(dla Karoliny Wota… )

Śnieg padał wielkimi płatami przyklejając się do wszystkiego wokół. Brukowaną drogą od czasu do czasu przeturlał się samochód. Józef w swym czarnym drelichu podążał do pracy, po biegnącym obok chodniku. Ostrożnie stawiał stopy na śliskich, nie posypanym niczym płytkach. Mróz nieprzyjemnie orał policzki, choć jego moc nie była wielka. Maszynista starł wilgotne resztki osiadłe na krzaczastych brwiach. Minął parę idącą w tym samym kierunku. Młoda kobieta trzymała za rękę dziewczynkę w wielkiej czerwonej czapie. Józef zafascynowany wielkością pompona uśmiechnął się do dziecka. Ona stanęło i ukryło twarz wtulając się w nogi matki. Omal tym gwałtownym gestem nie przewróciło kobiety. Ledwie utrzymała równowagę na oblodzonym chodniku. Józef stwierdził że, już dość zamieszania wprowadził w życie tych dwojga, więc skłonił się lekko i przyśpieszył. W dali zamajaczył przejazd kolejowy. Pojedynczy tor ukryty wśród biało czerwonych strażników z żaluzjami. Maszynista spojrzał na zegarek i zwolnił. Wiedział, że nie zdąży przejść na drugą stronę. Jego zmiennik właśnie nadjeżdżał osobowym z Leszna. Kobieta znów zrównała się z maszynistą.
-Nie ma sensu się spieszyć- powiedział głośno Józef.
-Dlaczego?- Młoda kobieta była zdziwiona.
Maszynista jeszcze raz skontrolował czas i uklęknął przed małą. Dziecko miało olbrzymie brązowe oczy- dziwne oczy. Józefowi wydawało się, że patrzy na lalkę ze szklanymi atrapami wzroku. Lekko zawahał się. Kobieta to spostrzegła.
-Proszę się nie trudzić to autystyczne dziecko, nie nawiązuje kontaktu- powiedziała to głosem chłodniejszym niż otoczenie.
-Aha, przepraszam, ale słyszy mnie?
-Oczywiście… tak mi się przynajmniej wydaje
-Fajnie, słuchaj no krasnalu, pokażę Ci sztuczkę, ale musimy podejść szybko do tych biało czerwonych patyków- wskazał palcem na zapory.
Matka zrobiła krok do przodu, mała razem z nią. Zbliżyły się do rogatek, biegnąc za mężczyzną w kolejarskim mundurze. Ten rozpoczął pokaz wskazując na metalowego grzyba wyrastającego z podstawy zapory.
-To czarodziejski dzwon, przywołuje wielkie rydwany, teraz milczy lecz ja…
Józef przykrył metal dłońmi w rękawicach i modlił się aby osobowy z Leszna był punktualny. Stan niepewności nie trwał długo. Zaszumiały pędnie i wielki drąg zaczął spadać. Grzybek zaś wydawał raz za razem metaliczny dźwięk. Aż do momentu, gdy patyk osiadł gdzieś po drugiej stronie drogi. Józef odszedł od grzybka i przykucnął naprzeciw małej.
-Wezwałem Rydwan, wielki Rydwan na stalowych kołach…
-Ostrożnie, ona nigdy nie widziała pociągu, może się przestraszyć i głośno krzyczeć- szeptała matka.
Mała spojrzała prosto na maszynistę.
-Choć do mnie, posadzę Cię wysoko i przywitasz się z nim, nic Ci nie zrobi obiecuję- dziewczynka słysząc te słowa zrobiła krok do przodu. Jej oczy nieco pojaśniały. Ku zdumieniu matki podeszła do Józefa i wyciągnęła ręce do przodu. Mężczyzna wziął na ręce i uniósł ponad szlaban.
-Nadjedzie stamtąd- wskazał wolną ręką- będzie wielki, czarny i bardzo głośny, ale ty się nie bój, przywitamy się
Dziewczynka powoli niczym robot, obróciła głowę we wskazanym kierunku. Padający śnieg przeszkadzał w obserwacji. Najpierw do stojących dotarł dźwięk. Rytmiczny i miarowy. Pulsował i narastał do poziomu niepokojącego. Sprawca jeszcze ukrywał się. Mała nawet nie drgnęła. Józef nie miał pojęcia czy się boi, czy nie. Na wszelki wypadek mocniej ścisnął ją w pasie. W samą porę. Rydwan gwałtownie przebił śnieżną kurtynę. Był ogromny, głośny i czarny. Zbliżał się tak, że żadna siła nie mogła go powstrzymać. Kaskada huku runęła na zgromadzonych przed rogatką. Potem ogarnęło ich ciepło. Sznur wagonów zwieńczył arię poznawania subtelną uwerturą. Muzyka cichła a obraz rozpływał się w kawałkach białej rzeczywistości. Odezwał się grzybek i kurtyna w postaci dwóch szlabanów uniosła się majestatycznie do góry. Nastała cisza. Józef ostrożnie ustawił małą obok matki. Dziecko automatycznie zacisnęło dłoń na ręce kobiety. Maszynista skłonił się nisko i zasalutował do swej czapki. Kobieta lekko uśmiechnęła się. Józef obrócił się i zamierzał wejść na tor.
-Duży!- usłyszał nieudolnie wypowiedziany wyraz.
Obrócił się. Matka wpatrywała się w córkę z przerażeniem.
-Duży- powtórzyła mała wskazując na kierunek zniknięcia rydwanu.
-Coś nie tak?- Józef cicho spytał kobietę.
Ona najwyraźniej go nie słyszała. W jej oczach zakwitły łzy. Maszynista nie wiedział co czynić. Stał wpatrzony w tę scenę lekko zmieszany. Kobieta w końcu to zauważyła i wyjaśniła pociągając nosem.
-Ona odezwała się pierwszy raz od urodzenia, przepraszam- zaczęła szukać chusteczki.
Józef znów przysiadł naprzeciw małej.
-Duży, chcesz go poznać?
Oczy małej stały się żywsze. Próbowała najwyraźniej sklecić odpowiedź, lecz wyszło jej tylko:
-Duży!
Józef uznał to za zgodę i wstawszy głośno zagadnął matkę.
-Proszę przyprowadzić małą jutro na stację, kończę służbę koło 15, pokażę jej Rydwan.
-Ale my…-próbowała coś wyjaśnić kobieta.
-Proszę- powtórzył Józef.
-Dobrze…
Maszynista spojrzał jeszcze raz na małą, ale jej oczy były już tylko pustą jaskinią lodową.

XXXX

Nazajutrz Józef z gracją wyhamował parowóz na torze postojowym, pod główną halą parowozowni. Oddał go w ręce miejscowego palacza i udał się do Dyspozytora. Wszedł do malutkiego pomieszczenia, pełnego ciężkiego dymu z mokrych papierosów. Szef był starym wyjadaczem stalowych szlaków. Surowym, lecz sprawiedliwym ojcem dla swojej gromadki skupionej na wachlarzu parowozowni. Szanowano i liczono się z jego zdaniem. Józef nie czynił wyjątków.
-Dobry, Dyspozytorze.
-Dobry Józefie, siadajcie na chwilę.
Maszynista usiadł na drewnianym krześle naprzeciw biurka.
-Jak tam?
-Spokojnie-odparł Józef
-A maszyna?
-Jedna płomieniówka cieknie, niewiele ale trzeba łatać.
-Wpisałeś do książki uszkodzeń?
-Tak. Po raz drugi.
-Muszę opierniczyć kogo trzeba i się załatwi.
-Przydałoby się.
-Jakaś kobieta czeka na Ciebie, przed portiernią.
-O…
-Znam ją Józefie, biedna istota z nieślubnym na karku. Mąż zwiał i zostawił ją samą. Ludziska wzięli na języki i dlatego miała wczoraj wyjechać. Przynajmniej tak miejscowe baby gadają.
Maszynista milczał i analizował fakty. Wreszcie po dłuższej chwili zapytał.
-Mogę małej pokazać parowóz?
-Możesz… ja nie mam nic przeciwko, tylko nie pałętajcie się po hali, od kiedy Kowalski wpadł po pijaku do rewizyjnego i złamał kulasa nie chcę więcej kłopotów.
-Dobrze szefie.
-Zostawcie papiery i jesteście wolni Józefie.
Maszynista wyszedł na zewnętrz. Przeszedł przez halę postojową i malutkimi drzwiami przez portiernię wyszedł do czekających. Mała jak tylko go ujrzała, wysunęła dłoń z matczynego uścisku i podeszła do Józefa. Ten wziął ją na ręce.
-Duży- powiedziała.
-Tylko to powtarza od wczoraj- dopowiedziała kobieta idąca za nimi.
Tak jak przykazał Dyspozytor, nie wchodzili do hali postojowej. Obeszli ją i przez małą bramkę weszli na grupę torów wjazdowych. Maszyna Józefa stała pierwsza z brzegu. Smużki lepkiej pary zasnuwały koła i wszystko dookoła. Maszynista zestawił małą na ziemię.
-Idź- wskazał na parowóz- Idź się przywitać.
Matka próbowała przeszkodzić w obawie o bezpieczeństwo, lecz Józef przytrzymał ją w pasie. Potem jakby przestraszony własną śmiałością zwolnił uścisk. Dziewczynka powoli podeszła do Rydwanu. Zniknęła w smudze wyciekającej pary. Magicznej pary. Ogarnęło ją wszechobecne ciepło z bijącego serca olbrzyma. Wodziła ręką po obręczy koła, lekko podskakując na każdy syk mechanizmów. Jej usta wyrzucały tylko jedno słowo:
-Duży.
Cała trójka tkwiła przy parowozie przez godzinę. Mróz im nie przeszkadzał bo rozpraszała go aura Rydwanu. Czas przestał istnieć. Nie był potrzebny. Mała oparła policzek o poręcz budki. Musiała się wspiąć na czubkach kozaczków. Trwało to tylko chwilę, lecz w zupełności wystarczyło aby nawiązać dozgonną przyjaźń. Opadła bariera dzieląca ją od świata. Na krótki moment była innym maluchem.
-Duży.
Józef wiedział, że to co piękne, nie może trwać wiecznie. Musnął jej ramię palcami.
-Duży musi iść spać, jutro nie może być zmęczony- powoli cedził słowa patrząc na twarz umorusaną smarem- Nie przeszkadzajmy mu.
Dziewczynka uniosła dłoń w geście pożegnania.
-Duży- powtórzyła
Potem razem z matką odeszły w zimową szarugę.

XXX

Starszy człowiek przerwał i sięgnął po filiżankę parującej herbaty. Smakował ją powoli. Potem delikatnie odłożył na zdobiony spodek.
-Spotkałeś ją jeszcze kiedyś Józefie?- spytałem.
-Tylko raz, dwadzieścia lat później.
-Jak ją poznałeś?- nie za bardzo wierzyłem w tą część opowieści.
-Nie musiałem się trudzić…
Wpadliśmy na stację z wielką gracją. Rydwan hamowany spiął się lekko, lecz posłusznie zatrzymał się przy końcu peronu. Wychyliłem się, i ujrzałem niesamowity widok. Młoda kobieta biegła jak oszalała, roztrącając przygodnych podróżnych na betonowym podeście. Lekko przestraszony zamarłem. Ta podbiegła do budki i obie dłonie położyła na ścianach. Następnie przytuliła się doń.
-Duży- powiedziała.
Potem oderwała policzek od parowozu i zniknęła w tłumie. Na zawsze…
Starszy człowiek skończył i zamyślił się.
Jego dusza była zupełnie gdzie indziej, a już na pewno nie w tym pokoju. Wyszedłem pocichu zamykając drzwi.

KONIEC

Wrocław; 15.12.03r.

Powrót do listy opowiadań  2003r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *