W środku niewielkiej kuchni stał stary masywny stół. Przykryty był śnieżnobiałym obrusem. Niewielka lampa o dużym metalowym kloszu, rzucała nań jasne światło. Rosły młodzieniec z wielką starannością przewracał kartki leżącej przed nim książki. W milczeniu pochłaniał kolejne wersy, czasami zatrzymując wzrok na dłużej, gdy trafił się niezwykle interesujący fragment. A takich tego wieczora jak na złość było wiele. Nie pomagało wołanie matki, które przypominało o późnej porze ani zmęczenie atakujące całe ciało. Chłopaka po prostu już nie było w kuchni. Przeniósł się w inny świat.
Starsza kobieta wstała z drewnianego łoża koło drugiej w nocy. Po śmierci męża dzieliła je z zimnym powietrzem idącym od ściany. Owinowszy szczelnie podomkę ruszyła do kuchni, gdzie jeszcze tliło się światło. Chłopak spał z twarzą wtuloną w ostatnią stronę lektury. Obok leżała wyrwana z zeszytu kartka. Coś było nań napisane. Kobieta zbliżyła papier do lampy. Oczy jej zaszły płynnym szkłem, opalizującym w nocnych markach. Pochyłym pismem, charakterystycznym dla jej syna, wyraził on życzenie. A może wyzwanie ciśnięte w twarz okrutnemu losowi?
Losowi, który tak doświadczył rodzinę Kowalskich. Byli najszczęśliwszym małżeństwem w całej wsi, gdy na świat przyszedł Tomek. Duży bobas chłonął szybko siły witalne ziemi i rósł jak ciasto drożdżowe w ciepłym piecu. Wkrótce wraz z gromadą innych dzieci podbijał okoliczne tereny, jako nieustraszony Indianin lub milicjant ścigający wielkich złodziei. Lecz szczęście nie mogło trwać wiecznie. Któregoś dnia Tomek przestał mówić. Ot tak po prostu. Przyszedł wieczorem do domu i milczał. Zaniepokojeni rodzice poszli do lekarza, ten skierował ich do specjalisty od głowy. Pojechali do wielkiego miasta i odczekali swoje w brudnej poczekalni. Nadaremnie. Specjalista był bezradny. Używał wprawdzie naukowego bełkotu, by jakoś uzasadnić swoją niewiedzę ale nic to nie dało. Rodzina Kowalskich wróciła z milczącym synem i poczuciem bezradności. A na wsi jak to na wsi. Tomek nie był już wodzem, czy porucznikiem Rysiem. Coraz częściej padało inne bardziej odpowiadające miejscowej gawiedzi przezwisko- Debil, Przygłup i kolejne. Była tego naprawdę cała masa, a każde bardziej okrutne od poprzedniego. Na domiar złego u Tomka pojawiły się kłopoty z pamięcią. Zaczął zapominać najprostsze rzeczy. Stary Kowalski załamał się zupełnie. Niepodołał trudnej sytuacji i zmarł na zawał serca, któreś zimy. Natomiast jego Żona postanowiła walczyć z chorobą. Do szkoły nie przyjęto syna, proponując specjalną placówkę w dużym mieście o setki kilometrów od domu. Odmówiła. Sama z renty po mężu zakupiła podręczniki i rozpoczęła naukę czytania i pisania. Z początku wydawało jej się, iż jest to daremny trud. Tomasz zapominał lekcje i mylił literki. Mimo niepowodzeń walczyła nadal. Po kilku latach syn jej umiał czytać i pisać proste teksty. Później zaczął sam pochłaniać książki. Wszystko w absolutnej ciszy. Swe myśli wyrażał na kartce koślawymi literami. Kowalska gromadziła owe kartki w szafie pod stołem. Były dla niej dowodem, że coś się udało. Podtrzymywały na duchu w trudnej walce.
Dziś też starannie wygładziła brzegi podniesionej ze stołu. Jej dziewiętnastoletni syn napisał na niej:
Chcę być bohaterem.
Kowalska usiadła i ukryła twarz w dłoniach. Jak udało jej się opanować wzruszenie, delikatnie pogładziła śpiącego po włosach.
-Już jesteś…- szepnęła i zgasiła światło.

Któregoś słonecznego dnia Kowalska wraz z synem zawitała na pobliską stację Rogoźno. Udała się od razu do biura Naczelnika. Znała go, bo Kowalski przepracował na tej stacji całe swoje życie. Naczelnik Kalota znany był z niezwykłej ostrości języka, dbałości o porządek i miłości do swojej stacji. Była ona większa, niż do lubej, której obiecał wierność aż do śmierci i obietnicę tą łamał codziennie oddając się w ramiona swojej nowej kochanki- stacji Rogoźno.
Kalota widząc Kowalską z synem poprawił mundur i zaprosił ich do środka. Kobieta nieśmiało stanęła przed wielkim biurkiem i rozejrzała się po gabinecie. Wszędzie na ścianach były zdjęcia kolejarzy, stacji i lokomotyw. Na regałach w równych rzędach poukładane były opasłe tomiska przepisów i zarządzeń. Dwa zegary kontrolowały czas według, którego toczyło się życie na stacji Rogoźno. Kalota był wielki. Starannie wyprasowany mundur opinał jego olbrzymie ciało. Duże ciemne wąsy nadawały powagi owalnej twarzy.
-Siadajcie Kowalska- wskazał na fotele ustawione przed biurkiem.
Kobiecina usłuchała chłopak również.
-Przyjmijcie kondolencje z powodu odejścia męża, dobry był z niego pracownik.
-Dziękuję naczelniku.
-No mówcie Kowalska co Was boli, bowiem jestem na służbie a mitrężenie służbowego czasu nie należy do cnót i przywar.
-Naczelniku, ja po nietypowej prośbie i trudnej dla mnie. Zna Pan pewnie naszą sytuację, grosza nie starcza a i mi coraz trudniej z Tomkowym nieszczęściem walczyć. Nie przyszłam jak żebrak jakiś, ale przez wzgląd na męża chciałabym, aby Pan Naczelnik Tomka do jakieś pracy najął…
Zapadła cisza. Kalota podkręcał duże sumiaste wąsy i intensywnie myślał nad odpowiedzią.
-Zdajecie sobie sprawę Kowalska o co mnie prosicie?
-Tak Naczelniku i proszę się nie krępować z odmową. Byłam w fabryce, a tam mi powiedzieli, iż debili nie najmą, bo to odpowiedzialność wielka. Byłam w gminie, tam też mnie wyśmiali. Przyszłam tu bardziej z obowiązku, aby przed Bogiem mieć czyste sumienie. Nadziei żadnej nie mam.
Kalota wstał i podszedł do okna. Nadal kręcił wielkiego wąsa.
-Wy mi Kowalska Boga w robotę nie mieszajcie… W fabryce rację mieli, choć mogli to nieco dyplomatycznie ująć. Syn wasz doświadczony jest, a i każdy się boi żeby bajzlu nie narobił. Rozumiecie?
-Tak Naczelniku, mimo wszystko dziękuję za starania.
Kowalska wstała.
-Siadajcie babo i nie tak nerwowo. Ja jeszcze nic nie wydumałem, a wy już mnie popędzacie. Tak się nie godzi. Po pierwsze to wy mi dokument podpiszecie. Taki, że jak synalkowi pociąg nogi utnie to sądem nie będziecie ganiać.
-Bój się Boga, Naczelniku!
-Jak już mówiłem, wy mi Boga w sprawy służbowe nie mieszajcie. Albo podpiszecie papier, albo nici z roboty.
-Jezusiczku Naczelniku, pewno że podpiszę- Kowalskiej głos zadrżał.
-To nie wszystko, Tomasz dostanie zbiór przepisów do nauczenia się. Nie wiem jak to zrobicie Kowalska, ale wasz syn ma mi je wypisać na pamięć za tydzień.
-Zrobimy Naczelniku.
Kalota podszedł do szklanego regału. Zaczął wyciągać pojedyncze książki układać je na biurku. Skończywszy popatrzał Kowalskiej w oczy.
-Będzie to trudne, ale nie niemożliwe. Syn twój pomocnikiem dróżnika obchodowego zostanie, a to odpowiedzialna fucha. Znać musi i rozumieć księgi oznaczone literami D10, R1, E1, D3 i D7 ogólnie w zakresie mostów. Resztę nauczy się u nas. Ale bacz, że nie będzie mu lekko. Z racji sytuacji dozna wielu przykrości i na to musi być przygotowany.
-Podoła Naczelniku- powiedziała Kowalska pakując dane przez Kalotę książki do torby.
-Cieszy mnie to, do zobaczenia za tydzień.
Kobiecina wraz z chłopakiem wyszła. Kalota usiadł za biurkiem i zaczął analizować co narobił, kierując się sercem nie rozumem. Zebrawszy wszelkie za i przeciw, narzucił na siebie kurtkę i udał się do budynków dla służby drogowej. Były one położone nieco na uboczu, jakby ukryte przed wzrokiem Kaloty. Otworzywszy drewniane drzwi wszedł do zadymionego pomieszczenia. Nie spodziewali się go tam. Rozparty na poplamionej drewnianej ławie, dróżnik obchodowy spokojnie tlił fajkę. Na widok Kaloty zerwał się na równe nogi, a gorący tytoń wypadł z cybucha na podłogę.
-Naczelnik?
-A co wy Gawlik pijani jesteście?- zagrzmiał Kalota.
-Gdzieżbym śmiał Naczelniku.
-No to dziwne Gawlik, wszak chyba nie Matka Boska do waszej nory zawitała?
-Ani chybi Naczelniku.
-Fajeczkę sobie pykacie?
-Tak w przerwie między obchodami.
-A to i przerwy wam się Gawlik trafiają, będę musiał przejrzeć plan pracy waszej, bo chyba błędnie ułożony.
-Nie trzeba się fatygować Naczelniku.
-Fatygować, to ty się możesz do swojej starej, jak z knajpy wracasz! Fajeczkę pykasz jakby tu Ciechocinek i wczasy były. Oj Gawlik trzeba pomyśleć jakby tu wam wydajność podnieść.
Kalota znowu zaczął podkręcać wąsa. Nie wróżyło to nic dobrego.
-Jak tam nogi Gawlik?
-Bolą naczelniku, reumatyzm chwyta.
-No widzisz Gawlik, ja jestem dobry dla wszystkich, a i medycyny nieco liznąłem w życiu swoim,
-Nie wątpię Naczelniku.
-Wiesz co na reumatyzm dobre jest?
Kalota nie pozwolił się zastanowić.
-Spacery Gawlik, długie spacery. Dlatego zwiększam wam rejon obchody, aż do posterunku Sosna.
-Aż do Sosny, Naczelniku!!!- jęknął Dróżnik- Toć to o dwadzieścia kilometrów więcej! -Nie dziękujcie. Wszak jestem po to, aby pomagać Gawlik. Pykając fajeczkę na drugi raz pomyślcie, czy aby wam takie spacery wystarczą. Bowiem brakuje obchodu do Zawiercia.
-Myślę, że wystarczą.
-No i jeszcze coś Gawlik, dostaniecie pomocnika. Młodego Kowalskiego.
-Tego Debila, Pan raczy żartować naczelniku. Jak ja się z nim dogadam. Toć to głupek wiejski i niemowa. Pożytek żaden. A jeszcze pod pociąg wlizie.
-Widzicie Gawlik, on nie mówi, a wy piszecie słabo. Uzupełnicie się nawzajem, bo rzecz przydziału już obgadana i postanowiona. Jam postanowił i takoż zostanie. Czy wam się to podoba, czy nie. A wasza dola, aby Tomaszowi, bo chyba tak mu na chrzcie dano, włos z głowy nie spadł. Jasne!
-Ani chybi Naczelniku. Postaram się o przyuczenie go, ale wie Pan chłopaki mu żyć nie dadzą.
-Trudno, a wy się nie postaracie, tylko przyuczycie.
-Trudno będzie Naczelniku.
-Wiem, Gawlik. Ale moja znajomość medycyny podpowiada, że dobry ruch by wam pomógł. A i motywację zwiększył, a i przychylność władz byłaby większa. Pamiętajcie Gawlik, Zawiercie, ja się na tym znam.
Naczelnik ogarnął jeszcze raz pomieszczenie.
-Posprzątaj tą norę i przemyśl se wszystko.
Kalota nie czekając na odpowiedź wyszedł. Gawlik spuścił głowę i burknął nieśmiało.
-By cię szlag…- nie zdążył skończyć, gdy drzwi ponownie uchylił Kalota.
-Masz rację Gawlik, szlak słyszałem i dziękuję za zgodę.
-Ale na co Naczelniku?
-Jak to na co, szlak trafił, aż do Zawiercia Gawlik. Pod sam posterunek. Na słuch też spacery pomagają i zwiększają miłość do przełożonych. Zrozumiano?!
-Tak jest. Gawlik prawie płakał.

Tymczasem tydzień w domu Kowalskich upłynął pod znakiem walki. Tomasz sam czytał Kalotowe księgi z trudnością przyswajał zawartą w nich wiedzę. Część wylatywała z głowy zaraz po godzinie, a tylko odsetek zostawał. Mimo tych niepomyślnych faktów walczył. Czytał jeszcze raz i jeszcze. Do późnej nocy w absolutnej ciszy. Dzień w dzień. Aż do pamiętnej środy. Zasiedli po raz kolejny za biurkiem Naczelnika. Ten odebrał przepisy i ułożył je na miejsce. Wyprosił Kowalską za drzwi i zostawszy sam na sam z chłopakiem- rozpoczął magiel. Ciskał pytaniami niczym karabin maszynowy. Chłopak spocił się ździebko, ale pisał. Ściskał ołówek, jak rycerz przyciężkawy miecz. Po półgodzinie Kalota zamilkł. Zabrał zapisaną kartkę i zaczął czytać. Po minie nie widać było, czy jest zadowolony z rezultatów. Gdy skończył oddał kartkę chłopakowi.
-Nie jest najlepiej, ale nie jest też źle. Dostaniesz w ramach przydziału wszystkie te książki i będziesz czytał je codziennie. Tak dopóki, dopóty, tu będziesz pracował. W każdej wolnej chwili i przerwie. Jasne?
Chłopak milczał.
-Gdy do Ciebie mówię, muszę wiedzieć, że rozumiesz. Wiem, jesteś niemową, ale skinąć głową na pewno potrafisz.
Tomasz skinął. Naczelnik wezwał Kowalską do siebie.
-Udało wam się Kowalska. Teraz idźcie do chaty, a wasz młody uda się na miejsce pracy. Wróci późnym wieczorem, być może z płaczem. Takie jest życie. Mimo wszystkiego, chcę go tu widzieć, jutro rano. Bez względu na okoliczności. Rozumiecie?
-Tak Naczelniku.
I tak Tomasz trafił na stację. Pierwszego dnia wrócił bez łzy w oku. Wszystkie wycisnął po drodze. Tylu upokorzeń i docinków nie doświadczył nigdy w życiu. Ramiona bolały go od nadmiaru wysiłku. Wykonał swoją pracę i wszystkich innych, którzy skorzystali z przydziału debila. Wyczyścił zwrotnice za Jaźwę. Przeniósł i przelał olej z kan do zbiorników za Nowaka. Posprzątał wiele pomieszczeń. Zbyt wiele. Powłócząc nogami przeszedł próg kuchni i upadł na krzesło. Prawą dłonią umorusaną w smarze sięgnął po ołówek i kartkę. Miał z tym olbrzymie trudności. Kowalska patrzała na to z przerażeniem. Wreszcie Tomasz nakreśliwszy kilka słów upadł na stół i zasnął. Nie zdołała go dobudzić. Uniosła prawą dłoń syna i uwolniła spod niej kartkę.
Jestem Debilem, ale wytrzymam…

Tomasz rozpoczął prawdziwą walkę. Ubrany w swoją kufajkę, obchodził rejony wraz z Gawlikiem i oglądał tory. Nauczył wiele, ale wiele jeszcze było przed nim. Nie oszczędzano go i chyba tak już miało pozostać. Nawet maszyniści gwizdali nań, bez potrzeby. Nie mogli zrozumieć, że Tomek tylko nie mówi, a słyszy doskonale. A on im zazdrościł. Nieraz ukradkiem patrzał jak prowadzą swoje maszyny. Władają stalowym szlakiem i olbrzymią masą stali. W od nich zależne było wiele istnień ludzkich. Masa posłuszna, to masa przyjazna człowiekowi. Masa wyzwolona spod jego władzy i nieskrępowana mocą sygnałów stawała się śmiertelnym zagrożeniem.
Jesień weszła, gdzieś tylnymi drzwiami. Tomek nie miał czasu podziwiać jej uroków. Zbyt wiele czynności było zawsze do wykonania. Polecenia wydawał każdy ktokolwiek go spotkał. Bez zastanowienia i czasami potrzeby. Pomocnik dróżnika obchodowego nigdy nie protestował. Zresztą rzadko, kto się tym przejmował. Czas mijał mu ciągle na wytężonej pracy. Aż pojawiła się biała królowa. Śniegiem sypnęło obficie a i temperatura spadła znacznie.
W kanciapie drogowców było duszno. Blaszana grzejka dymiła obficie, tak że wszyscy mieli czerwone oczy. Okna pozatykane szmatami nieprzepuszczały powietrza z zewnątrz. Tomek robił kawę Gawlikowi, przysłuchując się rozmowie zebranych.
-Gawlik, ktoś musi obejść rejon do Zawiercia. Słusznie zauważył Jaźwa.
-W dupę kopany, toć mi zamarznąć przyjdzie. Skrzywił się Gawlik
-Wyślij Debila, poradzi sobie. Jaźwa grzał się przy piecu.
Tomek cisnął kubkiem kawy o ścianę. Sięgnął gwałtownie po swoją kufajkę i narzędzia. Wyszedł na zewnątrz. Zachowanie milczka zdziwiło wszystkich. Ale wkrótce szczęśliwi z takiego obrotu sprawy wrócili do rozważań.
-Nie wziął rękawiczek. Zauważył Nowak.
Reszty ten fakt nie obchodził.

Tomasz skontrolował zwrotnice na głowicy wyjazdowej. Przeszedł na tor właściwy i przodem do kierunku jazdy rozpoczął oględziny. Miotełką zmiatał nadmiar śniegu i oglądał łącza. Uderzał czasami swym młotkiem do badania szyn. Czyścił pędnie sygnałowe szukając śladów zerwania. Obejrzał dokładnie semafor wjazdowy i latarnie na nim. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Ruszył dalej ciągle zmiatając śnieg przed sobą. Pogoda też nie cierpiała odmieńców. Temperatura nadal spadała, a wiatr napierał i ranił w twarz. Mimo to Tomasz wykonywał swoją pracę. Ręce nieokryte w rękawice zsiniały i przybrały blado czarny kolor. Pomocnik dróżnika tego nie czuł. Nie miał na to czasu. Jego oczy muskały szyny i złącza. Sam nie wiedział jak daleko zaszedł. Senność szturmowała jego głowę. Najchętniej ułożył by się gdzieś z boku i zapomniał o docinkach Gawlika. Ale przepisy czytane codziennie, na to nie pozwalały. Musiał zapewnić bezpieczny przejazd wszystkich pociągów na szlaku. Od jego oczu, zależało życie wielu ludzi. Ludzi, którzy nazywali go Debilem. Na piętnastym kilometrze wykrył dziwne zgrubienie podstawy główki szyny. Uderzył młotkiem w szynę, a ta pękła i wraz z główką odpadła. Tomasz momentalnie oprzytomniał. Wiedział, że sytuacja jest poważna i przejazd pociągu przez ten odcinek może się skończyć tragicznie. Wszystkie przepisy stały się nagle jasne. Rozkład jazdy informował o pośpieszny z kierunku Zawiercia. Tomasz zaczął biec do przodu. Gdzieś w oddali usłyszał sapanie parowozu. Zszedł z toru i stanął na skrajni. Zsiniałą dłonią zaczął zataczać kręgi- mówiąc nie używając słów- D1 stój!!!. Lokomotywa zaczęła coraz wyraźniej czernieć w zadymce. Maszynista widząc Debila zlekceważył sygnał. Zagwizdał donośnie i obaj z pomocnikiem puknęli się w czoło.
-Tego kto wpuścił?
-Może macha żeby go podwieźć?
-Zabawny to on jest…
Tomasz zorientował się, że pociąg ani myśli stanąć. Spojrzał wokół i szybko podjął decyzję. Nie miał czasu myśleć konsekwencjach. Wiedział, że tylko w ten sposób zdoła wymusić, na obsłudze poważne traktowanie. Powoli wszedł pomiędzy szyny. Uniósł ręce i nabrał powietrza w płuca:
-Stój!!!!
Z jego ust wydobył się donośny krzyk.
Maszynista widząc całe zdarzenie pociągnął za dźwignie hamulca. Pomocnik nie zdołał zrobić nic. Zapiszczały koła. Pasażerowie zaczęli spadać z siedzeń a na nich walizki. Odległość między lokomotywą a Tomaszem malała. Wreszcie zniknął on za jej kotłem. Skład stanął. Maszynista chwycił szpadel w ręce i wyskoczył z budki. Miał powody do takiego zachowania.
-Jak żyje, zabije za takie numery!!!
Tomasz stał jakieś metr od czołownicy. Spokojnie przyjął zadawane razy, pierwszy i kolejne. Nie chciał upaść. Pomocnik dobiegł do maszynisty i chwycił za trzonek szpadla.
-Spokojnie Stefan, bo naprawdę ubijesz.
-A ubiję. Syczał maszynista przez zaciśnięte zęby.
Potem nagle zorientował się co robi i odłożył szuflę.
-Dlaczego?! Ryknął na chłopaka.
Tomasz powoli ruszył do przodu, znacząc na czerwono śnieg. Obsługa parowozu podążała za nim, jak na jakieś koszmarnej procesji. Gdy doszedł do miejsca pęknięcia szyny, chwycił za główkę i oderwał pęknięty fragment. Wsadził do torby ciężki dowód. Maszynista z pomocnikiem otworzyli usta ze zdumienia. Chłopak zniknął w gęstych opadach śniegu. Nie zatrzymali go. Dobrnął do biura Kaloty. Położył Naczelnikowi na biurku kawał szyny. Nie był w stanie pisać, więc stwierdził:
-Pęknięta szyna na piętnastym kilometrze w stronę Zawiercia. Zatrzymałem skład. Nie jestem wstanie napisać raportu. Proszę o pozwolenie udania się do domu.
Kalota patrzał na stojącego, pobitego człowieka.
-Do żadnego domu nie pójdziesz, zaraz zadzwonimy po felczera i matkę. Nie pytam co się stało, bo nie jest teraz pora na opowiadanie. Pojedziesz do szpitala. Zrozumiałeś?
-Tak jest Naczelniku.
-Aha, jak jeszcze raz zapomnisz języka w gębie, to Ci gorszą krzywdę zrobię.
-Zrozumiałem.
Naczelnik podszedł do chłopaka. Ujął jego ramiona w olbrzymie dłonie. Potrząsnął mocno po męsku.
-Poza tym, jeśli to co mówisz jest prawdą, zostałeś bohaterem.
Potem podszedł do telefonu i przekręcił po felczera i Kowalską. Zjawili się po półgodziny. Doktorzyna opatrzył dłonie Tomasza i resztę śladów po łopacie. Po dwudziestej wsiedli do pośpiesznego w kierunku Kutna. Wszyscy troje- felczer na wszelki wypadek. W ciepłym przedziale chłopak spojrzał na matkę i wyznał:
-Zostałem bohaterem, Pan Naczelnik powiedział.
Felczer musiał zająć się jeszcze Kowalską, która padła zemdlona.
I tak kończy się historia. Aha zapomniał bym o najważniejszym. Gawlik dostał nowy rejon do obchodu. Chyba największy w całej Polsce, bo aż do Kutna. Ponoć Kalota rozmawiał z nim nieoficjalnie i po kilku minutach sam Gawlik poprosił, o ten zaszczyt. Naczelnik potrafi dać sobie radę z personelem. Szkoda tylko, że podczas tej rozmowy w gabinecie, Gawlik poślizgnął się tak nieszczęśliwie, że podbił sobie oko. Dziś Tomek ma jeszcze niewielkie kłopoty z pamięcią. Takie ja mają wszyscy w jego wieku. Często go można zobaczyć na stacji w Rogoźnie, z przepisami w dłoni. Tylko nie mówcie mu, że o nim pisałem. Jest bardzo skromny i byłby zły za naruszanie prywatności.

KONIEC

Wrocław; 13.11.2004r.

Powrót do listy opowiadań z 2004r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *