Wszedłem do bufetu na stacji w Brudnicy szukając natchnienia. Szef wściekł się dziś rano i nakazał wypełnienie piątkowego magazynu czymś zajmującym. Pracowałem jako pismak w lokalnej gazecie w dziale Z regionu. Dział ten regularnie schodził na psy. Czytany głównie przez starsze panie i bezrobotnych nie przynosił dochodu. Ludziom znudziły się artykuły o biedzie i kronika kryminalna. W dobie szalejącego bezrobocia i przemocy naród potrzebował czegoś innego. Ja też. To coś właśnie polecił mi znaleźć szef. Zacząłem od rana. Schodziłem wiele kilometrów po ulicach Brudnicy. Szukałem natchnienia i go nie znalazłem. Nawet nie próbowałem. Liczyłem na jakieś wypadek, nieszczęście, które rozdmucham do rozmiarów apokalipsy. Byłem marnym dziennikarzem, poniekąd była to wina zaangażowania. Było ono znikome, tak jak całe moje życie- nie miało sensu. Padający deszcz przedostał się przez moją kurtkę odbierając chęć do dalszej walki. Niewiele mi było trzeba, jak zawsze. Postanowiłem posilić się i ogrzać. Najbliżej miałem do baru dworcowego. Przytulny mały lokal przywitał mnie pustką i ciepłem. Zamówiłem kanapkę i szklankę gorącej herbaty. Usiadłem w rogu i rozpocząłem pałaszowanie. Kanapka o dziwo była świeża a herbata smaczna. Po dłuższym wodzeniu wzrokiem po sali dostrzegłem, iż nie jestem sam. Po przeciwnej stronie siedziała kobieta. Jasne włosy łagodnie opadały jej na twarz. Łagodny profil lica budził moją sympatie. Na krótko zresztą, bowiem wróciło widmo bezowocnych poszukiwań. Byłem jak sęp: leniwy, chcący padliny i wściekły. Beznadziejny typ w tym ciele. Ruch na sali odwrócił na chwilę moja uwagę. Nieznajoma o jasnych włosach wstała i zostawiwszy na stole banknot wyszła. Kelnerka zza kontuaru podeszła do stolika i zamarła. Rozłożyła ręce jakby chciała przywołać klientkę. Za późno- tamta zniknęła za drzwiami na peronie. Podszedłem do kobieciny chcąc zobaczyć powód jej niepokoju.
-Panie, zamówiła tylko kawę i zostawiła to- Kobiecina trzymała w ręku banknot 200zł- to za dużo, tak nie można
Zdumiony reakcją kelnerki, ja bym schował do kieszeni bez szemrania, ruszyłem na poszukiwanie darczyńcy. Kelnerka zapomniała upomnieć się o moją należność. Świnia byłem, ale o 10 zł bogatsza. Wyszedłem i rozejrzałem się na peronie. Od strony wschodniej nadjeżdżał pociąg. Skład toczył się powoli piszcząc na szynach. Tam też zobaczyłem nieznajomą. Stała na samiutkim końcu peronu, tam gdzie nie sięgał daszek. Deszcz spływał jej po twarzy. Coś było nie tak z tą babą. Nagle kobieta zstąpiła z peronu wprost przed nadjeżdżający pociąg. Stało się to tak nagle, iż nie zdążyłem zareagować. Nawet nie próbowałem, nie było szans. Skład mimo niewielkiej prędkości nie mógł zatrzymać się przed kobietą. Na stacji rozległ się przeraźliwy gwizd i pisk stali. Nieznajoma pochyliła głowę godząc się z tym co miało niebawem nastąpić. Ja zaś stałem jak wmurowany i patrzyłem na ten przerażający spektakl. Czułem się jak widz w makabrycznym filmie, niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu. Lokomotywę dzieliły chwilę od jasnowłosej. I wtedy stał się cud. Najpierw poczułem podmuch od szybko biegnącej osoby. Potem zobaczyłem Wielkiego mężczyznę sunącego po peronie. Nie miał prawa zdążyć. Lecz stało się inaczej. Olbrzym odbił się obiema nogami od krawędzi peronu. Szybując uderzył kobietę obiema rękoma. Siła uderzenia była ogromna. Nieznajoma przeleciawszy kilka metrów upadła obok na szyny. Wielki człowiek odbiwszy się od zderzaka lokomotywy obok niej. Pociąg zamarł. Z lokomotywy wypadł maszynista i klnąc jak szewc ruszył ku leżącym. Wielki człowiek również wstał. Skrzywiwszy się strasznie z bólu, zaczął kręcić ręką.
-Kurcza Józek, aleś mnie walnął ! wyrzucił z siebie
Józkiem okazał się maszynista lokomotywy.
-Marynarz cały jesteś?!- spytał lekko niedowierzając
-Ja tak, ale tą biedaczkę chyba zabiłem- wskazał na jasnowłosą
Ciekawe stwierdzenie jak na fakt, że przed chwilą ona sama wskoczyła na tory. Zstąpiłem ku nim. Cieszyłem się z tego, iż dobry materiał sam pcha mi się w ręce. Wielki człowiek ostrożnie obrócił kobietę.
-Znam ją!- wyrwało mu się z ust
Gdzieś niedaleko rozległ się sygnał karetki. Wyjąłem dyktafon. Wielki człowiek w kolejarskim mundurze nie był zadowolony.
-Dlaczego stałeś?! warknął
-Nie było szans- wydukałem
-Nawet nie próbowałeś, dziennikarz- wygiął pogardliwie usta- spieprzaj pan stąd i to szybko.
-Mam prawo…-oponowałem z lekka.
Wielki wstał od leżącej i zacisnął pięści. Ruszył ku mnie.
-Zaraz Ci pokażę twoje prawo szczylu
Józek stanął pomiędzy nami.
-Spokojnie marynarzu, Pan już sobie idzie
Cofnąłem się lekko. Nie chciałem zadymy z nosorożcem. A już broń boże nie odpowiadała mi bójka z faciem o dłoniach wielkości koparki. Jak ta lalunia się ocknie i tak bez bólu dopadnę ją w szpitalu. Mam tam znajomości u jednej siostruni, po zakrapianym nocnym dyżurze. Z tym postanowieniem odczekałem, aż karetka odjedzie i ruszyłem do wyjścia. Tuż przed jego progiem znowu pojawił się Józek.
-Proszę Pana niech Pan ją zostawi, apeluję do Pana sumienia.
Dobre sobie. Sumienie dla mnie to obco brzmiący wyraz. Pojęcie puste jak bambusowa tyczka, frazes ze słownika. Ja go po prostu nie miałem. Liczył się materiał nie sumienie.
-Spadaj pan- tym razem poszedłem na całość. Józek był dużo mniejszy od nosorożca. Maszynista zareagował nadzwyczaj spokojnie. Dziwne po tym co przeżył przed chwilą.
-Chcesz mieć materiał, dobry materiał?
To mogło być ciekawe. Zawsze można się potargować.
-Ano
-Opowiem Ci historie o maszyniście zwanym marynarzem
-Tym Wielkim?
-Dokładnie
-Panie co mnie obchodzi jakieś mutant
-Sam ocenisz
-Maszynista marynarz?- coś mi tu śmierdziało.
-Tak, ale pod jednym warunkiem.
-Jakim?
-Zostawisz sprawę tej kobiety w spokoju.
-Zastanowię się.
-Nie! -syknął Józek- jeżeli cokolwiek wypłynie, będziesz po tym mieście chodził kanałami.
-To groźba?!- sięgnąłem po dyktafon
-Nie-Józek przykrył dłonią mikrofon- dobra rada
Nagle zrozumiałem, że ten człowiek nie żartuje. Nie wiem jakie były tego przyczyny i w sumie nie chciałem wiedzieć. Wystarczy, że widziałem jego oczy. Nie ze mną te numery, bohaterowie to nie moja specjalność.
-Dobra- samo mi się wyrwało.
Ma się ten instynkt samozachowawczy.
-Bądź u mnie około 20, lipowa 12
Józek odwrócił się i wrócił do lokomotywy. Szef nie bardzo chciał wierzyć w obietnicę super materiału. Marynarz maszynista nie bardzo mu leżał.
-To jakieś bzdety- stwierdził ostentacyjne.
Sam zacząłem w to wierzyć. Byłem tylko zbyt wielkim tchórzem, aby złamać układ. Zresztą zabolały mnie słowa mutanta- Nawet nie próbowałeś. Kto powiedział, że trzeba było? Mój przełożony zjechał mnie dokładnie, cal po calu. Kazał przyjść jutro z materiałem. Nie powiedział co się stanie jak zawalę. Wolałem nie sprawdzać. Do szpitala nie pojechałem. To jest sumienie?
Około 20 przybyłem na lipową 12. Niewielki domek miał tylko jedno okno. Świeciło się w nim światło. Józek czekał na mnie.
-O jesteś
-Jestem odparłem
Weszliśmy do środka. Przytulna kuchnia emanowała ciepłem. Na piecu pyrkotał czajnik z wodą. Zasiadłem za centralnie ustawionym stołem.
-Kawy, czeka nas długa noc?
-Jasne, jeśli można.
-Nawet trzeba- uśmiechnął się Józek
Nie przypominał zawziętego potwora ze stacji. Powoli wlewałem w siebie gorzki płyn. Józek zaczął opowieść. Z początku delikatnie oplotła moje zmysły, by pociągnąć je na dno- bez pardonu.

Wielki Człowiek przybył do Brudnicy z nikąd. Miał ze sobą komplet papierów potwierdzających kwalifikacje maszynisty, mały tobołek i dużo chęci do pracy. Skierowano go na obsługę trakcji dalekobieżnych. Kursował z Brudnicy do wszelakich zakątków świata przewidzianych kolejowym rozkładem. Nigdy się nie spóźniał bez przyczyny czy z powodu zaniedbania. Nie miał ulubionej trasy, czy lokomotywy. Był wolnym strzelcem, wiedzionym szerokością stalowych szyn. Darzył wielkim uczuciem każdy powierzony mu sprzęt. Na początku żartowano nawet, że wielbi nawet łopatę, którą kazano mu machać. Wkrótce przestało to śmieszyć, bo okazało się prawdziwe. Zawsze trzeba próbować! Mawiał Wielki Człowiek niedowiarkom. Taki to już był sympatyczny olbrzym. Szefostwo nie wiedziało też o jeszcze jednej tajemnicy Wielkiego Człowieka. Kochał on nie tylko przedmioty codziennej pracy, ale i wodę. Najlepiej tę nie mającą granic- bezkresne morze. Gdy tylko wypracował pierwsze dni urlopu pojechał do Mrzeżyna. Było to maleńkie rybackie miasteczko nad brzegiem Bałtyku. Uwaliwszy swe ciało na plaży chłonął uroki morza. Trwało to jeden dzień. Potem ruszył do portu i zobaczywszy kutry rybackie, szykujące się do wypłynięcia na połów, bez pardonu podszedł do jednego z nich.
-Kapitanie, zabierze mnie Pan na morze, przy sieciach pomogę
Kapitan splunąwszy siarczyście spojrzał na Wielkiego Człowieka. Widząc olbrzymią posturę zdumiał się, skąd się tacy biorą.
-A tyś kto?
-Maszynista na urlopie
-Na morzu byłeś?
-Nigdy, ale chcę spróbować, na plaży już wytrzymać z nudów nie mogę.
-Dlaczego mam Cię wziąć?
-Bo za friko pomogę, a spróbować Pan może, zawsze trzeba próbować.
Trudno takiemu odmówić. Zwłaszcza, że na morzu każda para rąk się przyda. I tak zaczął pływać Wielki Człowiek z ludźmi morza, w każdy urlop co roku. Pracował za dwóch ciesząc się poważaniem i sympatią całego portu. Miał swój wypoczynkowy kuter i przyjaciela Kapitana. Wszystko co Dużemu do szczęścia było potrzebne. Wieczorami po morderczej pracy, gdy kuter pyrkotał ociężale wioząc bogaty połów, Wielki siadał z Kapitanem na dziobie i pykając fajkę gaworzyli.
-Piękne to nasze morze Wielki?
-Piękne i takie nieograniczone
-Nie to co twoje ciuchcie w stalowych kajdanach szyn, ani to skręcić ani pojechać tam gdzie chcą oczy, tylko tam gdzie szyny prowadzą.
-Może to i racja, ale gdy chwytam przepustnicę i wiatr rozgarnia włosy, czuję się tak jak tu, nie do zatrzymania i gdyby nie rozkład, dotarłbym szynami do samego Pana Boga.
-Rozkład ważna rzecz- stwierdził Kapitan
-Bez niego kolej by sensu nie miała, tak jak wasza praca bez ryb.
-Racje masz Wielki.
I tak aż do samego nabrzeża. Do północy Wielki pomagał ryby wyładowywać i szedł spać. Rano stawał się na połów. Tak w każdy dzień urlopu. Potem wracał do swych szyn i rozkładów. Był szczęśliwy. Tego roku urlop przesunął mu się nieco. Gdy dotarł do Mrzeżyna, nadszedł czas jesiennych chłodów. Połowy były krótkie i prawie bezowocne. Morze nieprzyjemnie zimne i oschłe w kontaktach. Mimo to Wielki wypływał ze swoim Kapitanem i innymi kutrami na połów. Jak postawili pierwsze sieci, zaskrzeczało radio.
-Ostrzeżenie sztormowe! Wszystkie kutry natychmiast wracać do portu.
Niebo napuchło granatową poświatą. Ciśnienie poczęło spadać w dół.
-Wybieramy sieci i spadamy stąd!- zarządził Kapitan
Ledwie co postawione okazały się puste. Widząc minę Wielkiego Kapitan wyjaśnił.
-Z morzem żartów nie ma innym razem będzie lepiej.
Tym razem Wielki nie oponował. Ściemniało się w szybkim tempie. Lekki z początku wiatr rósł w siłę. Fale wysokie o groźnych kształtach ciskały kutrem na wszystkie strony. Radio do znudzenia powtarzało ostrzeżenie.
-Sztorm, wiatr około 12, wszystkie jednostki powinny udać do portów.
Główne uderzenie przyszło, gdy mocowali cumy przy nabrzeżu. Wiatr szargał powierzchnią wody. Morze dewastowało plaże i falochron. Wszystko uzupełniał rzęsisty deszcz i całkowite ciemności w środku dnia.
-Ktoś dziś wpieprzył Neptuna- podsumował sytuacje Wielki
-Może ty, boś tak późno na urlop przybył- zażartował Kapitan.
-Może
Apokalipsa grała dopiero uwerturę. Łupinki w porcie drgały od podmuchów lodowatego wiatru. Ludzie w absolutnej ciemności poruszali się na ślepo. Deszcz siekł po twarzach tych, którzy odważyli się wyjść na zewnątrz.
-W taką pogodę tęsknię za rozgrzanym kotłem parowozu- mruknął Wielki.
-Choć pod pokład, tam ciepło.
Gdy schodzili znów zaskrzeczało radio. Tym razem nie był to głos kapitanatu, lecz wołanie z samego piekła.
-Tu M-12, nabieramy….. wody………….. nasza …………. pozycja ……. widzimy lampy………. SOS………SOS………..SOS……
Kapitan dopadł mapy. Szybko naniósł pozycję kutra, który nie zdążył się skryć przed żywiołem. Pobladł znacznie wodząc linijką po arkuszu. Mruczał coś do siebie cicho.
-Znosi ich…
Wielki nic z tego nie rozumiał. Spytał więc prosto z mostu.
-Co jest grane?!
-Znosi ich na kamienny falochron portu, nabrali za dużo wody, a tam…
Wielki już nie pytał. Widział co się działo u wejścia do portu. Kaskady wody bijące wściekle o kamienne głazy były przerażające. Potworna siła żywiołu była nieokiełznana. Malutka łupina nie miała szans wyjść z tego cało. Deski rozbite na drobne drzazgi- oto co z nich zostanie. Wielki przywarł do radia. Wśród trzasków starał się śledzić nierówną walkę M-12 ze sztormem. Niestety chyba ją przegrywali.
-M-12… Mayday….Mayday….
To byli ich znajomi. Ludzie morza. Ktoś wbiegł po trapie na pokład kutra. Czarnowłosa kobieta wpadła do sterówki ciągnąc za rękę małego chłopca. Kapitan chwycił ją w ramiona i przytulił.
-Dadzą radę, Marian to dobry marynarz, sama wiesz, tyle lat mu się udawało
Wielki znał ową kobietę. Była żoną kapitana M-12.
-Kapitanat mówił, że ratowniczy z Ustki nie wyjdzie, a śmigłowiec zawrócił, nie dali rady-płakała przekazując wieści z lądu.
Mały przestępował z nogi na nogę nie rozumiejąc co się dzieje. Dlaczego mama płacze i cały czas martwi się o tatę. Od strony wejścia do portu trysnął snop iskier i rozległ się stłumiony huk. Zniknęła jedna z lamp wskazujących drogę do domu. Marynarze patrzący na to zjawisko byli przerażeni mocą natury. Stalowa latarnia na betonowym cokole wytrzymywała każdy sztorm do tej pory.
-M-12…. tracimy silnik…. M-12…. SOS……SOS……SOS
Kuter bez silnika zdany był na łaskę morza. Lecz dziś ono serwowało tylko wyroki najwyższego stopnia- śmierci i zniszczenia.
-M-12…. znosi nas….. S…
Trzaski zagłuszały wszystko. Byli tak blisko i jednocześnie za daleko. Drzwi wejściowe do mu stały się śmiertelną pułapką.
-Już po nich- wyrwało się komuś z załogi.
Kobieta nie miała siły płakać. Wpatrywała się pustym wzrokiem w radio.
-Jak to, nikt im nie pomoże?!- zdumiał się Wielki.
-Nie da rady, nie w taką pogodę, jutro jak się uspokoi- wyjaśniał Kapitan starając się nie patrzeć w stronę matki z synem.
-Jutro nie będzie po co-szepnęła kobieta
Wielki spojrzał na nią a potem na Kapitana.
-Nie da rady Wielki, kapitanat nie zezwoli, nawet ratowniczy skapitulował
-Pieprzyć kapitanat, skąd wiesz, że się nie da?!- Wielki nieoczekiwanie przeszedł na Ty.
-Bo wiem Wielki!
-Próbowałeś?
Kapitan zamilkł. Nikt nigdy nie próbował. Z tyłu za nim stanęło dwóch członków załogi. Kobieta patrzała na Wielkiego z podziwem.
-Zwariowaliście, wy i Wielki!!! miotał się Kapitan
-Próbowałeś?!
Kapitan wypchnął kobietę brutalnie na nabrzeże.
-To szaleństwo, kto nie chce niech złazi z krypy! ryknął do załogi.
Nikt nie skorzystał.
-Boże…-Kapitan spojrzał w oczy Wielkiemu- miej nas w swojej opiece, bo próbujemy!
Kobieta sama odcumowała kuter. Zapyrkotał silnik. M-6 wysunął się na środek kanału portowego.
-Wielki dokąd płyniecie?!- krzyczano z innych kutrów
-Dokopać Neptunowi w sam środek jego złośliwej dupy! odkrzykiwał Wielki stojąc przy lewej burcie.
Kapitan zaś zwiesił głowę.
-Na śmierć idziemy, ot co.
Łupinka kierowała się ku piekłu. Na razie chroniona betonową zaporą była bezpieczna. Lecz wkrótce miało się to zmienić. Mijali wolno wieżę Kapitanatu. Ktoś oświetlił ich szperaczem. Ostry snop światła wyłuskał M-6 wśród ciemności. Radio zaskrzeczało głośno.
-M-6 nie udzielam pozwolenia na wyjście z portu, zawracajcie.
Wielki słysząc te słowa wyrwał mikrofon Kapitanowi.
-Tu Wielki, Kolejowy marynarz, porywam kuter… możecie mnie pocałować w sam środek pompki.
Odwiesił mikrofon. Kapitanat milczał zdumiony. Kapitan pod wpływem impulsu dodał coś od siebie:
-Mnie w sam środek dupy, jak wrócimy!!!- wrzasnął
Potem swoje życzenia przekazał każdy z członków załogi. Każdy w inne miejsce. M-6 minął główki falochronu. Przed nim roztaczała się biało- czarna pulsująca kipiel wodna. Potężny huk miażdżących się mas wody oszołomił wszystkich na pokładzie.
-Oto piekło Wielki!- darł trochę nienaturalnie Kapitan.
Olbrzymie fale ciskały kutrem na wszystkie strony. Starały się go zawrócić lub roztrzaskać o falochron. Poszły wszystkie szyby w sterówce. Odłamki szkła siekały twarze sternika, Kapitana i Wielkiego. Tony wody zmiatały sprzęt i wyposażenie z pokładu. Byli w samym środku Armagedonu. Z każdym uderzeniem fali myśleli, że już koniec. M-12 był tak blisko, a jednocześnie daleko. Wielki pomagał trzymać ster. Przemoczony, zakrwawiony starał się utrzymać na mokrych deskach.
-Szefie woda w ładowni!!!!!- wrzasnął jeden z załogantów.
-Uszczelnić krypę!
Kolejne fale uderzały w kruszynkę. Nagle wielki coś dostrzegł pomiędzy kolejnymi dołami. Malutkie światło nawigacyjne, leżące na wodzie. Ciężko przechylony M-12, prawie krył się po wodą. Gdy kolejna fala cisnęła ich nieco bliżej, Kapitan wydał rozkaz:
-Sztormujemy!!!
Ustawili się dziobem do fali. Szalona jazda z góry na dół nie zachęcała do podjęcia akcji ratowniczej.
-Wielki z bosakiem na dziób, reszta ubezpieczać go!
Wielki począł przepasać się grubą liną. W międzyczasie M-12 nie wynurzył się po kolejnej fali. Poszedł na dno. Na powierzchni kipieli zostały malutkie piłeczki machające rękoma. Trzeba było się spieszyć.
-Masz ich dwa stopnie od dzioby, próbuj za pierwszym podejściem, drugiego może nie być!- ryczał mu do ucha Kapitan
Wielki rozpoczął drogę na dziób. Na powietrzu oberwał wodnym młotem prosto w pierś.
-Matko przenajświętsza pomóż mi- wyszeptał ledwie łapiąc oddech.
Nogi ugięły mu się same. Na moment.
-Ty pieroński Neptunie, obyś skisł w tendrze parowozu- wyrwało mu się z sinych ust- jeszcze ze mną nie wygrałeś!
Dźwignął się i dotarł do dziobnicy. Przywiązał się do deski na zwięczeniu i rozpoczął polowanie na ludzi. Perfekcyjne polowanie. Jak tylko któryś dopadł bosaka, Wielki przyciągał go pod kuter i chwytając w niedźwiedzim uścisku wywlekał na pokład. Grabie jak kopara zawlekały wymoczka do sterówki i wracały po następnych. I tak aż dorwał wszystkich. Wrócił do sterówki i upadł na podłogę.
-Co teraz?- wycharczał
-Na pewno nie drzemka Wielki, do steru, musimy zawrócić i to pomiędzy kolejnymi falami, jak dostaniemy w bok zobaczysz M-12 w całej krasie…
-No to do roboty szefie, tam w Kapitanacie mają pewne zobowiązania!- Wielki wstał i chwycił z sternikiem koło sterowe.
-Na moją komendę ster w prawo!
Kapitan zmrużył oczy. Jako stary wilk morski, wiedział, że mają tylko jedną szansę. Więcej nie będzie. Dla nikogo.
-Teraz!!!
Kręcili kołem jak szaleni. Gdy dotarło do wartości skrajnej oparli się na nim całym ciałem. Byli na samym szczycie olbrzyma i rozpoczynali drogę w dół. Łupinka powoli skręcała. Robiła to jednak za wolno.
-Pośpiesz się Mały- prosił Wielki napierający na koło sterowe.
Gdy dotarli na dół, udało im się połowicznie. Przerażony Wielki ujrzał jak czarny wał wodny zbliża się od burty.
-Dawaj Mały!!!- zaczął krzyczeć w panice.
Ściana wody wyrastała zasłaniając horyzont. Ktoś zaczął się modlić.
-Dawaj Mały, a będziesz lśnił jak moja ciuchcia…obiecuję!!!
Wał zmienił kierunek i uderzył w rufę kutra. Kiedy nastąpił obrót nikt nie zauważył.
-Ster 0 ! Szybko nie spać tam! darł się Kapitan
Kręcił kołem nie wiedząc, że sternik zemdlał z wysiłku.
-Ster 12, rusz się Wielki bo się na falochron wpakujemy!
Kręcił kołem nie widząc co się dzieje. Silnik kutra wył jak oszalały.
-Ster 45 !
Kręcił kołem…
Potem nagle wszystko ucichło. Wielki puścił ster i upadł na pokład.

Józek skończył. Długo dumałem nad tym co powiedział.
-Wielkiego Maszynistę Marynarza pól nabrzeża żegnało, za to że spróbował i mu się udało, lecz wcześniej rozebrał kuter na części i wypolerował każdą jego zębatkę, tak jak obiecał, co do pieszczot z Kapitanatu milczy jak zaklęty w tej kwestii.
Wyobraziłem sobie Wielkiego polerującego śrubki. To musiała być dobra robota. Gdy wychodziłem jeszcze jedno pytanie wyrwało mi się spontanicznie:
-Dlaczego im się udało?
-Bo próbowali…
Na dworze dniało. Cztery godziny kleciłem artykuł o Wielkim. Gdy zaniosłem go Naczelnemu ten przeczytawszy zapytał:
-Co to za gówno, to się nie sprzeda?!
Wezbrało we mnie.
-A próbowałeś!? Jak nie pójdzie to mnie wylejesz, a jak się sprzeda to mnie w sam środek dupy pocałujesz, bucu jeden!
Sam nie wierzyłem w to co mówię. Gdy skończyłem osłupiały naczelny wydukał:
-Zgoda
Za dwa dni trzeba było robić dodruk felietonu. Poszedł w ilościach niespotykanych dotychczas. A Wielki miał przechlapane. Odtąd zawsze czekali na niego fani. Na wszelki wypadek unikałem podróży koleją. W kwestii nagrody za artykuł, nie naciskałem naczelnego.

Wielki dotarł do szpitala późno wieczorem następnego dnia. Znalazł niedoszłą samobójczynię. Wysłuchawszy jej opowieści, a w szczególności zakończenia
-Moje życie nie ma sensy, nie mam po co żyć… chwycił wątłe ciało w swoje łapy i potrząsnął nim.
-A próbowałaś?! Zawsze trzeba próbować.

Koniec

Wrocław 5.12.2002r.

Powrót do listy opowiadań z 2002r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *