Nie wiem od czego zacząć. Może od pierwszego wspomnienia z dzieciństwa, które zarejestrował i zarchiwizował mój mózg. Leżałem wtedy w łóżeczku a moje oczy próbowały nadążyć za wiszącymi nad moją twarzą zabawkami. Kolorowe skrzyły się w promieniach słońca wpadającego przez okno. Nagle okolica zaczęła drżeć a moje wiszące cudeńka wibrować. Pojawił się nowy miarowy dźwięk, a słońce przysłonił cień. Próbowałem się obrócić, aby zrozumieć i ocenić nowe zjawisko, lecz me ciało było jeszcze bardzo nieporadne. Wobec braku możliwości zrozumienia, zrobiłem, to co każde niemowlę potrafi najlepiej- rozpłakałem się. Matczyne ramiona uciszyły alarm, w międzyczasie olbrzymi cień zniknął. Wizyty wielkiego cienia były częste w ciągu dnia. Powoli się doń przyzwyczaiłem i zaakceptowałem. Ów cień pozwolił się ogarnąć nieco później, gdy już stawiałem pierwsze kroki. Trzymany za rękę, opuściłem moją twierdzę – dzienny pokój. Po przez niewielką sień podreptałem na zewnątrz. Tam zobaczyłem słońce, peron i dwie stalowe nici. Nie pozwolono mi się do nich zbliżyć. Coś nadchodziło z lewej strony. Wiedziałem, że to cień. Matka wzięła mnie na ręce. Zobaczyłem ogromne czarne cielsko, ciągnące dwa inne. W tych innych byli ludzie. Mój ojciec w czerwonej czapce wpatrywał się w ten osobliwy ruch, a gdy on ustał uniósł do góry zielony przedmiot. Cień zasyczał i ruszył do przodu. Za nim dwa pozostałem. Zapadła cisza. Zrozumiałem wtedy, że mój ojciec, to musi być bardzo ważna osoba. To on przeganiał cień z mojego podwórka. Jak czarodziej- unosił do góry zieloną różdżkę i… już.
Niestety czas jest podły. Tylko mija i mija i nie chce się zatrzymać. Wkrótce cień stał się parowozem z wagonami a moje podwórko stacją. Stalowe nici zamieniły się w pojedynczy tor główny lokalnej linii. W nim zabudowany był jeden rozjazd do niewielkiego toru ładunkowego. Ten rozjazd używany był sporadycznie, a klucze doń miał mój ojciec. Sama stacja nie miała żadnych urządzeń zabezpieczających poza telefonem i tym rozjazdem. Rola jej wzrastała jesienią. Wtedy to chłopi na swoich furmankach zwozili na plac ładunkowy buraki cukrowe, ziemniaki i inne dobra. Gdy był on pełen cukrownia wysyłała wagony, na ogół dwie sztuki drewnianych węglarek. To samo czyniła gorzelnia i elewator położone w miejscowościach gdzieś na trasie. Nawet nie wiem kiedy zostałem zarażony miłością do tego mikro świata. Pewnie przekazał mi ją ojciec. Polubiłem czarowanie i złożyłem stosowne egzaminy by móc je kultywować. Tuż po egzaminach przejąłem pałeczkę. Ojciec przeszedł na emeryturę i tylko przyglądał się moim rządom na stacyjce. Wkrótce odszedł na wieczną służbę. Rok później z tęsknoty za nim zgasła matka. Zostałem sam.
Próbowałem znaleźć sobie bratnią duszę, ale nie byłem dobry w tej materii. Moje przygody miłosne, kończyły się zanim tak naprawdę na dobre się zaczęły. Najczęściej chodziło o mikro świat. Żadna nie potrafiła zrozumieć jak można kochać to niezwykłe miejsce. Dla nich było zbyt proste i nudne. Nie mogąc przebić się przez warstwę mego uwielbienia odchodziły. Początkowo próbowałem czynić kroki zaradcze. Zrezygnowałem i poddałem się losowi. Skoro dobry Bóg wyznaczył mi rolę samotnika, widać tak musi być. Nie będę dyskutował z Jego decyzjami. Codzienność była niezmienna. Wszystko przyporządkowane było stacji. Pobudka o właściwej godzinie. Śniadanie i toaleta. Słonko jeszcze spało, ja zaś w pełnym umundurowaniu witałem pierwszy osobowy. Krótka konsultacja z sąsiednim posterunkiem i wyprawiałem go w dalszą drogę. W międzyczasie oczekiwania na informację zwrotną, sprzedawałem bilety na kolejny pociąg. Telefon oznajmił przyjazd wyprawionego i wpuszczenie na szlak kolejnego kolosa. Posterunki były blisko, tak że nawet kawy człek nie zdążył wypić, gdy długi gwizd oznajmiał nadejście cienia. Na ogół był to skład złożony z popularnego na tamte czasy parowozu Ty2 i kilku wagonów typu Bi i Ci. Pierwszej klasy u nas nie prowadzono. Ot jeszcze jedna cecha lokalnej linii. Gdzieś koło południa pojawiał się pierwszy towarowy. Wagony z demobilu, na szprychowych kołach stanowiły zbieraninę różnych typów. Większość stanowiły kryte G10 i drewniane węglarki Wdn. Śmieszne maluchy z dużym parowozem. Towarowy na ogół przechodził bez zatrzymania. Maszynista wychylał się z budki i czekał na określony regulaminem sygnał, że taka jazda jest dozwolona. Kształtką sygnałową zataczałem łuk na wysokości kolan. Po dostrzeżeniu sygnału “do mnie” mechanik dawał sygnał baczność i przemykał z zawrotną szybkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Więcej na naszej linii nie wolno było.
Czasami towarowy stawał na chwilę i zostawiał dwie luźne węglarki wraz pracownikami do załadunku. Po “odkluczeniu” rozjazdu wpychali je oni ręcznie na tor przy placu ładunkowym. Potem ładowali aż do wieczora. Pełne czekały na zbiorczy. Nadchodził koło dwudziestej drugiej. Wjeżdżał na przystanek i stawał, tak aby kita dotykała ukresu. Odbezpieczałem rozjazd i obsługa zakładała konopną linę na ostatni sprzęg pociągu. Drugi jej koniec przekładała przez specjalną kluzę i zaczepiała o sprzęg pełnych węglarek. Parowóz ruszał powoli do przodu i wyciągał załadowane wagony na szlak. Zmieniałem położenie rozjazdu, a obsługa demontowała linę. Pociąg cofał i przyłączał wagony z placu do składu. Dzwoniłem do sąsiedniej stacji i po uzyskaniu pozwolenia wyprawiałem skład. Wtedy linia zamierała. Ruch nocny nie był na niej dozwolony.
Mogłem zająć się swoimi sprawami. Nie było ich zbyt wiele. Być może dlatego zabrałem tego kota. Znalazłem go w płóciennym worku na śmietniku za remizą. Dobrze, że miał siłę jeszcze zamiauczeć. Po rozsupłaniu wora wydobyłem zeń szarą kulkę wielkości dłoni. Trzęsło się to z zimna mimo, że był środek lata. Schowałem znalezisko za pazuchę i do rannych zakupów dodałem butelkę mleka. Po przyniesieniu stworzenia do domu umieściłem je w sieni w koszu ze szmatami. Przedtem umoczywszy palca w mleku starałem się go napoić. Coś tam łyknął i zasnął. Z racji obowiązków nie mogłem być przy nim, więc zaglądałem tylko od czasu do czasu. Zwierzątko spało. Z małego spodka znikało tylko sukcesywnie mleko. Wieczorem kot otworzył oczy i poznaliśmy się. Zostaliśmy przyjaciółmi. Gdy trochę podrósł zapragnął zakosztować sławy i zaczął mi towarzyszyć w odprawianiu pociągów. Wypełzał na peron wraz ze mną i siadał koło prawej mej nogi. Mechanicy pytali niejednokrotnie czy już szyję mu czapkę. Później widok “Dyspozytora”, gdyż tak go nazwałem, spowszedniał i odczepili się ode mnie. Powoli poznawałem kocie zwyczaje. Po ostatnim towarowym “Dyspozytor” znikał w sieni i nie wychodził zeń, aż do rana. Sypiał ze mną na łóżku i czasami zrywał się na cztery łapy i biegł na parapet okna. Jego sierść zjeżona niesamowicie, zdawała się strzelać iskrami a ogon podawał wściekły “ode mnie”. Kot się czegoś bał. To zjawisko wyjaśnił mi stary kolejarz. Zamknięta w nocy linia ludzkim dekretem, jest wolna dla innych przebiegów. Dla nas niewidocznych i przerażających. Dyspozytor widział kiedy nadchodzą. Dlatego nie opuszczał sieni w nocy. Mnie też wtedy nie pozwalał wyjść. Stawał na brzegu łóżka i wydawał niskie dźwięki, jak wściekły wąż. Z początku odbierałem to jako atak agresji, zanim zrozumiałem właściwe intencje zwierzaka. Próbował mnie chronić, przed tym co w nocy niewidoczne, a porusza się po szynach. Tymi pociągami sterują inni Dyżurni. Lepiej nie wchodzić w ich kompetencje. Ranek zamykał ich rządy, aż do ostatniego składu. Tworzyliśmy pewną symbiozę, określoną odwiecznymi niepisanymi zasadami, i było nam z tym dobrze. Mijały kolejne wiosny i coś zaczęło się psuć na linii. Najpierw zniknęły parowozy. Zastąpiły je spalinowe lokomotywy niewielkiej mocy. Potem zaczęły wypadać z rozkładu całe pociągi.
Dyspozytor był wyraźne zdezorientowany, kiedy usiłował przywitać na peronie skład skreślony telegramem Dyrekcji. Mnie też to się nie podobało. Mój mały idealny świat zaczął więdnąć. Dwa lata później po zniknęciu pierwszego pociągu, podjęto decyzję o likwidacji rozjazdu i placu ładunkowego. Płakałem, gdy koparki wyrywały drewniane podkłady i niszczyły tor ładunkowy. Moja rola zmalała do sprzedawcy biletów. Zrobiono tak przez grzeczność, bo brakowało mi tylko roku do emerytury. Wraz z moją emeryturą zamknięto linię. Przyjechał bardzo ważny pan i przybił na mym okienku kasowym kartkę “zamknięte” a pod nią drugą “ruch pociągów zawieszony”. Tory rdzewiały puste jeszcze przez dwa lata. Wtedy przypomniano sobie o nich i zarządzono fizyczną likwidację. Pociąg rozbiórkowy był ostatnim jaki widziałem. “Matka kolej” pozwoliła mi pozostać w budynku stacji. Dziś już nikt prawie nie pamięta o stalowym szlaku. Ślady dawno zatarł czas, nasyp rozmyły jesienne deszcze. Dyspozytor nadal jest jeszcze ze mną. Jemu czas też nie pożałował razów. Niedowidzi i lekko powłóczy tylnymi łapami. Zawsze jednak robi coś co przypomina mi czasy kolejowego raju. Zgodnie z rozkładem, tym, kiedy go tu przyniosłem wychodzi na pozostałość peronu. Staje wyprostowany i wpatruje się w dal. Odprawia pociągi, których już dawno nie ma. A może mi się tylko wydaje? Przecież koty widzą czasami rzeczy, o których nam się nie śniło. Spodobał się mi ten rytuał. Staję obok niego i po prostu stoję. Wyprostowany na tyle na ile ból kręgosłupa pozwoli. Tak jak za starych dobrych czasów.
Ludziska patrzą jak na wariata. Nie obchodzi mnie to. To byłoby na tyle…
Aha w nocy nadal nie wychodzę. Po zachowaniu mego przyjaciela widać, iż tamci Dyżurni wcale nie zawiesili ruchu.

KONIEC

Wrocław 27.03.08r.

Powrót do listy opowiadań z 2008r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *