Opowiadanie dla tych co parowozy w Jaworzynie odnawiać pomagali

W pomieszczeniu było duszno. Mężczyzna otworzył okno i ustawił na stole dwie szklanki, do których wlał wodę sodową wyciągniętą z lodówki. Jego gość natychmiast skorzystał i opróżnił szklankę do dna. Westchnął po tej czynności z ulgą. Mężczyzna rozpoczął opowieść.

-To było dawno, lecz ten dzień pamiętam tak dobrze, jakby wszystko zdarzyło się wczoraj. Pracowałem wtedy jako jeden z dwóch zwrotniczych na stacji Nieszawa. Była to malutka stacyjka na lokalnej linii łączącej dwie magistrale kolejowe. Sama jednotorowa linia została wybudowana, aby pomóc mieszkańcom powiatu Nieszawskiego wydostać się w kierunku stolicy kraju lub wielkopolski. Charakter lokalny nie generował wielkiego ruchu. Senne przystanki z ziemnymi krawędziami peronowymi zapełniały się wczesnym rankiem, kiedy to robotnicy dojeżdżali do stacji węzłowych Bielunia i Kobieli. Para pociągów w obie strony krzyżowała się właśnie w Nieszawie. Potem po niezbyt długim okresie ciszy gawiedź szkolna płoszyła stacyjne ptaki. Gdy, już ze stacyjki odprawiono pełne uczniów pociągi, jeden do Bielunia i jeden do Kobieli następował moment wytchnienia. Gdzieś w okolicach godziny dziewiątej, nie pamiętam dokładnie, pociąg zdawczy zabierał wagony z Nieszawskiego placu ładunkowego i ciągnął je do Kobieli. Tam po godzinie, zabierał puste i dostarczał z powrotem pod załadunek na tor przy Nieszawskim placu. Sama lokomotywa wracała luzem Bielunia, gdzie stacjonowała. Kolejna para pociągów krzyżowała się na mej stacji dopiero w południe. Potem następna, gdzieś koło piętnastej i jeszcze jedna wieczorem. Jak Pan widzi nie za wiele. Niewielka linia, niewielka stacja to i ruch był niewielki. A sama stacja wyglądała następująco. Na torze szlakowym od strony Kobieli była zwrotnica nr 1. Przez nią od toru głównego odchodził tor nr 2, który umożliwiał krzyżowanie się pociągów. Na torze nr 2 położono jeszcze jeden rozjazd o tym samym numerze. Z tego rozjazdu wychodził tor główny dodatkowy nr 3. Zbudowano go na zapas dla ewentualnych pociągów towarowych. Od toru nr 3 odchodził tor ślepy prowadzący na plac ładunkowy. Tor ten zabezpieczony był wykolejnicą. Po drugiej stronie stacji tory 2 i 3 schodziły się razem poprzez rozjazd nr 4, by po krótkiej łącznicy przez ostatni rozjazd nr 5 zagłębić się tor główny. Wjazdy z obu stron na stacje zabezpieczone były przez semafory wjazdowe. Z samego początku eksploatacji linii nie było semaforów wyjazdowych, ale krzyżowanie się pociągów wymusiło ich zamontowanie. Od 1947 roku tory 1,2 i 3 otrzymały swych wyjazdowych strażników. Bardzo ciekawy był system zabezpieczeń. W kierunku Kobieli i Bielunia wyprawiano pociągi na telefon, a w samej Nieszawie było wszystko na klucz. System ten dokładnie opisany w regulaminie stacyjnym, niemodyfikowany od czasów powstania linii, był bardzo prosty. Miał tylko jedną wadę, wymagał od nas zwrotniczych trochę wysiłku. Ale przy tak niewielkim ruchu nigdy nie mieliśmy zadyszki. Wyglądało to mniej więcej tak, o ile pamiętam. Zwrotnice zamykane na klucz, to zwrotnice 1, 2, 4 i 5. Pozostałe czyli zwrotnica nr 3 była niezabezpieczona w ten sposób, bowiem w myśl regulaminu miały kursować po torze nr 3 tylko pociągi towarowe. Aby wpuścić pociąg na stacje, po torze nr 2 musiałem udać się po klucz do Dyżurnego ruchu i Naczelnika stacji w jednej osobie. Szedłem z nim do zwrotnicy nr 1 i wkładałem go w zamek zabezpieczający rozjazd i przekręcałem. Zwalniało się zabezpieczenie i mogłem rozjazd przestawić w położenie umożliwiające wjazd na tor 2. Tego samego klucza jednak już wyjąć nie mogłem. Zostawał w zamku zablokowany. Ale każdy zamek zwrotnicowy miał dziurki na dwa klucze. I po przełożeniu ten drugi klucz dawał się wyjąć. Z nim musiałem iść do zwrotnicy nr 2 i zamknąć ją w położeniu wykluczającym wjazd na tor 3. W wyniku tej działalności wydostawałem z zamka zwrotnicy nr 2 kolejny klucz, który niosłem do Naczelnika, aby mógł on nastawić semafor. Wyjazd przygotowywał mój imiennik na drugiej głowicy. Tak to się kręciło. Przy spodniach miałem skórzany pasek ze specjalnym hakiem na klucze. Z rana meldowałem się Naczelnikowi, a on wyganiał mnie i kumpla, starego Józia, na drewnianą ławę przed budynkiem nastawni. Tam grzejąc się w promieniach wschodzącego słońca, czekaliśmy, aż zaskrzeczy dzwonek na nastawni i biegliśmy na górę. Ponieważ regulamin stacji nie przewidywał przejazdów bez zatrzymania, ten który dla danego pociągu obsługiwał wyjazd nie musiał się spieszyć. Tego dnia ranek był niezwykle piękny. Poranne słońce przedzierało się wśród pasemek mgły, do góry. Józio zakurzył cygareta płosząc komary w promieniu kilometra. Ja skorzystałem i nasypałem nieco machorki na bibułę, woląc suchego skrętasa, od wilgotnych Józkowych kaszlaków. Nagle, nieco wcześniej niż zwykle, odezwał się dzwonek. Byliśmy zdziwieni, bowiem rzadko przez Nieszawe szło coś nieplanowanego.
Naczelnik, był pokraśniały na licu i oddychał ciężko przez nos.
-Zwrotniczy, na magistrali wydarzył się wypadek. Cała linia zablokowana. Objazd Dyrekcja wyznaczyła przez Nieszawę.
-Kurcza powariowali ?! Józio nieposiadał się ze zdziwienia.
-Nie Józefie, nie powariowali ino sytuacja jest wyjątkowa. Musimy stanąć na głowie i utrzymać przejezdność stacji. Powiem tak, łatwo nie będzie i czeka nas piekło. Ale sytuacja jest wyjątkowa…
Nie skończył, gdy zadzwonił telefon. Naczelnik po wysłuchaniu telefonogramu rzucił do słuchawki krótkie:
-Zezwalam.
Potem zwrócił się bezpośrednio do mnie:
-Pośpieszny 44521, przyjmiemy go na tor główny. Po zatrzymaniu wyprawiamy dalej.
Ponieważ zwrotnica nr 1 była zamknięta w położeniu jazdy na tor 1, nie miałem zbyt wiele do roboty. Naczelnik miał klucz do nastawienia semafora. To samo było po stronie Józka.
-Za pospiesznym leci towarowy, a za nim jeszcze jeden pośpieszny. Towarowy wpuścimy na tor 3. Tak, aby pośpieszny mógł go wyprzedzić. Nasz osobowy poranny będzie opóźniony i decyzję o jego wyprawieniu na szlak dostaniemy później. Wobec nasilenia ruchu, nie będzie żadnych papierów- do roboty. Po wjeździe pośpiesznego ustawić przebieg na tor trzeci.
Wybiegliśmy z Józkiem przed nastawnie. Przedtem naczelnik dał mi klucz. Ostry ciemny słup dymu wznosił się nad głowicą wjazdową. Nasza stacja była nieznana maszyniście pośpiesznego. Dlatego słusznie Naczelnik zatrzymał go pod wjazdowym, a moją rolą było powiadomienie maszynisty, aby zatrzymał pociąg przed wyjazdowym. Niestety nasze semafory wjazdowe nie miały tarcz przed sobą, bo regulamin nie przewidywał jazd bez zatrzymania. Słup dymu pochodził z dojeżdżającego pod semafor parowozu Ty42. Ruszyłem doń. Kolos zatrzymał się ze zgrzytem pod strażnikiem i zagwizdał przeciągle. Dopadłem budki i wspiąłem się po drabince. Wyjaśniłem mechanikowi sytuacje, ten zdążył skinąć głową, gdy ramię semafora ze zgrzytem uniosło się. Zaskoczyłem na równie stacyjną, a parowóz ruszył. Za nim na haku szły wagony osobowe. W oknach zdziwione ludzkie twarze podziwiały Nieszawski krajobraz. Nie czekałem na sygnały końca, tylko dotelepałem się do zwrotnicy nr 1. Gdy ostatnia oś zjechała z iglicy, sięgnąłem do pasa i odpiąłem otrzymany od Naczelnika klucz. Wcisnąłem go w gniazdo zamka i przekręciłem. Potem obiema rękoma chwyciłem za zwrotnik i z całej siły przełożyłem wajchę. Iglice lekko przywarły w nowym położeniu uwalniając drugi klucz. Aby wyjąć go z zamka musiałem przekręcić lekko w bok, blokowałem w ten sposób rozjazd w nowym położeniu. Z nowo wydobytym kluczem udałem się do zwrotnicy nr 2 i powtórzyłem czynności podobne jak przy rozjeździe pierwszym. Wydostałem klucz sygnałowy, który odniosłem Naczelnikowi. Za jego pomocą mógł on podać na semaforze zezwolenie na właściwy przebieg. Moja rola w tej kwestii skończyła się. Niestety rozjazd nr 3 był niezabezpieczony kluczowo i lekko luźny. Zszedłem doń i docisnąłem wajchę prawym kolanem. Od tej samej strony nadchodził towarowy. Prowadzony był tym samym typem parowozu. Skład ze zgrzytem skręcił w moją stronę i zjechawszy z dwójki wpadł na trójkę, której wajchę dociskałem nieszczęsnym kolanem. Ta kopała jak narowista kobyła, co się szaleju najadła. Od każdej osi dostałem, co mi się należało. Obolały sprawdziłem czy towarowy zmieścił się w ukresie i czy ma sygnały końca składu. Przestawiłem zwrotnicę nr2 w położenie na tor2 i uwolniłem klucz do zwrotnicy nr 1. Ustawiłem ją w pozycji na tor pierwszy i czekałem na pośpieszny. Kolejny i nie ostatni dziś. Tak działo się aż do południa. Józio nie miał czasu zapalić, przeto cierpiał przeokrutnie. Klął jak stary szewc, bo nerwowy się stał z braku tytoniu w gębie. Widząc to Naczelnik ulżył nieszczęśnikowi i pozwolił z petem służbę pełnić. Jak miałem chwilę czasu wpatrywałem się w Józka, który czadził swoimi mokrymi kaszlakami, nie lepiej od wypuszczanych i wpuszczanych przezeń składów. Wszystko szło dobrze, aż do momentu wjazdu towarowego z Torunia. Naczelnik nie zatrzymał go przed semaforem, bowiem parowóz miał na haku maksymalną masę wagonową i byłyby kłopoty z ruszeniem. Ja pilnując wjazdu, z racji długości na tor 2, usłyszałem niesamowity wycie podobne do potępionego, dochodzące gdzieś od tyłu składu. Machnąłem szybko ręką na Józka, a on buchając oparami dymu dobiegł jeszcze podczas wjazdu składu.
-Ani chybi zgrzana oś, ostatnie na ślizgowych lecą.
Rzeczywiście, wagon trzeci od końca, oprócz słyszalnych jęków dymił spod ostoi straszliwie. Gdy tylko skład stanął, podeszliśmy do Belzebuba, starego przedwojennego pudła do kur przewozu. W maźnicy bulgotał gotujący się smar, a całość była niemal czerwona od żaru. Józek sprawdził to, odpalając od osi kolejnego cygareta. Dobiegł do nas Naczelnik.
-By to piorun strzelił, tor 2 wyłączony. Biadolił chwytając się za głowę.
-Będziemy krzyżowanie po trójce robić. Józek stwierdził rezolutnie.
-Chyba jak ty będziesz, tę kobyłę dociskał, bo ja mam nogi w siniakach. Burknąłem w podzięce za ten pomysł.
-Niemożliwe, zabraniam jeszcze mi tu katastrofy brakowało… towarowy to małe piwo, ale osobowego wykolebać nie dam.
-To przetoczymy Naczelniku, dzwoń Pań po chłopaków z ochotniczej straży, niech tu zasuwają, na zabawie w remizie stoły dębowe rozwalili to i teraz siłę spożytkują na kolei użyteczność.
No, to już był lepszy pomysł. Trzeba było manewr z iście diabelską dokładnością przeprowadzić. Na wstępie ułożyłem przed semaforem wjazdowym dwie płozy hamulcowe, od strony stacji. Na wypadek stoczenia się wagonu. Mechanik cofnął skład tak, że końcowy wagon najechał na płoza. Z Józkiem odpięliśmy sprzęg oddzielający zgrzany wagon od ostatnich. Naczelnik dał gwizdek i parowóz ruszył ku przodowi. Powoli, aż zgrzany wagon stanął przed rozjazdem drugim. Józek przyblokował go płozem z obu stron i odpiął od składu. Naczelnik znowu dał gwizdek i skład wjechał na tor drugi. Przestawiłem rozjazd nr 2 i 3 oraz odkluczyłem wykolejnicę przed placem ładunkowym. Chłopaki ze straży zajechali od strony placu i mając jeszcze w oddechu pozostałości remizowych szaleństw, naparli na zagrzany wagon- solidarnie wszem. Ani drgnął pierun. Naczelnik załamał się prawie widząc naszą bezradność i mając w zanadrzu stację zblokowaną całą. Ino Józek się nie załamał tylko ryknął na chłopaków.
-Partacze zafajdane, malutkiego wagonu pchnąć nie dadzą. A i szkoda, bo Naczelnik po piwku od kolei na łeb obiecał. Ale wy możecie co najwyżej smakiem się obejść, boście zdechłe kalesony ni kawał chłopa.
Naczelnik zdębiał słysząc, że coś obiecał. Ale Józkowy argument trafił do chłopaków, bo nagle pod ich natarciem odezwał się Belzebub. Najpierw jęknął cichutko, potem toczyć się zaczął ku placu ładunkowemu. Chłopaki pokraśnieli, jednemu spodnie puściły, ale nie poddali się. Wagon po półgodziny minął wykolejnicę i został zablokowany dwoma płozami. Chłopaki dostali od Naczelnika po złociszu na browara, bowiem jak kolej coś obieca, to dotrzymuje słowa. Po rozliczeniu ze strażą- ochotniczą, aczkolwiek nie darmową zupełnie, Naczelnik dał gwizdek i spięliśmy skład. Potem wyprawiliśmy go na szlak. Tak zakończyły się w Nieszawie manewry z wykorzystaniem siły ludzkiej. Pierwsze i ostatnie zarazem. Wagon zabrała za dwa dni komisja na parowozie. Ten jęcząc straszliwie zniknął nam z oczu zupełnie. Piekło na Nieszawskiej stacji trwało w najlepsze. Gdzieś koło siedemnastej Józek przestał palić, bo zadyszki dostał i żyły mu na lico wystąpiły. Wsadził u Naczelnika łeb pod wodę, poprychał jak stary koń, co na targu właścicielowi wstydu przynieść nie chce i dalej z kluczami ganiał. Nagle koło dwudziestej pierwszej wszystko ucichło. Stanęliśmy lekko oszołomieni na środku. Potem ruszyliśmy do Naczelnika. Ten rozłożył ręce.
-Koniec Panowie, magistrala odkorkowana!
Józek usiadł ciężko na środku pokoju. Oparł głowę na dźwigniach semaforowych i rzekł:
-No to żeśmy stacje utrzymali, jak Pan Naczelnik przykazał.
Naczelnik przytaknął i sięgnął do służbowego biurka.
-Dobra robota Panowie, strażaki dostały to i wam się nagroda należy.
Wyjął z szafki trzy butle trunku z miejscowego browaru. Usiedliśmy wszyscy trzej na ławce i strzeliły kapsle. Patrzyliśmy na Nieszawską stacje i czuliśmy, że udało nam się zrobić coś wielkiego. Zatarły się różnice, obecne na patkach i chłodne piwo chłodziło kolejarskie gardła. Trzej generałowie trwali na ławeczce, bojąc się wstać i zepsuć piękną chwilę. To była najpiękniejsza chwila w moim życiu. Dziś już po Nieszawie zostało wspomnienie. Drewniana ławka zniknęła wraz z nastawnią. Józek odszedł na stację do Pana Boga, zwrotnicę aniołom przekładać, a Naczelnik, gdzieś tam mu rozkazuje. Ja zaś opowiadam to takim jak wy- Miłośnikom kolei. Balladę o Nieszawskiej bitwie, którą trzech generałów wygrało.

Mężczyzna skończył opowieść. Ja zaś wstałem uścisnąłem mu dłoń i wyszedłem cicho zamykając drzwi od pokoju w Zakładowym Domu Spokojnej Starości.

KONIEC

Wrocław 5.07.2005r.

Powrót do listy opowiadań z 2005r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *