Opowiadanie drogi

Budzik szykował się do ataku, ale go uprzedziłem. W ciemności wcisnąłem blokadę wystającą zza dwóch dużych srebrnych talerzy. Delikatnie obróciłem się na bok. Moja Żona jeszcze głęboko spała. Miała korzystać z tej przyjemności jeszcze przez całe sto osiemdziesiąt minut. Patrząc na jej pogrążoną w spokoju twarz, poczułem tęsknotę za bliskością. Zamiast opuszczać ciepłe łoże chciałem wtulić się w jej ramiona i tak pozostać do końca dnia. Rzeczywistość, w której żyłem nie podzielała tego typu fanaberii. Budzik swoim głośnym cykaniem przypomniał mi, że straciłem już całe pięć minut. Była czwarta sześć. Ostrożnie bez zbędnego chaosu ustawiłem swe ciało do pozycji siedzącej i zmusiłem nogi by dotknęły zimnej podłogi. Proces wypędzania resztek snu wyraźnie przyśpieszył. Odnalazłem, nie bez trudu kapcie i udałem się do łazienki. W międzyczasie oddzieliłem sypialnię od reszty mieszkania solidnymi drewnianymi drzwiami. By moja mała iskierka mogła cieszyć się rozkoszą ciszy i ciemności. Toaleta przebiegała tak jak zawsze. Szereg zaplanowanych czynności, przy mdłym świetle czterdziestowatowej żarówki. Energia elektryczna była teraz na wagę złota. Piąty stopień zasilania wymagał poświęceń. Spodnie od munduru leżały starannie zaprasowane na pralce. Podobnie było z koszulą. Na iskierkę można było liczyć w tej kwestii i wiele innych. Czas udać się do kuchni. Tam krótka kontrola rozkładu, na starym ślubnym zegarze z porcelany i nadrabiamy opóźnienie. Dwie kromki leżące na stole przystrajam grubą warstwą smalcu z cebulką i skwarkami. Odkładam słoik do lodówki. Tam straszy talerz po niedzielnej porcji kiełbasy. Z wędlinami podobnie jak z prądem, a może i gorzej. Wrzątek buzuje na kuchence. Zalewam wielki aluminiowy kubek i wsypuję doń grubo mielonej herbaty. Resztę wlewam do termosu z wielkimi czerwonymi różami. W środku jest kawa, zbożówka pomieszana z resztką prawdziwej. Tu też wystąpiły przejściowe trudności. Zakręcam termos i wraz z dodatkowymi pajdami suchego chleba wciskam do ogromnej kolejarskiej torby. Zasiadam za stołem i wciskam zęby w śniadaniowe porcje. Smakują codziennością i nie jest to zły smak. Przyzwyczaiłem się do niego. Gorąca herbata patroszy trzewia i rozbudza jelita. Czas wychodzić. Służbową czapkę wkładam ostrożnie do torby, zaś na głowę wędruje ruska uszatka. Za oknem minus piętnaście, wolę nie ryzykować. Stary skórzany płaszcz opinam dokładnie wokół chudej talii. Gaszę światło i wychodzę na klatkę schodową. Zamykam dokładnie drzwi i wzywam windę. W tym ponurym betonowym świecie, dostrzegam puste butelki po mleku ustawione na wycieraczkach. Dziś znowu mleczarz zaspał, albo uwięziła go aura. Zgrzytając i jęcząc niesamowicie dźwig przybywa na me piąte piętro. Dwukrotnie muszę trzasnąć drzwiami, bo nie chcą zadziałać. Potem zasuwam żelazną kratę. Też dwukrotnie. Winda rusza w dół. Sądząc po odgłosach jakie wydaje, powinienem powiedzieć spada hamowana przez stalowe liny. Odruchowo wychodzę z wiatrołapu nie oglądając się na boki. Zimny pył uderza w me lico i hamuje oddech. Byle do przystanku linii dziewięć. Jest nieopodal. Na ulicy pusto. Nie przemyka żaden samochód. Wczoraj cos mówili o problemach branży paliwowej. Nie słuchałem zbyt dokładnie, ale chyba coś w tym musi być- ruch zamarł. Na szczęście pociągi miejskie są na prąd. Aby nie podburzać narodu nasz rząd stara się im go dostarczać bez planowanych wyłączeń. Pisk hamulców i dźwięk rozwieranych drzwi każe zapomnieć o problemach i polityce. Siadam na twardym drewnianym siedzeniu i staram się przyjąć jak najbardziej skuloną pozycję. W tramwaju typu N nie jest za ciepło. Powieki same opadają w dół. Za nie czuwa mózg. Rejestruje wstrząsy wywołane przez kolejne zwrotnice na skrzyżowaniach i odlicza kolejne postoje. Podnoszę się z siedziska i chwytając swą torbę pod ramię opuszczam dziewiątkę. Tramwaj dzwoni i rusza w dal. Przede mną bryła dworca głównego. Wchodzę na trzeci peron i rozglądam się. Na pierwszym TKt48 z trzema wagonami, poranny do Kluczborka. Na drugim Pt 47 z obcej szopy. Szukam w pamięci pociągu i identyfikuje skład jako pośpieszny do Katowic. Trzeci peron jest pusty. Na czwartym stoi spalinowóz SP 45, pewnie opóźniona Jaworzyna. Idę do końca i mijam groźną tablicę z czarnymi literami. Do połowy jest przysypana śniegiem, ale jej przekazu zdążyłem się już nauczyć na pamięć. TEREN PKP- nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Schodzę na ziemię pod jej strażą i kieruję się na nastawnie. Nie zdążyłem ujść nawet dwóch kroków, gdy z białego mleka wyłoniły się dwie zgarbione sylwetki.
-Dzień dobry obywatelu, pozwolenie na przebywanie jest?
Sięgnąłem do wewnętrznej kieszenie i jak co dzień podałem im odpowiedni papier. Nawet nie czytali. Złożyłem starannie dokument i umieściłem go w foliowym woreczku. Całość włożyłem do portfela. Na nastawni nikt nie wystawał na zewnątrz. Na szczęście na ścianie był dzwonek. Użyłem go i w okienku pojawiła się znajoma twarz. Patrząc na mnie z góry ryknęła.
-Czego tam?!
Podniosłem wzrok.
-Ty Mieciu się nigdy kultury nie nauczysz, zjeżdża coś do szopy?
-A… to ty, zaraz sprawdzę Panie kulturny.
Do parowozowni było jakieś trzy kilometry wzdłuż toru. Ale przy pogodzie, takiej jak dziś, ta odległość wzrastała wielokrotnie. Dyżurny zniknął na chwilę w swoim ciepłym królestwie. Starannie zamknął okno i nie było go sporą chwilę. Po upływie tego czasu wychylił się uzbrojony w karbidówkę i zaczął nią wywijać koła Od strony peronu nadjeżdżał parowóz tendrem do przodu. Posłusznie stanął pod nastawnią. Wspiąłem się na schody. Była to nasza maszyna Ty42. Ktoś z budy podał mi rękę. Dyżurny podał sygnał do dalszej jazdy. Ruszyliśmy. Wewnątrz Stasiu Tarkowski poklepał mnie po plecach.
-Co chodzić się nie chce?
-Stachu, w taki ziąb…
-Ano, nawet psa bym nie wypędził.
-A strażnicy stoją. Uśmiechnąłem się.
-Nagrzeszyli to odpokutować muszą.
-Obracacie się?
-Nie jutro lokalny do Bogdanki.
Pomocnik otworzył drzwi od paleniska. Zrobiło się miło i ciepło. Powoli zabrnęliśmy pod posterunek WG 34. Stefan zahamował i wychylił się. Nie słyszałem rozmowy. Padający śnieg zdawał się zagłuszać wszystko.
-Walimy po 344 do szopy.
-Zastopuj przed budynkiem, muszę do Dyspozytora. Poprosiłem Stacha.
Zrobił tak jak chciałem. Dobry był z niego człowiek. Pożegnałem się i zlazłem na dół. Do Dyspozytora prowadziły stalowe schody przymocowane do ceglanej ściany. Trzeba było bardzo uważać śliskie jak cholera. Na piętrze przechodziłem się przez wysoki korytarz. Była tam tablica służb. Przyjrzałem się jej. Nie najlepiej to wyglądało. Połowa drużyn na zwolnieniu. Moje nazwisko odnalazłem w starym miejscu przy Ty2 019. Niestety dalej było gorzej. Ktoś białą kredą napisał jedno niemiłe słowo- zbiorowy. Ciężka i niemiła służba, a przy tym długotrwała. Jak znam życie, to pojedziemy bez obsady konduktorskiej i sami będziemy przerabiać skład. Pozostało mi to sprawdzić. Zapukałem do metalowych drzwi. Otrzymałem pozwolenie wejścia. Dyspozytor siedział za stosem papierów i wyglądał jak wielki generał planujący natarcie. Chyba sytuacja strategiczna nie była najlepsza, bowiem minę miał marsową.
-Witam. Zaznaczyłem swoją obecność.
-Covalus, papiery leżą przed tobą.
Wziąłem plik dokumentów opatrzony moim nazwiskiem. Najpierw zbiorowy do Zebrzydowic. Tam przerabiamy skład i podłączamy się do dwóch ryflaków na Franowo. Wedle rozkładu we Franowie jestem około piętnastej. Dalszych zapisów brak. Byłem lekko zdumiony. We Franowie nie było warunków do odstawienia Ty. Moje godziny się tam kończyły.
-Dyspozytorze, co ja w tym Franowie z lokomotywą zrobię. To się trochę kupy nie trzyma. Zamarudziłem odważnie.
Dyspozytor spojrzał na mnie zza stołu.
-Widzicie Covalus, sprawa nie jest prosta. Zachorował Brzezinski i Radek. Grafik się powalił. Nie mam czym zatkać dziury. Aby dopiąć obieg musicie mi pomóc. Pomożecie?
Dyspozytorowi raczej nie odmawiałem. Facet był dobry dla ludzi i jeszcze nikogo nie skrzywdził. Na ostatniej masówce obiecał dodatkowy deputat. Dotrzymał słowa. Prosiłem o urlop jak mojej iskierce ciężko się zachorowało. Dostałem. Nie wypadało.
-Pomogę.
-To dobrze, obrócicie się we Franowie i wrócicie z lokalnym do Zebrzydowic. Tam odstawicie ryflaki na boczny wedle rozkazu i poczekacie aż miejscowa fabryka porcelany zwróci wagony. Wrócicie z nimi na naszą grupę towarową. Potem zdacie maszynę. Uprzedzając wasze pytania, papiery są na Kromera i Wandycza. Mają służbę jutro, ale tylko na przetoku. Godzinowo będzie się im zgadzać. Natomiast zobowiązałem ich do wyrównania wam za te przepracowane godziny. Księgowa wie, i pieniążki dostarczy mi. Wam pozostanie je tylko odebrać. Inaczej nie mogę, bo przepisy nie pozwalają.
Dyspozytor przerwał. Ja zaś analizowałem jego słowa. Układ był jasny i klarowny. Pozostał jeszcze problem mojej Iskierki, aby się nie martwiła.
-Sie wie Dyspozytorze, zawiadomicie mi babę w domu, żeby larum nie podniosła.
-Zawiadomię osobiście, o której mam dzwonić?
– Wstaje o siódmej.
-Załatwione. Dyspozytor wyszedł zza stołu i podał mi rękę. Wiedziałem, że jak ojczyzna w potrzebie to nie odmówicie.
-Ojczyźnie się nie odmawia Towarzyszu Dyspozytorze.
Wyszedłem na zewnątrz. Powoli sturlałem się ze schodów i wszedłem do hali głównej. Przesiąknięta dymem z rozpalanych maszyn i ciepła epatowała matczyną miłością. Mijałem szykowane do służby maszyny. Obsługa smarowała wszystkie części. Palacze parowozowni zdawali ciepłe smoki. Służby mechaniczne usuwały niegroźne defekty. Przypominało to mrowisko. Każdy był malutką mrówką w potężnym państwie. Ze swą ściśle określoną rolą, był niezwykle ważny. Spektakl zwany koleją składa się z ogromnej ilości monologów szarych ludzi, których nazwisk nie sposób spamiętać. Wszystkie one są ważne i tak istotne, że gdy zabraknie choćby jednego aktora sztuka może skończyć się katastrofą. Ruszyłem patrząc pod nogi do swoje maszyny. Tuż przed nią przywitał mnie Józek. Józek był tu od dawna. Tak długo, że nikt nie pamiętał od kiedy. Pełnił funkcję palacza parowozowni. Zgarbiona sylwetka, naznaczona była zębem czasu. Pochylona lekko do przodu. Jednak ręce nadal miał pieruńsko silne i niejednego mógłby pokonać w szuflowaniu.
-Witam Pana Mechanika.
-Sie masz Józku, jak maszyna?
-Rozpaliłem około trzeciej. Powinniście mieć pary, aż nadto. Dopilnowałem tych z mechanicznego, aby zrobili to co Pan Mechanik w książce awarii wpisał. Nie smarowałem tylko, bo wiem, że tego nie lubicie.
-Odpocznijcie Józku, wiązary sam nasmaruje. Znam tego grata jak własną kieszeń. Wiem co mu dolega i gdzie trzeba dołożyć więcej, gdzie mniej. Jak ja tego nie zrobię, będzie marudził na szlaku.
-Jasne… wy Mechanicy jesteście tacy sami. Każdy sam.
Józek machnął ręką i poszedł do swojej kanciapy. Wgramoliłem się do kabiny. Było ciepło i przytulnie. Sprawdziłem manometry i wodowskazy. Dwójka jeszcze drzemała. Woda łagodnie bulgotała w rurach. Schowałem torbę do szafki a za nią płaszcz. Narzuciłem na mundur drelichową ochronkę. Teraz należało czekać na pomocnika. Nie powinno się maszyny samej zostawiać, a Józka nie chciałem frasować. Zbychu był lekko spóźniony. Gdy dotarł do budki, kręcił głową zdegustowany.
-Cześć pracy, ledwie zdążyłem. Autobusy dziś kursują co drugi. Niech ich szlag. Jakieś problemy z paliwem.
Uścisnąłem mu dłoń ze zrozumieniem. Tam, gdzie mieszkał nie docierały tramwaje. Nie miał wyboru. Podałem mu papiery. Gdy je przeczytał zaklął brzydko i trzasnął pięścią o ścianę tendra.
-Zajadą nas do cholery.
-Nie mogłem odmówić, nie po ostatnim.
Zbychu rozumiał. Zbuntowaliśmy się o jeden raz za dużo. Nasze nazwiska padły na masówce, dostało się wyżej. Potem odwiedzili nas smutni panowie w płaszczach z kołnierzami na sztorc. Zbycha syn oblał medycynę, a moja Iskierka miała niewyjaśnione problemy w swoim zakładzie. Dobrze, że nie mieliśmy dzieci bo im tez by się dostało.
-Mówi się trudno Covalus. Jakoś damy radę, jutro oczywiście bez zmian.
-Robimy, tak jak dziś tylko planowo osiem godzin od czwartej. Nie ma co dywagować, trzeba smarować. Pilnuj maszyny ja się uwinę. Jak zostanie mi tender gwizdaj na suwnię.
Wyciągnąłem z szafy dwulitrową oliwiarkę. Józek zadbał, że była pełna. Obok stały cztery kanistry z pompami. Powinno wystarczyć. Wziąłem jeden i poprosiłem Zbycha, aby mi go podał. Przechwyciwszy ciężar ostrożnie zestawiłem go na posadzkę. Zacząłem od wiązarów. Odkręcałem powoli korki i wlewałem w otwory życiodajne smarowidło. Nadmiar starannie wycierałem szmatą. Obejrzałem stop na panewkach i czopy. Wszystko było w porządku. Podobnie z drugą stroną. Tender też nie potrzebował za wiele. Wytargałem kanister z powrotem i wraz z rękawicami i olejarką wstawiłem do szafy. Zbychu podniósł ciśnienie i przywołał suwnię. Wychodziliśmy po bliźniaczym Ty2. Gdy tylko zaryglowano, dano nam znak. Światła nawaliły tydzień temu i nie miał kto naprawić. Delikatnie musnąłem przepustnicę. Para natarła na tłoki. Biały gorący oddech wypełnił wszystko dookoła. Syk wściekłej siły walczył z prawem tarcia. Wreszcie dwójka oderwała swe koła od toru postojowego i zaczęła pełznąć ku suwni. Najpierw zszedł przedni wózek, potem reszta. Tender zachybotał się na nierównościach styku. Woda w wannie zafalowała. Operator ciągle dawał na siebie. Musieliśmy się zmieścić idealnie. Wreszcie pokazał stój. Zahamowałem. Odryglował i poszliśmy łagodnie w bok. Ku światłu bramy wyjazdowej. Zakotwiczyliśmy tam dość szybko i kazano nam opuścić szopę. Znów delikatnie musnąłem przepustnicę. Musiałem ją obudzić. Nie chciałem czynić tego zbyt gwałtownie. Ruszyła posłusznie i nazbyt chętnie jeśli weźmie się pod uwagę panującą pogodę. W bramie nie wystawiałem łba, bo brak skrajni mógłby mi go odjąć. Przed wjazdem na grupę towarową musieliśmy jeszcze wziąć wodę. Normalnie czyniliśmy to w peronach, ale tym razem tam nie jechaliśmy. Grupa zaś okazyjnie obrządzała parowozy i żurawie wycięto. Ot oszczędność. Kant bramy zniknął za tendrem. Wystawiłem twarz na zewnątrz i zaraz tego pożałowałem. Nie było widać dosłownie nic. Cale szczęście, że ten rejon znałem na pamięć. Lokomotywy wypuszczano w odstępie jednej tarczy manewrowej. Dwója przed nami musiała już minąć. Taką miałem przynajmniej nadzieję. Koło posterunku kontrolnego dałem głośne baczność. Wyszedł ku nam posterunkowy.
-Musimy wziąć wodę !!! Dawaj nas pod wolny żuraw !!!
Zrozumiał. Wraz ze zwrotniczym ruszyli ułożyć drogę. Docelowo mieliśmy wylądować na torze 338, pod wolnym kranem nr 6. Mechaniczna tarcza ustawiła się kantem do mnie. Białego światła i tak nie było widać.
-Podali, Zbychu jedziemy pod szóstkę, jest po twojej stronie. Daj znać kiedy stanąć.
Znów do przodu. Modliłem się, aby już wreszcie wzeszło słońce. Niestety ono łaskawie wychylało łeb po siódmej. A mięliśmy dopiero kwadrans po szóstej. Zbychu wypatrywał żurawia.
-Dwa tendry przyjacielu, jeden, pół stóóóój. Pójdę odkręcić.
Obok każdego żurawia ustawiono koksownik. Obuto je w duży płaszcz ze słomy. Odpowiednie służby czuwały, aby nie zamarzły. Zaczęła szumieć woda. Pomocnik zawisł na drabince tendra wpatrzony czujnie w jej poziom. Nie chcieliśmy tu lodowiska i błota węglowego. Mimo paleniska woda przy tendrze na podłodze zamarzała. O wypadek wtedy nietrudno. Branie wody zajęło trochę. Zbychu nie przelał i z hukiem opuścił klapy tendra. Wrócił do kabiny rozcierając zmarznięte ręce. Ruszyłem znowu pod tarczę. Na posterunku spisano numer maszyny i zaczęto zamawiać drogę na grupę towarową. Za nami ustawił się potężny Truman. Przysadzista sylwetka drażniła światła końcowe naszego filigranowego tendra. 246 emanował siłą i potęgą. Gdyby tylko mógł przeszedł by po nas. Tarcza zgrzytnęła i pokazała mi swój kant.
-Jedziem Zbychu, podali…
Powtórzyłem sygnał machinalnie. Podałem trochę piachu i powoli zaczęliśmy przecinać nitki głowicy lokomotywowni. Prowadziła nas mleczna droga ledwie widocznych M2. Wanna kołysała się na nierównościach kolejnych anglików. Ich iglice styrane przez setki przejeżdżających składów uginały się nieznacznie. Wreszcie zastopowano nas pod tarczą zaporową nr 234. To ona wyznaczała granicę grupy towarowej. Dałem w gwizdawkę trochę zbędnej pary, aby nie zapomnieli o nas. Pionowa kresa przechyliła się na bok. Droga zwrotnicowa przypominała wielkie drzewo. Szliśmy po skrajnych jego gałęziach. W mgiełce dostrzegłem osobę wywijającą koła czerwona latarnią. Zahamowałem przed nią. Do kabiny wdrapał się rewident. W ręku miał pozostałe papiery.
-Jedziemy do samej głowicy wyjazdowej, potem tyłem na tor 57 grupy F. Tam próba panowie i czekacie na pozwolenie wyjazdu.
Zrozumiałem to, co przez tego człowieka przekazywał dyżurny towarowy. Powoli ruszyłem na głowice wyjazdową. Rewident przez okno obserwował zwrotnice.
-Dobra wystarczy mechaniku.
Ty zamarł niemal w miejscu.
-Podali, pod wagony mechaniku.
Zmieniłem kierunek kręcącą korbą nastawnicy. Znowu musiałem sypnąć piachem, by parowóz raczył się ruszyć. Prędkość cofania była niewielka, toteż rewident wyskoczył i rękoma zaczął wskazywać odległość. Tym razem zbyt mocno natarłem na zderzaki i musiałem powoli dociskać. Hak połączył nasz pojazd ze składem. Przez spięte kichy poszło powietrze do hamulca. Rewident rękoma dawał kolejne znaki. Odhamować i zahamować. Wreszcie hamulce w porządku. Podpisałem mu papierek próby. Zniknął w ciemnościach. Ja zaś nakazałem Zbychowi podrzucić do pieca, sam wpatrywałem się we wskaźnik W3. Jego czarno-biała krata nie chciała zajaśnieć światłem. Grupowy semafor wyjazdowy podawał drogę innym. Najpierw ruszył Ty43 z toru 31. Na haku miał szereg sześcioosiowych platform. Pomiędzy kłonicami leżały olbrzymie stalowe bele. Potem zezwolenie dostała malutka TeKatka z pięcioma wagonami 23K za sobą.
-Zapomnieli o nas, czy co? Pieklił się Zbychu.
Słońce zaczęło się budzić za kominami dzielnicy fabrycznej. Jaśniało. Spojrzałem na zegarek była już za siódma trzydzieści. Kolejny skład wszedł przed nas. Tym razem bliźniacza dwója z dwuosiowymi drewnianymi villachami. Ich malutkie brzuchy wypełnione były czarnym złotem z Wałbrzyskich kopalń.
-Chcesz kawy Zbychu? Zaproponowałem
-Masz?
-Prawdziwą nie, ale mieszankę zbożowej…
-To nie kawa, poczekam aż moja stara coś wykołuje.
-Twoja decyzja.
Wlałem sobie do plastikowego kubka brązową imitację brazylijskiego napoju. Powoli przyzwyczajałem się do takich wynalazków. Wyroby czekolado-podobne, napoje kawo- podobne i inne. W trudnych czasach przyszło nam żyć. Zbożówka smakowała zawsze tak samo. Jakby ktoś wymoczył szmatę do podłogi w wiadrze i całość zagotował. Mimo tego mankamentu miała swoje zalety. Była przede wszystkim ciepła. To mi wystarczyło.
-Śnieg skapitulował. Oznajmił Zbychu.
Wyjrzałem na zewnątrz budki. Pomocnik miał rację. Słonko przepędziło złe moce. Na całej równi stacyjnej skrzył się diamentowy pył. Widoczność wzrastała z minuty na minutę. Tylko mróz trzymał się dzielnie i obszczypywał mi policzki. Po przez parująca inkę dojrzałem jak W3 przy naszym torze rozbłysł ślicznie mlecznym światłem w białych polach czarno- białej kraty.
-Jedziemy Zbychu !
Ramiona grupowego podały Sr3. Odhamowałem skład i szarpnąłem uśpionymi wagonami. Ty zakręcił w miejscu kołami. Sypnąłem piachu. Dwója wgryzła się w szyny i dorwała tarcie. Ruszyliśmy. Zaraz za głowicą wyjazdową był posterunek od torów na górkę rozrządową. Mijałem ją po lewej. Przetok trwał w najlepsze. Wagony schodziły w dół, a płozowi zatrzymywali je na torach docelowych. Nasz tor położył się w łagodny łuk i odchodził w lewo od centrum tych wydarzeń. Byliśmy na swojej lokalnej linii do Zebrzydowic. Jednotorowy szlak nurzał się w ośnieżonych polach. Zgarniacze parowozu wzniecały tumany białego kurzu. Patrząc na to widowisko mróz przestał mi przeszkadzać. Byłem wolny. Wraz z każdym następnym kilometrem w me ciało wpełzała energia. To było jak narkotyk. Zew pustego szlaku i radości jego pokonywania. Pod moją ręką tony posłusznej stali. Gdzieś na horyzoncie zamajaczyły chałupy. Ich dachy uginały się od nadmiaru śniegu. Siwy dym z kominów snuł się bez celu po polach.
-Gniewkowo ! Krzyknąłem dla informacji.
Był to malutki przystanek osobowy, z pojedynczym peronem. Zaraz za nim przechodziła wiejska droga z kocimi łbami. Przejazd nie był zabezpieczony rogatkami. Gdy zobaczyłem początek peronu, dałem ostro w gwizdawkę. Po uśpionej okolicy rozszedł się ostrzegawczy ryk. Chłopina, co miał wyraźny zamiar przejechać swą furmanką przed nami spiął konie. Tłukły kopytami lekko zniecierpliwione przed krzyżem świętego Andrzeja. Chłopina mydlanymi oczyma rozglądał się dookoła.
-Mechaniku to co zwykle? Uśmiechnął się Zbychu.
-W samej rzeczy, powiem Ci kiedy.
Czekałem, aż czołownica znajdzie się za przejazdem. Gdy tak się stało dałem znak Zbychowi. Ten dał ostro w gwizdek. Konie wyrwały w pole. Za nimi drewniana furmanka z przerażonym chłopiną. Zbychu, stał za moimi plecami suszył zęby.
-Uwielbiam to robić.
-Ja też…
Chłopina zniknął za pierwszą stodołą. Jutro znów na biurku Naczelnika będzie skarga na złośliwy parowóz. Tradycji stanie się za dość. Gniewkowo zostało z tyłu. Otoczyły nas znowu pola. Przytulały się do nasypu, jak nierozgrzane panny. Ten zaś unosił się ponad nie. Z góry otoczenie jeszcze bardziej skrzyło się. Moje oczy zaczęły łzawić. Na chwilę wróciłem do kabiny i zrobiłem wycieczkę po manometrach. Wszystko było w porządku. Kolejna stacja była już niedaleko. Tarcza ostrzegawcza wskazywała, iż semafor daje wolny wjazd.
-Grabina Zbychu, tutaj mamy krzyżowanko.
Grabina była stacją z jednym torem dodatkowym. Zwykłą mijanką jakich wiele na tutejszych szlakach. Tutaj mięliśmy przepuścić jadący z naprzeciwka osobowy. Wychyliłem się nieco by jak najprędzej ujrzeć sygnał semafora. Wskazywał wolną drogę, jednocześnie wyjazdowy dawał pozwolenie na wyjazd. Odruchowo ściągnąłem hamulec na siebie. W papierach było krzyżowanie. Nikt nas nie powiadomił o zmianie planów. Skład wytracił prędkość przed pierwszą zwrotnicą. Dałem długie Rp1, potem jeszcze jedno. Z malutkiego stacyjnego budyneczku wybiegł dyżurny. Dał ręczny sygnał do mnie. Zlekceważyłem go. Jeszcze jeden sygnał baczność dał mu do zrozumienia, że nie zamierzam jechać dalej. Mój rozkład przewidywał krzyżowanie, i bez rozkazów nie ruszę się dalej. Facet torował sobie drogę po kolana w śniegu. Później już po pas. Jego twarz kraśniała brutalną rządzą mordu. Zbychu spojrzał na mnie i znów zaszkliły mu się oczy. Wiedział, że takiej okazji nie odpuszczę. Dyżurny załomotał w drzwi budki. Wtargnął do środka nie pytając o zdanie.
-Co wy mechaniku wyprawiacie !!! Ryknął.
-A na co to wygląda?! Oparłem się o ścianę tendra.
-Na sabotaż.
Zagrał ostro. Młody był i krew mózg mu zalała.
-Na sabotaż powiadasz. Chwyciłem go nagle za klapy mokrego munduru. Słuchaj szczylu, rozkład wyraźnie mówi, że mam tu krzyżowanie z osobowym.
-Ale osobowy ugrzązł w Sokółce, panewka poszła.
Nadal trzymając za klapy kontynuowałem wykład.
-A przepisy czytałeś, pewnie nie. Powinieneś zatrzymać nas przed wyjazdowym i powiadomić o sytuacji oraz wydać odpowiednie rozkazy. Natomiast dawanie wolnego przelotu, w takiej sytuacji to pewny raport. Takowy też napiszę. Teraz zasuwaj po komplet papierów i to szybko pókim dobry. Bo jak nie, to ja pójdę, ale najpierw skorzystam z Twojego telefonu i zadzwonię do Naczelnika.
Puściłem młodzika. Chyba zrozumiał lekcję. Udał się po stosowne dokumenty.
-Kogo oni szkolą w tych technikach ? Mruknął Zbychu.
-Nie wiem Zbysiu, ale następnemu takiemu mordę obiję.
-Nerwowy coś Pan ostatnio.
Zamyśliłem się. Ostatnio turnus był napięty. Wracałem do domu około północy. Obiadokolacja i krotki niespokojny sen. Tak przez cały tydzień. Mój organizm domagał się więcej, niż marnych czterech godzin. Kłopoty z jelitami i inne niepokojące trolle nie pozwalały wykorzystać tych czterech godzin snu w pełni. Moja iskierka wróżyła mi rychły koniec przy takim trybie życia. Zew szlaku był jednak silniejszy. Za nic nie oddałbym tych chwil, tu na lokomotywie. Za nic? No może za kilka godzin porządnego snu.
-Zmęczony Zbysiu.
-I tak bywa.
Znowu łomot w blachy budki. Tym razem ćwok już nie wchodził do góry. Wychyliłem się i odebrałem od niego papiery. Tym razem spisał się tak jak powinien. Długi sygnał gwizdawką i jedziemy. Z tyłu zostaje skulona z zimna sylwetka w czerwonej czapce. Patrzę na dziadkową cebulę. Dostałem ją od seniora rodu. Całe swe życie spędził na parowozach. Odszedł na wieczną służbę dwa lata temu. Była już dziewiąta. Ze względu na brak krzyżowania, nadal mieściliśmy się w ramach czasowych rozkładu. Znów oparłem się o ramę okna. Ciemna linia lasu przykuła mój wzrok. Stada saren brnęły po polach szukając czegoś do jedzenia. Na dźwięk naszego parowozu uniosły łby i nerwowo strzygły uszami. Nagle rozbiegły się jakby w nie piorun strzelił. Jechaliśmy równo pięćdziesiąt na godzinę. Na łuku skontrolowałem sznur wagonów za nami. Szły karnie i bezawaryjnie. Kolejna tarcza kantem do mnie. Zwalniamy, przed nami Sokółka. Semafor podaje Sr3, idziemy na bok. Na głównym stoi TKt48 z trzema ryflakami. Obok pomstują zdenerwowani pasażerowie. Staję na torze dodatkowym. Dalsza jazda jest zabroniona. Dyżurny podchodzi do nas i wyjaśnia sytuację.
-Jedzie parowóz z Franowa na podmianę. Musicie czekać.
-Ile ?
-Jakieś trzydzieści minut. Rozkłada ręce w geście przeprosin.
Rozumiem go, pewnie od pasażerów zebrał już swoje. Nie jego wina. Biorę oliwiarkę i postanawiam wykorzystać dany mi czas na kontrole maszyny. Zsuwam się w dół i grzęznę po kolana w białym puchu. Od strony peronu podchodzi do mnie starszy człowiek.
-Panie kolejarzu, ta wasza lokomotywa dobra?
-Dobra…
-To czemu nas nie pociągniecie, tylko stoimy tu czekając na zbawienie?
-Nie da rady…
-U was zawsze tak, jesteście aspołeczni i ciągle tylko kłody społeczeństwu pod nogi rzucacie.
O mały włos oliwiarka nie wypadła mi z rąk.
-Pan z ORMO Towarzyszu ?
Sięgnął pod gruby kożuch i wyciągnął legitymację.
-Żebyście wiedzieli, i spiszę was. Przez takich jak wy, mamy co widać.
Byli wszędzie. Pojawiali się zawsze tam, gdzie były kłopoty z ogarnięciem socjalistycznej rzeczywistości. Przywołałem go do siebie ręką.
-Towarzyszu, wy chyba nie rozumiecie.
-A co tu rozumieć.
-Widzicie te wagony za parowozem. Wskazałem na kryte dwuosiowce.
-Ano.
-Co jest na nich napisane?
-Nic Towarzyszu…
Uniosłem do góry rękę w konspiracyjnym geście.
-Was starego ormowca to nie dziwi?
Staruszek zmarszczył brwi. Był lekko zmieszany.
-Ano, coś powinni napisać.
-To ja wam wyjaśnię Towarzyszu, to nie jest zwyczajny transport. W środku są tajne przedmioty niezbędne do funkcjonowania Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych.
-Znaczy o bezpieczeństwo idzie?
-Widzicie Towarzyszu, z was to cwany lis jest. Oczywiście, że o bezpieczeństwo idzie. Gdyby imperialiści pociąg ów zdobyli, albo gdy doznał on opóźnień byłoby źle. Mimo tak napiętej sytuacji, Urząd zadbał o Was i zatrzymał nasz pociąg, aby zapasowy parowóz podesłać. Dla dobra jednostki położył na szalę bezpieczeństwo całego Państwa. Wasza postawa jest wyraźnie roszczeniowa.
-Ja nie wiedziałem…
-Dlatego Towarzyszu nie ganię Was za próbę zwrócenia uwagi. Ale teraz mając na uwadze bezpieczeństwo Państwa i wasze nic nie znaczące opóźnienie…
-Ja wszystko rozumiem, i już nie przeszkadzam Towarzyszu.
-Wy rozumiecie, to dobrze. A czy potraficie zarazić swoją obywatelską postawą ten zirytowany tłum na peronie? Niech zajmie miejsce w pociągu i czeka na dalszy rozwój wypadków. Parowóz już jedzie. Utrudniacie pracę Dyżurnemu ruchu.
-Tak jest Towarzyszu, zaraz to załatwię…
Staruszek ruszył ku gromadzie ludzi. Coś im tłumaczył przez chwilę. Gwar ucichł i wszyscy błyskawicznie rozeszli się do wagonów. Z ormowcem na czele. Ja zaś chwyciłem oliwiarkę i powoli dokonywałem przeglądu. Odkręcałem korki smarowniczek i dolewałem oleju do wiązarów. Jego nadmiar wcierałem w obręcze kawałkiem starej koszuli flanelowej. Błyszczały jak nowe. Dokonawszy tego z obu stron wróciłem do budki. Nadal nie mieliśmy wolnej drogi. Wyszedłem na przedni pomost i obejrzałem sprężarkę. Wszystko było w porządku. Wróciłem do budki. Zdjąłem rękawice robocze i sięgnąłem po termos z kawą.
-Coś Pan im nagadał? Zbychu miał na myśli pasażerów pociągu.
-To co zwykle…
-Kiedyś Cię za to wsadzą.
Nie odpowiedziałem. Znów ciepła kawa rozlewała się wewnątrz mojej duszy. Żar z paleniska pozwalał zapomnieć o mokrych nogawkach. Cieniutkie smużki pary unosiły się z pod kolan. Mundurowe schły szybko, a golenie trzeszczały zadowolenia. Usłyszałem gwizd. Wychyliłem się. Nadchodził luzak na pełnej prędkości. Ciemny słup dymu szedł pionowo w niebo. Maszynista nie żałował węgla. TKt48 minął nas po dwójce. Nasz semafor zezwolił na wyjazd. Jego ramiona uniosły się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Zbiorowy znów mknął do następnej stacji. Zostawiając Sokółkę z tyłu. Tym razem już szlag trafił rozkład jazdy. Nie było możliwości na wyrównanie strat.
Lokalna linia żyła w symbiozie ze wszystkim co ją otaczało. Miejscowi spoglądali na pociągi, zza firanek swych chat i traktowali je jak sąsiadów. Malutkie ładownie przyjmowały niewielkie towary, adekwatne do malutkich potrzeb społeczności. Czasami podstawiano wagon lub dwa. Stały tam tygodniami zapełniane dobrami ziemi. Potem zabierały je pociągi takie jak nasz. Jedna z takich ładowni, była bocznica szlakowa na trzydziestym piątym kilometrze. Tartak odstawiał tam pełne platformy z belami drewna. Obsługę bocznicy zapewniała stacja do której się właśnie zbliżaliśmy- Lipinka Średzka. Na niej zbiorowy pobierał klucze od zwrotnicy i zdawał je na następnej stacji- Strumiennej. Wracały one do stacji macierzystej pierwszym wolnym pociągiem w przeciwnym kierunku. Ty zaklekotał na zwrotnicy. Wytraciłem prędkość w peronach i udałem się do Dyżurnego ruchu. Była nią młoda kobieta. Świeży narybek po technikum. Zapukałem do jej pomieszczenia służbowego i nacisnąłem klamkę. Drzwi ustąpiły i znalazłem się w malutkiej przytulnej nastawni. W rogu stał rozpalony kaflowy piec. Oparłem swe dłonie na jego ściankach i głośno powiedziałem:
-Dzień Dobry.
Była w sąsiednim pomieszczeniu. Na dźwięk mojego głosu wróciła do Dyżurki. Jej lico było nieco blade. Zaniepokoiłem się.
-Pani Dyżurna chora?
Machnęła ręką tak, aby odgonić niewygodny dla siebie temat. Zaczęła szukać papierów i kluczy zwrotnicowych. Pochyliłem się nad jej ramieniem. Umożliwiał mi to jej niski wzrost.
-Źle Pani spała- prawda?
Odsunęła się lekko przestraszona.
-Skąd Pan wie?
-Na tej stacji nikt dobrze nie śpi. Proszę poprosić o przeniesienie. Dobrze Pani radzę.
Kobieta mogłaby być moją córką. Dlatego postanowiłem wspomóc ją dobrą radą. Od czasu czarnego piątku nikt tu nie może spać. Wtedy to na szlak wyjechał zbiorowy- taki jak nasz. Wedle przepisów jest on zajęty do czasu przybycia składu do Strumiennej. Nie wiadomo co wtedy zawiodło. Była noc, zbyt ciemna, aby szukać winnych. Ze Strumiennej wyruszył nocny do głównego. Na prostej rozpędził się prawie do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Miał na haku trzy pełne wagony osobowe. Tor przed posterunkiem Tartak Śr lekko idzie po łuku. Z obu stron otoczony jest ścianą gęstego lasu. Maszynista nie miał szans. Gdy zobaczył snop świateł zbiorowego, jadącego z naprzeciwka zaciągnął hamulec. Potem próbował wyskoczyć, ale było zbyt mało czasu. Oba parowozy starły się czołowo. Było wiele ofiar, gdyż dojazd do miejsca katastrofy był utrudniony. Rano po lesie Milicja ścigała zjawy w szoku. Często bez kończyn, na granicy wykrwawienia. Dyżurny ze Strumiennej twierdził, że wyprawił pociąg na pusty odstęp. Mylił się. Odstęp był zajęty, tylko nikt go o tym fakcie nie powiadomił. Milicjanci wraz ze służbami bezpieczeństwa udali się do Brzezinki. Pomieszczenie z piecem zastali puste. Przeszli do sąsiedniego pokoiku. Tam ujrzeli makabryczny widok. Dyżurny ruchu powiesił się na kablu od telefonu służbowego. Na ścianie napisał czarnym węglem Moja wina- przepraszam. Od tej pory nikt tu już dobrze nie spał. No może poza Jańskim. Ale z niego kawał sk….syna był. Takich to nie rusza. Do czasu. Któregoś dnia on też pękł. Napiwszy się bimbru rodzimej produkcji poderżnął sobie gardło. On tez zostawił wiadomość- Wreszcie będzie spokój. Na jego miejsce przysłali tą drobinę. Jak długo wytrzyma?
-Jeśli Pan cos wie proszę mi powiedzieć.
-Nie wiem nic nowego, po prostu proszę się stąd wynieść.
Zabrałem klucze ze stołu i czekałem, aż ona połączy się ze Strumienną. Wolałem mieć pewność.
-Strumienna, wyprawiam zbiorowy do 35 kilometra i dalej do was. Dopóki się nie zamelduje odstęp jest zajęty. Podała mi słuchawkę.
-Strumienna tu mechanik Covalus, odstęp zajęty.
-Nie bójcie się mechaniku, bez was nikogo tam nie wpuścimy.
-Wiem, ale po czarnym piątku…
-Taka tu tradycja, Strumienna zrozumiałem i do zobaczenia.
Rozłączył się. Kobieta podeszła do dzwigni semafora wyjazdowego. Zwolniwszy zapadkę, dała ją nie bez wysiłku, na dół. Zaszumiały pędnie i ramię uniosło się w górę.
-Wolna droga mechaniku.
-Dziękuję i niech Pani mnie posłucha.
Zamknąłem starannie drzwi za sobą. Zbychu podrzucił do paleniska. Ruszyliśmy ku bocznicy.
-Jak tam nasza nowa Dyżurna?
-Słabiutko wyglądała, już nie sypia.
Zbychu podrapał się po brodzie i wyraźnie posmutniał.
-Nikt tu dobrze od czarnego piątku nie sypiał. No może poza Jańskim, ale z niego gnój był.
-Długo nie pociągnął.
-Racja, ale przed tą młoda był jeszcze taki osiłek z organizacji młodzieżowej. Co z nim?
Usiłowałem sobie przypomnieć. Wreszcie gdzieś wewnątrz mej pamięci otworzyła się szufladka.
-Zaginął coś koło września i znaleźli go w lesie. Do dziś nie wiadomo, co go zabiło. Miejscowi gadali, że to za osobowy.
-Banialuki…
-Może i tak, ale zbyt dużo ludzi tu umiera.
-Co racja, to racja.
Wjechaliśmy w las. Pęd parowozu strącał śnieg z najbliżej stojących drzew. Wreszcie ustąpiły one malutkiemu placowi ładunkowemu. Był wybrukowany, ale nie prowadziła doń żadna droga. Przez jego środek biegł jeden tor, na którym stały przykryte warstwą śniegu dwie platformy z ładunkiem. Przechodziliśmy po zwrotnicy. Należało na bocznice wjechać tyłem. Tor biegł po łuku i tył składu był lepiej widoczny od strony Zbycha. On też wychylony obserwował, kiedy jego koniec znajdzie się poza ukresem. Dał mi znak by zakręcić kran hamulca. Stanęliśmy. Zbychu wziął klucze i zszedł z parowozu. Ja zaś wyjrzałem ze swojej strony. Zobaczyłem mały drewniany krzyż. Pod nim była kamienna tablica. Na niej nazwiska, tych, co nie dojechali do stacji przeznaczenia. Poczułem dreszcz. Spojrzałem w przód. Niczego nie zobaczyłem. Lęk mimo to pozostał. Maszynista i pomocnik zbiorowego, zginęli na miejscu. Nikt nie jest wstanie wyobrazić sobie tego piekła. Rozgotowali się na śmierć przygniecieni przez części kotła. Zbychu zbyt długo marudził przy zwrotnicy. Przeszedłem na jego stronę i wychyliłem się zaniepokojony. Wracał. Pomachał mi ręką, że wszystko jest w porządku. Potem stanął na końcu i dał znak Do mnie. Rozpocząłem powolne cofanie. Gdzieś ze dwa kilometry na godzinę. W zasadzie parowóz sam cofał, ja zaś wychylony od strony Zbycha, obserwowałem ruchy jego dłoni. Podawał znaki z wyprzedzeniem. Kiedy złączył obie ręce nad głową. Podbiegłem do jego kranu hamulca i policzyłem do dwóch. Potem zaciągnąłem. Znów się wychyliłem. Zbychu uniósł kciuk ku górze. Potem wszedł między wagony, aby je spiąć. Manometr ciśnienia lekko skoczył. Zbychu wylazł spod składu, a ja odhamowałem. Sprawdził klocki nogą i dał znak by zahamować. Zrobiłem to. Znów okopał klocki. Potem wskazał “Ode mnie”. Powoli do przodu. Gdy skład dłuższy o dwa nowe wagony wyjechał na szlak, zakręcił kuleczko. Potem zamknął zwrotnicę na zamek w pozycji na wprost i wrócił do lokomotywy.
-Jedziemy…
Podzielałem jego zdanie. Chciałem jak najszybciej, być jak najdalej od tego miejsca. Zdać te przeklęte klucze w Strumiennej. Pozbyć się niepewności i strachu. Szlak wydostał się z lasu. Słońce ogrzało naszą budkę. Zrobiło się jakoś przyjemniej. Spojrzałem na zegarek. Było południe. Mieliśmy tylko czterdzieści minut w plecy. Cholerne opóźnienie zwiększało swój wymiar. Dałem przepustnice nieco do przodu. Przepisy pozostały nieco w tyle.
-Zbysiu przejrzyj wykaz, czy jakieś miny nie ma po drodze.
Pomocnik rozwinął plik wykazu ostrzeżeń i zwolnień.
-Czysto mechaniku.
-No to przyspieszymy.
-Byle nie za ostro, dwa kryte z tyłu są na ślizgowych.
-Dobra, patrz czy się nie dymi z maźnic, od czasu do czasu.
Parowóz ostro dawał z komina. Biały słup uginał się lekko pod wpływem pędu powietrza. Smugi promieni słonecznych tańczyły w rytm muzyki efektu Tyndalla. Mgiełka śnieżna dodawała uroku. Piękny widok pędzącej maszyny zapierał dech w piersiach. Zrobiło mi się jakoś przyjemnej na duszy. Na kolejnym łuku w moją stronę skontrolowałem kitę wagonów. Żadna maźnica nie wykazywała oznak przegrzania. Znów lekko przyspieszyłem. Maszyna nie protestowała tylko poddała się mojej woli. Tor zapadł się w głęboki parów. Nad kominem przemknęło nam kilka fantazyjnie wygiętych kamiennych wiaduktów. Przed następną stacją lekko spiąłem rączego konia. Tor wchodził po łuku i bałem się niespodzianek. Ciasne ściany zagłębienia nie ułatwiały obserwacji. Tarcza wskazywała na zakaz dalszej jazdy. Zacząłem wytracać prędkość. Ramię semafora wjazdowego było opuszczone. Nacisnąłem gwizdawkę. Nic nie wskórałem. Trzeba było stanąć. Jeszcze raz dałem długie baczność. Tym razem pod drugim ramieniem rozbłysł trójkąt białych świateł.
-Wchodzimy na zastępczy, uważaj Zbychu.
Sygnał oznaczał, że nie można podać zezwolenia na wjazd z powodu jakieś awarii. Jednocześnie nie ma przeszkód, aby na stację wjechać. Jest niebezpieczny sygnał. Wyłączony spod wszelkich zależności, nigdy nie wiadomo na jaki tor wyprowadzi. Pamiętam Leszno Górne i tą słoneczną sobotę. Żar lał się z nieba, a my tkwiliśmy pod wyjazdowym. Na haku trzydzieści dwie czteroosiowe węglarki wyładowane drewnem. Obok nas ruszał osiołek z Bipą. Nagle na jego torze wyrosła potężna sylwetka Ty51. Oba pociągi zaczęły hamować z opóźnieniem. Jakby maszyniści nie mogli uwierzyć w to co widzą. Starli się naprzeciw nas. Olbrzymi Ty51 zmiażdżył malutkiego TKt48. Potem przysypał go spiętrzonymi wagonami z węglem. W zasadzie powinienem napisać pogrzebał. Gołymi rękoma szarpaliśmy rozgrzany metal by wydobyć załogę. Gdy chwyciłem za dłoń wystająca spod ruin maszyny, ta była tak gorąca, że wyłem z bólu. Potem rozpadła się jak ugotowany makaron. Dyżurny wpuszczając pociąg na zastępczy pomylił tory. Zabezpieczenia nie mogły temu zapobiec. Były odłączone. Szliśmy na tor dodatkowy. Gdy koniec pociągu schował się za ukres pociągnąłem za kran hamulca. Podszedł do nas Dyżurny ruchu z posterunku Strumienna.
-Mamy zerwaną pędnie od wjazdowego. Od wczoraj nie mogę doprosić się o ekipę. Wasze papiery, moje klucze.
Dokonaliśmy uczciwej wymiany i wypuścił nas ze stacji. Zwolniliśmy szlak dla innych. Czas mijał wraz ze słupkami hektometrowymi. Na szczęście byliśmy coraz bliżej celu. Nasz tor przytulił się do dwutorowej magistrali Franowo – Olecko. Obok wyrosły potężne słupy bramowe. Na nich szereg drutów z żywą informacją. Tarcza tym razem nakazywała zmniejszyć szybkość. Mieliśmy zjechać na grupę towarową. Odbywało się to po dość zużytych anglikach, dlatego zmniejszyłem do dwudziestu kilometrów na godzinę. Tor łącznikowy miał swój początek w magistrali. Szedł ku nam i przecinał pod kątem mniejszym niż czterdzieści pięć stopni. Pierwszy wózek zazgrzytał na obrobionej iglicy. Zatrzęsło straszliwie. Wagony wydały z siebie też jęk protestu.
-Kiedyś nas tu wyrzuci z szyn. Burknął Zbychu.
Ja dziwiłem się, że nie stało się to dziś. Zatrzymałem skład na torze docelowym. Drużyna manewrowa już na nas czekała. Rozłączyli skład i jeden z nich przejrzał nasze papiery.
-Pod tarczę mechaniku.
-Muszę się obrócić, nie czytał Pan? Oznajmiłem.
-Po co?
-Nie pojadę z ryflami tendrem na przód, muszę zmieścić się w rozkładzie.
-A tam, umrzeć Pan musi, ale skoro tak napisali poczekajcie uzgodnię z nastawniczym.
Wrócił równie szybko jak zniknął.
-Jedziemy pod tarczę, ustawią drogę na trójkąt.
We Franowie nie mieli obrotnicy, tylko poniemiecki trójkąt wybudowany dla maszyn takich jak nasza. Podali M2. Wszystkie wykolejnice zostały podniesione. Najpierw rozjazd łukowy skierował nas ostro w lewo. Minęliśmy zasieki węglowe z pięknymi żurawiami. Były starannie utrzymane i niesamowicie zdobione. Pod jednym z nich drzemał malutki manewrowy Tp4.
-Wolniej mechaniku, muszę wam przestawić ręczną.
W okolicach trójkąta rządził zwrotnicowy z posterunku przy lokomotywowni. Toczyłem się ledwie, mój przewodnik poszedł ugadać klucze. Zdążył w samą porę i przestawił zwrotnicę na jedno z ramion z trójkąta. W samym jego środku ustawiono pomnik. Co było na cokole trudno było odgadnąć. Strasznie zaniedbano ten twór czynu społecznego. Kolejne zwrotnica poszła z ostrza. Manewrowy szedł przed nami ciągle nakazując jazdę. Wreszcie pozwolił stanąć i zmienić kierunek jazdy. Wskoczył na stopnie tendra i ruszyliśmy do tyłu. Do kolejnego splotu ramion trójkąta. Tam również wózki ustawiły iglicę. Znów stop i zmiana kierunku. Tym razem w kierunku wyjazdu z trójkąta. Tarcza już podawała wolną drogę. Z drugiej strony zasieków stały parowozy zapasowe. Głównie takie jak nasz. Smutne i pordzewiałe. Miałem wątpliwości, czy kiedykolwiek jeszcze kiedyś zobaczę je na szlaku. Ręce same zaciskały się w pięści. Gdzieś w oku zaszkliła łza. Serce zapiekło straszliwie. Kolejna tarcza nie była tak miła jak dotychczas mijane. Niebieski zakaz kazał nam się zatrzymać. Przepuszczaliśmy jakieś osobowy. Znowu osiołek z sześcioma ryflami. Zagwizdałem przyjaźnie. Machnięto mi ręką. Sympatyczne te maszyny. Miały taki rasowy wygląd, że aż przyjemnie oko było zaczepić. Po osobowym i my ruszyliśmy po swoje ryflaki.
Stały na grupie obok drugiego peronu. Aby się do nich dostać musiałem przedefilować, przed zgromadzonymi licznie podróżnymi i zjechać na sąsiedni tor. Potem wróć w peron, gdzie było połączenie z grupą. Tendrem na przód wjechaliśmy w odstawczą. Tam manewrowy wskoczył pomiędzy nas a skład i spiął kiszki hamulcową i od ogrzewania parowego. Wszystko było w porządku i wtoczyliśmy się w perony. Gawiedź ruszyła do wagonów. Byli zmarznięci. Do odjazdu miałem dziesięć minut. Manewrowy pod okiem Kierownika pociągu przeprowadził próbę hamulca. Potem podpisaliśmy wymagane papiery. Do odjazdu zostało pięć minut. Postanowiłem napoić zmęczony już nieco organizm. Zbychu obserwował peron. Zbliżała się trzynasta dwadzieścia. Moje powieki stały się nieco przyciężkawe. Kubek lekko grzał dłonie. Gdzieś w oddali ktoś podał jakąś komendę. Odstawiłem kubek. Lekko nacisnąłem przepustnicę. Wzrosło ciśnienie pary. Skład powoli ruszył.
-Stóóóóóój!!! Wrzasnął Zbychu i sam zaciągnął hamulce.
Cofnąłem przepustnicę. Skład stanął.
-Co robisz ?! Wrzasnął jeszcze raz Zbychu.
Wyjrzałem na jego stronę. Obok pierwszego wagonu leżała pasażerka.
-Zostań Zbychu ! Wyskoczyłem na pokryty śniegiem peron.
Kobieta podniosła się z kolan. Podtrzymałem ją za rękę.
-Nic się Pani nie stało? Spytałem.
Kierownik pociągu również podbiegł do nas. Był czerwony ze złości, ale na razie nic nie mówił. Przejął ode mnie kobietę i pomógł jej wsiąść do wagonu. Potem wrócił do mnie.
-Oszaleliście mechaniku, kto wam kazał jechać. Chcecie ludzi pozabijać!!!
-Po co Pan dał sygnał?!
Kierownik spojrzał na mnie zdumiony.
-Jaki do cholery sygnał?! Trzeźwi jesteście?
Nie odpowiedziałem od razu.
-Trzeźwi, zresztą jak nie wierzysz wezwij Milicję.
Kierownik nieco złagodniał. Zbliżył swój nos do moich ust. Nie wyczuł alkoholu.
-Całe szczęście, że się nic nie stało. Wracajcie na maszynę i uważajcie. Jak baba nie będzie furczeć i nalegać nie napiszę raportu.
-Dziękuję i przepraszam.
Odwróciłem się na pięcie i wdrapałem na parowóz. Zbychu milczał. Szybko wypiłem resztki kawy. Potem jeszcze jeden kubek.
-Naprawdę nie było sygnału? Spytałem z cicha.
-Nie mechaniku, nie było. Gdyby był powiedziałbym o tym.
Zasiadłem za przepustnicą. Byłem wkurzony na samego siebie. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się tak dać plamę. Dobrze, że Zbychu miał refleks.
-Kierownik podał sygnał.
Czekałem nie wiadomo na co.
-Mechaniku mamy zezwolenie na odjazd !
Delikatnie pociągnąłem przepustnice na siebie. Parowóz ruszył płynnie i bez wstrząsów. Minąłem semafor G3 z ramionami na czterdzieści kilometrów na godzinę. Wychyliłem się bardziej tak, aby chłodne powietrze starło z powiek resztki wstydu i otrzeźwiło skołatany umysł. Mijaliśmy stare zabudowania Franowa. Domy z czerwono-szarej cegły z brudnymi robotniczymi podwórkami. Gdzieniegdzie gapiły się na nas dzieciaki. Tym razem jechałem dwutorową magistralą. Obok szedł tor którym przyjechałem. Szedł na krótko, bo zaraz zniknął w parowie. Przyśpieszyłem do rozkładowej siedemdziesiąt kilometrów na godzinę.
Pierwszy przystanek był nieobstawiony semaforami. Franowo Fabryczne się zwał. Składał się z krótkiego peronu i przejazdu kolejowego niestrzeżonego zaraz za peronem. Tędy lud robotniczy Franowa jechał do fabryk papieru w tym mieście. Lokomotywa częściowo stanęła na ulicy, bo nie było innej możliwości, aby ludzie mogli wsiąść. Ostatni wagon i tak stał za peronem. W związku z tym, iż peron był po mojej stronie wypatrywałem znaku Kierownika. Mimo niewielkiej formy stacji ludzi przewijało się co niemiara. Wreszcie dostałem zgodę na odjazd. Odczekałem jeszcze chwilę, dałem lekko w gwizdek i ruszyliśmy.
Chciałem znów wystawić łeb na zewnątrz, ale mój nos zaczął straszliwie piec od zimna i bałem się, że go stracę. Rozpędziłem skład do maksymalnej rozkładowej i lekko schroniłem się za owiewką. Zbychu robił obchód maszyny i sprawdzał manometry. Klepnął mnie w ramię i potwierdziwszy, że wszystko jest w porządku rozpoczął szuflowanie. Za oknem zabudowania Franowa stanowiły już tylko cienką smugę na horyzoncie. Szlak szedł przez wymarłe pola poprzetykane gdzieniegdzie uschniętymi krzakami. Do następnej stacji było jeszcze trochę. Skupiłem się na obserwacji drogi przed sobą. Mijane słupy migotały w promieniach słońca. Z przeciwka jechał skład towarowy. Jego sylwetka wniosła nieco życia do kolejowego obrazu monotonii. Potężny stoker z całym sznurem dwuosiowych węglarek minął nas przy pełnej prędkości. Potem znów nastała pustka. Ty2 pracował miarowo. Obserwowałem jego rytm i wsłuchiwałem się w bijące serce stalowego smoka. Gdzieś we wnętrzu znów zajaśniała duma. Poczułem się wolny i szczęśliwy. Chciałem krzyczeć, by inni tez mogli tego doświadczyć. Kolejne stacje zaliczaliśmy bez problemu. Pasażerowie, których twarze znikały w wagonach nie mogli narzekać na komfort jazdy. Minęliśmy kolejną tarczę ostrzegawczą. Nagle przez moje ciało przeszedł dreszcz. Nie mogłem sobie przypomnieć jaki sygnał widniał na niej. Byłem pewien, ze moje oczy wpatrywały się w nią czujnie i wedle przepisów. Niestety obraz do mózgu nie dotarł. Sięgnąłem do hamulca i zacząłem zwalniać.
-Co jest mechaniku?
-Cos nie tak z tarczą, wolę nie ryzykować.
Burknąłem tak od niechcenia. Nie chciałem, aby Zbychu pomyślał, że coś przegapiłem. Jazda z niepewnym mechanikiem to straszliwe obciążenie. Sam nie chciałbym jej doświadczyć. Jak wściekły zwierz wypatrywałem semafora. Wreszcie dostrzegłem go. Jedno ramię w górze, a na maszcie tarcza odnosząca się do następnego na stój. Odetchnąłem. Powoli wtoczyliśmy się między perony. Zbychu patrzał na mnie jakoś dziwnie.
-Co jest do cholery ?! Warknąłem.
-Nic. Odparł Zbychu.
Tak lakoniczną odpowiedzią zdenerwował mnie jeszcze bardziej.
-Jak to nic, gapisz się na mnie jakbyś pierwszy raz widział.
Zbychu wyprostował się.
-Bo pierwszy raz widzie Cię takiego. Tarcza była położona na łuku i z boku. Nawet ja przez moment widziałem. Wszystko na niej było w porządku. Tyś ją przespał.
Zagotowało się we mnie. Takie pierdoły mógł opowiadać Żonie nie mnie. Nigdy nie spałem na służbie. Zresztą, co zasrany pomocnik mógł wiedzieć o prawej stronie.
-Słuchajcie no pomocniku, zajmijcie się swoimi sprawami. I odwalcie się ode mnie. Jak będę potrzebował rady od kogoś takiego jak wy, to poproszę. Pouczać, to wy se możecie palacza parowozowni, nie mnie.
Zbychu się wyprostował. Ścisnął mocno trzymaną w ręku szuflę. Lekko uniósł ja do góry.
-No dalej pomocniku, chyba macie chęć uderzyć przełożonego. Lewą rękę cofnąłem lekko do tyłu. W mej dłoni znalazł się klucz osiemdziesiątka. Nie będzie mu łatwo.
Nagle silny gwizd uchodzącej pary zmroził nas obu. Poszedł kotłowy zawór bezpieczeństwa.
-Cholera jasna !!! Stęknął Zbychu i rzucił się do pokręteł w celu zmniejszenia ciśnienia pary.
Uchodziła bezwładnie w powietrze. W końcu zawór osiadł na swoim miejscu.
-Co to było Zbychu?!
Milczał jak zaklęty.
-Chcesz nas wysadzić w powietrze?
Nadal milczał. Coś między nami nagle pękło. Moja lewa dłoń sama wypuściła klucz. Upadł ze zbyt głośnym trzaskiem na szafkę. Poczułem się podle. Usiadłem na swym krześle i wystawiłem głowę na zewnątrz. Kierownik pociągu patrzał w naszą stronę. Czekał, aż para spowijająca nasz parowóz ustąpi. Gdy to się stało dał sygnał do odjazdu.
-Jedziemy… Potwierdziłem krótko.
Skład opuścił ostatnią stacyjkę przed Zebrzydowicami. Docelowe miasto rozrastało się przed czołownica. Zwolniłem, i popatrzałem na zegarek. Mimo perturbacji rozkład był dotrzymany. Punktualnie o siedemnastej w zamarliśmy przy peronie drugim. Na stacji nie było rewidentów. Zbychu ruszył do drzwi.
-Poczekaj, sam to zrobię. Muszę się przewietrzyć. Przepraszam za tamto, poniosło mnie.
Poczułem się jakoś lżej. Ze Zbychem jeździliśmy tyle lat, że głupio byłoby to psuć.
-Mnie też, weź moje rękawice. Podał mi swoje robocze. Były w lepszym stanie niż moje.
-Dzieki.
Wetknąłem je za pas i zszedłem na międzytorze. Mróz nadal trzymał. Jego siła miała wzrosnąć, gdyż słońce już kładło się spać. Wszedłem między tender a ryflaka. Odciąłem powietrze od kiszki hamulcowej. Potem rozpiąłem ją. Podobnie postąpiłem z kiszką ogrzewania parowego. Na końcu rozluźniłem sprzęg śrubowy i odpiąłem parowóz od składu. Wedle papierów mieliśmy zameldować się pod tarczą i tam dostać dalsze instrukcje. Po wejściu do parowozu odhamowałem go. Ruszyliśmy pod wspomnianą tarczę manewrową. Była położona przy samej nastawni. Dyżurny z okna spuścił nam w szklanej butelce po mleku dowiązanej do długiego sznurka, papiery do dalszych jazd. Poinformowałem go, że musimy dobrać wody. Odpowiedział, że możemy podjechać na tor boczny przy żurawiu i tam poczekać na wagony. Pasowało mi to, więc nie protestowałem. Dostaliśmy zgodę. Biały szlak poprowadził nas do wodopoju. Ustawiłem się idealnie pod ramieniem. Zbychu poszedł odblokować zawór. Strumień wody runął do skrzyni wodnej. Tym razem pomocnik nie czekał długo i zaraz zakręcił. Okazało się, że zużyliśmy mniej niż nam się wydawało. Wziąłem smarownicę i poszedłem uzupełnić braki w wiązarach. Tu też nie było dramatu. Moja maszyna działała jak szwajcarski zegarek. Pewnie i niezawodnie. Zajrzałem do jeszcze kilku ważnych elementów. Tu również nie potrzebna była moja interwencja. Wyglądało na to, ze ten parowóz radzi sobie sam. Tak, jakby był niezależną istotą. Przynajmniej ja w to wierzyłem. Co myślą inni mnie nie obchodziło. Ciepło bijące od rozgrzanego kotła, łagodziło nerwy. Mógłbym się przytulić do tej masy i zapomnieć o kłopotach i narastającym zmęczeniu.
To przypomniałoby wizytę w raju. Potrząsnąłem ostro głową na boki. Chciałem pozbyć się marzeń i wrócić do rzeczywistości. Sprawdziłem godzinę. Było już koło osiemnastej. Nawet nie zauważyłem jak zapadł zmrok. Coś kłuło mnie pod mostkiem. To był mój żołądek. Nie miałem czasu się zatroszczyć o jego dobro. Nie było kiedy zjeść. Wróciłem do budki. Zbychu czyścił wodowskazy. Sięgnąłem do torby i wyciągnąłem kanapki. Jedna z nich podałem pomocnikowi.
-Dzięki, ja swoje zostawiłem w domu.
Grubo ukrojony chleb, przyprószony węglowym pyłem smakował wyśmienicie. Był opłatkiem pokoju i miłosierdzia w tej małej przestrzeni. Przestrzeni mojej i Zbycha.
-Skoczę do nastawni spytam co z wagonami, niech ich popędza.
-Dobra, ja skończę zjeść.
Zbychu zniknął na zewnątrz. Nalałem sobie kawy do blaszanego kubka. Była już zimna. Wsunąłem ją na szufli na moment do kotła. Zawsze w ten sposób ja sobie podgrzewałem. Wymagało to pewnej ręki, tak aby nie wywalić kubka. Zbychu czasami potrafił to czynić w ruchu maszyny. Dla mnie było to za trudne. Wyciągnąłem szuflę i chwyciłem przez rękawice gorący kubek. Dałem ostygnąć brzegowi i zacząłem wlewać zbożówkę w siebie. Zrobiło się ciepło i jakoś tak bardziej rześko. Wrócił pomocnik ze zgoda na wyjazd na punkt zdawczo- odbiorczy fabryki porcelany. Wyjechaliśmy z toru bocznego w perony. Tam nastąpiło krótkie oczekiwanie i dostaliśmy zgodę na dalszą drogę. Zatrzymałem się przed grzybkiem za głowica wjazdową. Chwilę trwało ułożenie nowej drogi. Wjechałem na punkt i Zbychu zapiął wagony. W drogę powrotną mięliśmy jechać tendrem na przód. W związku z brakiem przebiegów pociągowych z punktu zdawczo odbiorczego, wróciliśmy znów pod W5. Potem wepchnąłem wagony na tory towarowe i zamarliśmy pod semaforem. Jako pociąg zdawczy nie mięliśmy zbyt dużych szans na wyjazd w pierwszej kolejności. Linia w kierunku naszej macierzystej lokomotywowni była mocno obciążona. Najpierw przemknął koło nas pociąg międzynarodowy. Z przodu nienagannie utrzymana Pt47. Ledwie wiatr zdarzył rozwiać dym, a już podano wyjazd dla osobowego. My zaś ugrzęźliśmy. Zbychu opadł na siedzenie i zdawał się przysypiać. Ja zaś wzrokiem podnosiłem ramię semafora. Nadaremnie. Zegarek odmierzał kolejne fragmenty mojego życia. Dochodziła dziewiętnasta. W końcu dobry anioł stróż ulitował się nad nami i gazowa lampa oświetliła zielono pomarańczowe przesłony. Dałem w gwizdawkę, regulaminowo i po to aby Zbycha obudzić i ruszyliśmy. Skład wyginał się jak szalony wąż, by dojść toru szlakowego. Wózki tendra grały melodie szlifowanych obręczy. Na prostej zwiększyłem chyżość mojego smoka. Kitę ciągnęliśmy już poza regulaminowym czterdzieści na godzinę. Dla nas nie miało to znaczenia, chcieliśmy do domu. Dwutorowy szlak powrotny pozwolił rozwinąć skrzydła. Osiągnąłem rozkładową. Oparty o krawędź mojego okna obserwowałem drogę przed sobą. Zbychu dbał, aby pary nie zabrakło. Gdzieś po drodze spotkałem moją iskierkę. Byliśmy na plaży w Międzyzdrojach. Słońce oświetliło jej ciało i przyrumieniło krągłości. Delikatnie muskałem jej plecy. Wokół nas nic się nie działo. Byliśmy sami. Błękitne morze układało dziwne wzory na piasku. Chwyciła mnie za rękę. Weszliśmy do wody. Ciepłej i słonej. Zanurkowałem. Nagle straciłem ją z oczu. Chciałem krzyczeć, płakać i wrócić do tego spokojnego świata. Zimna fala uderzyła mnie w twarz. Uniosłem głowę i wyrżnąłem nią o ramę okna. Zabolało. Coś w międzyczasie musiało się wydarzyć. Zawsze tak było, kiedy czułem suchość w ustach.
Zbychu też usnął przewieszony przez szuflę.
-Zbyszek !!! Krzyknąłem.
Obudził się i zaraz zaczął patrzeć w manometry. Te były w porządku. Wróciłem do obserwacji szlaku. Na łuku dojrzałem czerwoną łunę, gdzieś z tyłu składu.
-Zbychu zobacz co mamy z tyłu !!!
Pomocnik zajrzał w papiery.
-Platformy…
-Na ślizgowych?
-Ano…
-No to mamy problem.
Następną stacja była Brzezinka. Tam postanowiłem zjechać na bok. Na początek wytraciłem prędkość. Tarcza pokazywała wolny przelot. Nie tym razem. Zacząłem hamować. Stanąłem pod wjazdowym i dałem sygnał alarm. Dyżurny z pobliskiej nastawni podbiegł do nas.
-Co jest?!
-Dawaj nas na bok, gotuje się ślizgowe.
Zrozumiał. Ramię semafora opadło i podniosły się dwa. Zjechaliśmy na tor dodatkowy. Wyszedłem z budki i podbiegłem do platformy. Pokrywa maźnicy była czerwona. Ze smarownicy buchał dym na przemian z płomieniami. Aby nie wywołać pożaru desek podłogi zmniejszyłem temperaturę śniegiem. Wokół mnie zrobiło się mnóstwo pary. Ale przestało się palić. Dyżurny podszedł do mnie.
-I co, pojedzie?
-Nic z tego, nie wiem w jakim stanie jest oś. Trochę ją przeciągnąłem zanim się połapaliśmy. Wczepiamy.
-Ale musicie poczekać…
-Nic z tego Panie Dyżurny, jestem od rana na nogach. Nie mam siły i czasu na czekanie. Wstrzymuj Pan ruch, bo mam zamiar manewrować. I nie obchodzi mnie to czy dostanę zgodę, czy będę musiał przerzynać zwrotnice.
-Byle szybko, wyskakujcie na główny. Platformę zepchniecie pod ładownię.
-Dzięki.
Wróciłem do parowozu. Zbychu rozłączył skład za feralna platformą. Wyciągnąłem ją pod grzybka. Zgrzytała niemiłosiernie i podskakiwała. Musiała się oś wygiąć od tego gorąca. Zepchnęliśmy gruchota pod ładownie i wróciliśmy do składu. Zbychu spiął wagony i dokonał uproszczonej próby hamulca. Pod wjazdowym zaległ jakieś osobowy. Mimo to nam udzielono pozwolenia wyjazdu na szlak. Z obawy o pozostałe wagony na ślizgowych zwolniłem nieco. Koło dwudziestej pierwszej wjechaliśmy na grupę towarową. Tam już rewident wczepił parowóz. Ustawiliśmy się w kolejce do suwni. W końcu ustawiono nas na niej i mogliśmy zjechać na tor dwunasty, gdzie kończyła się nasza służba. Udałem się do Dyspozytora. Ten zobaczywszy mnie, szybko przejrzał papiery. Ustnie oznajmiłem mu, że straciliśmy jedna platformę. Machnął ręką.
-Dobra robota, sam napiszę raport. Jutro go podpiszecie. Idźcie się wyspać.
Wykonałem polecenie. Ostatni tramwaj czekał na mnie. Przynajmniej tak sądziłem. Drewniane siedzenie piło w plecy. Wysiadłem pod blokiem z wielkiej płyty. Po cichutku otworzyłem drzwi. Iskierka już spała. Na stole w kuchni stała zimna herbata i kromki chleba. Nie chciało mi się jej podgrzewać. Nie chciało mi się nic. W łazience gorąca woda zmyła koszmar dnia. Delikatnie wszedłem do sypialni. Ułożyłem się obok iskierki i nakryłem kołdrą. Była dwudziesta trzecia trzydzieści. Jeszcze tylko ustawiłem budzik. Potem nadszedł sen. Cudowny sen.

KONIEC

Wrocław 27.01.2008r.

Powrót do listy opowiadań z 2008r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *