Dla Józefa, starego drucha. Wesołych Świąt!

Mężczyzna zaklął pod nosem, gdy zimny powiew wiatru, rozchylił źle zapiętą kurtkę i wcisnął pod, kilka płatków gęsto padającego śniegu. Chwycił mocno za rozpostarte połowy i zacisnął je wokół siebie. Ciężkie płatki białego puchu osiadały na jego krzaczastych brwiach. Ograniczały widoczność prawie do zera. Czasami wstrząsane spazmatycznym tchnieniem zmieniały się bat chłoszczący wszystko co nieosłonięte. Wąska ścieżka dawno zginęła pod puchową kołdrą. Tylko zapisany w pamięci układ stacji pozwalał, prawie po omacku, dotrzeć do celu. Tym celem był niewielki budynek, przyciśnięty do ścian dworca. Gdyby nie szaleństwo pogodowe, rozpoznać go można było po dużej czerwonej tablicy, informującej o azylu dla drużyn parowozowych. Tych co zaczynały i kończyły służbę w Kłoboczynie. Tak bowiem nazywała się niewielka węzłowa stacyjka, która przycupnęła tuż pod łańcuchem górskim. Z niej rozchodziły się promieniście linie do pokrytych lodem szczytów i podmokłych nizin. Stanowiła spinacz stalowej pajęczyny i punkt wydzielania reguł czasoprzestrzeni naznaczonej rozkładem jazdy. Mężczyzna ciężko mocował się z drzwiami. Szarpał mocno za klamkę, aż wreszcie zwyciężył. Wtargnął do przyciemnego wąskiego pomieszczenia. Jego oczy straciły kontakt z rzeczywistością. Gdy go odzyskały poczęły identyfikować ludzkie kształty skupione wokół małego koksownika. Załogi parowozów, którym pogoda uniemożliwiła pracę.
-Mareczku choć tu bliżej. Machnął ktoś z tłumu.
Starszy nastawniczy skorzystał z propozycji. Ciepło z metalowego cuda opalanego koksem zaczęło wnikać w rozpostarte dłonie i wędrować wgłęb ciała.
-Co za nowiny Mareczku nam przynosisz? Spytał stary Jóźwa.
Był on najdłużej pracującym maszynistą w okręgu. Potężna sylwetka i dowcipne usposobienie powodowały, iż nie było osoby, która nie darzyła go sympatią.
-Padł kierunek na Wolę, nie daliśmy rady odblokować jedenastki.
Ktoś z siedzących jęknął. Reszta pogrążyła się we własnych rozważaniach.
-Pogoda rękami czarta lepiona, łyknij Mareczku kawy trochę. Józef podał nastawniczemu metalowy kubek.
-Chyba masz rację, a Naczelnik dostał telegram, że to zaledwie początek.
-No to czeka nasz nocna okupacja koksownika. Zażartował młodzieniec o krasnej twarzy.
Był jednym z tych co niedawno zdali egzamin i otrzymali prawo asystowania starszemu maszyniście przy prowadzeniu składu. Zwano go Jasny z powodu koloru bujnej czupryny. Lśniąco złote włosy i chłopięcy zapał nadrabiały braki w służbowym doświadczeniu.
-Ano chyba tak. Rzucił luźno Zbigniew.
Maszynista malutkiej Ol. Można go było często spotkać z porannymi bonanzami do Woli. Wagony, wypchane po brzegi szkolną gawiedzią i klasą robotniczą, zawsze dociągał na czas.
-Ma ktoś machorkę, przykurzyłbym. Józef wstał i przeciągnął się.
-Nie masz dość wyziewów waszego koksownika? Spytał nieco odtajały Mareczek.
-Też mi wyziewy, moja Hela to ma wyziewy…
Helą określał Józef maszynę zbudowaną w ciemnych czasach a zwaną Ty2. Prowadziła ona towarowe składy do wysoko położonej Czernicy wijąc się na górskich serpentynach.
-Ano ma i kurcza dziwna jest. Zbyszek podał Jóźwie tytoń w płóciennym woreczku.
-Co masz na myśli? Mruknął Jóźwa skupiając się na nabijaniu fajki.
-Pomocniki gadały, że im śni się po nocach.
Józef często z niewyjaśnionych przyczyn musiał zmieniać towarzysza podróży. Odchodzili tłumacząc się chęcią zmiany. Zawsze jednak drżały im ręce i mieli podkrążone oczy.
-Jasne. Z lekką ironią mruknął Józef i pochylił się nad koksownikiem.
Metalowymi szczypcami wydłubał zeń malutki rozżarzony węgielek i upchnął w cybuchu fajki. Pociągnął mocno i jego twarz zniknęła spowita dymem o wiśniowym zapachu. Węgielek spełniwszy swe zadanie zniknął w koksowniku.
-Lepiej Hela, jak Józefowa Stara. Zażartował pomocnik.
-Ty Jasny nie filozofuj, bo Józefowa najlepsze pierogi w miasteczku robi i wara jej od niej. Stanął w obronie Zbigniew.
A mąż owej niewiasty milczał i smakował ostry aromat tytoniu.
-Czekaj Jasny, jeszcze nie masz przydziału, a parowóz starszyzny wolny. Będziesz jak inni lał w gacie. Hela to nie żarty, jak się wścieknie to…
-Jasne Zbychu, to jej para bucha i latać zaczyna. Roześmiał się Jasny.
-Bluźnisz Jasny, ale jeszcze kiedyś się sparzysz. Mruknął tajemniczo Jóźwa.
Pomocnik spojrzał na twarz maszynisty. Chyba wyczytał zeń coś więcej, niż lekką urazę. Ale gardził tym, podobnie jak bajdami o wściekłym parowozie. Do pomieszczenia wpadł kolejny zmarznięty przybysz. Jak odtajał okazał się dyspozytorem.
-Panowie…
Próbował złapać oddech.
-Panowie, sytuacja z każdą godziną się pogarsza. Tymczasem dostaliśmy wiadomość, że w Rabce węgiel jest na ukończeniu i grozi im wyłączenie miejscowej kotłowni.
-No to się turyści z miasta, troszkę zziębną. Przerwał Jasny.
-Głupiś, w Rabce mamy szpital dziecięcy. Prawie sto pięćdziesiąt łóżek Wiem Panowie, że dziś wigilia, ale sytuacja nagli. Potrzebuję ochotników. Skład już gotowy.
Milczeli. Każdy z nich obliczał szansę dotarcia na wiele sposobów. Wynik wychodził negatywny.
-Ja bym poszedł, znam linię, ale nie mam pomocnika. Odezwał się Jóźwa.
-Już masz. Dyspozytor wskazał na Jasnego.
Ten milczał wściekły. Godność nie pozwalała odmówić.
-No to idę po moją Helę, a jeszcze jedno Dyspozytorze.
-Tak
-Tam na dodatkowym, skład z cukierkami do Woli stoi. Wszystko na przyjazd sekretarza gminy przygotowano. Kierunek i tak odcięty, więc może by podczepić jeden. Niech dzieciaki mają radochę.
-Dasz radę z jednym dodatkowym?
-Dam, a wy wpiszcie jako stratę podczas przetaczania. -Tak jak ten wagon z węgierskim winem. Uśmiechnął się Dyspozytor.
-Nie moja wina, że ktoś zapomniał płoza hamulcowego z szyny zdjąć. Wzruszył ramionami Józef. -Nawet jakby chciał, to tak pchaliście, że by nie zdążył.
-Ręka mi się na przepustnicy omsknęła.
-Jasne Jóźwa. Idę wypisać przydział dla pomocnika i dam cynk chłopakom aby przepchali wagon.

***

Ostrożnie podjechali do składu. Manewrowy zacisnął sprzęg śrubowy. Sprawdzili hamulce. Gdzieś w białej mgle uniosła się tarcza semafora. Potem opadła druga. Dwa zielone światła przestrzeliły otoczenie. Wyjazd był zabezpieczony. Hela powolutku napięła cięgła i bez szarpnięć wprawiła skład w ruch. Wagony jeden za drugim zaczęły się toczyć. W tym ten jeden dodatkowy. Początkowo opornie, lecz w miarę rozgrzewania się smaru w maźnicach, z coraz mniejszym oporem. Ty2 znaczył swą drogę czarnym słupem tłustego dymu. Jóźwa wraz z pomocnikiem wciskali wzrok w skrajnie, by w porę dostrzec światła semaforów. A nie było łatwo. Pierwsze trzy stacje minęli bez problemów. Potem śnieg zaczął atak ze zdwojoną siłą. Gdy dotarli do Matuszek musieli zredukować prędkość zaledwie do czterdziestu kilometrów na godzinę. A jeszcze szlak nie zaczął iść pod górę. Łagodnym łukiem wślizgnęli się do Stronia i tam ich zatrzymano. Do parowozu podbiegł Dyżurny. Wspiął się do budki i wręczył papiery.
-Wylot na Bełz zatkany, ugrzązł towarowy. Jedyna droga do Rabki przez Osiny, ale tam…
Nie musiał kończyć. Zaraz za Osinami szlak gwałtownie podskakiwał do góry. Parowozy ślizgały się na tym odcinku, nawet przy niewielkich opadach. Dziś pchać się tam, mógł tylko szaleniec.
-No cóż, to pójdziemy przez Osiny. Spokojnie oznajmił Józef.
-Oszaleliście maszynisto, pamiętacie 22231 ?!
Jakby mógł nie pamiętać. Zacisnął zęby, aby zahamować drżenie warg.
-Mimo to jadę ! – Wasza wola, szlak jest wolny do samej Rabki, ale to szaleństwo. Dyżurny umknął na swój posterunek. Jasny w milczeniu doszuflował kolejną porcję węgla. Wyjechali na szlak. Do Osin pozostała godzina drogi. Zaczęło się ściemniać. Józef nie przerywając obserwacji szlaku mruknął do Jasnego.
-Pierwsza gwiazda Jasny, wszystkiego najlepszego.
-Ach… Jasny odłożył szuflę.
-Najlepszego Józefie.
Potem wrócił do pracy. Dziwną miał wigilię w tym roku.
-Józef?
-Ano…
-Co się stało z 22231?
-Gdy dotarł do Osin miał za mały rozpęd. Parowóz zaczął się ślizgać. Potem skład go pociągnął i stoczyli się w dół.
-Drużyna? -Walczyli do końca, zginęli ugotowani pod parowozem.
-Jezu, a tyś jeszcze kazał podczepić wagon.
-Kazałem. Jasny zamilkł. Walczył z narastającym strachem. Pociąg pochylił się w ciasnym łuku.
-Tu wylecieli. Jóźwa przeżegnał się dwukrotnie.
Potem lekko przesunął przepustnicę. Hela uderzyła parą w niebo. Poczuli jak przyśpiesza. To była dobra maszyna. Za Osinami zaczął się diabelski podjazd i kłopoty.
-Prędkość spada- Zauważył Jasny.
-Podsyp piachu, tylko z wyczuciem.
Zrobił to. Tor ostro szedł w górę. Sprzęgi zaczęły trzeszczeć. Stal grała niepokojącą muzykę naprężona do granic możliwości. Parowóz tracił kontakt z szynami. Prędkość nadal spadała.
– No dalej Hela. Szeptał Józef.
Jasny milczał blady ze strachu. Wreszcie prawie stanęli. Wiatr wył zwycięsko. Ty2 boksował kołami szlifując obręcze. Piach się skończył. Heroicznej walce maszyny z grawitacją nie pomagał już nikt.
-Zwiększamy ciśnienie. Zarządził maszynista.
Dziwnie spokojny jak na zaistniałe okoliczności. Jasny dorzucił kilka łopat.
-Wiesz co śniło się moim pomocnikom Jasny?
-Nie.
-Wciekła Hela, potwornie wściekła kupa stali.
-Bzdury Pan gadasz w takiej chwili !
Jasnemu puściły nerwy. Skład zaczął iść do tyłu. Powoli staczać się do piekła.
-Myślę, że już czas.
-Na co do cholery !? Jasny był przerażony.
-Nie bluźnij w wigilię. Józef wyjął z jego rąk szuflę.
Nabrał powietrza w potężne płuca i huknął na cały głos. -Rusz tyłek ty bezużyteczna kupo stali. Nawet pod małą górkę podejść nie potrafisz.
Uderzał przy tym szuflą na oślep pomiędzy manometry. Jeden z nich nie zdołał zejść z linii ognia i szkło rozpadło się w drobiazgi. Ciśnienie w kotle zaczęło rosnąć samoistnie. Parowóz trząsł się niemiłosiernie. Jasny upadł na podłogę budki, gdyż nagle w jego głowie wykwitł niezwykle wyrazisty obraz. Stali uderzającej o stal. Ognia potwornego i siły eksplozji dzikiej nieokiełznanej agresji. Czarny smok miażdżący wszystko na swej drodze. Furiat szargający prawa fizyki. Wściekłość idącą z samego serca.
-Tylko grzejkę z ciebie zrobić, i odpadami palić bo na węgiel nie zasługujesz. Na czajniki i blaszane kubki przetopić, a nie na szlak puszczać. Józef rozbił drugi z manometrów.
W myślach Jasnego pojawiła się też jego sylwetka. Pod kołami, cięta ostrymi obręczami własnej maszyny. Wstał i na nogach z galarety wrócił na posterunek. Ogarnął ocalałe manometry i znowu przerażenie odebrało mu mowę. Ciśnienie w kotle przekroczyło wszelkie dopuszczalne wartości. Wskazówka złamała drążek ograniczający i wyszła poza skalę. Zawory bezpieczeństwa wyły z bólu.
-Co się dzieje? Chwycił za szufle i unieruchomił Józefa.
Ten czerwony puścił i z całej siły pociagnął za przepustnicę.
-Hela jest wściekła, potwornie wściekła. Wyszeptał.
Parowóz szarpnął składem. Stanęli w miejscu.
-Wylecimy w powietrze !
Jasny miotał się w ciasnym wnętrzu budki. Wszystko nagle zaczęło gwizdać i trzeszczeć. Manometry wybuchały kaskadami szkła. Jeden po drugim. Pokrywa zbieralnika pary wygięła się w śmieszny kształt, jednak o dziwo pozostała szczelna. Koła Ty2 wgryzły się w szyny. Trzymane kleszczami wiązarów i korbowodów przestały wykonywać jakiekolwiek ruchy.
Potem krzyżulec zaczął tańczyć. We właściwą stronę. Nieśmiało natarł do przodu. Jak nieśmiały młodzieniec, gdy widzi piękną panienkę. Hela szarpnęła ostro, ale na granicy wytrzymałości sprzęgów. Plując parą z komina, i wypruwając wnętrzność zaczęła iść pod górę. Na przekór losowi i pogodzie. Józef ścisnął przepustnicę. Po części odbierał jej nadludzkie cierpienie wywołane ciśnieniem i warunkami. Paliły go wyrwane nity i okaleczone sklepienie kotła. Osiągnęli prędkość pięciu kilometrów na godzinę. Wystarczającą i niemożliwą. Jasny stracił poczucie obowiązku na rzecz strachu. Pokurczony jęczał na swym krzesełku. Józef nadal nie zmniejszał ciśnienia. Łoskot mechanizmów rozdzierał mu serce, lecz innej drogi nie było. Dopiero, gdy minął głowicę rozjazdową w Rabce wypuścił całą parę. Ty2 siłą rozpędu zamarł na torze ładunkowym w uzdrowisku. Podjechały ciężarówki, zaczęto rozładowywać węgiel. Zdziwiony dyspozytor nie pytał skąd w składzie wagon cukierków. Józefa porwali przedstawiciele miejscowych władz i szpitala.
Jasny uciekł do pomieszczenia służbowego. Maszynista koło dwunastej wstał od stołu i przeprosił zebranych. Wetknął za pazuchę kawał opłatka i wyszedł na zewnątrz. Opustoszałą ulicą dotarł do dworca i przecisnął się przez zaspy na torach. Wewnątrz kotła Heli trzaskały resztki ognia. Tak, jakby spała po przejściach. Liczne rany krwawiły smużkami pary. Popękane manometry z powyginanymi wskazówkami, spowodowały narastanie dziwnej guli w gardle maszynisty. Sięgnął po brzozową miotłę i starannie uprzątnął szkło. Powrzucał do tendra walające się czarne złoto. Potem usiadł na swoim krzesełku. W wielką dłoń chwycił przepustnicę. Drugą ręką wyciągnął opłatek. Puściwszy na moment przyrząd przełamał na dwie części. Otworzył drzwi paleniska i cisnął jedną do środka.
-Wesołych Świat maleńka.
Usiadł na krześle i zamknął oczy. Zawsze tak było, najpierw ją wkurzał a potem żałował. A ona mu wybaczała. W głowie Józefa pojawił się obraz ciepłego kominka. Potem prostego szlaku do nikąd. Byli tylko we dwoje, złączeni w jeden organizm. Gwizdawka nagle lekko zaśpiewała. Tak, że tylko Józef słyszał i rozumiał.
-Wesołych Świąt Józefie.
Nie odpowiedział. Wtuliwszy głowę w wielkie ramiona zasnął po trudach dnia. Ona pilnowała i delikatnie otuliła jego potężne ciało, ciepłym powietrzem z paleniska. Nie zbudziły go nawet głosy wracających z pasterki. Zawsze tak bywało.

KONIEC

Wrocław 16.12.2004r.

Powrót do listy opowiadań z 2004r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *