Może to jego samodzielna inicjatywa.
-Tego Ci nie powiem.
-Mam ochotę wybrać się na wycieczkę do Köln
-Myślę, że to nienajlepszy pomysł. Ale pojadę z Tobą.

***

Nie chciałem wiedzieć skąd Anna zdobyła pieniądze na samolot. Zabrała nas obu. Wcześniej jednak umówiła się z synem Petera Szteibacha. O dziwo się zgodził i nie protestował. Do spotkania doszło w jego klinice. Taksówka wjechała pod główne wejście. Wysiedliśmy z Kalotą i Anną. Przywitał nas niski Pan w garniturze. O dziwo dobrze mówił po Polsku.
-Doktor Szteibach wynajął mnie, abym pomógł mu w kontaktach z Państwem. W odróżnieniu od niego, mówię dość dobrze w Państwa języku. Sprawa jest oczywiście bardzo delikatna, ale mam nadzieję, że wyjadą stąd Państwo zadowoleni. Jeżeli tak w ogóle w tym przypadku można mówić. Proszę za mną.
Poszliśmy. Najpierw długi korytarz doprowadził nas do przestronnej sali konferencyjnej. Stała tam kawa i jakieś ciastka. Usiedliśmy za szklanym sterylnym tonem. Przedstawiciel wyciągnął czarną teczkę zamykaną na zamek i otworzył ją. Podał Annie jakieś dokument po niemiecku.
-Jest to fotokopia, poświadczona przez Rząd Republiki Federalnej.
Anna starannie przejrzała ów papier i następnie zwróciła się do nas.
-Mam przed sobą, odmowę Doktora Szteibacha uczestnictwa w akcji T4.
Przedstawiciel sięgnął znowu po nowy papier.
-Ojciec mojego klienta został zakwalifikowany jako jednostka niebezpieczna dla III Rzeszy i ukarany po przez likwidację placówki. Datę likwidacji wyznaczono na 9 września 1940 roku.
Resztę opowie Państwu jego syn. Pozostanę tu jako tłumacz.
Do pomieszczenia wszedł syn doktora. Był mężczyzną około czterdziestki. Przywitał się krótkim:
-Guten Tag.
Potem usiadł obok przedstawiciela i zaczął mówić. Głos miał chropowaty i bezbarwny. Powrót do tamtych czasów sprawił mu wyraźna trudność.

Ojciec założył klinikę około roku 1929. Leczył w niej lekkie przypadki schizofrenii, autyzmu i niedorozwoju umysłowego. Większość jego pacjentów stanowiły dzieci. Około sześćdziesięciu procent. Resztę to dorośli z bardziej zamożnych rodzin. Nie był to wielki ośrodek. Ojciec chciał, aby taki był. Miał stanowić alternatywę dla Państwowej służby zdrowia. Przynosił umiarkowane zyski, opłacane głównie przez notabli, którzy pragnęli zapomnieć o członkach rodziny w nim zamkniętych. Była niepisana umowa, Ojciec mógł leczyć, ale nie miał prawa zwracać się z czymkolwiek do rodziny chorego. Nawet, gdy ten umarł ośrodek sam wyprawiał mu pogrzeb. W 1933 do władzy doszła NSDAP. Pod koniec lipca 1933 roku, (z mocą obowiązującą od 1 stycznia 1934 roku), wprowadzono ustawę o zapobieganiu chorobom dziedzicznym. Przewidywała ona przymusową sterylizację w określonych przypadkach.
Dotyczyła ona następujących chorób:
– wrodzony niedorozwój umysłowy,
– schizofrenię,
– psychozy maniakalno – depresyjne,
– padaczki,
– pląsawica Huntingtona,
– wrodzona ślepota i głuchota,
– ciężkie wady rozwoju fizycznego
Na razie dotyczyła ona tylko Państwowych ośrodków. Ale wkrótce miało się to zmienić. Nie będę Państwa zanudzał kolejnymi tego działaniami ustawodawczymi. Mój ojciec też starał się ich unikać, licząc po cichu, że przeczeka. Wydawało się to prawdopodobne, bo ośrodek przestały nękać urzędowe pisma i ponaglenia. Do dnia 18 grudnia 1939 roku. Przyszło wtedy pismo nakazujące ojcu przekazać kartoteki do weryfikacji w ramach akcji T4. Na dokumentach widniało wiele sławnych nazwisk. Ojciec odmówił. Kolejne pismo przyszło w czerwcu 1940 roku. Trwała wtedy wojna i władze naszego miasta postanowiły załatwić problem psychicznie chorych. Zarządzono likwidację placówki dnia 9 września 1940 roku. Pismo oznaczone było jako ściśle tajne i pod groźbą kary śmierci zabroniono ojcu jego ujawniania. Nie wiedział on jeszcze wtedy co oznacza akcja T4. Zresztą złożył pisemną odmową uczestnictwa w jej działaniach. Dokument macie Państwo przed sobą. Ojciec nadal chciał przeczekać. Zresztą znając mechanizm działania Państwa liczył na przedłużenie się likwidacji w nieskończoność. Tym razem się pomylił. Dnia 9 września 1940 roku około godziny dwudziestej drugiej pod ośrodek podjechały ciężarówki przykryte plandeką. Essesmani szczelnie otoczyli budynek. Do gabinetu wszedł dowódca jednostki i nakazał ojcu przygotować pacjentów do wywiezienia. Gdy ten chciał zadzwonić do kogoś, został uderzony w twarz. Dzieci zaczęły krzyczeć w swoich celach. Rozległ się straszliwy rwetes. SS-man nakazał zapanować Ojcu nad wszystkim. Ten polecił, by podano pacjentom środki uspakajające. Potem rozpoczął się załadunek. Tak jak stali w białych fartuchach z rękawami zawiązanymi z tyłu. Szli potulnie, żołnierze nie musieli używać siły. Pokrzykiwali tylko od czasu do czasu. Gdy załadowano ciężarówki Ojciec podszedł do każdej z nich i powiadomił przerażonych, niezdających sobie sprawy z tego co się dzieje pacjentów, iż jadą na wycieczkę. Od oprawców wydobył miejsce przeznaczenia- Ramiszów. Ciężarówki podjechały pod małe wejście Dworca Nadodrze. Ojciec pojechał z nimi. Wyładowano ludzi i kazano im iść na peron. Było ciemno, wielu z nich potykało się upadało. Ojciec pomagał im stanąć na nogi. Upchano ich w starych rozlatujących się wagonach. Pociąg ruszył powoli. Ciągle coś nawalało i musiał się zatrzymywać. Kolejarze bili młotkami po kołach. Ojciec był w pierwszym wagonie z dziećmi i dorosłymi. Wybuchła panika. Wtedy to wymyślił zabawę w pisanie po ścianie. Znalazł małego gwoździa i wyrył napis Wochenendausflug nach Ramischau 9 September 1940 Nie wiedział jaki jest dzień. Ale pacjenci bardzo lubili niedzielne wycieczki i uspokajali się na ich wspomnienie. Ojciec kazał im poszukać gwoździ i wyryć coś podobnego. Po ciemku macali litery i w trzęsącym się pudle starali się powtórzyć napis. Niektórzy nie mieli gwoździ więc robili to palcami. Tak dotrwali do miejsca przeznaczenia. Tam uchylona wrota i kazano im wysiąść. Dzieci zobaczyły las i ucieszyły się. Ojciec nie mógł powstrzymać łez, ale starał się, aby pacjenci tego nie widzieli. Kazał im wszystkim iść za panem w czarnym mundurze. Posłuchały i cała grupa poszła za SS-manem. Zaintonowali piosenkę. To samo co śpiewali na niedzielnych wycieczkach. Ojciec szedł z tyłu. Żołnierz przytrzymał go za rękę. Dostrzegł wykopane doły. Potem rozpoczęła się rzeź. Zagrały karabiny maszynowe. Oni nadal śpiewali, dopóki nie padł ostatni z nich. Potem żołnierze wrzucali ciała do dołów… Ojciec powiedział mi o tym tuż przed śmiercią. Do samego końca nosił brzemię kata. Podpisał papiery o tajemnicy państwowej. Pod spodem napisano, że jak piśnie słowo to wraz z całą rodziną wyląduje w Buchenwaldzie. Oto cała historia Drodzy Państwo. Historia Petera Szteibacha.

Syn skończył mówić. Przeprosił i wyszedł. Widziałem łzy w jego oczach. Pełnomocnik skończył spotkanie. Zaproponował, że odwiezie nas na lotnisko. Z okien samochodu patrzałem na mijane budynki i nieznane ulice. Nigdy wcześniej nie byłem w tutaj. Była to dla mnie niedzielna wycieczka.

KONIEC 

Wrocław 11.02.2008r.

Powrót do listy opowiadań z 2008r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *