Pierwsze spotkanie

Mgła szturmowała okolice. Lepkie pasemka zasnuwały widnokrąg. Słońce jeszcze nie myślało wychodzić spod kołdry. Bo i po co? Poranny pociąg z Wrocławia dryfował wśród białych fal. Maszynista próbował dojrzeć więcej, niźli pozwalały warunki. Zmniejszył prędkość daleko poniżej gwarantowanej przez rozkład. Pomocnik ledwie rozpoznawał kontury mijanej skrajni. Mimo wszystko orientował się, iż zaraz będą mijać semafor wjazdowy do Marciszowa. W pierwszym wagonie za lokomotywą drzemały kolejarskie drużyny rozsiewane po trasie. Zasilały one obsady okolicznych lokalnych stacji, na których nocowały miejscowe pociągi. Czapki ze złotą ośką zasłaniały czoła, pozwalały rozkoszować się resztkami wspomnień z wolnych dni. Czasami ułatwiały uszczypnięcie odrobiny marzeń sennych z pozostałości nocy. Stłumiony stukot kół na głowicy wjazdowej wyznaczał kres drogi dla kolejnej obsady lokomotywy. Pociąg leniwie wtoczył się stacje Marciszów. Zatrzymał się przy trzecim peronie i wypluł ze swojego wnętrza garstkę zaspanych pasażerów. Wśród nich była udająca się do pracy, drużyna parowozowa z Jaworzyny Śląskiej. Mechanik i jego pomocnik gawędzili przez chwilę z obsadą elektrowozu. Do momentu podania sygnału odjazdu. Gdy tylko światła końca składu znikneły za horyzontem powlekli się do pomieszczenia dyżurnego ruchu.
-Młody idź na parowóz, ja wezmę papiery. Zadysponował maszynista.
Zawsze tak było. Ich maszyna nocowała w Marciszowie, aby poprowadzić wczesno poranny pociąg do Jaworzyny Śląskiej przez Bolków i Strzegom. Ty2 rozpalał, delegowany tu z Jaworzyny, starszy palacz parowozowni. Maszynista wszedł do budynku stacji i zapukał do drzwi z tabliczką Dyżurny Ruchu. Usłyszawszy znajomy głos wszedł do środka. Pomieszczenie nie było duże. W jego środku stało obdrapane drewniane biurko, za którym przesiadywał właściciel. Na ścianach wisiały zdjęcia maszyn niegdyś przez niego prowadzonych. Niektóre pożółkły i powybijały się od wilgoci. Na frontowej ścianie wisiał olbrzymi zegar, jeszcze z przed wojny. Swoim cykaniem wprawiał w drgania fundamenty budynku. Z lewej strony stołu ustawione były fotele dla interesantów i podwładnych. Maszynista zajął jedno z nich.
-Witam Pana Kierownika.
-Witam Karolu, zaraz się tobą zajmę, tylko skończę te papierzyska.
-Spokojnie, do odjazdu kupa czasu, a i ja mam skierowanie od Dyspozytora z Jaworzyny…
Dyżurny zamknął księgę. I pokiwał z niesmakiem głową.
-Nie mam siły już na tą biurokrację, coraz więcej tego.
-Ano i prawdę gadacie… Dla mnie rozkazy są?
-Są te co zwykle.
Dyżurny podał maszyniście równy stosik druków. Ten przejrzał je pobieżnie i schował do torby.
-Rzeczywiście, tu nic się nie zmienia, niedługo przyrosnę do tej trasy na stałe.
-Oj chyba nie, chodzą słuchy o zamknięciu…
Maszynista kiwnął ręką i pochylił się do przodu.
-Zawsze tak gadają.
Dyżurny nachylił się w jego kierunku.
-Widziałem pogodę Karolu, to dziś.
-Wiem, trudno tego nie wyczuć.
-Uprzedziłem Kierownika składu, do przedziału zabierze tych dwóch, reszta ma się trzymać z dala od okien i drzwi.
-To dobrze, jest tylko mały kłopot.
Dyżurny zmarszczył obfite brwi.
-Jaki do cholery?!
-Mój pomocnik, chłopak zielony, nie wiem jak zniesie postój w Mieście Mgieł. Dyżurny wstał i zaczął chodzić, cyklicznie zmieniając strony, za swoim biurkiem. Jego twarz zdradzała głębokie zatroskanie i próbę rozwiązania problemu. Prawa dłoń gładziła kant nienagannie uprasowanych spodni. Lewa kreśliła nijakie figury w powietrzu. Nagle mężczyzna usiadł i położył ręce na blacie. Splątał palce i rzekł:
-Musimy go wtajemniczyć.
Maszynista przyjął tą decyzję z ulgą.
-Niełatwo będzie…
-Co nie łatwo Karolu, pamiętasz zimę 1976 i trasę do Kudowy?!
Trudno było nie pamiętać. Jeździli wtedy razem na malutkim osiołku Tkt48. Biedaczyna grzęzła w śniegu po czopy osi napędnych i zgubiła oba zgarniacze. Mając prawie dwie godziny spóźnienia doprowadziła skład do celu z wywalonymi panewkami, cieknącą płomieniówką i innymi pomniejszymi defektami. Wszystko wśród szalejącej zamieci śnieżnej. Wszyscy mówili, że się nie da. Wszyscy się mylili.
-Damy radę Kierowniku, idę na maszynę zrobimy próbę hamulca i przejrzę Tygreka.
-Powodzenia Karolu i pamiętaj na Boga, jakbyś bardzo chciał, że to jeszcze nie pora.
-Wiem…
Maszynista wyszedł i wrócił do parowozu. Lokomotywa ustawiona przodem do stacji docelowej leniwie pykała z komina. Karol wszedł do budki i ściągnął kapotę. Pomocnik sprawdzał stan wodomierzy.
-Dobrze je przedmuchaj. Nakazał maszynista.
Młody tylko kiwnął głową i zabrał się za manipulacje kurkami wodowskazowymi. Mechanik otworzył drzwi od paleniska i sprawdził jakość narzuconego węgla i prawidłowość jego rozmieszczenia. Potem skontrolował manometry i zajrzał do tendra. Tę czynność przerwały mu głuche uderzenia w drzwi. Uchylił je i dojrzał za nimi rewidenta.
-Zahamować! Krzyknął ten z dołu.
Mechanik zaciągnął kurek zaworu rozrządczego. Okolicę wypełnił głośny syk. W dwóch wagonach składu klocki przywarły do obręczy. Tępe odgłosy uderzanego metalu potwierdziły sprawność układu. Rewident dal rękami znak do odhamowania. Rączka zaworu zmieniła swe położenie. Kolejne uderzenia potwierdziły odejście klocków od kół. Rewident podał do kabiny wypełniony dokument o próbie hamulca. Mogli już jechać. Jednak do godziny odjazdu zostało trzydzieści minut. Maszynista sięgnął do swojej podręcznej szafki i wytargał z niej oliwiarkę. Poszedł sprawdzić smarowanie. Starannie wypełniał olejem miejsca ku temu przeznaczone. Zbierał szmatą nadmiar cieczy. Powoli przecierał niektóre miejsca na wiązarach i korbowodzie. Kolistymi ruchami przywracał metalowi blask. Inną szmatą przetarł lampy przednie. Sprawdził ewentualne luzy na panewkach. Nie miało prawa ich być. Nie na jego maszynie. Skończywszy obchód wrócił do budki. Do odjazdu zostało dziesięć minut. Krzyknął na pomocnika.
-Narzućcie trochę i podnieście ciśnienie.
Kierownik pociągu włączył tylne światła końca składu i sprawdził przewody ogrzewania parowego. Potem zatrzasnął drzwi od ryflaka. Wszedł do przedziału i oznajmił pasażerom.
-Proszę Państwa pociąg mamy dziś nieplanowany postój w Mieście Mgieł.
Jęk lekkiego przerażenia rozszedł się po wagonie.
-Proszę nie otwierać okien i drzwi dzielących oba wagony, nie zbliżać się do drzwi wyjściowych. Pasażerów wysiadających na tej stacji proszę o przejście w kierunku pierwszego siedzenia od lokomotywy.
Najpierw podniosła się młoda dziewczyna. Była piękna, choć straszliwie wychudzona. Rękoma chwytała za oparcia foteli, by nie stracić równowagi. Gdy dotarła do kierownika ciężko oddychała z wysiłku. Ten wziął ją pod rękę i delikatnie zaprowadził na przednie siedzenie. Był tam zaimprowizowany przedział służbowy. Gdy tylko niewiasta usiadła, kierownik zwrócił się do niej.
-Można prosić Pani bilet.
Smukła dłoń wsnuła się do torebki przewieszonej jeszcze przez lewe ramię. Długo myszkowała wśród przedmiotów wrzuconych tam. Wreszcie wyciągnęła zielony bloczek spięty spinaczem z plikiem innych dokumentów.
-Proszę. Powiedziała.
Jej głos był bardzo słaby, brzmiał jak szelest bibułkowych kartek w Piśmie Świętym. Nie miała nawet siły ciągle patrzeć na Kierownika. Zwiesiła głowę, brodą dotykając piersi. Urzędnik przejrzał starannie dostarczone dokumenty. Był zadowolony z wyniku lustracji. Złożył je i umieścił w swojej torbie. Następnie pochylił się nad siedzącą. Chwycił i zamknął w dłoniach rękę dziewczyny. Lekko drżała.
-Wszystko w porządku, proszę Pani. To już dziś.
-Wiem, nareszcie.
Do siedzenia dotarł także wysoki starszy mężczyzna. Już miał naszykowany bilet. Kierownik wskazał mu miejsce obok dziewczyny i skontrolował papiery. One też były w porządku.
-Muszę iść do maszynisty, proszę z nikim nie rozmawiać. To już dziś.
Starszy Pan tylko lekko skinął głową. Kierownik wyszedł na krawędź peronu i spojrzał na semafor. Sygnał wolnej drogi już podano. Skontrolował czas na busoli i głośno zagwizdał dostarczonym przyrządem sygnałowym. Maszynista wychylił się z budki i czekał na znak ręką. Kierownik uniósł ją do góry i lekko strzepnął palcami. Parowóz wypluł z komina pierwszą porcję pary. Maszynista lekko cofnął przepustnicę. Podsypał pod koła i czekał, aż złapią one grzbiet szyny. Ważne, żeby bez poślizgu było. Ty2 zaczął się toczyć w przód. Pociągnął za sobą wagony. Maszynista, gdy tylko minęli ostatni rozjazd wyciągnął z torby termos z kawą. Wlał do blaszanego kubka czarną i gęstą jak smoła ciecz. Nie odrywając wzroku od szlaku zagadnął pomocnika.
-Ale mgła dziś.
-Ledwie na dwa metry od ostojnicy widać. Potwierdził Młody.
-Racja, a i chyżość zmniejszyć trzeba.
-Połowa pary w gwizdawkę pójdzie. Kiwał głową pomocnik.
Maszynista upił nieco z kubka. Przetarł wierzchem dłoni lekko poparzone wargi i kontynuował.
-Słyszałeś o Mieście Mgieł?
-Ano… Babka mnie straszyła.
-Co mówiła?
-A bzdury jakieś, że podczas mgły jawi się i że jak kto wysiądzie to już do żywych nie wróci.
Maszynista ze zrozumieniem pokiwał licem.
-Prawdę mówiła.
Pomocnik, aż oderwał wzrok od pełnionych czynności. Był wyraźnie zdegustowany postawą starszego kolegi.
-E, bujdy i ciemne zabobony.
Karol zaciągnął drutem od gwizdawki. Parowóz ostrzegł, pierwszą dziś furmankę na polnej drodze, o swojej obecności. Zaspany chłop spiął konia i klnąc na mgłę obserwował fragmenty pociągu. Karol pokiwał mu palcem z budki. Tamten zniknął w białej otulinie. Znowu płynęli do celu prowadzeni przez stalowe szyny. Gdyby nie one, to w obecnych warunkach dawno zatracili by poczucie kierunku. Nie było bowiem znać, gdzie góra a gdzie dół w owej mgle. Równomierny stukot kół nużył i doprowadzał do senności. Karol co rusz spędzał ją potężnym łykiem kawy. Dźwięki jednak traciły na intensywności. Obrazy również. Wszystko przycichało z wolna. Maszynista nie miał wątpliwości- zbliżali się do Miasta Mgieł. Lekko zwolnił przepustnicę. W dali objawiła się tarcza ostrzegawcza zwiastująca, iż jej władca zwolnić każe. Nagle walenie kół urwało się. Zapadła cisza. Była ona bolesna i beznamiętna. Pomocnik wstrząsał bezradnie głową. Próbował otworzyć usta, ale nie mógł wydobyć głosu. Przerażenia ścisnęło mu gardło. Machał śmiesznie rękoma. Maszynista chwycił go wpół i przyciągnął pod swoje stanowisko. W międzyczasie nadal zwalniał przepustnicę. Gdy tylko chłopak nieco przestał dygotać, maszynista ustawił go obok siebie. Nagle w głowie Młodego eksplodował ciepły głos.
Spokojnie, to tylko Miasto Mgieł. Wkrótce będziesz mówił, ale na razie korzystaj z myśli.
Młody nie za bardzo rozumiał. Karol nie miał czasu mu tłumaczyć. Semafor wjazdowy zezwalał na wjazd ze zmniejszoną prędkością. Jak tylko krawędź peronowa zalśniła pod kołami, maszynista zaciągnął hamulec. Pociąg stanął.
Z okna widać było tylko kawałek peronu i niewyraźne zarysy budynku stacyjnego. W powietrzu unosiła się wszechobecna mgła, przybierająca miejscami na skutek ruchów powietrza, bardziej skondensowane kształty. Przypominały one posągi z waty cukrowej. Owe kształty pojawiały się na moment, by zaraz zniknąć muśnięte oddechem natury. Częstotliwość przemieszczania się tych mgielnych rzeźb, była tak duża, że patrzący odnosił wrażenie jakby całe najbliższe otoczenie pociągu żyło i pulsowało w swoim rytmie. Im więcej ich było, tym więcej myśli eksplodowało w głowie kierownika, maszynisty, pomocnika i podróżnych. Wszystkie one były ciche i sympatyczne. Na ogół kończyły się nagle i bez podsumowania wątku. Odrealnienie sytuacji budziło lęk. Wszyscy starali się nie patrzeć za okno i niewiadomo dlaczego zatykali uszy. Może chcieli uniknąć głosów? Niestety dłonie nie były dlań przeszkodą. Dłuższe przebywanie w takiej atmosferze mogło doprowadzić do szaleństwa. Urzędnicy kolejowi postanowili skrócić postój na stacji do minimum.
Kierownik pociągu chwycił dziewczynę pod ramię. Powoli prowadził ku drzwiom. Za nimi stąpał starszy mężczyzna. Urzędnik uchylił drzwi i wysiadająca zobaczyła cel swoje podróży. Miasto Mgieł, wszechobecnej ciszy i spokoju. Lekko cofnęła się w tył. Ale zaraz potem uniosła głowę. W głowie kierownika eksplodowała myśl.
Dziękuję Panu i do zobaczenia.
Do zobaczenia.
Kierownik nie wychylając się z przedsionka wagonu zestawił ją na peron. Starszy mężczyzna wyszedł sam. Stali tak przez chwilę nie wiedząc co dalej. Ale po tej krótkiej chwili niepewności poczęli znikać. Skóra ich stawała się przeźroczysta, odsłoniła na chwilę narządy wewnętrzne. One też rozpadały się w nicość. Na sam koniec zniknęły dwie twarze. Z ich wyrazu wyczytać można było olbrzymią ulgę, po uwolnieniu się od koszmaru codzienności. Kierownik jeszcze na kogoś czekał. Jego wzrok notował ruchy mgły. Dostrzegł tak jakby jej koncentrację tuż koło drzwi. Myśl połaskotała go wewnątrz głowy. Uśmiechnął się.
Jeszcze nie teraz, nie na mnie pora. Odrzekł nie otwierając ust.
Jedźcie i pamiętaj czekamy tu na was.
Wiemy, Odjazd !
Parowóz znowu szarpnął dwuwagonowym składem. Kierownik zamknął drzwi i wrócił do pasażerów. Zasiał w ich nieco przestraszonych głowach kojącą myśl.
Już wszystko w porządku.
Maszynista usłyszał to również. Przyśpieszył. Gdzieś od spodu doszedł go stukot kół. Sięgnął po termos. Plusk wlewanej kawy był pięknym odgłosem.
-Chcesz? Spytał Młodego.
Ten dotknął palcem ust.
-Śmiało, już po wszystkim. Zachęcał Karol.
-Chcę, co do cholery było?!
-Obejrzyj się.
Ostre słońce wyrosło zza wzgórz. Mgła dała drapaka. Pociąg położył się w łagodny zakręt. Za nim był tylko prosty tor i nic więcej.
-Stacja?!
-Nie ma jej i nigdy nie było.
-Ale…
Młody oponował, nie mógł uwierzyć w to co widział, a wzesadzie tego czego nie mógł widzieć i zrozumieć.
-Lepiej tak jak jest, bo niejednego, kto o tej stacji mówił, w Bolesławcu zamknęli.
-Gdzie?!
-W zakładzie dla obłąkanych.
-Ale ja widziałem!!!
-Oni też…
Młody zrozumiał. Opuścił ręce i zajął się obserwacją szlaku. Długo tak nie wytrzymał. Chciał o coś zapytać, lecz zrezygnował. W końcu jak miał pytać o coś czego nie było?

KONIEC

Oleśnica 15.XI.2005r.

Powrót do listy opowiadań z 2005r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *