Mały chłopiec siedział wpatrzony w brudne okno pędzącego pociągu. Za nim krajobraz zmieniał się jak w szalonym kalejdoskopie. Szkrab ledwie nadążał z wyłapywaniem interesujących go szczegółów. Matka chłopca, siedząca obok wysoka kobieta o krótkich kasztanowych włosach, była wyraźnie zmęczona. Mimo to odpowiadała na każde z zadawanych przez malca pytań. Była to trudna praca, gdyż chłopiec zadawał je z szybkością karabinu maszynowego. Jechali do najpiękniejszego miejsca na świecie – pełnego tajemnic, dziwactw i nieprzebranych cudów. Królestwo to miał we władaniu dziadek małego. Mieściło się ono na niewielkiej mijance jednotorowego szlaku. Stacja owa położona była w środku lasu. Ściśnięta przez zielone ściany z trudnością oddychała. Pojedynczy szlak wypuszczał dwie odnogi. Ostro odchodziły w bok, dlatego pociągi musiały drastycznie zwalniać, by nań wjechać. Tak naprawdę, to tylko jedna była czynna. Służyła do mijania się składów. Trzeci tor został zamknięty z powodu swego tragicznego stanu. Powoli przejmowały nad nim władze krzewy i mniejsze drzewa.

Ojciec kobiety, Józef, był emerytowanym naczelnikiem Leśnej Doliny. Miał swoje dwupokojowe mieszkanko na piętrze stacyjnego budynku. Co wakacje czekał na swojego wnuka i zapewniał mu moc atrakcji. Były one na tyle frapujące, że chłopiec domagał się wizyt u dziadka coraz częściej.

Matka chłopca rozpoznała w śmigających za oknem elementach te, które mówiły, iż zbliża się kres ich drogi. Wstała i starannie poprawiła długą szarą spódnicę. Sięgnęła po położoną na górnej półce walizkę małego.

– Mateusz! – miała ciepły aksamitny głos.

Chłopiec z trudem oderwał się od okna. Chwycił matkę za rękę i razem wyszli na korytarz. Elektrowóz rozpoczął hamowanie. Wagon drżał wskutek tarcia stali o stal. W chwilę później, wytraciwszy prędkość, skład skręcił ostro na boczny tor. Zakolebał się i zamarł przy peronie Leśnej Doliny. Matka mocowała się z opornymi drzwiami. Czerwona na twarzy wypchnęła je na zewnątrz. Zgrabnie zeszła na peron, chwyciła malca za ręce i postawiła obok siebie. To samo uczyniła z walizką. Podszedł do nich starszy mężczyzna, wziął kobietę w ramiona i uścisnął.

– Cześć maleńka.

– Cześć tato – odpowiedziała.

Dziadek uniósł małego szkraba bardzo wysoko.

– Witaj niedźwiedziu!

– Cześć! – sądząc po tonie głosu mały nie posiadał się ze szczęścia.

– Na peron dotarł też zawiadowca stacji, następca Józefa. Kobieta jeszcze raz uścisnęła ojca i weszła do wagonu. Skład szarpnął i ruszył powoli. Mały z dziadkiem śledzili koniec pociągu, dopóty ten nie rozpłynął się w czasoprzestrzeni.

Józef zaprowadził Mateusza do swego mieszkania.

– Zjemy coś, wymyjemy buzię i zobaczymy, co słychać na stacji.

– Dobra!

Mały nie był kłopotliwym dzieckiem. Po śmierci ojca garnął się do mężczyzn. Godził się na wszystko. Starannie wymył się i zjadł dwie kromki z żółtym serem. Popił to kubkiem mleka. Prawdziwego, nie takiego z hipermarketu. Potem zeszli na peron Leśnej Doliny. Mateusz rejestrował każdy nowy szczegół wśród stacyjnego krajobrazu. Zauważył prostokątną czerwoną tablicę na środku wjazdu na trzeci tor.

– Dziadku, dlaczego to tam stoi?

Józef spojrzał w zadanym kierunku.

– Tor się popsuł i ten znak mówi, żeby tam nie wjeżdżać.

– Aha.

Dwa tory osłaniane były przez semafory o czterech światłach, a przed stacją stały sześciokomorowe z uwagi na ostry zjazd na tor dodatkowy i konieczność wytracenia prędkości. Mateusz na nich zaczepił wzrok. Przyciągnął Józefa do najbliższego i zmarszczył czoło.

– Dziadku, po co mu tyle lampek?

Józef poskrobał się po siwych włosach.

– Aby mógł pokazać różne sygnały.

– Ta… a jakie?

– Choć na ławkę przed dyżurką, to ci pokażę.

Udali się we wskazanym przez Józefa kierunku. Dziadek usadził malca na samym środku i zostawił go. Sam wszedł do nastawni. Chłopiec usłyszał jak dziadek pyta swojego następcę.

– Stefan, masz gdzieś E1? Muszę małemu sygnały omówić, a rysować mi się nie chcę.

Dziadek chyba dostał to co chciał, bo wyszedł zadowolony. W ręku miał niewielką szarą książeczkę.

– Tu są wszystkie – pochylił się nad uchem chłopca – one są tylko dla pociągów, więc nikomu ani słowa, że Ci pokazałem.

Mały aż otworzył usta.

– To księga szyfrów kolejowych?

– Dokładnie, ściśle tajne, więc sam wiesz.

– Nikomu nie powiem.

– Dobrze.

Józef rozpoczął pokaz. Mały chłonął wszystko, lecz nie mógł spamiętać tak wielu informacji na raz. Zrozpaczony spojrzał na dziadka.

– Dam Ci zeszyt, idź na górę i przerysuj je starannie, ale pamiętaj, nikomu ani słowa.

– Dobrze dziadku – smyk chwycił zeszyt i pognał na górę.

Józef rozparł się wygodnie na ławce. Grzał swoje stare kości w promieniach wieczornego słońca.

– Józef, co ty mu opowiadasz? – zapytał Stefan.

– Cicho bądź, do wieczora mam spokój.

– Tajna książka! Dobre sobie.

– Milcz, bo ci go na nastawnię wpakuję – uśmiechnął się Józef.

– Co to, to nie, E1 to naprawdę tajna książka.

– Widzisz Stefan jak szybko się uczysz!

Tymczasem na górze Mateusz pilnie przerysowywał TAJNE SYGNAŁY TYLKO DLA POCIĄGÓW. Zajęty sporządzaniem ściągi, zupełnie ignorował przetaczające się za oknem składy, choć trzęsły całym pokojem – wtedy ołówek złośliwie nie trzymał się kratek. Czas płynął bardzo szybko. Wieczorem do pokoju wszedł dziadek.

– No jak tam? – spytał.

– Jeszcze nie skończyłem – skrzywił się mały.

– Schowamy książkę do szuflady i jutro dokończysz resztę.

Chłopiec posłusznie zamknął książkę i oddał ją dziadkowi. Wielka tajemnica musiała poczekać do jutra. Kolacja dotarła do brzucha i ani się Mateusz obejrzał, jak nakryła go kołdra. Józef usiadł na brzegu łóżka. Zawsze coś opowiadał na dobranoc. Historia zaczęła snuć się jak wieczorna mgła.

– Wszystkie sygnały pilnują, by pociągom nic się nie stało. Mówią im „zwolnij”, „zatrzymaj się” lub ”jedź tak szybko, jak chcesz”. Gdy pociągi ich słuchają, wszystko jest dobrze. Czasami jednak pojawia się Błędny Sygnał. Jest to bardzo zły sygnał. Nikt nie wie jak on wygląda, gdyż za każdym razem jest inny. Pociąg, który go posłucha, wpada w tarapaty.

– Kto robi ten zły sygnał dziadku?

– Nikt tego nie wykrył.

– Może potwór z bagien?

– Może.

– A ty widziałeś zły sygnał?

– Nie i nie chcę go zobaczyć – pogładził wnuczka po głowie.

Mały puścił się resztek jawy i spadł w otchłań snu.

Józef okrył go starannie. Zamknął cicho drzwi od pokoju. Usiadł za stołem i otworzył butelkę chłodnego piwa. Kiedyś w Leśnej Dolinie pojawił się błędny sygnał. Stary człowiek pamiętał ten dzień. Tony pogiętej blachy i szczątki ciał. On ustawił S1, maszynista twierdził, że widział wolny wjazd. Komisja nic nie mogła ustalić. Zwalono na siły wyższe. Tak urzędnicy nazywali swoje potwory z bagien.

Od samego rana Mateusz był na nogach. Skończywszy przerysowywanie sygnałów uczył się ich. Wydawało się, że nic go od tej czynności nie oderwie. Błędna diagnoza. Gdzieś na początku czasoprzestrzeni rozległ się gwizd. Był wyższy i inny niż dotychczas znane chłopcu gwizdania. Malec zostawiwszy swój zeszyt wybiegł na peron. Od wschodu dochodziły go dziwne dźwięki. Powietrze wibrowało w nieznanym rytmie. Wkrótce zobaczył sprawcę. Olbrzymiego czarnego potwora z czerwonymi kołami. Ciągnął za sobą stare wagony. Pufając i wyrzucając kłęby dymu stanął przed chłopcem. Biło od niego niesamowite ciepło. Umorusany maszynista krzyknął na cały głos.

– Turystyczny z Wolsztyna!

Słowa te były przeznaczone dla stojących za plecami zdumionego chłopca Józefa i Stefana.

Dziadek położył rękę na ramieniu chłopca.

– I co? Fajny jest?

Szkrab długo szukał słów na wyrażenie tego co czuje.

– Dziadku, on żyje? Jest taki ciepły…

Józef podszedł do budki maszynisty.

– E, mechaniku, pokażcie małemu jak wygląda prawdziwa lokomotywa.

– Mateusz wdrapał się do środka. Ujrzał rozgrzane do czerwoności serce parowozu. Mnóstwo pokręteł i syczących rur. Potem musiał wrócić na peron.

– To Pt47, parowóz pośpieszny – wyjaśnił dziadek – mówią na niego „petucha”.

Stefan uniósł lizak. Petucha zgrabnie zaszurała kołami i rozpłynęła się w kłębach pary. Mateusz długo patrzył na znikające smużki dymu. Potem wrócił do sygnałów. Przedtem wypytał się o rozkład niesamowitego pociągu. Będzie tu jutro rano. Gdzieś koło południa znów wyszedł na peron. Cykał przy nim żółty EN57. Mały nie rozumiał dlaczego dziadek mówi nań toaleta. To nie było ładne. Skontrolowawszy wskazania semafora rzekł do wychylonego maszynisty.

– Niech Pan jedzie czterdzieści, a potem ile chce.

Mechanik zdumiał się lekko. Przyłożył rękę do czoła i zasalutował.

– Tak jest.

Toaleta odjechała.

Mateusz sprawdzał za każdym razem w swoim zeszycie, czy się nie myli. Pod koniec dnia wiedział już, że zjeżdżający na boczny tor pociąg musi mieć podwójny żółty. O ile stawał na czerwonym na stacji. Zasypiał wtedy na bocznym torze, czekając na swoją kolejkę. Osobowe na ogół mogły jechać tyle, ile chciały. Jedno zielone witało każdego z nich. Mały jednak pozostawał czujny. Martwił go błędny sygnał. Potwory na bagnach rzadko bywają dobre. A w okolicy mokradeł było w bród.

Mijały dni. Chłopiec zaprzyjaźnił się z wieloma maszynistami odwiedzającymi Leśną Dolinę. Jednak najbardziej lubił obsługę Pt47. Stefan pozwalał mu odprawiać swoim lizakiem niektóre składy. Popołudniami odbywał długie spacery z dziadkiem leśną drogą wzdłuż toru. Chłonął zdrowe powietrze. Tak miało być i dziś. Zjadłszy obiad, ubrany i gotowy, z zeszytem za paskiem czekał na dziadka. Ten nie czuł się najlepiej, więc nieco zwlekał z rozpoczęciem spaceru. Tymczasem na stacji zaszumiały zwrotnice. Kierowały one jakieś pociąg na boczny tor. Ktoś musiał poczekać na swoją kolej i odpocząć przed dalszą podróżą. Józef wyszedł jakiś przygaszony i milczący. Chwycił Mateusza pod rękę. Rozpoczęli kolejną wyprawę wzdłuż toru. Chłopiec zauważył odmienny stan dziadka.

– Źle się czujesz dziadku?

– Nie, tylko trochę jestem zmęczony – Józef po raz pierwszy okłamał wnuka.

Stalowy pas bólu zaciskał mu pierś. Gdy mijali semafor wjazdowy na stację mały zesztywniał i stanął. Oczy otworzyły mu się szeroko.

– Dziadku, zobacz! – szarpał za dłoń Józefa.

Gdzieś w oddali rozległ się znajomy gwizd.

– Petucha wraca – szepnął Józef.

– Dziadku, semafor!

Józef już nie odpowiadał. Ciężko walczył z rozlewającym się bólem się w piersi. Walkę tę przegrywał. Usiadł na kamieniu. Mateusz nadal wpatrzony był w semafor.

– Dziadku, petucha ma jeden zielony sygnał, a przecież jedzie odpocząć na bok, powinny być dwa żółte!

Józef wziął głębszy oddech. Mimo bólu pojął grozę sytuacji. Miał rzadką okazję doświadczyć mocy Błędnego Sygnału. Petucha nie miała szans w starciu z bagiennym potworem. Nadchodziła w jego objęcia z maksymalną prędkością.

– Błędny sygnał! – charczał Józef.

Trwało to chwilę. Potem starzec osunął się ciężko oddychając na drogę. Dłoń wnuczka wyślizgnęła mu się. Ból zamknął oczy. Mały został sam na drodze. Łzy pociekły mu po policzkach. Potem nie wiedząc czemu wbiegł na nasyp. Wielokrotnie staczał się zeń i kaleczył kolana o ostry tłuczeń. Mimo ran próbował dalej, aż stanął na jego szczycie. Wyciągnął zza paska tajny zeszyt. Chwycił go w prawą dłoń i zaczął zataczać kręgi. Przód Pt47 rósł szybko na horyzoncie. Strugi powietrza uderzały w wiatrownice z prędkością 70 km/h.

– Maszynista parowozu zobaczywszy na tarczy sygnałowej wolną drogę z maksymalną prędkością oderwał wzrok od szlaku i dorzucił węgla do paleniska. Więc nici z postoju w Leśnej. Mają wolny szlak do samego Wolsztyna, jako zdawczy nie muszą się nigdzie po drodze zatrzymywać. Taki już przewrotny jest ten los. Maszynista zostawiwszy ładowanie węgla w rękach pomocnika, wrócił do obserwacji szlaku. Jego wzrok wyłuskał malutką sylwetkę dającą sygnał STÓJ. Potem spostrzegł leżącego Józefa. Odruchowo zacisnął hamulec. Pt47 sypiąc iskrami wytracał prędkość. Minął wjazdowy mając tylko 50 km/h na liczniku. Zobaczywszy ustawienie zwrotnic pomocnik jęknął – Jezusiczku! – potem siła odśrodkowa cisnęła go na ścianę kabiny. Parowóz ze zgrzytem hamował, aż w końcu zamarł w bezruchu na torze dodatkowym. Maszynista wyskoczył z budki i podbiegł do dyżurki.

Mateusz został zdmuchnięty z nasypu. Malec po raz kolejny zaliczył ostre kanty tłucznia. Brudny i poobijany pobiegł do dziadka. Józef nie słyszał nic z tego, co do niego mówi.

– Udało się, dziadku!

Nad leżącymi górował semafor. Pojedyncze zielone światło przygasło i zamieniło się na dwa żółte. Błędny sygnał zniknął. Leśną głuszą wstrząsnął ryk pokonanego bagiennego potwora. Wkrótce przysłonił go jęk zbliżającej się w tumanach kurzu karetki pogotowia.

Wrocław, 30 kwietnia 2003 r.

Powrót do listy opowiadań  2003r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *