Pies Kołaczyka

Otoczenie przygnębiało. Przypominało scenerię do jakiegoś filmu wojennego. Budynek nastawni runął. Wprost zapadł się w sobie. Nad pomieszczeniem naprężaczy, wybudowano betonowy strop, wsparty na czterech drewnianych belkach. One nie wytrzymały starcia z ogniem i najpierw złamawszy się w pół runęły w dół, potem ich resztki dopaliły się na dobre. Betonowa wylewka z pierwszego piętra wraz z ławą sterowniczą poszła w ich ślady. Uderzając o naprężacze pogięła je straszliwie, część z nich uwolniona z pędni opadła w rumowisko. Metal i żeliwo pod wpływem ciepła zdeformowało się straszliwie. W kwadratowym budynku stworzył się ogromny tygiel, który płonął z dobrą godzinę. Straż uprzątnęła gruzy, szukając ewentualnych ofiar pod nimi. Wtedy ich oczom ukazało się pęknięcie w podłodze, z którego widać było ludzkie kości. Nimi zajęła się policja. Światłowód z kamerą powoli odkrywał kolejną tajemnicę nastawni. Niestety nie ostatnią…
Stałem tak dość długo wpatrując się w zamazany obraz monitora. Niestety poza niewyraźnym zarysem szkieletu, nic więcej nie dało się zobaczyć. Podeszła do mnie kobieta. Na oko wyglądała na jakieś trzydzieści osiem-czterdzieści lat. Ubrana była po cywilnemu. Garsonka opinała dość spore piersi, a szare spodnie uwidaczniały inne kształty. Na tworzy widniało zmęczenie, przyprószone popiołem z gruzowiska. Czarne barwione włosy łagodnie opadały jej na czoło.
-Monika Wasilewska, śledczy. Wyciągnęła do mnie rękę.
-Covalus, wypadkowa. Odpowiedziałem podobnym gestem.
-Słyszałam, że odwiedził Pan Kołaczyka…
-Wieści szybko się rozchodzą.
-Jego ciało znaleziono przed paroma minutami w celi. Przyglądała mi się z nadmiernym zainteresowaniem.
Zdębiałem. Gdzieś przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz. Miałem nadzieję, że policja nie obwinia mnie za to, co się stało. W końcu to był zwykły psychol, nie radzący sobie z rzeczywistością. Nie moja wina, że ona go przerosła.
-Jak to się stało, przecież był dozorowany? Pytanie wymknęło mi się.
-Z tego co mi wiadomo, zaraz po Pana wyjściu odgryzł sobie język. Kawałek mięsa w połączeniu z silnym krwotokiem spowodował uduszenie. Zrobił to mimo leków uspakajających.
Biedny przerażony człowiek. Tak bardzo, że nie mógł z tym żyć. Spojrzałem jeszcze raz na gruzowisko. Cóż, tak strasznego w nim było, że pchnęło go do takiego czynu? Jak bardzo można wystraszyć człowieka? Gdzie jest granica, której przekroczenie nie zezwala na powrót do normalności? Spojrzałem na Panią Detektyw. Miałem nadzieję, że moje spojrzenie wyraża smutek, z powodu śmierci Kołaczyka. Chyba mi się nie udało.
-W pewnych kręgach uchodzi Pan za wysokiej klasy prostaka, gdyby nie plecy, wielu ludzi utopiłoby Pana w błocie. Wycedziła przez zaciśnięte zęby Wasilewska.
Kilku stróżów prawa zaczęło przysłuchiwać się naszej konwersacji. Postanowiłem zaatakować i nie pozwolić na dalsze pomiatanie.
-Pani też tak sądzi?
Spojrzałem jej prosto w oczy. Z początku usiłowała się wycofać, lecz po chwili zrezygnowała.
-Poniekąd… Tą kwestię powiedziała niezwykle powoli i z wyrachowaniem.
Zastanawiałem się, po co zaczęła tą dyskusję? Ja jeżeli kimś gardzę, nie odzywam się do niego, jak najdłużej się da. Nie jest to dla mnie osobą z którą mógłbym marnować czas na takie jałowe dyskusje. Widać Pani Wasilewska była innego zdania. Zdania, które mnie kompletnie nie interesowało.
-To już wiem na czym stoję, nie obchodzi mnie zdanie innych na mój temat i metod jakimi działam, dla mnie najważniejsze jest dojście do prawdy…
-Tu się niewiele różnimy. Ja mam tylko inne sposoby. Weszła mi w słowo.
Powoli zaczynała mnie męczyć ta dyskusja. Do mało istotnego zdarzenia, oddelegowano pośrednich funkcjonariuszy z drugiego sortu. Przykład miałem przed sobą. Przeintelektualizowana niewiele znacząca osoba, próbująca dodać sobie animuszu gadką.
-Mam nadzieję, że dobrze będzie nam się współpracowało. Chciałbym wiedzieć co tu zaszło.
Ona na moment popatrzała na pęknięcie. Została wyraźnie zbita z tropu moją ostatnią propozycją .
-Ja też, wyciągnę ten szkielet na zewnątrz i przebadam. Myślę, że jest bardzo stary i sprawa uległa przedawnieniu, ale pewna będę po wykonaniu podstawowych badań. Ma Pan jakieś pomysł co dalej?
-Zbadałbym próbki betonu, tej komory nie było w planach budowli. Chciałbym wiedzieć kiedy była wykonana. Zanim tu przyjechałem udałem się do archiwum PKP na ul. Joanitów. Babka z drogowego wygrzebała mi wszelkie plany dotyczące tego budynku. Na dzień dzisiejszy kupy gruzów leżących u moich stóp. Komory która objawiła nam się, nie było na tym planie. Sama nastawnia była wybudowana jako parterowa. Piętro dobudowano później. Niestety nie miałem danych kiedy.
-Dobry pomysł, pobierzemy próbki… coś jeszcze?
-Nic poza tym nie przychodzi mi do głowy.
-A więc do zobaczenia jutro w komendzie przy ul. Jaworowej, powinnam już coś wiedzieć. Teraz mi tu Pan wybitnie przeszkadza, Panie Covalus.
Odwróciłem się i uniosłem dłoń w indiańskim geście dobrej woli. Nie chciało mi się z babą gadać. Wyszedłem poza taśmę i powoli zmierzałem do samochodu. Po drodze zaczepiłem jeszcze jednego policjanta.
-Kolego, ta czarna babka Wasilewska, skąd takie się biorą?
Ten spojrzał na mnie jak na kosmitę.
-Panie to najlepszy śledczy w regionie…
Odwrócił się i odszedł zdegustowany. Widać Pani Wasilewska cieszyła się dużym szacunkiem wśród podwładnych. Przed budynkiem stacji jeszcze raz spojrzałem na ruiny nastawni. Wyglądały jak wielki zepsuty ząb. Poczerniałe ściany o nieregularnych kształtach, pełne pozwijanych z gorąca drutów pędniowych. Zniszczona ręką człowieka, dosięgła go po swojej śmierci. A może się myliłem w swojej ocenie. Może właśnie budziliśmy demona? Demona który doprowadził do obłędu i zabił Kołaczyka. Chciałem się mylić w tym momencie. Nie miałem najmniejszej ochoty na starcie z “nieznanym”. Gruzy zdawały śmiać się z moich obaw. Wyciągały ręce po jeszcze, śmiejąc się w twarz. “Gra się dopiero zaczyna Covalus, zapnij pasy frajerze” Słońce wypalało runy na mym czole. Krople potu spływały do oczu i powodowały ich szczypanie. Udało mi się oderwać wzrok od nastawni i ruszyłem przed budynek stacji. Tam czekała na mnie Natalia. Wsiadłem do wozu w którym z ciepła dogorywała Natalia. Strugi potu spływały po jej ponętnym odsłoniętym dekolcie. Patrząc na to frapujące zjawisko, stwierdziłem, że w pracy otaczają mnie kobiety. Są różne osobowością i temperamentem. Budzą skrajne uczucia, od nienawiści po pożądanie. Natalia należała do tych łagodniejszych odmian.
-Wracamy…
Dziewczyna włożyła klucz do stacyjki. Silnik zapalił od pierwszego razu. Zanim wbiła wsteczny spojrzała na mnie.
-Widziałeś tego psa, jak tu szedłeś?
Nie widziałem żadnego psa. A może po prostu nie patrzałem uważnie. Pokręciłem głową na znak zaprzeczenia.
-Duży owczarek niemiecki, dziwne nie pamiętam jakiego koloru. Upał płata człowiekowi figle. Miał straszliwie blizny na ciele. Tak jakby ktoś próbował mu odciąć łapy przy samym tułowiu. Próbowałem go zawołać ale uciekł… No wzesadzie zniknął, gdzieś przy budynku. Ej co się dzieje?! Dlaczego tak zbladłeś?!
Przypomniał mi się Kołaczyk. Leżał przerażony na kozetce, a z jego ust płynęły słowa:

“Miałem przed sobą dużego psa, któremu ktoś poodcinał łapy przy samym tułowiu. Zrobiło mi się niedobrze. Wszystko wyglądało na zrobione najdalej godzinę temu. Krew zwierzęcia jeszcze nie zdążyła się zestalić. Malutkie stróżki pełzły ku mnie jak węże. Chciałem się wycofać, lecz ciekawość była silniejsza. Chora ciekawość. Promień powoli odnalazł głowę nieszczęśnika. Był to duży owczarek niemiecki. Byłem przekonany, że nie żyje. Do momentu aż otworzył oczy i spojrzał na mnie.” 

Poczułem stalową obręcz na piersi. Zaciskała się coraz mocniej. Szybko odnalazłem ręką klamkę od drzwi. Wybiegłem na zewnątrz. Zdołałem dobiec za wielki betonowy gazon z uschniętymi kwiatami. Zwróciłem ostatni posiłek. Stalowa obręcz nieco popuściła. Wróciłem do auta i sięgnąłem na tylne siedzenie. Leżała tam butelka ciepłej wody mineralnej. Przepłukałem nią usta.
-Ej, źle się czujesz? Natalia wyglądała na zatroskaną.
-Jedź do cholery !!! Syknąłem przez zaciśnięte zęby.
Wóz ruszył i zrobiło się nieco chłodniej. Budynek stacji i ruiny nastawni zniknęły. Strach wycofał się na dalsze pozycje. Mogłem normalnie oddychać.
-Przepraszam Natalia. Położyłem jej rękę na ramieniu.
-Wystraszyłeś mnie. Odpowiedziała.
-Upał źle na mnie wpływa. Próbowałem się usprawiedliwić.
Zamilkła. Nieco chłodniejsze powietrze pobudziło moje ciało do działania. Z kieszeni wygrzebałem telefon komórkowy. Szybko wybrałem jeden z numerów zapisanych w kontaktach pod hasłem “Struzik”. Gdy w słuchawce usłyszałem łagodny głos zrobiło mi się lżej na duszy.
-Anno znów potrzebuję Twojej pomocy.
Kolejna kobieta, która zaistniałą w mojej czasoprzestrzeni. Dość blisko.
-Domyślam się, jaki zakres? Aksamitny głos nie zadawał wielu pytań. Za to ją uwielbiałem, nie zajmowała zbędnych torów. Jej przebiegi były zawsze proste i nieskomplikowane. Takie jak powinny być.
-Historia linii kolejowej Oleśno-Tracz. Wszystko co masz lub znajdziesz. Wypaliłem prosto z mostu.
-Da się zrobić, wisisz mi dobrą kawę. Zadzwonię jak coś będę miała.
-Za to Cię lubię mała. Słysząc to zdanie poczułem na sobie wzrok Natalii. Nie było to pokojowe spojrzenie.
-Wiem… Rozłączyła się. Jej głos jeszcze przez chwilę drżał w słuchawce.

***

Komisariat na Jaworowej mieścił się w dużym poniemieckim budynku. Ulokowany był wśród cywilnych domków jednorodzinnych. Od ulicy oddzielał go wielki stalowy płot i dwuskrzydłowa brama. Na bramie wiły się jak węże wielkie ozdoby w kształcie metalowych roślin. Przy bramie w betonowej przybudówce przypominającej bunkier siedział strażnik. Otworzył niewielkie okienko na mój widok. Ze środka buchnął żar.
-Do Pani Moniki Wasilewskiej. Podałem mu swoją legitymację.
On zaś spisał moje dane i gdzieś zadzwonił. Rozmawiał krótko i treściwie. Gdy skończył nachylił się nad okienkiem i rzekł.
-Czeka na Pana w pomieszczeniu nr 123. Jak Pan wejdzie do budynku pierwszy korytarz na lewo i do końca. Oddał mi legitymację.
Tak jak powiedział wszedłem do budynku i skierowałem się w lewo. Hol który mnie prowadził był przestronny i jasno oświetlony. Mijałem różne pokoje z numerami 100, 101 itd… Niektóre z nich miały swoje nazwy “Pracownia NMR”, “Chromatograf gazowy” czy “Pracownia wizualizacji twarzy”. Na mojej drodze stanęły wahadłowe ciężkie drzwi, zamykane na elektromagnetyczny zamek. Nad nimi wisiała tabliczka “Laboratorium patologii”. Zaraz pod nią jeszcze jeden znak informujący o zagrożeniu biologicznym. Zamek zaskrzeczał i drzwi rozwarły się nieco. Dojrzałem jeszcze obserwującą mnie kamerę zamocowaną w rogu. Wszedłem do pomieszczenia. Pani Wasilewska ubrana była w fartuch a na rękach miała gumowe rękawiczki. Wskazała na wieszak, na którym wisiał podobny strój.
-Niech Pan go włoży i rękawiczki, są w kieszeni.
Chwilę mocowałem się z fartuchem i rękawiczkami. Gdy te czynności dobiegły końca, Wasilewska kazała iść za sobą. Przeszliśmy dalej w głąb pomieszczenia i znaleźliśmy się w dużej kwadratowej sali. Ściany miała z marmuru, a jej centrum zajmował olbrzymi stół prosekcyjny z odpływami po bokach. Wyglądał jak wielka kamienna rzeźba o złowieszczym przesłaniu. Zaintrygowały mnie stalowe rurki będące odprowadzeniem, czegoś z blatu. Mój mózg bił się z myślami o tym czymś. Tworzył obrazy i nie były to przyjemne projekcje.
Wasilewska obserwowała moją reakcję. Widząc bledniejące lico doradziła:
-Proszę głęboko oddychać, to normalne u osób będących tu pierwszy raz.
Jej głos był pełen dumy i zbytniego opanowania. Przeniosłem wzrok z rurek na jej twarz. Podobnie jak wtedy pod nastawnią. W myślach wyobraziłem sobie ją na miejscu mojej pracy:

“Za kołem leżało pierwsze ciało. Dziewczynka o jasnych włosach. Z początku myślałem, że zaraz wstanie i zacznie krzyczeć. Usta i oczy miała szeroko otwarte. Nic takiego się nie stało. Była martwa. Zaznaczyłem jej położenie z równą dokładnością, jak urwane koło. Stała się częścią raportu i składowej wypadku. Zrobiłem zdjęcie, mając nadzieję, że błysk lampy zmusi jej oczy do mrugnięcia. Martwi nie mrugają… Przed nim, na kawałku płaskiej ziemi, położono tych, którym się nie udało. Pasażerów owiniętych w anonimowe szare worki. Leżeli w wiosennym błocie, zalewani przez brudną wodę nie mogąc krzyczeć. Ich ostatnia podróż, po wydobyciu z wraku była krótka. Po stwierdzeniu nieobecności w świecie żywych dwóch mężczyzn owijało ciała w folię i sprawnym ruchem przerzucało na płaskowyż. Upadały tam z nieprzyjemnym pluskiem błotnistego podłoża.”

Ciekawe czy wtedy była by tak zdecydowana? Czy miałaby w zanadrzu dobrą radę?
Potrząsnąłem głową, tak jakbym chciał zrzucić z siebie nadmiar obrazów i wspomnień. Były jak natrętne muchy. Wyczuwały moment i obsiadały człowieka chmarami. Zatykały usta i nos. Nie pozwalały oddychać. Trzepanie łbem pomogło. Odleciały do swoich kryjówek. Zacząłem rozglądać się wokół. Po reszcie wyposażenia pomieszczenia.
Stało tu mnóstwo sprzętu komputerowego i innych urządzeń. Byłem pod wrażeniem. W porównaniu z wyposażeniem mojego biura, tu było jak filmie SF. Wasilewka wskazała na stół. Tym razem jawił mi się jak ołtarz w jakimś satanistycznym kościele. Położono nań biały papier a na nim szkielet wydobyty z nastawni. Wasilewka włączyła wielką lampę nad nim. Mogłem się dokładnie przyjrzeć. Szkielet był stary, pożółkłe kości nosiły ślady licznych penetracji przez robaki. Czaszka przypominała purchawkę z cienką skórą. Balem się oddychać, by się nie rozleciał. Coś zaintrygowało mój wzrok. Mimowolnie pochyliłem się nad zwłokami. Gdy dotarło do mnie co widzę, odsunąłem się gwałtownie do tyłu.
-Co się mu stało…? Wydukałem wskazując na łopatki i miednicę.
-Ciekawe prawda, denatowi zostały odcięte kończyny. Tuż przy tułowiu, precyzyjnym ostrym narzędziem…
Ja wiedziałem jakim. Zapytałem głośno.
-Drutem pędniowym?
-Nie rozumiem?
-Drutem stalowym o średnicy 5mm?
Wasilewska podeszła do komputera i włączyła go. Uruchomiła jakąś symulację i po chwili spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
-Skąd Pan wiedział? Obrażenia pasują dokładnie do Pańskiej teorii. To mogło być narzędzie zbrodni.
Pies, cholerny pies- czy to chciał nam powiedzieć?
-To jest narzędzie zbrodni. Znów na mych plecach pojawiły się strugi zimnego poty. A może to tylko efekt włączonej w pomieszczeniu klimatyzacji.
-Nadal nie wiem skąd to przypuszczenie ? Wasilewska domagała się wyjaśnień.
Pies Kołaczyka znowu wył. Głośno i wyraźnie.
-Na razie nie jestem w stanie wyjaśnić, proszę mi dać trochę czasu. Czy ustaliła Pani wiek zamordowanego?
-Około trzydzieści lat, śmierć nastąpiła około roku 1900.
Miałem wrażenie, że historia zamiast wychodzić na prostą zapada się w bagnie. Wasilewska kontynuowała.
-Udało mi się uzyskać przybliżony wygląd denata, dostanie Pan zdjęcie rekonstrukcji. Jeszcze jedno komora zastała wybudowana w 1900 roku. Wtedy kiedy go zamordowano.
-Wiecie kto to?
-Niestety nasze dane nie sięgają, aż tak daleko. Zresztą prokuratura zamyka śledztwo i muszę przejąć inne sprawy. Mam nadzieję, że Panu się uda coś znaleźć.
-Postaram się. Odrzekłem niepewnie.
-Proszę mnie poinformować o rezultacie, jestem ciekawa. Dam Panu mój numer telefonu.
Włożyła do teczki z materiałami swoją wizytówkę. Potem się pożegnała. Wróciłem do swojego biura. Tam otworzyłem teczkę i spojrzałem na zdjęcie rekonstrukcji twarzy. Trzydziestoletni mężczyzna martwy i zapomniany. To nie powinno tak pozostać. Moje rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Dzwoniła Anna. Szybko zamknąłem teczkę i pognałem na spotkanie. Czekała na mnie w kawiarence pod “Szermierzem”. Przy tym stoliku -co zwykle. Miała ze sobą spory skoroszyt. Zamówiłem sobie mocną kawę i wsłuchałem się w to co zaczęła mówić Anna.
-Linię zaczęto budować około roku 1899. Budowę prowadziło Towarzystwo Kolei Górnośląskiej przy współudziale kapitału prywatnego przemysłowców z Tracza. Linia miała zapewnić wywóz towarów i płodów rolnych z terenów Tracza w głąb kraju. Budowa szła szybko, dwudziesto kilometrowy odcinek ukończono w 1900 roku. Wtedy to dokonano uroczystego otwarcia linii.
-To wszystko? Spytałem.
-Tak… tu masz jeszcze kilka zdjęć. Podała mi plik reprodukcji starych fotografii.
Były wydrukowane na zwykłym papierze, przez wysokiej klasy drukarkę. Nieco powiększone, dawały lepszy obraz szczegółów, tak bardzo teraz potrzebnych.
Na pierwszej z nich stała grupa ludzi w beretach. Za nimi widać było puste pole.
-Rozpoczęcie budowy linii. Grupa robotników.
Zacząłem się przyglądać stojącym. Nagle zamarłem i łyżeczka do kawy, którą trzymałem w lewej dłoni upadła z hukiem na stolik. Parę osób siedzących w kawiarni zaczęło się nam przyglądać. Anna czekała na wyjaśnienie. Cóż miałem jej powiedzieć, że widzę twarz denata Wasilewskiej? Stał w drugim rzędzie w śmiesznym berecie nasuniętym na głowę. Właśnie rozpoczynał pracę, która miała być jego ostatnią. Przy jego lewej nodze siedział pies. Wielki owczarek niemiecki. Odłożyłem odbitkę na bok. Anna podała mi kolejne fotografie…
-Pierwszy pociąg, przywitanie w Traczu, chłopi witają pierwszy pociąg, stacja w Sokołowie…
Uniosłem rękę, żeby zastopować przepływ informacji. Na zdjęciu był budynek stacyjny i nastawnia Sk1. Strażnica była parterowy i pozbawiona spadzistego dachu.
-Kiedy dokonano przebudowy? Pukałem natrętnie w wizerunek nastawni.
-W 1927 roku, kiedy montowano mechaniczne urządzenia zabezpieczenia ruchu. Dobudowano piętro do nastawni, aby pomieścić wszystko.
-Znaczy wcześniej na stacji nie było pędni?! W 1900 roku nie było pędni?
-Nie było…
Głos Kołaczyka zaczął słabnąć. Więc nie było w tym zabójstwie nic mistycznego. Faceta ktoś zabił i odciął mu członki. Ktoś żywy i będący wtedy wśród budujących. Na pewno nie była to ona…
Na koniec do mych rąk dotarła fotografia z zakończenia budowy. Ci sami robotnicy co na pierwszej. Prawie Ci sami… brakowało jednej osoby. Zamknąłem skoroszyt i starałem się uspokoić. Jeszcze raz spojrzałem na Annę.
-Czy w trakcie budowy, nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego?
-Nie znalazłam wiele, tylko jeden malutki anons w lokalnej gazecie. Podała mi kserokopie.

“Podczas budowy koleji najemni robotnicy pracowali nadzwyczaj wydajnie. Poza jednym wypadkiem ucieczki. Podczas budowy stacyji w Sokołowie w świat uszedł jeden z robotników włoskich i już nie powrócił.”

-Anno czy możesz ustalić jak nazywał się zaginiony robotnik? Jakieś listy płac musiały się ostać. Bardzo proszę…
-Zachowujesz się bardzo dziwnie, choć to nie będzie łatwe-spróbuję.
-Dziękuję z góry, muszę pędzić. Wstałem szybko od stołu i ucałowałem ją w policzek.
Wydawało mi się, że lekko pokraśniała. Ale nie byłem tego pewien. Przechodząc przez rynek zadzwoniłem do Wasilewskiej.
-Pomyliła się Pani w datowaniu betonu… Wywaliłem bez ogródek.
-Niemożliwe. Stwierdziła nieco zdziwiona, a może zdenerwowana.
-A jednak…
-Panie Covalus, właśnie wychodziłam do domu, ale wrócę się do laboratorium i sprawdzę. Jeśli zawracasz mi Pan bezpodstawnie dupę, dobiorę się do Pańskiej- obiecuję.
-A jeśli nie?
Odłożyła słuchawkę. Do pracy już za późno było wracać. Wsiadłem w nowoczesną Skodę i zajechałem do domy. Zjadłem stary obiad i położyłem się na moment na wersalce. Z płytkiego snu wyrwało mnie wściekłe jazgotanie komórki. Dzwoniła Wasilewska.
-Witam… Rozpocząłem rozmowę.
-Witam, miał Pan po części rację. Powtórzyłam badania betonu. Okazało się że komora została wybudowana w 1900 roku, przynajmniej jej podłoga i ściany. Natomiast pokrywa została ponownie odlana w 1927 roku.
-Ponownie ?
-Tak w próbkach jest zaprawa z 1900 roku i z 1927. Prawdopodobnie ktoś skruszył pokrywę i scalił ją znowu za pomocą nowej zaprawy.
-Czy mężczyzna na pewno umarł w 1900 roku?
-Na pewno, czując, że Pan o to zapyta powtórzyłam badanie. Powie mi Pan co się dzieje?
-Przyczyną śmierci było odcięcie członków?
-Tego zapewnić nie mogę. Facet umarł w 1900 roku. Zrobiłam to co mogłam, na szkielecie nie było żadnych ubytków wskazujących na konkretny rodzaj śmierci. Na przykład ugodzenie noża czy innego narzędzia. Toksykologia fragmentów kości też niczego nie wykazała. Więc go nie otruto.
-A te odcięcia kończyn, jest możliwość dokładnego sprawdzenia kiedy to się stało?
-Po co?
-Facet umiera z 1900 roku, a pokrywę ktoś ponownie odtwarza w 1927. Wtedy kiedy na stacji pojawiły się druty…
Zapadła chwilowa cisza.
-To się da zrobić, ale nie na dziś. Powiesz mi co się dzieje?
Przechodząc na “ty” stawała się milsza. Przynajmniej ze słyszenia.
-Jeszcze nie… ale może już niedługo.
Rozmowa się urwała. Jeszcze wtedy nie wiedziałem jak bardzo okłamałem Wasilewską z tym “niedługo.” Sam nie wiem kiedy zasnąłem. Miałem mocny i głęboki sen. Przewinęły mi się w nich ruiny nastawni. Nie miały już tak złowieszczego wymiaru. Uniosłem się nad nimi i krzyknąłem:
-Gra skończona !!!
Echo w sennej studni zwielokrotniło wypowiedź. Niczym burza z wieloma grzmotami po okolicy rozeszło się.
“Gra skończona, gra skończona…. gra skończona”

***

Wstałem wypoczęty i zapomniałem o tym wszystkim co wydarzyło się poprzedniego dnia. Wesoło flirtowałem z Natalią, chłonąc jej urodę. Z racji upału ubrana była w kusą spódniczkę, która wstrząsana strumieniem powietrza z wentylatora odsłaniała naturalne piękno. Około trzynastej dostałem pierwszy telefon. Był od Wasilewskiej. Zaczęła nieco zawile.
-Sprawa robi się szalenie ciekawa, facet na pewno umarł w 1900 roku. Wspomógł mnie jeszcze jeden patolog i potwierdził wyniki badań. Natomiast kończyny odcięto mu po śmierci…
Znów zaczął wyć pies Kołaczyka. Zaciśnięta dłoń na słuchawce spłynęła potem. Pojawiła się obręcz na piersi i ruiny przed oczyma.
“Gra się dopiero zaczyna Covalus, zapnij pasy frajerze”
-Wie Pan kiedy Covalus?
Zakończyła pytaniem, które zawisło w powietrzu. Znałem odpowiedź:
-W 1927 roku…
-Zgadza się, wtedy po raz drugi otwarto kryptę. Wśród próbek betonu znalazłam coś jeszcze. Sierść psa, równie starą co szkielet. Myślisz, że to jakieś ważny ślad?
Drżałem na całym ciele.
-Sierść owczarka niemieckiego… Ton mojego głosu był niski.
Natalia mimochodem słysząc rozmowę, na hasło “owczarek niemiecki” zaczęła mi się przyglądać. Wasilewska była zdumiona dedukcją.
-Skąd wiesz? Jeszcze nie mam wyników analizy?
Odburknąłem coś bez ładu i składu. Kątem oka dostrzegłem ruch w moim komputerze. Przyszedł email od Anny Struzik. Słuchając jakieś bzdur Wasilewskiej otworzyłem list. Zawierał ponad 6 megowy załącznik. Było w nim zdjęcie z przebudowy w 1927 roku. Zrobione na tle skończonej właśnie nastawni. Pod nim widniała krótka treść:

“Znalazłam coś jeszcze Spójrz na trzecią osobę od lewej. Anna”

Mój wzrok wykonał instrukcję. Mimowolnie przerwałem połączenie z Wasilewską. Natalia coś do mnie mówiła, ale ignorowałem ją. Powiększyłem wybrany obszar, tak aby nie wystąpiła “pikseloza”. Wtedy prawda dotarła do mnie z całą swoją mocą. Przed ceglanym budynkiem z tabliczką Sk1 stali robotnicy. Było to typowe zdjęcie robione po skończeniu jakiegoś ważnego frontu robót. Łącznie obiektyw uwiecznił siedem osób. Trzecią osobą od lewej był zmarły w 1900 roku zaginiony robotnik…
“Gra się dopiero zaczyna Covalus, zapnij pasy frajerze”

KONIEC

Wrocław 11.06.2010r.

Powrót do listy opowiadań z 2010r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *