Roman był starym maszynistą. Pracował w tym zawodzie od tak dawna, że plątały mu się odliczane dni. Na początku los ciskał go po różnych maszynach, lecz wkrótce zakotwiczył na tej wybranej. Była nią Ok1, stary pruski parowóz z 1906 roku. Roman przy jej współudziale prowadził pociągi osobowe i pośpieszne po okolicy. Charakterystyczną cechą jego służby, był fakt iż dość często zmieniali mu się pomocnicy. On nawet nie próbował, pozostawał wierny swojej Ok1. Pielęgnował ja i doglądał jak największy skarb. Parowóz był najpiękniejszą jednostka w okręgu. Zawsze błyszczał starannie naropowany i nieskazitelnie nasmarowany. Inni maszyniści odwracali za nim głowę, gdy mijał ich na trasie. Romana nieczęsto można było spotkać w domu, zawsze z nieodłączną szmatą w dłoni dokonywał czynności zabiegowych przy swojej maszynie. Instrukcja maszynisty parowozowego była dlań Biblią. Roman rzadko trzymał się dokładnie jej wytycznych. Czynił więcej i więcej, niż głosiły zawarte w księdze punkty. Swoim pomocnikom mawiał, iż nie wystarczy doglądać parowozu, aby dobrze służył człowiekowi. Trzeba zaprzedać jemu duszę. W końcu nikt na stacji nie wiedział czy Ok1 była stworzona dla Romana czy Roman dla niej.
Mijały dni i trakcja parowa zaczęła ustępować miejsca maszynom na ropę i prąd. Dyrekcje poszczególnych okręgów zaczęły spychać parowozy z głównych szlaków. Przydzielone do drugorzędnych zadań powoli dożywały swego kresu. Bardziej żywotnym ograniczano przeglądy i odmawiano napraw rewizyjnych. Zużywały się dla człowieka, który nie potrafił docenić ich trudu. Państwo wstydziło się brudasów, bo były nienowoczesne. Przypominały minioną epokę. To było solą w oku miejscowym dysydentom. Wydawali oni bezduszne dyrektywy śmierci i zniszczenia w imię sloganów. Nieliczne ocalałe z likwidacji trakcji zacofania drżały, gdzieś na bocznicach oczekując, urzędników ze służby technicznej z wyrokami kasacji. Imano się różnych sposobów eksterminacji. Przekroczona data naprawy rewizyjnej równała się wyrokowi śmierci. Na wielu torach pojawiły się tablice zabraniające wjazdu parowozom. Tłumaczono to względami przeciwpożarowymi. Nikt w to nie wierzył. Na złomowiskach cięto jeszcze ciepłe kadłuby nie stosując znieczulenia. Nadeszła epoka lodowcowa. Planowa eksterminacja w imię postępu wymagała rozbudowanej administracji. Szwadrony śmierci rozeszły się po okręgach kolejowych.
Roman na razie żył w nieświadomości. Dochodziły go wprawdzie mroczne informacje, ale traktował je jak złośliwe plotki. Jego malutka była w świetnym stanie. Nienagannie prowadziła lokalne pociągi. Wpadała na stację otulona w zwoje pary i ruszała z werwą. Gdy tor dopadał drogi, kierowcy zwalniali, aby nacieszyć oczy piękną sylwetką mknącego parowozu. A było na co popatrzeć. Roman oparty o krawędź okna bacznie lustrował szlak. Pomocnik szuflował węgiel do paleniska i obserwował wskaźniki. Żaden nie mógł przekroczyć dopuszczalnych wskazań. Gdy kiedyś tak się stało Roman oszalał. Wyrwał z rąk młodego chłopaka szuflę i uderzył w golenie nóg. Pomocnik upadł na podłogę budki. Roman stanął nad nim czerwony z wściekłości.
-Boli ?!- zapytał zaciskając dłonie na trzonku szufli.
-Jezuuu taaak jęknął młodzieniec a w jego oczach stanęły łzy.
-Ją też gówniarzu, gdy kiedykolwiek którykolwiek ze wskaźników przekroczy czerwone pole Ona odczuwa ból, rozumiesz?
-Tak- pomocnik płakał rozcierając obite nogi.
Roman uklęknął i szarpnął go za kapotę. Zbliżył się do zapłakanego lica początkującego pracownika kolei.
-Zrobisz to jeszcze raz a rozwalę Ci łeb
Pomocnik przestraszony lekko zaprotestował.
-Ale… tak…. nie można
-Gówno mnie to obchodzi, nie obchodzisz mnie ty, jest wielu pomocników a ona jedna.
Pomocnik nie rozumiał, ale pulsujące golenie przypominały mu o lekcji. Chętnie uciekł by już teraz z tego domu wariatów, lecz poczekał na koniec praktyk. Rano Roman nie miał już pomocnika. Udał więc się do dyspozytora parowozowni. Ten znał Romana od dawna więc tylko rozłożył ręce.
– Co zaszło? Młody był przestraszony i kulał na obie nogi.
– Przypieprzyłem mu łopata- odpowiedział obojętnie Roman.
Dyspozytor zdębiał.
– Co mu zrobiłeś?!
-Przypieprzyłem łopatą, bo ciśnienia smark nie umie utrzymać, czego oni ich tam uczą?
Dyspozytor nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Roman opowiadał zdarzenie tak jakby to była normalna procedura postępowania. Cienia winy w tonie głosu nie dało się wyczuć.
-No i co teraz?
Roman spojrzał za okno. Jego maleńka dymiła wolno na torze wyjazdowym.
-Znajdzie mi Pan nowego co maszyny kaleczył nie będzie.
-To już ósmy w ciągu kwartału!
-Trudno szefie, niedorajdy niech trenują na drewnianych makietach a nie żywych parowozach.
Dyspozytor machnął ręką. Dyskusją z Romanem nie miała sensu. Nie w tej kwestii.
-Roman dzwoniła twoja żona, pytała kiedy ściągniesz do domu?
-Nie wiem Dyspozytorze, jest tyle pracy przy małej, że wolę nocować w parowozowni.
-Tak nie można
Roman nie czekał na dokończenie. Po prosu wyszedł. Dyspozytor posłał po nowego pomocnika. Przyzwyczaił się do wybryków Romana, lecz te przybierały coraz ostrzejszą formę. Fanatyczna miłość do Ok1 była nie do ogarnięcia. W niej upływały kolejne dni Romanowi. Odliczane kolejnymi kilometrami pochłoniętego szlaku. Skłonami semaforów i cichym furkotem zwrotnic. Zawsze punktualny i zgodny z przepisami. Tymi technicznymi, bo z ludzkimi odruchami u Romana różnie bywało. Strażnik swojej małej. Stacje witały go z dumą. Pasażerowie czuli się pewnie i często pozdrawiali parowóz mijający ich po drodze. Tak upływał czas tej parze. Sielanka nie może trwać wiecznie. Zmienna czasoprzestrzeni odliczana w sekundach i minutach jest okrutna. Nawet największe uczucie, nie jest w stanie zmienić reguł jej gry. Gry prowadzącej do końca. Któregoś dnia Roman zauważył, że jego mała bierze wodę. Z początku były to niewielkie ilości, lecz później problem spowodował odstawienie parowozu na tor naprawczy i wygaszenia go. Mechanik dokładnie zilustrował wnętrze Ok1. Po kilku godzinach stwierdził.
-Stan płomieniówek jest fatalny, ciekną i są dziurawe jak sito.
-To je napraw! wrzasnął Roman.
-Samo łatanie nic nie da, trzeba je wymienić.
Roman rozumiał faceta. Zresztą mechanik nigdy go nie okłamał.
-Zamówię płomieniówki w Gnieźnie, mam nadzieję że dojdą przed datą rewizji.
-Muszą- szepnął Roman- Wiesz co oni robią, gdy ta się skończy?- maszynista spuścił głowę.
Mechanik nie odpowiedział. Po prosu odszedł, pytanie było zbyt retoryczne.
Malutką odstawiono na bocznicę. Wygaszono i zamówiono płomieniówki. Roman każdego dnia pielęgnował ją tak, jakby była czynna. Czyścił, ropował i smarował z całych sił. Dawny blask nie chciał jednak powrócić. Parowóz trawiła choroba. Rdza atakowała ze zdwojona siłą. Wszystko śniedziało i mętniało. Nawet szkła wskaźników pokryły się mgłą niewiadomego pochodzenia. Roman nie nadążał z usuwaniem widocznych skutków choroby. Wkrótce Ok1 przestał być ozdobą okręgu. Maszynista codziennie monitował mechanika o płomieniówki, lecz te nie przybywały. Były ważniejsze naprawy. Zbywano ciągle tym samym frazesem. I trwało to tak długo, aż nadszedł dzień naprawy rewizyjnej. Wtedy to u Dyspozytora parowozowni zadzwonił telefon. Dyrekcja przysyłała inspektora nadzoru technicznego w celu stwierdzenia, czy parowóz jest w stanie dojechać o własnych siłach do Gniezna. Roman usłyszawszy tą nowinę stwierdził krótko.
-Kat przyjeżdża- i trzasnął drzwiami tak mocno, że ze ściany spadło logo PKP.
Kat stawił się na drugi dzień. Był niskim człowiekiem ubranym w stary wełniany garnitur. Na tłustej twarzy, jak dwa węgielki jarzyły się świńskie oczka. W nich doczytać się można było tylko fałszu i obłudy. Kręcąc niesympatycznie wielkim nosem ruszył bez przywitania na bocznicę. Sapiąc z wysiłku pod ciężarem ogromnego brzucha dotarł do miejsca spoczynku Ok1. Roman właśnie czyścił koła z rdzy.
-To wasza jednostka maszynisto?!- zapytał gruby wydymając usta z dezaprobata.
-Moja- Roman podszedł do urzędasa.
-Widzę, że nie jest w stanie dojechać gdziekolwiek, idę spisać na stację protokół kasacyjny.
Roman zamarł przerażony.
-Czekaj no Pan, nawet jej nie rozpaliłem!
– Nie musicie, to złom, symbol zacofania naszego kraju.
Maszynista nie wytrzymał. Dopadł urzędnika. Jego potężne ręce wbiły się w stary garnitur i uniosły ciało ponad tor.
-Udowodnię Panu, że dojadę do Gniezna o własnych siłach, za godzinę będę gotów, a Pana zasranym obowiązkiem jest poczekać na mój wyjazd i eskortować mnie do ZNTK, inaczej już nigdy nie będziesz chodził!
-Złożę skargę!!!- urzędas dyndał krótkimi nóżkami na wszystkie strony.
Roman nie opuszczał.
-Poczekasz Pan na mnie przy wyjazdowej, za godzinę tam będę
-Zgoda!
Grube cielsko runęło na tor z niemiłym plaskiem pośladków. Odeszło na czworakach na bezpieczną odległość. Potem wstało i wyrzuciło z siebie.
-Masz godzinę.
Uciekło w stronę głowicy wyjazdowej. Roman rozpoczął przygotowania do rozpalenia małej. Mijały chwile. W kotle załomotały płomienie. Zalewane przez strugi wody walczyły z determinacją. Przegrywały. Roman dojrzał stojącego na wyjazdowej urzędasa. Czas minął. Maszynista chwycił przepustnicę. Szepnął cicho.
-Dawaj mała, choćby niewiadomo co!
Potem poczuł ogromny ból w dłoni. W oczach mu pociemniało. Zespalał się ze swoja Ok1. Stalowe nitki migrowały w głąb kończyny czerpiąc zeń witalną siłę. Płomienie buchnęły ze piekielnym szkarłatem. Rdza cofała się i znikała. Kocioł czerniał a ciśnienie wzrastało. Roman słabł.
-Taka mała, bierz ile chcesz, jestem twój, tylko jedź!
Pojawił się zielony sygnał wyjazdowy z bocznicy. Skrzypnęły zwrotnice. Maszynista przyciągnął przepustnice do siebie. Malutka ruszyła w kierunku wyjazdowej. Tam na chwilę zwolniła i zamarła przed urzędasem. Roman szarpnął dłonią odklejając ją od przepustnicy. Z głębokiej rany na dłoni trysnęła krew. Maszynista chwycił przerażonego grubego władcę śmierci i wciągnął go do budki.
-Jedziemy kierowniku, a Pan będziesz jechał ze mną
Gruby upadł na podłogę. Maszynista z cichym cierpieniem zespolił się z przepustnicą. Parowóz wjechał na szlak. Ostre stalowe pędy wyrosły z podłogi budki. Przebiły kolana i tłuste dłonie urzędasa. Wbiły się w czoło, oczy i brzuch. Kat charczał i tracił głos. Coraz więcej krwi bryzgało na podłogę. Znikała między stalowymi wrzecionami. Ok1 była jak za dawnych lat. Czarna i błyszcząca. Gwizdawka wydawała z siebie długie Rp1. Stukot kół mieszał się z coraz słabszym charkotem urzędasa i cichym jękiem Romana. Gdy parowóz zamarł pod bramą gnieźnieńskiego ZNTK, jego pracownicy znaleźli na podłodze strasznie zmasakrowane ciało maszynisty. Nie miał skóry na twarzy ani prawej dłoni. Był odwodniony i wysuszony. Zawieziono go do miejscowego szpitala. Tam lekarze odstawili go sali z której najkrótsza droga wiodła do kostnicy. Na drugi dzień po przyjeździe przystąpiono do wymiany płomieniówek w Ok1. Remont posuwał się sprawnie i szybko. W szpitalu tez działy się cuda. Najpierw maszyniście urosła dłoń, potem pojawiła się skóra na twarzy. Lekarze nie mogli pojąć co się dzieje. Rany zasklepiły się bez śladu, a ostatniego dnia remontu maszynista wstał i wyszedł ze szpitala. Nie miał śladów potwornych ran, ani najmniejszej blizny. Od razu udał się do zakładu naprawczego. Jego malutka lśniła na bocznicy do odbioru. Czarny kocioł i kraśne koła budziły zazdrość innych. Roman ruszył z gracją do swojej stacji. Po drodze ludzie odwracali wzrok by podziwiać Ok1- jak za dawnych czasów. A urzędas? Pracownik ZNTK znalazł na podłodze guzik od starego wełnianego garnituru. Zanim zdarzył go podnieść ten wsiąkł w podłogę. Nikt nigdy więcej nie widział grubasa.
Romanowi przydzielono nowego pomocnika. Pierwsze co usłyszał to:
-Pamiętaj lokomotywie nie wystarczy serce, ona pragnie duszy i bądź gotów ją jej dać.

Wrocław; 8.04.03r.

Powrót do listy opowiadań  2003r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *