Chińska zupa za 5 zł.

Zapisałem zdjęcie na pulpicie. Następnie wydrukowałem je na moim laserze w domu. Nie było duże. Wziąłem jeszcze ciepłą kartkę i usiadłem ponownie za biurkiem. Telefon zadzwonił gwałtownie.
Nie teraz ! Krzyknąłem w myśli i wyłączyłem drania z gniazdka.
Po chwili to samo uczyniłem z komórką. Zapaliłem lampkę i położyłem pod nią zdjęcie. Mój wzrok powoli zaczął analizować obraz. Po pięciu minutach wpatrywania się zaczęły łzawić przeciążone oczy. Sięgnąłem do szuflady biurka. Schylając się usłyszałem cichy skowyt. Zdębiałem i gwałtownie wstałem z krzesła. W progu pokoju stał pies. Niezbyt dobrze znałem się na rasach, ale na pewno był to owczarek niemiecki. Umięśnione bydle gotowe do skoku.
Nie wiem skąd się wziął w moim mieszkaniu. Przypatrywałem się temu zjawisku z otwartymi ustami. Mimochodem omiotłem otoczenie łóżka. Nie było tam żadnej pustej flaszki. Zaczynałem tracić zmysły? Zrobiłem krok do przodu. Zwierzę uniosło górną wargę, odsłaniając garnitur potężnych zębów. Z głębi gardła wydobyło się nisko tonowe warczenie. Przesłanie było jasne- ani kroku w moją stronę. Cofnąłem się w kierunku biurka. Pies przestał warczeć i usiadł na tylnych łapach. Czułem się jak Alicja w krainie dopalaczy. Przypomniały mi się słowa Kołaczyka.
“Miałem przed sobą dużego psa, któremu ktoś poodcinał łapy przy samym tułowiu. Zrobiło mi się niedobrze. Wszystko wyglądało na zrobione najdalej godzinę temu. Krew zwierzęcia jeszcze nie zdążyła się zestalić. Malutkie stróżki pełzły ku mnie jak węże. Chciałem się wycofać, lecz ciekawość była silniejsza. Chora ciekawość. Promień powoli odnalazł głowę nieszczęśnika. Był to duży owczarek niemiecki. Byłem przekonany, że nie żyje. Do momentu aż otworzył oczy i spojrzał na mnie.”
-Ty nie żyjesz, nie istniejesz ! Krzyknąłem do stworzenia w progu.
Potem zrobiłem coś bardzo odważnego i głupiego zarazem. Dwa kroki do przodu. Kawał niezwykle ciężkiego mięsa uderzyło w moją pierś. Upadłem na plecy. Odruchowo osłoniłem twarz rękoma. Bydle wylądowało na nich. Próbowałem chwycić go za głowę, ale było to ponad moje siły. Poczułem silny ból w lewej ręce, między dłonią a łokciem. Skurwysyn mnie ugryzł!
Zacząłem walić na ślepo obiema rękoma. Pies zszedł ze mnie i cofnął się do tyłu. Wstałem na nogi. Lewa ręka bolała jak cholera. Coś ciepłego leciało z rękawa rozerwanej koszuli.
-Czego chcesz? Szepnąłem.
Po chwili zrozumiałem. Uczyniłem krok w tył. Pies zamarł na zadnich łapach. Usiadłem znów za biurkiem. Kundel położył się w progu. Urwałem kawałek nadwątlonego rękawa koszuli i zacisnąłem go na ranie. Bałem się tam zaglądać, by nie zemdleć. Bolała niemiłosiernie. Spojrzałem na zdjęcie. Coś z postacią wskazaną przez Annę było nie tak. Mój słaby wzrok nie był w stanie wyłapać co. Sięgnąłem do szuflady biurka. Była tam kupiona w sklepie z rupieciami czarna chińska lupa. Jej cena oscylowała w okolicach pięciu złotych. Wykonana była z czarnego, pewnie kancerogennego, plastiku. Maksymalne powiększenie, przynajmniej tak napisano na opakowaniu, było ośmiokrotne. Ponownie wróciłem do zdjęcia. Tym razem szczegóły przemówiły. Robotnik na zdjęciu różnił się od innych ubiorem. Jego czarny uniform zakończony był koloratką. Był osobą duchowną. Kolejny ślad, który może pomóc w rozwikłaniu zagadki.
“Gra się dopiero zaczyna!!!”
Zapominając o psie wstałem gwałtownie. Lewa ręka zapiekła mocno. Mimo woli syknąłem. W ostatniej chwili spojrzałem na próg. Psa tam nie było. Gdyby nie głęboka rana zadana przed chwilą, mógłbym przysiąc, że nic się nie wydarzyło…
Włączyłem komórkę i zadzwoniłem po Natalię. Poprosiłem aby przyjechała do mnie do chaty. Lekko zdziwiona spytała o powód, przecież dopiero co rozstaliśmy się w pracy. Powiedziałem jej półprawdę. Że pogryzł mnie pies, i potrzebuję podwiezienia do lekarza. Tak naprawdę nie chciałem być sam, jak Kołaczyk. Bałem się, że mógłbym skończyć. podobnie jak on

***

Natalia usiłowała dociec, który pies tak mnie urządził. Nie chciałem jej tłumaczyć, że pogryzło mnie moje własne urojenie. Na pogotowiu chirurg zszył ranę i dał zastrzyk przeciw tężcowy. Na pytanie czy pies był szczepiony odpowiedziałem twierdząco. Po wyjściu z budynku ambulatorium poprosiłem Natalię, by zawiozła mnie do Sokołowa. W międzyczasie uciąłem sobie rozmową z Anną. Chciałem, aby poszperała odnośnie parafii w Sokołowie. Słysząc mój nieco podniesiony głos, obiecała, że zajmie się tym natychmiast. Tymczasem Natalia zaparkowała pod malutkim kościołem w Sokołowie. Była to budowa o zwartej bryle, wykonana z muru pruskiego. Całość zwieńczyła niewielka bryła wieżyczki. Gdy tak patrzałem na ten malutki budynek sakralny, coś do mnie dotarło. Już widziałem takie budowle. Nie jeden a dziesiątki kopii tego tu. Były w każdej włoskiej wsi, którą mijałem podczas wycieczki do Rzymu. Weszliśmy na teren kościoła. Furta zaskrzypiała mocno. Wewnątrz kamiennego muru, okalającego świątynie był niewielki cmentarz. Wjeżdżając do Sokołowa widziałem nekropolię, więc ten musiał być dawno nieużywany. Proste kamienne płyty, były porośnięte mchem. Nazwiska osób pochowanych były słabo widoczne, ale czytelne. Zagłębiłem się w lekturze. Przed każdym z nazwisk był niewielki skrót. Rozszyfrowałem go, osoby które tu spoczywały to duchowni z tutejszej parafii. Pochowani byli chronologicznie. Najmłodszy grób był najbliżej świątyni. Cofając się w kierunku kamiennego muru cofałem się w czasie. Wreszcie dotarłem do ostatniej płyty.
“Mam Cię !!!” Szepnąłem.
Pod zmurszałym kamieniem leżał Włoch Massimo Paganini. Komórka zatrzęsła się na moim pasku. Klęcząc sięgnąłem po nią. Dzwoniła Anna.
-Witaj i nawijaj.
-Dobra, ale musisz mi wszystko opowiedzieć jak najszybciej. Miała ciepły głos.
-Dziś wieczorem?
-Pasuje, bądź u mnie.
-A teraz…
-Jasne do rzeczy. Parafię w Sokołowie założył Włoch…
– Massimo Paganini. Przerwałem.
-… skąd wiesz? Dokładnie ten. Z początku jej wiernymi byli robotnicy budujący kolej. Założyciel, dość charyzmatyczny duchowny wybudował dla nich malutki drewniany kościółek w 1889 roku. Potem zjednał sobie mieszkańców wsi, a ci i kuria zaakceptowały nowo powstałą parafię. W 1928 roku wybudowano, na miejscu drewnianego kościoła, kamienną budowlę. I tu mamy sensację…
-No…
-Pierwotny założyciel wyjechał nagle w 1900 roku i powrócił na miejsce w…
-1927 roku?!
-Tak…
-Dzięki, do zobaczenia wieczorem.
Rozłączyłem się i wstałem z kolan. Lekko oszołomiony nie zwróciłem uwagi, że ktoś podszedł do mnie od tyłu.
-Czy mogę w czymś pomóc?!
Odwróciłem się. Miałem przed sobą młodego, dobrze zbudowanego księdza. Natalia stała za jego plecami.
-Covalus. Przedstawiłem się.
-Proboszcz tutejszej parafii. Ksiądz nadal stał na mojej drodze.
-Prowadzę śledztwo w sprawie wypadku na stacji kolejowej.
-Tutaj?!
-Nie zbadanie są wyroki boskie. Gdybym chciał księdza o coś zapytać?
-Z rozmowy, którą niechcąco posłuchałem wnioskuję, że chodzi o bardzo dawne czasy.
-Tak…
-Niestety nie wiem o nich zbyt dużo, jestem tu od niedawna.
-A ktoś może wiedzieć więcej?
-Mój poprzednik…
-Gdzie mogę go zastać?
Ksiądz wskazał palcem na ostatni grób najbliżej kościoła. Potem oddalił się w kierunku plebani bez pożegnania. Z jego zachowania wynikało, że nie byłem tu mile widzianym gościem. Rozłożyłem ręce w geście bezradności i wróciliśmy wraz z Natalią do samochodu. Było po piątej i nie chciałem już dziewczyny fatygować. Wracaliśmy do Wrocławia.

***

Koło dwudziestej wdepnąłem do Anny. Najpierw długo musiałem tłumaczyć się z pogryzienia. Potem zrelacjonowałem jej wizytę w Sokołowie. Zrobiła pyszną kolację. Kiedy skończyłem zdrową ręką włożyłem sobie na talerz kilka kanapek i zamieniłem się w słuch. Anna również nie próżnowała i miała dla mnie kilka sensacyjnych wieści. Po pierwsze prześledziła listy parafialne Sokołowa od najstarszych. Kiedyś sprawozdawczość dla Kurii była ważnym elementem. W celu podkreślenia roli nowo założonej parafii jej twórca przesłał listę wiernych. Byli na niej wszyscy robotnicy budujący kolej.
-Zwróć uwagę na tę pozycję. Anna wskazała palcem.
Przyjrzałem się dokładnie zbitce literowej- Rino Paganini.
-Jest w sprawozdaniu z liczeniu wiernych w 1899 roku, ale już dwa lata później go nie ma. Kolejne wysłał proboszcz w 1901 roku. Rino na nim nie było.
-Jak nazywał się proboszcz?
-Był przysłany przez Kurię, bowiem założyciel parafii zaginął w 1900 roku.
-Czy Rino i Massimo Paganini to ten sam człowiek?! Zapytałem zdezorientowany.
-Chyba nie skoro, mamy szkielet a Massimo Paganini powrócił w 1927 roku…
-Bracia bliźniacy? Zacząłem chodzić po pokoju.
-Ten trop wydaje się najbardziej logiczny. Zagłębiłam się nieco w tym rejonie i wyszło, że Massimo Paganini i Rino Paganini to bracia bliźniacy. Anna uniosła lampkę wina do ust.
Patrzyłem urzeczony jak krople czerwonego wina płyną w głąb jej ust. Jednocześnie opadało moje napięcie. Dwaj bracia, jeden duchowny a drugi zwykły robotnik. Przyjeżdżają na obcą ziemię za chlebem. Jeden z nich zabija. Historia się kończy… Dość banalnie. Pozostaje znaleźć odpowiedź na pytanie który z nich. Tajemnica oddarta z odzieży. Teraz już taka oczywista i nie pozwalająca na marzenia. Usiadłem obok Anny. Delikatnie położyłem rękę na jej ramieniu. Nie protestowała, potem rozpocząłem smakowanie ust skropionych czerwonym winem. Aż po sił kres, przytuleni zapadliśmy w sen.

***

Ksiądz uniósł hostię do góry. Stałem w pierwszym rzędzie gotowy na przyjęcie ofiary. Wpatrzony w niewielki kawałek opłatka powoli opadłem na kolana i pochyliłem głowę. Posadzka u moich kolan była z białego marmuru. Widziałem weń własne odbicie. Nagle coś padło na ten nieskazitelny biały kamień. Potem jeszcze jedna. Czerwona kropla rozpadła się na milion maleńkich sióstr. Część z nich lądowała na moich policzkach. Były ciepłe i słodkawe w smaku. Uniosłem wzrok ku górze. Biała hostia nadal tkwiła w rękach księdza. Tylko owe dłonie spływały krwią…

***

Wstałem dość gwałtownie. Byłem spocony i nieco wystraszony. Spojrzałem na Annę. Spała twardo. Okryłem jej ciało delikatnie i wyszedłem z łóżka. Po cichu udałem się do kuchni. Sięgnąłem po telefon i wykręciłem numer Wasilewskiej. Włączyła się poczta. Nagrałem wiadomość o treści “kto zabił”. Spojrzałem na zegarek. Była trzecia w nocy. Napisałem kartkę dla Anny. Wyszedłem na zewnątrz i zawołałem taksówkę. Kazałem wieść się do Sokołowa. Gdy mijałem rozwaloną nastawnię wycelowałem w nią dłoń zwiniętą na kształt pistoletu. “Gra skończona !!!”

***

Zapłaciłem taksówkarzowi i szarpnąłem za furtkę Sokołowskiego kościoła. O dziwo nikt jej nie zamykał nawet na noc. Nie musiał, dźwięk jaki wydawała przy otwieraniu był tak przeraźliwy, że na plebani zapaliły się światła. Nie obchodziło mnie to, udałem się na grób Massimo Paganiniego. Stanąłem nad kamienną płytą i uderzyłem weń pięścią.
“Dlaczego zabiłeś draniu?!” pytałem w myślach. A może i na głos?
Usłyszałem głuche szczeknięcie. Za mną stał owczarek niemiecki. Uśmiechnąłem się i ostro podszedłem do niego. “Gra skończona kundlu !” krzyknąłem nań. Pies stulił uszy i nakrył łapami głowę. Wyraźnie bał się. Kopnąłem leżącego a ten pęk jak mydlana bańka. Zniknął w ciemnościach. Za moimi plecami znów wyrósł barczysty ksiądz. Tym razem był nieco bardziej agresywny.
-Widział ksiądz psa? Spytałem.
-Jakiego psa? Patrzał na mnie zdziwiony.
-Opowiem księdzu coś o historii tej parafii. Zaczniemy od początku od biednych niedożywionych robotników i pewnego księdza… Zamilkłem nagle.
Stałem tak dość długo dopóki starczyło mi powietrza w płucach. Gdy musiałem zacząć oddychać sięgnąłem po komórkę. Znów u Wasilewskiej włączyła się poczta.
-Cholera jasna! Zakląłem głośno.
Ksiądz zaczął się niecierpliwić.
-Moment. Uspokoiłem go gestem dłoni.
Wykręciłem numer komisariatu na Jaworowej. Zaspanemu policjantowi nie bardzo się chciało mnie słuchać, więc musiałem użyć nieco perswazji.
-Słuchaj Pan, potrzebuję prywatnego numeru waszej śledczej Wasilewskiej. Mój numer masz na wyświetlaczu, więc możesz go do cholery sprawdzić. Jeśli go zaraz nie dostanę, to jutro ktoś skopie Ci dupę, pewna wściekła kobieta…
O dziwo gliniarz podał mi domowy. Rozłączyłem się i wykręciłem podany numer. Robiłem to dwukrotnie zanim po drugiej stronie Wasilewska podniosła słuchawkę. Po tonie jej głosu wnioskowałem, że wybudziłem ją z głębokiego snu. Z początku przywitała mnie słowami, których nie powinno się cytować. Potem chciała dzwonić do szpitala psychiatrycznego.
-Moment, mam jedno ważne pytanie… Słuchasz!?
Zamilkła na moment.
-Czy da się rozpoznać szkielet osoby niedożywionej?
-Oczywiście…
-Dobra, nie interesują mnie szczegóły, czy osoba znaleziona w nastawni wyglądała na niedożywioną?!
-Nie, wprost przeciwnie…
Rozłączyłem się i wyłączyłem komórkę. Usiadłem na płycie grobu Massimo Paganiniego. Wzesadzie jego brata Rino. Zacząłem snuć dość dziwną opowieść. Opowieść o pewnych braciach, których jeden był księdzem a drugi robotnikiem. W 1900 roku robotnik zabija księdza i zamurowuje jego ciało pod nastawnią. Wraca dręczony wyrzutami sumienia i w 1927 roku wciela się w rolę brata. Zostaje księdzem. Gra tę rolę mimo krwi na rękach i szaleństwie w głowie. Tak, aż do śmierci…
– musiałbym dokonać ekshumacji Massimo Paganiniego. Skończyłem
– Po co? Spytał wsłuchany w tą opowieść ksiądz.
– By dowieść prawdy.
– Komu potrzebna taka prawda, kto ucieszy się na wieść, że morderca udzielał sakramentów. Chrzcił dzieci i udzielał ślubów?
Tym pytaniem ksiądz zbił mnie z tropu. Zamilkłem szukając odpowiedzi.
– Prawda jest potrzeba tylko Tobie, byś ukoił własną próżność. Bóg miał w tym jakieś interes, by wydarzenia potoczyły się tak a nie inaczej. My tutaj ufamy jego słowu i działaniu. Nie chcemy paprać się w błocie…
Spuściłem głowę. Duchowny miał rację. Zabójca i jego ofiara dawno nie żyli i rany zabliźniły się. Nikomu nie na rękę było rozdrapywanie ich. Wstałem z zimnego grobu i po raz ostatni spojrzałem na płytę.
-Trzeba zmienić inskrypcję…
-Albo pochować tu prawdziwego księdza. Mam nadzieję, że zwrócicie nam ciało.
-Kameralny pogrzeb bez świadków?
-Tak…
-A co powiecie mieszkańcom?
-Sprawa szkieletu w nastawni na wieki pozostanie niewyjaśnioną.
Ksiądz wyciągnął do mnie dłoń w geście pożegnania. Uścisnąłem ją mocno.
-Może ksiądz na mnie liczyć.
Furta kościoła zaskrzypiała zamykana za mną. Mrok jeszcze nie uchylił swoich zasłon. Szedłem drogą, aż skończyły się zabudowania. Na wysokości nastawni zobaczyłem psa.
Stał na środku drogi. Zamarłem. Owczarek powoli zbliżył się do mnie. Machał ogonem w jednoznacznym geście. Ugiąłem nogi i pogłaskałem go po łbie.
-Jaka jest Twoja rola w tym wszystkim? Spytałem
On tylko polizał moją dłoń i pobiegł w kierunku nastawni. Odprowadziłem go wzrokiem. Słońce wschodziło nad jej ruinami.
“Gra skończona”

KONIEC

Wrocław; 27.12.2010r.

Powrót do listy opowiadań z 2010r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *