Za oknem pociągu do Rybnika przesuwały się szyby licznych kopalni. Słońce leniwie przelewało się przez ich kratownice. Był wczesny ranek i nawet ono chciało jeszcze pospać. Tor wił się jak wąż. Wrzynał się miejscami dość głęboko w krajobraz usiany hałdami. Puste wyrobiska straszyły jak martwe oczodoły wydłubane w ziemi. Oparty o klejący się stolik starałem się kontrolować sytuację. W skrócie polegało to na powstrzymywaniu snu. Monotonny stukot kół kibelka pomagał mu na całej linii. Niekiedy ostry zgrzyt starego i wyjechanego wózka rozgarniał szeroko powieki. Niestety zaraz chciały opadać w najniższe położenie. Wreszcie udało mi się wysiąść na małej stacyjce Dąbrowa. Składała się ona z jednego toru głównego i dwóch dodatkowych. Przy głównym zbudowano betonowy peron. Był bardzo wąski i wykonany z betonu lichej jakości. Liczne spękania penetrowały pierwsze zielone źdźbła wiosennej trawy. Dodatkowe tory służyły pociągom towarowym. Przystawały tu one na chwilę, by przepuścić składy z przeciwka. Budynek stacyjny zawalił się chyba z rok temu, a drewniana tymczasowa wiata nie przetrwała wandali. Parterowy budynek nastawni był jedynym ocalałym na tym pobojowisku. Gdy tylko EN57 zniknął za semaforem wyjazdowym podeszło do mnie dwóch ludzi. Jeden z nich był przedstawicielem spółki PKP a drugi prywatnego przewoźnika Przedsiębiorstwo Przewozu Piasku Dąbrowa Górna. Uścisnąłem dłonie obydwu i po krótkiej wymianie uprzejmości udaliśmy się na tory dodatkowe. Stała tam drezyna WM 15, która miała zawieść nas na miejsce zdarzenia. O nim powiadomił mnie wczoraj szef. Siedziałem sobie przy biurku i solidnie się pociłem, aby odprawić wszystkie pociągi z Wrocławia Głównego w kolejarzu. Obok piętrzył się stos dokumentów, które miałem wypełnić. Głównie jakieś nikomu nie potrzebne dane statystyczne, zbierane przez Urzędy Zbędne w naszym kraju. Raport 2436 do tego załącznik C nr 45 do załącznika RZ 56 i U45. Paranoja i robienie szumu w obronie impotentów, którzy poza wydawaniem debilnych poleceń nic innego nie potrafili robić. Kocham ich z całego serca, jak NKWD swoich podopiecznych. Kryptonim Biurokraci. Właśnie postanowiłem sobie umilić przerwę w grze solidnym kubkiem kawy, gdy zadzwonił mój naczelny.
-Covalus co robicie?
Stary beton i liczba mnoga. Tylko u nas w firmie to się uchowa. Okres ochronny takiego osobnika do końca żywota. Chyba, że wsadzi kogoś z rodziny na stołek. Wtedy dwa lata po śmierci też.
-Pracuję Dyrektorze, wypełniam dokumenty.
-Taaa, czytałeś może moje wytyczne?
A co to do cholery jest?! Brew mi się zmarszczyła. Może to slangowa nazwa tego, co wręczyła mi sekretarka rano?
-Nie zdążyłem…
-A próbowałeś?
On mnie wykończy tymi pytaniami retorycznymi.
-I wszystko jasne, jutro jedziesz do Dąbrowy. Nieopodal wyskoczył prywaciarz. Dwa talboty rozorały rozjazd. Trzeba ustalić winnych i spisać protokół. Jasne?!
-Zrozumiałem.
I jutrzejszy przyjemny dzień został pogrzebany z kretesem. Zamiast siedzieć wygodnie za biurkiem wspinałem się do obdrapanej WM15. Jak tylko moja szanowna ugrzęzła w siedzeniu podano nam semafor. Ruszyliśmy w kierunku posterunku odgałęźnego Halęba. Był to jednocześnie punkt styku kolei piaskowych i PKP. A że właśnie na tym punkcie doszło do wykolejenia, sprawę załatwiano w zdublowanym składzie komisji. Stąd obecność przedstawiciela prywatnego przewoźnika i PKP. Wagony uprzątnięto wczoraj, aby nie tamować ruchu na tej jednotorowej linii. W trakcie jazdy zapoznałem się z planem sytuacyjnym posterunku. Osłaniany był przez semafory świetlne. Wybudowana parterowa nastawnia, była wyposażona w urządzenia przekaźnikowe. Wedle załączonego protokołu były one w pełni sprawne w dzień wypadku. W czasie wjazdu pociągu prywatnego semafor poinformował maszynistę o jeździe w kierunku zbocznym i konieczności zmniejszenia prędkości do czterdziestu kilometrów na godzinę. Kolejnym załącznikiem było ksero taśmy z lokomotywy. Pociąg jechał trzydzieści sześć kilometrów na godzinę. Przed posterunkiem drogowcy wbili dwa białe sierżanty na czterdzieści ze względu na zły stan toru. Po wypadku zmienione na pomarańczowe z dwudziestką. Klepnąłem przedstawiciela PKP w ramię.
-Ma Pan papiery do rozjazdu?
-Ksero książki.
Facet podał mi papier. Cóż, ostatnich oględzin dokonano cztery miesiące temu. A przepis mówi coś o dwóch tygodniach. Drezyna zahamowała przed posterunkiem. Po wypadku zablokowano jazdy w bok, do czasu wymiany rozjazdu. Dla nas zrobiono wyjątek i na zastępczym zjechaliśmy w bok za ukres. Ubrałem pomarańczowy kubrak z napisem komisja wypadkowa. W trakcie wysiadania zwróciłem się do przedstawiciela PKP.
-Oględziny rozjazdu niezgodne z przepisami…
-To już wiemy, jak Pan napisze raport poleci cały odcinek utrzymania. Wzruszył ramionami przedstawiciel PKP.
-Na pewno napiszę, taka praca. Odparłem równie obojętnie.
Prywatny słuchał i skrobał coś w notesie. Przyjrzałem się elementom rozjazdu. Nieźle go poorały koła talbotów. Popękana krzyżownica ledwie się kupy trzymała. Prawa iglica nie mogła pełnić już swojej funkcji. Ciekawe jak ten szrot wyglądał przed wypadkiem. Pewnie nie lepiej niż teraz.
-Czy jest uzgodniony raport z oględzin rozjazdu? Spytałem obu. W takich wypadkach każda z firm miała prawo do swojego eksperta. Gdyby opinie nie były zgodne, trzeciego decydującego wskazuje wypadkowa.
-Jest. Prywatny podał mi papier.
Zrobiłem szybki skan dokumentu. Napisano tam cos o złych elementach składowych urządzenia. PKP nie protestowało i podpisało się pod dokumentem. Cóż, przynajmniej wypadkowa nie będzie musiała badać rozjazdu.
-Fajnie, to jeszcze poproszę protokoły stanu technicznego wagonów i pomiaru zestawów.
-Właśnie je mierzymy na stacji w Piekiełku. Odpowiedział prywatny.
Zmartwiłem się. Oznaczało to, że będę musiał tam z nimi pojechać. Nici z wcześniejszego powrotu.
-Spytam Dyżurnego, czy nas puści. Prywatny ruszył do nastawni.
Piekiełko było stacją węzłową kolei piaskowych. Tam dokonywano wszelkich roszad z taborem i napraw bieżących. Facet wrócił z plikiem rozkazów. Drezyna wyrzuciła w niebo troche sadzy i ruszyliśmy torem piaskowym ku przeznaczeniu. Z początku szedł on prosto. Z boków wyrosły ściany zielonego lasu. Przytuliły się szczelnie do obu krańców toru. Dotrzymywał nam towarzystwa przez około dwa kilometry. Potem nagle rozszedł się na boki i wjechaliśmy na wymarły i obmierzły z roślinności płaskowyż. Tor z niewiadomego powodu skręcił ostro w prawo. Obręcze drezyny potarły nieprzyjemnie szyny. Stalowy trwał w tym kierunku nieco ponad chwilę, by zakręcić w lewo. Wykonywaliśmy ogromną literę S po równinnym terenie.
-Nie prościej było na przełaj? Spytałem, zdumiony wytyczeniem linii, prywaciarza.
-Prościej by było, ale się nie dało.
-Jak to się nie dało?
-Mamy chwilę, opowiem Panu.

W zamierzchłych czasach odkryto tu węgiel. Kopalnie postawił człowiek, który przybył na te tereny z Niemiec, Hrabia Walenty Waldez. Był on bogatym przedsiębiorcą. Dość szybko zorientował się w miejscowym rynku. Ruszył ostro z wydobyciem czarnego złota. Do wypełniania wyrobisk potrzebował piasku. Jego złoża odkryto po drugiej stronie linii do Rybnika. Hrabia postanowił dowozić go do kopalni koleją normalnotorową. W 1902 roku złożył do Ministerstwa projekt prywatnej kolei gospodarczej. Wedle przedstawionych planów linia miała iść od kopalni prosto przez lasy, będące jego własnością. Potem równie prosto przecinać płaskowyż i zagłębiać się w kolejny kompleks leśny. Pod samą linią PKP zejść ostro w dół, by przecisnąć się na drugą stronę. Sam wiadukt Hrabia musiał wykonać na własny koszt. Jego utrzymaniem miało się zająć PKP, ale kosztami wykonanych prac obarczać firmę arystokraty. Ministerstwo przystało na te warunki i dość szybko udzieliło koncesji. Robotnicy zostali ściągnięci z pobliskich wsi. Po wykonaniu niwelaty terenu, układali drewniane podkłady a na nich szyny. Prace posuwały się w bardzo szybkim tempie, bowiem kopalnia rozpoczęła wydobycie i bardzo potrzebowała piasku. Dopóki linii towarzyszył las, wszystko szło zgodnie z planem. Gdy dotarto do płaskowyżu zaczęły się schody. Najpierw pochorowali się geodeci. Wszyscy bez wyjątku. Hrabia postanowił przeprowadzić linię mając tylko wstępne pomiary. W końcu płaskowyż nie był duży, a tor miano kłaść po najmniejszej linii oporu- prosto. W piątek ułożono podkłady na podsypce z kamienia. Dowożono ją furmankami z pobliskiego kamieniołomu. Nie była najlepszej jakości, ale dla kolei piaskowych wystarczającej. W sobotę płaskowyż przecięły dwie stalowe nici. Hrabia osobiście przytrzymywał naftową lampę w ów wieczór, aby robotnicy mogli dokręcić ostania śrubę. Potem osobiście pogratulował brygadziście za sprawną pracę i pociąg roboczy z parowozem 0-5-0 firmy Borsig rozpoczął cofanie do stacji początkowej linii- kopalni. Robotnicy udawali się na zasłużony odpoczynek. Nastał wolny dzień. Poniedziałek był mglisty i zimny. Do pociągu włączono dodatkowe wagony na urobek ziemny. Dokładnie o szóstej parowóz gwizdnął i rozpoczął walkę ze składem. Nie szło mu najlepiej. Koła ślizgały się na mokrych szynach. Nie pomagał piach, obficie tryskający z piasecznic. Koła co rusz obracały się w miejscu jałowo. Maszynista był zdziwiony takim obrotem sprawy. Maszyna dotąd radziła sobie z większą ilością wagonów. Nie kaprysiła i nie grymasiła jak dziś. Tak jakby bała się opuszczać stację. Dopiero górnicy sypnęli łopatami trochę grysu na tory i pociąg ruszył. Koleby na urobek strasznie piszczały na nowych torach. Makabryczny dźwięk torturowanej stali rozchodził się po okolicy, zmatowionej matowo trupim mglistym całunem. Majster jadący w przedzie przeżegnał się skrycie. Podobnie uczynili inni. Gdy dotarli do płaskowyżu mgła zgęstniała na tyle, że maszynista bał się jechać. Wlekł się powoli, i na swoje szczęście zdążył w porę wyhamować przed… Hrabia pierwszy zeskoczył z wagonu. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Gdy podszedł bliżej wydawało mu się, że śni. Przed sobą miał nie tor, lecz dziko powyginane szyny. W różnych kierunkach, oderwane od styków wbijały się w nasyp, by wyjść po drugiej stronie. Niektóre fragmenty zataczały pętle. Inne przechodziły przez wytworzone ucha. Całość przypominała splątaną przez szaleńca włóczkę, lub gniazdo wściekłych węży kąsających się nawzajem. Robotnicy szeptali zdumieni. Do uszu Hrabiego dochodziło najczęściej słowo:
-Teufel
Narastała panika. Hrabia wspiął się na platformę z ławą pokrętną i dobitnie krzyknął.
-Żaden Teufel ludkowie ino sabotaż !!!
Wysłał gońców do miejscowego notabla i posterunkowego. W przenikliwym zimnie czekali na nich do około dwunastej. Mgła ani myślała odejść, a słonka nie było do jej popędzenia. Może to i lepiej, gawiedź nie była w stanie ogarnąć całości zbrodni sabotażu. Przybyła na miejsce zdarzeń komisyja składała się z samego szefa policji na gminę, dwóch feldfebli i jakieś generała z czwórką żandarmów. Oglądali szyny i dumali. Jeden z policmajstrów notował coś na kształt raportu ołówkiem kopiowym. Litery rozłaziły mu się po mokrych kartkach od osiadającej rosy. Po czynnościach zabezpieczających dowody i obrysowaniu szkód, bowiem zawilgotniał magnez w lampach fotoaparatów, komisyja orzekła śledztwo. Pozwolono Hrabiemu na uprzątnięcie pogiętych szyn i położenie nowych. Do ochrony torów wyznaczono dwóch żandarmów z karabinami. Cały wtorek rozbierano rumowisko. Policja zaś wzięła na spytki miejscową ludność. Mimo właściwych metod śledczych, zgodnego z regulaminem użycia nahajki, nie przyznawali się do niczego. Nikogo też nie wskazali jako potencjalnego sprawcy czynu. Z wtorku na środę nic się nie wydarzyło. W środę ułożono szyny i stójkowi obstawili teren. Pociąg cofnął na kopalnię. Uzbrojeni stróże chodzić mieli w te i we te po całym torze. Karabiny trzymać mieli w pogotowiu, aby strzelać do sabotażystów. Dostali nawet dodatkowe naboje na tę okoliczność. W czwartek rano pogoda dopisywała. Poranne słonko przygrzewało mocno, a i pociąg ruszył z kopyta na płaskowyż. Hrabia osobiście stał na parowozie. I dobrze, bo miał sokoli wzrok i zdołał w porę krzykiem ostrzec maszynistę przed niebezpieczeństwem. Pisk hamulców rozdał ciszę. Wagony prawie dęba stanęły, a gawiedź się potłukła. Wszyscy wybiegli z pociągu by zobaczyć ogromny… supeł. Wszystkie nowo położone szyny splecione były razem. Gigantyczna kula tkwiła złowrogo przed parowozem. Tym razem robotnicy nie wytrzymali.
-Teufel ! Przeklęty Teufel.
Uciekali porzucając narzędzia. Zdumiony brygadzista bezradnie próbował ich zatrzymać. Sam zresztą będąc w ogromnym strachu. Co rusz modlił się półgłosem. Hrabia wyjął swojego nagana o długiej lufie. Przeładował i wraz z lokajem uzbrojonym w strzelbę obszedł węzeł. Szukał stójkowych, by wyciągnąć od nich co się stało. Najpierw znalazł pierwszego. Mężczyzna siedział na kuckach na boku nasypu. Oczy miał nieobecne przepełnione szaleństwem. Włosy siwe jak dziadek co stu wiosen dożył. Nie był w stanie mówić. Potrząsany zasłaniał twarz rękoma i skomlał jak skopany pies.
-Mózg mu zlasowało. Wydał diagnozę lokaj.
-Co to było?! Spytał coraz mniej pewny Hrabia.
-Nie wiem Panie i chyba nie chce wiedzieć.
Poszli dalej. Podkłady leżały w nieładzie. Tak jakby ogromna siła ciskała nimi o nasyp. Niektóre były połamane. Solidne dębowe kłody, strzaskane jak złej jakości zapałki. Drugi żołnierz leżał na ziemi. Wokół niego walały się łuski z karabinu. Wystrzelał wszystkie posiadane naboje. Nadaremnie. To dopadło i jego. Siwe włosy i usta oblepione krwawymi bąblami śliny dopełniały obrazu szaleństwa. Podniósł się na kolana i zaczął kiwać na boki. Potem upadł i oddychał ciężko.
-Dopadła go zaraza jaka?! Zdumiał się Hrabia.
-Nie Panie, na mój rozum też mu mózg zlasowało. Coś tak okropnego, że aż postradał zmysły. Coś nadludzkiego…
-Przestań, bo sam zaczynam się bać.
Hrabia wysłał gońca po policję i wojsko. Tym razem przybyli szybko. Zdumienie malowało się na ich twarzach. Wezwano też medyka, ale ten tylko kazał odwieźć obu żołnierzy do przybytku dla szalonych. Tam nie odezwali się już ponąć nigdy. Komisyja tym razem nie wiedziała co w papierach napisać. Rozłożyli bezradnie ręce i zamknęli sprawę. W dokumentach napisano: siła nieczysta. Hrabia został sam. A że w Pana Boga gorąco wierzył, postanowił, ową nieczystość pokonać. Na wstępie dokonał zwiadu. Jego ojciec był wojskowym i co nieco przekazał synowi. Między innymi, że bez rozpoznania ciężko jakąkolwiek bitwę wygrać. Na sam początek Hrabia postanowił się wywiedzieć, do kogo należał płaskowyż, zanim wszedł w jego posiadanie. W miejscowych archiwach przeglądał wszelkie dostępne dokumenty. Ta droga okazała się ślepą uliczką. Czas płynął szybko i piasek do kopalni zaczęto transportować furmankami. Po roku poszukiwań okazało się, że płaskowyż był niczyj. Nic też nie wskazywało, że wydarzyło się tam coś co usprawiedliwiałoby istnienie tajemnej siły. Gdy nastała zima w domu Hrabiego pojawił się goniec z miejscowego szpitala dla obłąkanych. Przyniósł straszliwe wieści i nowy trop. Pierwszy ze stójkowych zmarł przeszło miesiąc temu a drugi rozerwał sobie gardło palcami. Obaj zostawili wiadomość na ścianie swojej celi. Własną krwią wykaligrafowaną:
Helft uns das Licht zu finden.
Hrabia zanotował słowa i rozpoczął dalsze poszukiwania. Nic one nie dały, poza pożarciem resztek zdrowego rozsądku arystokraty. Po dwóch latach był cieniem samego siebie. Często widywano go, jak błąkał się w towarzystwie swojego lokaja, w ogrodzie. Siwe długie włosy opadały mu na czoło skrywając mętne oczy. Z ust kapała ślina. Ręce wykonywały nieskoordynowane ruchy, jakby dyrygował niewidzialną orkiestrą. Nie chciał widzieć się z lekarzem. Zmarł nagle w swoim pokoju. Znaleziono go pochylonego nad kartką z napisem:
Helft uns das Licht zu finden.
Tajemnica dopadła i pożarła go. Po ciało ojca przybył z dalekich krain syn. Zabrał zalakowaną trumnę i przekazał kopalnię w ręce Zarządu złożonego z miejscowych przedsiębiorców. Ślązaki, gdyż w całości byli urodzeni tutaj, postanowili nie zadzierać z siłą. Wysłany na miejsce toromistrz zauważył, że podkłady są najmniej zniszczone na obrzeżach płaskowyżu. Tam też postanowił poprowadzić tor. Wytyczył ogromną literę S. Metoda ta okazała się skuteczna, bo na torach zagościł spokój. Pociągi prowadzone przez parowozy mogły zacząć wozić piasek w ilościach potrzebnych do wydobycia węgla. Maszyniści wykonywali znak krzyża na piersi, gdy pociąg mijał to wiecznie zamglone i pozbawione światła miejsce. Po drugiej wojnie światowej wybudowano obok drugi szyb. Piasek stał się bardzo cennym kruszywem. Geodeci pobrali próbki z płaskowyżu. W 1957 zapadła decyzja o utworzeniu odkrywki na płaskowyżu. Pociąg prowadzony przez Ty2 przywiózł dwie olbrzymie koparki do zdjęcia warstwy wierzchniej. Rozpoczęto prace. Nie trwały one długo. Na drugi dzień od momentu rozpoczęcia, łycha wydobyła na powierzchnię ludzkie szczątki. Potem następne i jeszcze jedne. Ludzie wezwali milicje. Ci zeszli do płytkiego wykopu i okazało się, że cały jest on wypełniony kośćmi. Odkryto masowy grób. Zabezpieczono teren wyrobiska i wezwano SB oraz archeologów. Ci przy pomocy pracowników kopalni wydobywali na powierzchnię truchła owinięte w zbutwiałe płachty. W dwa dni wydobyli ponad dwieście ciał i nie zanosiło się na koniec. Nagle prace przerwano. Archeolodzy zbadali wiek ofiar i okazało się, że są to ofiary epidemii cholery panującej tu przed wiekami. SB nakazało wrzucić kości z powrotem i całość zakopać. Potem odjechali. Archeolodzy gdzieś na boku zasłyszeli plotki o śmierci Hrabiego i historii z tajemną siłą.
Poznali też słowa:
Helft uns das Licht zu finden.
Stary Profesor historii stwierdził, iż zmarli byli chowani bez świętego sakramentu. Ich ciała obleczono w szmaty i ze strachu zakopano w tym odludnym miejscu. Stąd umęczone dusze zbłądziły i chciały odnaleźć drogę do Światła. Czasy nie pozwalały urządzić tak wielu pogrzebów. W nocy, w tajemnicy przed urzędasami, miejscowy ksiądz odprawił mszę za dusze zmarłych. Ustawiono niewielki krzyż i znicze. Później ręcznie teren wyrównano. W dzień Wszystkich Świętych na środku tego miejsca płoną znicze. Krzyża już dawno nie ma, rozpadł się na kawałki. Pamięć tylko pozostała. Co do toru, to do dziś nikt nie chce jeździć po mogiłach. Postanowiono zostawić przedziwne S, tak aby spoczywający tam, mogli to czynić w spokoju. To cała historia…

W drezynie zapadła cisza. Obejrzałem się do tyłu. Nad płaskowyż nadciągała mgła. Skrywała krzywy tor i makabryczną tajemnicę. Poczułem się dziwnie i jakoś nieswojo.
-Oczywiście też nigdy już nie powrócono do planów wydobycia tu piasku. Co do tajemnej siły, to miejscowi mówią że złagodniała, ale kto ich tam wie. Ja tam wolę tędy nie jeździć.
Kątem oka zauważyłem jak Prywatny żegna się. Przedstawiciel PKP uczynił to samo.
Wracaliśmy inną drogą.
Zebrawszy komplet papierów wsiadłem do wieczornego pociągu na Wrocław. Znowu miarowy stukot kół wprowadził mnie w błogi stan. Co rusz odpływałem do krainy równie tajemnej, co zamglony płaskowyż. Gdzieś ktoś szepnął mi:
Helft uns das Licht zu finden.
A może mi się zdawało.

KONIEC 

Wrocław 14.05.07r.

Powrót do listy opowiadań z 2007r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *