Linia Koluszki – Płoty powstała na papierze jako dwutorowa. I tak też ją budowano. Wiła się łagodnie wśród okolicznych wzgórz, niczym meandrująca rzeka. Dwie stalowe nitki doszły aż do uskoku przed Płotami. Potem zaczęły się kłopoty. Teren za uskokiem dość mocno opadał w dół i tory trzeba było prowadzić szerokimi łukami, na które nie było miejsca. Dlatego tuż przed uskokiem linia zamieniała się w jeden tor i ten zakolami schodził aż do samych Płotów. W miejscu zwężenia postawiono posterunek osłonowy bez nazwy. Mały budynek oddalony był od najbliższych zabudowań o całe 7 km. Pociąg służbowy dowoził pracownika, a wraz z nim przyrząd do kierowania ruchem, tzw. berło. Drewniany kij zakończony dwoma mosiężnymi skuwkami wręczano maszyniście pociągu wjeżdżającego na jednotor, a ten oddawał go w Płotach dyżurnemu ruchu. To jedno berło, bez którego nie można było wjechać na szlak, dość długo zanim wprowadzono semafory regulowało ilość składów na jednotorze. Nocami, gdy zamierał ruch, nudzący się posterunkowy misternie ozdabiał „królewski przyrząd”. Dorobił mu drewnianą kulę jako zwieńczenie, a na niej dość sprawnie wyrzeźbił insygnia PKP wraz ze stylizowanym orłem. Całość wykończył złotym mazidłem i wręczył maszyniście rannego składu do Płot. Ten roześmiał się serdecznie widząc owe cudo, ale doceniając pracę artysty głośno pochwalił przed pomocnikiem. Kolejarze polubili berło, jego wytartą od trzymania rękojeść i stylizowaną głownię. Dawało im ono swoiste poczucie bezpieczeństwa, że drugi skład nie zostanie wpuszczony na szlak i nie dojdzie do katastrofy. Niejeden z nich w trudnych chwilach ściskał owo berło mówiąc sam do siebie „bez obaw, dojedziemy”.

Wkrótce, gdy nadeszła zima, objawiły się dalsze wady owego zjazdu do Płot. Wiatr nawiewał dość duże zaspy, w których grzęźli najodważniejsi. Lecz jakoś dawano sobie radę i obywało się bez katastrof. Tuż przed wojenną zawieruchą zainstalowano semafor kształtowy i posterunkowi nadano nazwę P1, od najbliższej miejscowości. Berło nie zostało zapomniane. Umieszczono je w szafeczce na tyłach posterunku. Podczas wojny zakopał je młodziutki dyżurny ruchu, tak, aby Niemcy nie znaleźli. Linia przetrwała wojnę w nienaruszonym stanie. Fronty przeszły obok i gdy wszystko ucichło młody dyżurny wrócił na posterunek i wydobył berło umieszczając je dla ozdoby na powrót w szafce.

Ruch na linii wzmagał się. W 1957 uruchomiono pociągi nocne i stało się konieczne zatrudnienie zmiennika do ich obsługi. Rano pociąg służbowy przystawał na chwilę przy P1 i dyżurni zmieniali się. Tradycyjny uścisk dłoni i krótka relacja ze służby – na tyle starczało czasu. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące. Gdzieś zmienił się ustrój, zamykano linie, lecz przy P1 czas stanął. W malutkim budyneczku żyły dawne czasy i wszystkim lokatorom było dobrze.

Dnia 2 stycznia 2002 roku zaczął padać śnieg. Białe płatki leniwie oblepiały wszystko dookoła. Nie zamierzały topnieć ani przestać spadać z nieba. Stefan Krzywy parząc wieczorną czarnuchę – gorzką jak piorun i czarną jak tender parowozu – przygotowywał się do nocnej zmiany. Nie zapowiadało się najlepiej. Śnieg sypał coraz intensywniej a i wiatr się wzmagał. Nawiewał białe hałdy na szlak.

– Niedobrze – mruknął do siebie.

Koło 22 na stację wpadł osobowy Koluszki – Płoty. Ośnieżone czoło SU45 świadczyło o nienajlepszych warunkach na trasie. Stefan wyszedł na zewnątrz, podszedł do lokomotywy i wdrapał się po śliskich stopniach do kabiny. Maszyniści byli poruszeni.

– Kurcza, tak jeszcze nie było źle, trasa ledwie przejezdna! Masakra! Ciekawe, co tam na dole, przy Płotach? – odwrócili się do Stefana.

– Czekam na telefon, ale pewnie przebijecie się. Gorzej z nocnym z Warszawy – gdybał Stefan.

– Pewnie go już nie puszczą… Idź zobacz, co z nami, Stefan, bo nie widzi nam się tu nocy spędzać! – popędzili dyżurnego.

Stefan nie czekał długo na pozwolenie wjazdu dla SU45. Podniósł ramię semafora i spalinówka burcząc rozpłynęła się w mroku. Pół godziny później dostał potwierdzenie, iż dojechali. Teraz miał 3 godziny przerwy zanim po północy nadejdzie pośpiech z Warszawy. Zresztą miał cichą nadzieję, że już go nie puszczą. Wzmagający się wiatr zdawał się potwierdzać jego przypuszczenie. Stefan usiadł w fotelu i wlewał powoli w siebie czarnulę. Jej gorzki smak przywoływał wspomnienia i rozleniwiał. Wzrok Stefana padł na berło.

– Ty pamiętasz 1967? – mówił do przedmiotu w szafce – też tak dmuchało! Ale składów pogrzęzło – pokiwał głową.

Potem wstał i sięgnął do swej wyświechtanej torby po książkę i zagłębił się w lekturze. Nie mógł się skupić. Wyjący wiatr napierał na okna i dusił ogień w piecu. Trzeba było z rozwagą węgiel dokładać, aby czerwonego kura nie zagasić. Gdzieś tam w oddali szalały demony. Zrywały druty, wyginały znaki i zasypywały szlak. Gdy stary zegar na ścianie wybił 23:00, zadzwonił telefon. Jego kable wkopano w ziemię i dlatego działał. Stefan podniósł słuchawkę i rzucił doń:

– Posterunek P1!

– Koluszki… Leci do was pośpieszny z Warszawy, dajcie znać jak dojdzie – głos z drugiej strony drutu lekko drżał.

– Powariowali! Nie przebije się do Płot! – Stefan był zszokowany.

– Rozkazy centrali… Ciągnie gagarin, może się uda…

Cichy klik oznajmił koniec dyskusji. Stefanowi trzęsły się ręce. Nie mógł uwierzyć w bezmyślność decydentów na stołkach kierowniczych PKP. Ale stało się. Rozkładowy czas przyjazdu był 0:15, lecz przy tej pogodzie nawet Stefan nie miał złudzeń, że „stolica” się nie spóźni. Miał rację. Miarowy bulgot silnika ST44 przebił nawałnicę dopiero o 1:05. Dyżurny powiadomił Koluszki o przyjeździe pociągu i przekręcił do Płot.

Tam nie mogli uwierzyć.

– Niech jedzie na własną odpowiedzialność, ale nie da rady… Szlak ma wolny…

Stefan podniósł ramię semafora, lecz gagarin nie ruszał. Dyżurny wyszedł na dwór. Zimny wiatr przytkał mu płuca. Przez lodowatą kipiel zlustrował czoło ST44. Rozbite reflektory ledwie świeciły, blacha powgniatana miejscami i rozwalone zgarniacze mówiły, że łatwo nie było. Stefan szarpnąwszy za drzwi wtargnął do kabiny. Młody maszynista wstał od pulpitu i ryknął na niego.

– Czego?! – był wyraźnie zdenerwowany – dalej nie jadę, nie przez tą kipiel… Nie ma szansy na przebicie się do Płot!… nic… – tu padły słowa uznawane ogólnie jako obraźliwe.

– Spokojnie – zaczął Stefan pojednawczo – może pogoda się poprawi, szlak macie wolny.

– Ja się boję… Jak ugrzęznę tam niżej, to zanim do nas dotrą, zamarzniemy! Wiozę ludzi! – miotał się młody człowiek.

– Bez niego nie jadę – pomocnik nieco inaczej przeżywał trudy walki. Mniej żywiołowo.

Drzwi od kabiny znowu otworzyły się z hukiem. Lodowate zimno rozdało cięgi wszystkim obecnym. W ten sposób do lokomotywy dotarł kierownik pociągu. Nie miał dobrych wiadomości.

– Ogrzewanie pada, rozerwało przewody pomiędzy wagonami, w drugim masz kobitę w ciąży, temperatura spada na potęgę, ludziska nam padną! – oznajmił.

– Wezwij kogoś! – młody zwrócił się do Stefana.

– Tu nikt nie dojedzie, jeśli tu zostaniecie, to wam nie pomogę. Do domku zmieszczą się dwie osoby, a reszta?!

– Ja się boję… Rozumiecie, jak ugrzęźniemy, to ci ludzie mogą zginąć, nie chcę brać na siebie tej odpowiedzialności… – maszynista ukrył twarz w dłoniach – nie mogę, to mnie przerasta!

Stefan rozumiał młodego. Sam nie chciałby być w jego skórze. Nagle dyżurnego olśniło.

– A gdybym dał Ci coś, co zapewni bezpieczeństwo, nie pozwoli ugrzęznąć? – zapytał.

– Jaja sobie robisz?! – odfuknął młody jak pobity kot.

– Ani myślę… poczekaj – otworzył drzwi i zniknął w zamieci. Wrócił po chwili przyciskając do piesi berło. Wyciągnął je w kierunku młodego.

– Nigdy nie zawiodło, weź je w dłonie śmiało… – zachęcał.

Młody się przełamał. Powoli zacisnął ręce na wytartej rękojeści. Kamienny pas oplatający żołądek popuszczał stopniowo. Energia czasów minionych wlewała się w jego ciało. Wracało opanowanie i rozsądek. Maszynista położył je przed sobą na pulpicie.

– Spadajcie – szepnął do kierownika i Stefana – jedziemy. Niech Bóg ma nas w swej opiece.

– Nie potrzeba Pana Boga trudzić, on ma ważniejsze sprawy na głowie, berło wystarczy. – Stefan spojrzał młodemu w oczy – Przywieź mi je szybko z powrotem, jakoś łyso bez niego…

– Obiecuję – mruknął młody.

Stefan opuścił lokomotywę i udał się na posterunek. Gagarin rycząc silnikiem minął semafor.

Dyżurny przedzwonił do Płot.

– Pośpieszny poszedł do was…

– Żeby dojechał – odpowiedział tamtejszy dyżurny ruchu.

– Na pewno dojdzie – utwierdził go Stefan.

Tymczasem ST44 powoli nabierał prędkości schodząc w dół. Kipiel ograniczyła widoczność do minimum. Tor przysypany miejscami grubą warstwą śniegu prowadził skład niepewnie. Nawet potężny gagarin musiał uznać władzę matki natury na tym padole. Pomocnik szeptał do siebie tylko cztery słowa:

– To się nie uda.

Śnieg oblepiał szyby, że wycieraczki nie nadążały go z nich zganiać. Wiatr napierał na szyby odłamkami lodu starając się je rozbić w drobny mak. Demony blokowały hamulce pozwalając gagarinowi osiągać niebezpieczną prędkość na łukach.

– Wypadniemy… – krakał pomocnik.

Tylko młody nic nie mówił. Jedną rękę zacisnął na nastawniku, drugą na berle. Zsiniałe usta nie pozwalały wydusić słowa. Przynajmniej do momentu, gdy ujrzeli śmierć. Ogromna białą ścianę zbitego lodu i śniegu przed składem. Sięgała daleko ponad lokomotywę.

– Hamuj!!! – wrzasnął pomocnik.

Młody ścisnął berło.

– Nie teraz, przebijemy się, na podłogę!!!

Zanurkowali obaj. Tego, co stało się chwilę potem nie da się opisać. Dźwięk wybijanych szyb i ogromne zwały lodu przysłoniły się wszystko. Całym składem zatrzęsło, lecz nie zatrzymał się. Gdy tylko armagedon ucichł, okazało się, że gagarin jedzie dalej. Brnął w absolutnej ciemności z powodu zmiażdżonych reflektorów. Smagany wiatrem młody doczołgał się do nastawnika. W oddali pojawiły się światła Płot. Zaciągnął hamulec i pociąg stanął przy peronie. Maszynista usiadł na podłodze i zziębnięty przytulił do siebie berło.

– Dziękuję – szepnął i wyczerpany zasnął.

Strażacy przez 30 minut rozginali blachy, by go uwolnić. Lekarze na próżno próbowali odebrać mu berło. Odmrożone palce nie dały się odemknąć. Młody stracił obie dłonie i musiał przejść na rentę. Z pomocnikiem było lepiej, wrócił do służby. Ludzie w składzie znaleźli pomoc w okolicznym szpitalu. A berło… Czeka w P1 na kolejnych śmiałków i odpoczywa.

Wrocław, 19 maja 2002 r.

Powrót do listy opowiadań z 2002r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *