1962

Wszystko dookoła spowijała mgła. Wilgotna i ciężka pokrywała muskane przedmioty warstwą zimnej wilgoci. Słaby wiatr, zbyt słaby by rozrzedzić te całuny, wciskał się w ludzkie ciała muskając skórę zgrzybiałym dotykiem. Niebo przybrało kolor pobitego na twarzy pijaka. Ciemnoniebieska naburmuszona warstwa chmur stanowiła idealne tło dla końca świata. Kalota niewiele widział z okna swojej kanciapy. Szyby pokryły się nieprzeźroczystym wodnym wzorem. Ramy z których już dawno zeszła farba puchły i roniły czarne łzy brudnego przesączu. Naczelnik pochylił się nad jedynym źródłem ciepła w pomieszczeniu. Starym poobijanym piecem kaflowym. Ułożony w środku węgiel palił się niemrawo dymiąc do pomieszczenia obficie. Pewnie ciśnienie znów płatało figle, wciskając dym do komina. Kalota próbował opanować palenisko pogrzebaczem, nie bardzo mu to szło. Zły na wszystko dookoła zamknął drzwiczki i lekko uchylił okno. Zimno od razu wpadło do pomieszczenia. Mężczyzna mimo swojej tuszy poczuł jesienny dotyk. Zatrząsł się i ubrał gruby służbowy płaszcz. Obok pieca na stalowej płycie usiłował ugotować kubek wody na kawę. Niestety od godziny woda w nim pozostawała letnia. Zaterkotał telefon. Kalota uniósł oślizgłą ebonitową słuchawkę.
-Witam naczelnika, tu Dobrzany. Wyprawiam pierwszy pociąg, czy droga wolna?
-Wolna. Odpowiedział Kalota.
Pełnił na tej stacji jednocześnie rolę Dyżurnego ruchu. Poprzedni Dyżurny odszedł w dość dramatycznych okolicznościach. Powiesił się w swojej służbowej chałupie na kablu od żelazka. Dyrekcja postanowiła powierzyć to stanowisko Kalocie. Był on jak straż ogniowa. Gdziekolwiek źle się działo, wchodził do akcji. Tak było i w tym przypadku. Stacja Wojnów zdawała się być na końcu świata. Położona w pobliżu górskiego miasteczka o tej samej nazwie pełniła rolę drzwi z piekła. Wojnów był bowiem otoczony ze wszystkich stron górami. Przez większość czasu w mieście rządziła mgła. Wypełniała ona szczelnie dolinę i głowy mieszkańców. Lokalne społeczeństwo było niechętne do obcych i klaustrofobiczne. Upaprane po pachy we własnych zabobonach żyło własnych niezrozumiałym życiem. Załodze stacji również udzieliła się ta atmosfera. Mimo, że nie wszyscy pochodzili z Wojnowa. Mnożyły się niesmaczki i kłótnie. Dlatego Dyrekcja skierowała tu Kalotę. Naczelnik poszedł w głąb kanciapy. Po drodze podkręcił trochę naftowe oświetlenie. Zrobiło się trochę jaśniej. Chociaż kolor światła powodował, że wszystko miało trupią karnacje. Sama stacja miała elektryczne zasilanie, ale wysiadało ono podczas gęstej mgły. Po włączeniu światła iskrzyły przemoczone przewody i wywalało bezpieczniki. Cud, że telefony działały. Kalota zwrócił się do skulonej z zimna postaci, ucinającej sobie drzemkę na krześle.
-Ejże panie zwrotniczy !!!
Skulona postać powoli wyprostowała się. Był to stary człowiek, połamany przez reumatyzm. Gdy się przeciągał jego kości strzelały jak suche witki w ogniu.
-Taaak… ? Zapytał ziewając przy tym.
-Przygotujcie drogę dla osobowego z Dobrzan. Kalota twardym głosem wydał polecenie.
Staruszek zwlókł się powoli z krzesła. Podszedł do wieszaka i ubrał gruby waciak. W mdłym świetle lampy naftowej widać było liczne łaty i przetarcia. Owinąwszy swe ciało szczelnie, wyszedł na zewnątrz i zniknął w białym mleku zaraz za progiem. Nie minęło piętnaście minut, gdy już był z powrotem. W ręku miał komplet potrzebnych kluczy. Wręczył je Kalocie. Naczelnik umieścił je w skrzyni kluczowej i uwolnił klucz sygnałowy. Zanim jednak podał wolny wjazd spytał zwrotniczego.
-Czy obchodowy Majer wrócił już ze szlaku?
-W ogóle nań nie wychodził.
Kalota oniemiał. Poczuł że cieknie mu z nosa. Wyciągnął z kieszeni kraciastą chustkę i donośnie wydmuchał kichawę.
-Ten klimat mnie zabije, dlaczego Majer nie wyszedł na szlak?
Stary zwrotniczy niczym wielki ślimak skulił się na krześle. Odcharknął i odpowiedział.
-Bo nie przyszedł dziś do pracy.
Kalota milczał coraz bardziej wściekły. Sytuacja na tej stacji go przerastała. Nie miał siły i weny do zaprowadzenia tutaj porządku. Machnął zrezygnowany ręką.
-Wpisz do książki, jutro jak się nie pojawi wypieprzę go z roboty.
-Pewnie zapił wczoraj…
-Pewnie tak.
Kalota włożył klucz sygnałowy na swoje miejsce. Pociągnął dźwignię w dół. Gdzieś tam pojedyncze ramię semafora uniosło się w górę. Zielona przesłona zaczęła grzać się przy naftowej lampie na słupie. W samą porę. Przeciągły gwizd parowozu oznajmiał wszystkim przybycie pociągu. Potężny Ty2 szarpiąc kołami na śliskich szynach minął semafor wjazdowy. Ramię posłusznie opadło za nim. Wjazdowy miał poniemieckie sprzęgło. Za parowozem ciągnęły się dwa wagony Bi i jeden bagażowy. Pociąg stanął przy krawędzi śliskiego peronu. Dwoje niewyraźnych postaci zostało wyplutych z wnętrza składu. Szybko zniknęli za budynkiem stacji. Zapadła cisza przerywana sapaniem czarnego smoka. Kalota wyszedł na zewnątrz. Podszedł do maszynisty wychylonego z budki.
-Mechaniku jedźcie uważniej. Obchodowy nie stawił się do pracy i szlak nie przejrzany.
-Dzięki, chociaż w tym mleku niewiele zobaczę.
-Mimo wszystko, uważajcie. Zaraz podam wyjazd.
Kalota wrócił do kantorka i przedzwonił na Zasieki. Sąsiedni posterunek na jednotorowym szlaku. Potwierdził wolną drogę i podał semafor. Ty2 zaszeleścił kołami i piachem z piasecznic. Szarpnął wagonami i ruszył dalej. Tylko dźwięk opadającego naprężacza semafora wyjazdowego, świadczył o tym, że był tu pociąg. Resztę zalepiała mgła. Kalota jeszcze raz pogrzebał w piecu. Płomienie jakby się ożywiły i zrobiło się cieplej. Zadzwonił znów telefon. Kalota pewien, że to potwierdzenie przybycia składu podniósł słuchawkę.
-Zasieki skład dotarł, ale mamy tu coś strasznego.
-Co?!
-Na lewym zgarniaczu parowozu kawałek ludzkiej nogi.
Kalota głośno wypuścił powietrze z płuc.
-Zamykam szlak, powiadomiliście MO?
-Tak już do was jadą, a wzesadzie idą po torach.
Z Zasiek do Wojnowa nie było daleko. Około pięciu kilometrów po torach. Naczelnik powiadomił Dobrzany o zamknięciu szlaku. Następnie wziął służbową latarkę i klepnął zwrotniczego w plecy.
-Zostań tu i pilnuj telefonu. Idę na szlak.
-Coś się stało?
-Człowiek na torze. Odrzekł krótko Kalota.
Potem szybko wyszedł z pomieszczenia. Latarka niewiele dawała. Promień światła urywał się zaraz przed idącym. Sine mleko dookoła sprawiało wrażenie nierealnego. Kalota szedł środkiem toru. Czasami ślizgał się na mokrych podkładach klnąc głośno. Poza nim nikt tego nie słyszał. Mgła gasiła dźwięk na koniuszkach warg. Naczelnik minął zwrotnicę wyjazdową w kierunku Zasiek. Dwa stalowe druty towarzyszyły mu do semafora wjazdowego. Potem do tarczy ostrzegawczej. Kiedy i ona zniknęła w białej otulinie Kalota poczuł się strasznie samotny. Żałował, że nie wysłał na ten patrol zwrotniczego. Jednak nie miał sumienia narażać na cierpienia tego doświadczonego chorobą pracownika. Nie w taką pogodę. Mężczyzna skierował wzrok i latarkę na tory. Szedł pomału i uważnie oglądał każdy podkład. Stracił rachubę czasu i odległości. Wszystko było takie same, zgniła czerń zbutwiałego drewna i biel otoczenia. Z nosa Dyżurnego spadały olbrzymie krople wody. Ubranie stawało się ciężkie i coraz mniej ciepłe. Nagle mężczyzna przystanął. Kolor kolejnego podkładu wyraźnie różnił się od pozostałych. Kalota pochylił się na tyle i na ile pozwalało mu jego zwaliste ciało. Brunatna narośl rozcieńczona czasem mogła być tylko jednym- plamą krwi. Mężczyzna zszedł z toru na bok. Tak, aby nie zacierać ewentualnych śladów. Przesunął się delikatnie do przodu. Krwi było coraz więcej. Również na skrajni. Wkrótce dotarł do pierwszego kawałka ciała. Oświetlił je latarką. Była to noga ucięta tuż za kolanem. Kalota zaczął się pocić. Nagle usłyszał rozmowę. Skierował snop światła w tamtym kierunku. Nikogo nie dostrzegł. Strzępy słów stawały się coraz wyraźniejsze. Dyżurny ryknął w nicość.
-Jest tam kto?
Z początku głosy ucichły. W chwilę potem zmaterializowały się w postaci dwóch funkcjonariuszy MO. Jeden z nich, niższy, opisywał wszystko, to co zauważyli. W momencie, kiedy dojrzał Kalotę przerwał swą czynność i zwrócił się do Naczelnika.
-A wy kto obywatelu?
-Naczelnik stacji Wojnów, Kalota. Przedstawił się funkcjonariuszom.
Mały zanotował coś na kartce w linie. Kopiowy miękki ołówek rozmywał się na wilgotnym papierze.
-Tam jest noga panowie. Wskazał kierunek Kalota.
-Dotykał Pan czegoś ? Mały znów zwrócił się do Kaloty.
-Nie, a bo co? Uprzątnijcie to z toru, muszę udrożnić szlak.
Mały zbliżył się do Naczelnika. Rozłożył bezradnie ręce.
-Nie da rady, czekamy na posiłki z województwa.
Kalota otworzył usta ze zdziwienia. Nie pierwszy raz miał odczynienia z wypadkiem na torach. Wystarczyło zapisać protokół i posprzątać. Dziwne zwyczaje tu panowały.
-Panowie to zwykły wypadek, po co aż województwo informować. Człowiek wpadł pod pociąg i już.
Mały pociągnął Naczelnika za rękaw. Ten drugi poszedł za nimi. Uszli może pięć metrów, gdy mały się zatrzymał. Wskazał na jakieś ciemny kształt na torze.
-Niech pan popatrzy, może go pan zna.
Kalota ostrożnie wszedł między szyny. Korpus mężczyzny leżał na plecach. Nie miał rąk i nóg. Twarz była okaleczona, ale czytelna. Naczelnik rozpoznał znajome rysy. Wiedział już dlaczego obchodowy nie stawił się do pracy. Wrócił do milicjantów.
-Znam go, to obchodowy Majer. Nie przyszedł dziś do pracy. Tylko co on tu robił?
-Właśnie jest prostsza droga na stacje i krótsza. Stwierdził Mały.
-To nadal nie zmienia faktu, że tylko wypadek. Wzruszył ramionami Kalota.
Mały znów pociągnął go za rękę. Tym razem na bok nasypu. Brnęli przez jakieś kolczaste krzaki. Niewiele było widać, więc Naczelnik co rusz kaleczył sobie nogi. W końcu koszmarna wędrówka dobiegła końca. Milicjant znów tylko wskazał na coś ręką. Kalota pochylił się. Dostrzegł dwie ludzkie dłonie, wraz z łokciami. Obie splecione były drutem ze sobą. Naczelnik wyprostował się gwałtownie i przeklął.
-A widzicie Naczelniku, od kiedy to obchodowy spaceruje ze związanymi rękoma?
Kalota po raz pierwszy w życiu zaczął się bać.
-Panowie, wygląda na to, że nie prędko tu skończycie. Wracam na stację, gdzie moje miejsce.
-Dobrze Panie… Mały sięgnął do karteczek – Kalota, proszę tylko nie opuszczać stacji i nikomu nic nie mówić.
-Dobrze. Kalota z radością opuścił miejsce zbrodni. Wrócił na posterunek tak samo po torach.
Zwrotniczy przywitał go w drzwiach.
-Co tam Panie Naczelniku, jest Pan nieco blady?
-Pieprzycie zwrotniczy, to zimna. Nie doszedłem nawet do połowy, nasi dzielni milicjanci mnie zawrócili.
-Był tam taki niski?
-Tak, a czego pytacie?
-Ponąć nie tylko w milicji pracuje.
Kalota wyminął zwrotniczego i podszedł do pieca. Grzał obie dłonie.
-A gdzie jeszcze ten kurdupel robi?
Zwrotniczy roześmiał się nienaturalnie i rozejrzał wokoło. Tak jakby bał się, że w tej rozlatującej się krypcie jest ktoś jeszcze.
-Radzę liczyć się ze słowami. Służba bezpieczeństwa ma twardą rękę u nas.
Przez ciało Kaloty znów przeszedł dreszcz. Gdzie on znów wdepnął? Tym razem było to poważne bagno. Miłe ciepło rozchodziło się po ciele. Dłonie powoli przekazywały je dalej. Naczelnik wstał i z radością stwierdził, że woda w kubku pyrtoli. Wsypał doń dwie łyżeczki wilgotnej kawy i wszystko przykrył talerzykiem. Tylko w ten sposób dawało się tu zaparzyć kawę. Gdy napój naciągnął już wystarczająco mocy, zdjął go z pieca i powoli wlał w siebie. Jak skończył rozparł się wygodnie na krześle i przykrył płaszczem. Ciepło obciążyło powieki. Zwrotniczy nie przeszkadzał. Po godzinie ktoś załomotał w drzwi. Zerwali się na nogi obaj. Pukanie było ostre i nie znoszące sprzeciwu. Kalota otworzył drzwi. Na zewnątrz stali ci sami milicjanci, co rozmawiał z nimi na torze. Towarzyszyło im jeszcze dwóch cywili.
-Witam Panów, chcieli byśmy porozmawiać.
Sami wprosili się do środka. Mały rozejrzał się po pomieszczeniu. Skończywszy wydał rozkaz większemu.
-Weź i przejdź z gdzieś z obywatelem. Wskazał na zwrotniczego.
-Nie ma potrzeby, mam tu służbowe mieszkanie. Odpowiedział Kalota.
-Dobrze, więc przesłuchaj pana tu, a my z Naczelnikiem pójdziemy na górę.
Kalota prowadził. Kręte schody skrzypiały pod jego ciężarem. Malutki pokoik na piętrze był jego domem, na czas odpoczynku od służby. Ciasnym i równie nieprzyjemnym jak cała ta stacja. Żółtawo zielona farba odchodziła płatami od mokrych ścian. W rogach czaił się grzyb. Meble były napuchnięte i potraciły kształty. Kalota zapalił lampę naftową i rozświetlił mrok. W mdłym blasku pomieszczenie wyglądało jeszcze gorzej. Usiedli na sfatygowanych czasem krzesłach. Mały milicjant wyciągnął notes. Najpierw zadał kilka standartowych pytań. Chodziło o tryb w jaki przydzielono tu Kalotę. Naczelnik wyłuszczył mu kolejność zdarzeń, które doprowadziły do objęcia służby na tej stacji.
-Mówicie, że skierowano was tutaj, bo poprzedni Dyżurny popełnił samobójstwo?
-Tak.
-Ciekawe, skąd macie takie informacje?
-Z pism DOKP Wrocław.
Mały pochylił się w kierunku Kaloty.
-Te wasze pisma nie zawierają całej prawdy…
-Znaczy? Kalota ściszył głos
-Samobójcy nie wiążą sobie rąk drutem przed powieszeniem.
Naczelnik zamilkł. Za oknem właśnie zapadał mrok. Siedząc na skrzypiącym krześle uświadomił sobie, że bagno w jakie wdepnął nie ma dna. A jeżeli ktoś je odnajdzie, to może źle skończyć.
-Czy obchodowy miał jakieś wrogów? Ciszę przerwał Mały.
-Nie mam pojęcia, na stacji pracuję tylko ja, zwrotniczy i obchodowy. Do miasta chodzę tylko po chleb i żarcie. Nie wiem jak on tam się sprawował.
Mały zanotował jakieś wyrwane słowa w notesie.
-Rozumiem, mam jeszcze jedno pytanie.
Wyciągnął z torby kawałek gazety. Rozwinął. W środku był zakrwawiony kawałek drutu.
-To nie jest zwykły drut, poznajecie?
Kalota pochylił się nad rękoma Małego. Na drucie były jeszcze strzępy skóry. Ktoś kto go ściągał nie bawił się w subtelności. Kalota w mig rozpoznał fragment drutu. Stalowy i ocynkowany.
-To jest drut pędniowy…
Oficer wyraźnie rozchmurzył się. Gdzieś z dołu doszedł głośny trzask i jęk bólu. Kalota zerwał się na nogi.
-Siadaj !!! Rozkazał nagle Mały.
Naczelnik potulnie wykonał połączenie. Trzask rozległ się powtórnie. Tym razem jęk bólu był nieco słabszy.
-Zatłuczecie go na śmierć. Burknął Kalota.
-Nie wtrącajcie się, miał na pieńku z poprzednim Dyżurnym i wygrażał obchodowemu. Do drutu też tylko on miał dostęp. Jest w jego magazynku.
Kiedy wszystko ucichło Mały wstał.
-Zapomnijcie o wszystkim co tu się działo. Przez chwilę nie schodźcie na dół, musimy posprzątać. Rano najmijcie nowego zwrotniczego i obchodowego.
-Dziwnie prowadzicie śledztwo jak na milicję.
Mały uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni. Kalota zobaczył przed nosem legitymację SB.
-Kto powiedział, że my milicja…
Oficer zszedł na dół. Drzwi zamknęły się same. Naczelnik podszedł do okna. Na peron wjechała ciężarówka. Dwóch cywili wrzuciło nań poskręcane ciało zwrotniczego. Szeroko otwarte niewidzące oczy wpatrywały się w Kalotę. Resztę skryła mgła. Naczelnik zgasił lampę. Na dół zszedł dopiero, gdy wszystko ucichło. Nie pogasili świateł. Na brudnym stole były ciemne plamy krwi. Mężczyzna zagotował w misce wodę i całą noc ścierał je dokładnie. Nawet gdy wydawało się, że ich tam nie ma. Nad ranem zmęczony zadzwonił do Dyrekcji prosząc o zastępstwo. Z sąsiedniej stacji przyjechał zmiennik. Kalota jednak zamiast spać wyruszył w teren. Dotarł na miejsce wypadku i długo szukał czegoś w ostrych krzewach. Znalazł kawałek i mimo strzępków skóry schował go do kieszeni. Wrócił na stację i sięgnął po suwmiarkę. Gdy odczytał średnicę drutu, ukrył twarz w dłoniach. Pod koniec dnia poprosił o przeniesienie. Uzyskał je.

2008.

Starszy Pan niskiego wzrostu karmił gołębie w parku. Trzęsącą się ręką rozsypywał ziarno wśród kłębiących się ptaków. Słońce grzało jego stare kości i dodawało otuchy w tych ostatnich chwilach życia. Nagle ptaki uniosły się w górę wyraźnie czymś przestraszone. Olbrzymi cień zasnuł ławkę i siedzącego. Staruszek podniósł wzrok do góry. Ujrzał olbrzymiego mężczyznę stojącego na przeciw niego.
-Słucham Pana? Czym mogę służyć ? Zapytał grzecznie.
Mężczyzna nie czekając na zgodę usiadł obok i patrząc staruszkowi w twarz wypowiedział słowa:
-Wreszcie Cię znalazłem skurwielu. Tyle lat.
Staruszek nadal nic nie rozumiał, chociaż na jego twarzy pojawił się rumień strachu.
-Nie rozumiem…
-Naczelnik Kalota, 1962 rok stacja Wojnów, mówi Ci to coś?
Starzec usiłował przypomnieć sobie fakty. Wreszcie jakieś błysk wykwitł w jego oczach.
-A… sprawa morderstwa na torach.
-Pamiętasz, zatłukliście wtedy niewinnego człowieka.
-Jakiego niewinnego, przyznał się i mieliśmy dowody.
Kalota sięgnął do kieszeni. Położył na kolanach starca zawiniątko. Ten nie kwapił się aby je rozwinąć, więc Naczelnik zrobił to za niego. Na kawałku drutu były zaschnięte paprochy i zgrubienia. Przeplatały się z rdzą.
-Takie dowody, ten sam drut oficerze.
Starzec nadal nic nie rozumiał z przedstawienia.
-Doszedłem do tego rano, jak sprzątałem krew po zwrotniczym. Zmierzyłem średnicę drutu. Ten znaleziony przy zwłokach miał średnice 5 mm.
-Nie rozumiem nadal…
-Zaraz zrozumiesz, twierdziłeś, że to drut z naszej stacji. Pomyliłeś się. Druty pędniowe są dwóch rodzajów. Grubszy 5 mm, taki jak przed sobą, służy do przestawiania rygli i zwrotnic. Ten znaleźliście przy zwłokach. Nasza stacja miała zwrotnice przestawiane z miejsca nie z odległości. Mieliśmy tylko pędnie sygnałowe o średnicy druta 4 mm. Taki drut miał zwrotniczy w kantorku.
Starzec chyba poukładał puzzle. Jego twarz stała się kredo-biała.
-Przecież się przyznał…
-W jego stanie też bym to zrobił, fachowo biliście.
Kalota wstał z ławki. Starzec na niej pozostał. Patrzał za oddalającym się mężczyzną. Gdy ten zniknął opuścił wzrok na drut. Mamrotał coś pod nosem. Słońce zachodziło za chmury i horyzont. Mgła zasnuła ławkę i starszego pana. Jeszcze przez moment słychać było bełkot
-Przecież się przyznał…
Wraz z nastaniem ciemności i on ucichł.

KONIEC

Wrocław; 16.11.2008r.

Powrót do listy opowiadań z 2008r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *