Dla samego siebie- Uszy do góry Covalus!!!

Stacja Lipinka Pomorska, pozostała kolejową tylko z nazwy. Po demontażu szlaku, nie mogła pełnić już, swej tradycyjnej roli. W chłodne jesienne dni, ciepły oddech stojącego składu nie muskał brzegu peronu. Jedynie Michał Kowal zdawał się nie dostrzegać zmian. Starannie czyścił skrajnie z atakującej roślinności. Równo odmalował białe linie wzdłuż brzegu peronu. Z podobnym pietyzmem traktował tablicę z nazwą stacji i nieliczne piktogramy, poczekalnię i kasę biletową. Powodowało to ogólne wrażenie stałej gotowości. Mijanka na jednotorowym szlaku trwała w napięciu i czujności. Kto widział odcięte tory, ten od razu wątpił i skazywał Lipinkę na niebyt. Nawet miejscowi widząc starania Michała, pukali się w czoło i gadali, że nie ma na co swojej skromnej emerytury wydawać. On jednak robił swoje i niczym się nie przejmował. Tylko czasami wybiegał w nocy i nasłuchiwał zdezorientowany, bo sennej otulinie, usłyszał stukot kół o szyny. Piękne to były sny…
Wraz z nastaniem października przybyły deszcze. Niebo zszarzało i płakało nad losem małej stacyjki. Po ulewach, spod ziemi na tyłach stacji, zaczęło wystawać ramię semafora kształtowego. Rdzawo żółty nalot śmierci wysychał w ostatnich promieniach złotej jesieni. Michał spostrzegłszy ten fakt, podjął decyzję o przywróceniu do życia tego nieodłącznego elementu wyposażenia mijanki. Wydobywszy na powierzchnię pogruchotane ciało Strażnika szlaku, dokonał oględzin i oczyścił elementy składowe z rdzy. Górne ramię semafora, wyciągi latarniowe i napęd nie uległy większej degradacji. Niestety tego samego, nie można było powiedzieć o maszcie i samych latarniach. Potrzaskana kołami Peemy kratownica, w trzech kawałkach, była nie do uratowania. Początkowo Michał rozważał zespawanie masztu w jedną całość w pobliskim warsztacie blacharsko-kowalskim. Później jednak, zasięgnąwszy rady mechaników zrezygnował z tej koncepcji. Poinformowali oni Michała, że pospawana konstrukcja, nie wytrzyma ciężaru mechanizmów. Złamie się przy najmniejszym powiewie wiatru, a dopomoże jej w tym, działające niczym żagiel ramię Strażnika. Mimo tak niepomyślnej diagnozy uparty Kowal nadal czynił swoje. Wymalował i zakonserwował same ramię wraz z piastami, przeciwwagę, linki, windę, kierownicę, sanki latarniowe i kapturek linkowy. Znalazł w magazynie stacyjnym zapasowe przesłony i wymienił je. Tak zleciała mu końcówka jesieni. Na początku listopada zdobył latarnię sygnałową. Przywiózł mu ją znajomy konduktor z odległego magazynu niepotrzebnych nikomu części. Póki jeszcze mróz nie związał gruntu postanowił odkopać starą podstawę strażnika i sprawdzić jej stan. Była zakopana w suchym gruncie i nie wykazywała ubytków ni spękań. Dla pewności posmarował ją gorącą smołą. Złożywszy zakonserwowane części w piwnicy zaczął węszyć za kratownicą masztu. A, że węch miał dobry niczym pies myśliwski, wywąchał ją w Żarkowie. Początkowo nie chciano nawet z nim rozmawiać, lecz nie tak łatwo pozbyć się Kowala. Jest wytrwały i dokuczliwy jak komar, latający o północy nad głową zmęczonego. Brzęczał więc zajadle telefonami i nękał listami. Wiercił dziurę w brzuchu wielu osobom. Aż wreszcie dla świętego spokoju, dano mu wolną rękę w kwestii kształtki na stacyjnym złomowisku. Przyjechawszy do Żarkowa Kowal odkrył, iż ktoś wcześniej ogołocił kształtkę ze wszystkich części, zostawiając ciężką kratownicę. Los okazał się łaskawy dla mężczyzny. Zadłużywszy się po uszy na transport, przywiózł ją do Lipinki. Miejscowi widząc ogromną wolę tworzenia załatwili, po przez miejscowego proboszcza, dobrego człowieka z dźwigiem, ku intencji postawienia Strażnika. Pan Bóg jest łaskaw dla dobrych ludzi i dopilnował, by operacja się powiodła. Michał umocował końcówki pędni do masztu, za pomocą kotw stalowych tak, że Strażnik pokazywał sygnał Stój. Końcówki kabli od latarń elektrycznych zaizolował i oplótł obok kotw.
Tymczasem podczas tych prac zapadły w pobliskim Żarkowie wielkie decyzje. Niemiecka firma postanowiła na terenie gminy wybudować olbrzymi magazyn. Inwestor rodem z Bawarii zażądał najkrótszej bocznicy, łączącej jego zakład z najbliższą linią kolejową. Geodetom wyszło, że najprościej będzie ją poprowadzić, po równi dawnego szlaku, biegnącego przez Lipinkę. Na początku grudnia przybyli oni na Michałową mijankę i długo coś odmierzali. Potem na zimę wszystko usnęło, by na wiosnę eksplodować nawałem prac. Zdumiony obrońca mijanki zastał na swej posiadłości spychacz, który natarł na resztki szyn. Maszyna kilkakrotnie uderzyła w stojącego Strażnika. Michał mimo radości z budowy linii, wybuchł gniewem na taki brak szacunku. Przerwał brutalnie pracę operatora wywlekając go z kabiny i grożąc kilofem, pogonił poza obręb stacji. Wyraził w ten sposób swój brak aprobaty, wobec nie posiadania wystarczających umiejętności technicznych przez operatora spychacza. Nazajutrz wobec groźby otwartego konfliktu na stację przybył sam Dyrektor w towarzystwie tłumacza. Zanim podszedł do Michała obejrzał dokładnie budynek stacyjny.
-Wunder- zatoczył ręką dookoła.
Potem podszedł do Strażnika, a za nim podreptał tłumacz.
-Wunder- powtórzył opierając dłoń o kratownicę.
Schyliwszy się dojrzał źródło konfliktu, czyli uszkodzenia i warknął pod nosem. -Dummkopf!
Była to całościowa opinia dotycząca umiejętności operatora spychacza. Tłumacz nie wyjaśniał intencji szefa. Ten zaś zaczął długą tyradę. Gdy skończył Michał usłyszał:
-Dyrektor firmy, też kiedyś pracował na kolei, bardzo przeprasza za zniszczenia, oczywiście firma pokryje koszty renowacji tak pięknego zabytku, semafor pozostanie na swoim miejscu, ponieważ oś bocznicy zostanie odsunięta od krawędzi peronu, ze względu na przewożone ładunki. Maszyniści naszej firmy dostaną rozkaz służbowy o ignorowaniu tego sygnału.
Michał, nie mógł uwierzyć w to co słyszy.
-Pociągi, tyle na nie czekałem…- wydukał a w jego oczach pojawił się dziwny blask.
Tłumacz mechanicznie przełożył to na niemiecki.
-Ja… – odpowiedział Dyrektor.
Patrząc w oczy Michała, dostrzegł to, co sam kiedyś przeżywał. Między mężczyznami z obcych krajów zrodziła się nić sympatii, wypleciona na kanwie miłości do żelaznych szlaków. Jeszcze tego wieczora czarna limuzyna zaparkowała pod budynkiem stacyjnym. Z początku rozmawiano z niemiecką ogładą i wstrzemięźliwością. Tłumacz starannie układał frazy. Potem, gdy do pomieszczenia wkroczyła polska gościnność, z rodzinnym folklorem i korniszonem, atmosfera straciła na wadze. W momencie, kiedy wyciągnięto poważne argumenty, w postaci opowieści o parowozach i zmieniono fabryczną tandetę na rodzime wyroby- tłumacz zasłabł od nadmiaru wrażeń. Wraz z upływem czasu nastąpiło zbratanie narodów i kolejowej braci. Po północy zaniepokojeni ochroniarze pomogli Dyrektorowi w zajęciu miejsca w samochodzie, a tłumacza, niczym walizkę upchnęli obok. Michał pożegnał auto, dając znak do odjazdu lizakiem.
Nazajutrz na stacji pojawiła się ekipa budowlana. Warkot diesli maszyn układających tor, był najmilszą muzyką kojącą niedogodności dnia poprzedniego. Bocznicę zbudowano w miesiąc. Potem znów nastała cisza. Michał codziennie obchodził nowe szyny i nasłuchiwał pierwszego pociągu. Długo kazano mu nań czekać. Aż pewnego czerwcowego popołudnia zadzwonił stary ebonitowy telefon służbowy.
-Kowal idzie do was skrajnia, powinna się zmieścić ale uważajcie!
-Dzięki za informacje
-Ten Niemiec kazał Cię powiadomić, powiedział, że będziesz wiedział czemu.
-Bo wiem!!!
-Jesteś wariat jak oni wszyscy…
Skończywszy rozmowę z Naczelnikiem Żarkowskiego dworca Michał ubrał się w galowy mundur. Wziąwszy w prawą dłoń żółtą chorągiew wyszedł przed budynek. Powietrze już pulsowało dźwiękiem potężnego Diesla. Pierwszy na linii skład wyszedł majestatycznie zza zakrętu. Wtedy okazało się, że dźwięk wydają dwie jednostki ST 43 w trakcji podwójnej, ciągnące sześć platform z betonowymi konstrukcjami. Z szybkością 5 km/h skład pełzł ku Michałowi i dawnemu wylotowi z mijanki. Kowal stanął w postawie zasadniczej i nie dostrzegłszy przeszkód ruchowych uniósł chorągiew.
-Tyle na was czekałem- szepnął.
Wtem do jego uszu doszedł dziwny zgrzyt. Tarcie dawno niepracujących elementów o siebie i pękających metalowych uprzęży. Mężczyzna spojrzał w kierunku, skąd dochodził dźwięk. Otworzył szeroko usta ze zdumienia. Kotwy wiążące pędnie przy maszcie Strażnika pękły i opadły na ziemię. Ramię wbrew prawom fizyki zaczęło unosić się w górę. Stanęło równo pod kątem 45 stopni. Latarnia strzeliła zielonym wyraźnym światłem.
-Ty Łobuzie- uśmiechnął się Michał.
Maszynista ST 43 wychylony przez boczne drzwi i widząc luźno zwisające pędnie i zaizolowane kable elektryczne semafora, mrugał zawzięcie oczyma. Gdy Rumuny minęły Strażnika, ramię opadło w swoją spoczynkową pozycję. Lampa zgasła. Michał długo wpatrywał się w semafor. Chyba tylko On rozumiał, co tak naprawdę po raz drugi wydarzyło się w Lipince. Wiedział, że wraz z maszynistą byli świadkami cudu- cudu odrodzenia.

KONIEC

Wrocław 4.06.2004r.

Powrót do listy opowiadań z 2004r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *