Telefon zadzwonił wcześnie w piątkowy ranek. Uniosłem zaspane zwłoki z łóżka i przyłożyłem słuchawkę do ucha.
-Taaaa. Ziewnąłem do aparatu.
-Witam Covalusie, wiesz kto mówi?
Ten głos poznałbym nawet w piekle.
-Kalota, wiesz która to godzina?
-Nie, a mam zgadywać?
-Mów co Ci na sercu leży, bo zaraz zasnę.
-Kochany, jestem na końcówce w Bielawie, blisko twojej nory. Proponuję wieczorem w sobotę, jak już będę po służbie, dyskusje na tematy ogólnospołeczne.
-Czy dużo książek mam kupić?
-Materiały do dyskusji już są, brakuje mi referentów.
-Jednego już masz, jak tam dojechać?
Pytanie było poniekąd aktualne, bowiem ruch do tej stacji zawieszono około roku 1997. Sama stacja od tego czasu funkcjonowała jako końcówka bocznicy do miejscowych zakładów. Dawniej pociągi, przez Bielawę jeździły daleko w Polskę. Ale to, było bardzo dawno.
-Pekaesem, lub jak się sprężysz to załatwię ci transport zdawką.
-Chcę zdawką …
-Sobota 7.34 Nadodrze, wal od razu do stonki. Skład numer 3441.
-Dobra, będę.
Kalota rozłączył się, a ja poszedłem spać.
W sobotni ranek z łóżka zrzucił mnie budzik. Natrętna i bezlitosna bestia. Mam nawet podejrzenia, że budziki są przyczyną dość dużego odsetku zawałów w naszym kraju. A może i odsetek. Zjadłem co nieco i ruszyłem na dworzec. Patrząc na ten piękny budynek z cegły, niemiłosiernie zniszczony przez wandali, zastanawiałem się nad obyczajowością. Dworzec przetrwał wojny i czasy komunizmu. Służył ludziom wiernie. Dawał schronienie przed deszczem i zimnem. Jakież to czasy nastały, jakim to narodem staliśmy się, że potrafimy tylko niszczyć. Demokratyczny ustrój uwolnił najgorsze cechy naszego narodu- anarchię, wandalizm, złodziejstwo i chamstwo. Co mają oznaczać te bohomazy na ścianach? Czy te bezmózgie stwory, w szerokich spodniach, z farbą w ręku są ludźmi? Co nimi kieruje? Może Polacy nie zasłużyli na wolność i demokrację. Porządek w tym kraju, jest tylko pod rządami silnych rąk. Smutne, ale prawdziwe …
Stoneczka pyrkotała pod drogowskazowym. Zeskoczyłem z wysokiej krawędzi peronu i podszedłem do kabiny. Załomotałem w drzwi. Maszynista i pomocnik podskoczyli i otworzyli je na oścież. Widać chłopaki troszkę drzemali, a mój łomot przywrócił ich rzeczywistości.
-Covalus. Przedstawiłem się.
-A to Pan, ładuj się Pan zaraz jedziemy.
Jak kazali tak zrobiłem. Punktualnie o 7.34 dostaliśmy pulsujący żółty sygnał, oznaczający iż następny wyjazdowy semafor pozwala nam opuścić rejon dworca z prędkością 40 km/h. Jazda SM42 po zwrotnicach głowicy wyjazdowej, przypominała rejs kutrem po niewielkiej fali. Wcisnąwszy się w kąt za plecami pomocnika obserwowałem szlak. Most na Odrze i brudne zwały wody za elektrociepłownią. Potem odbiliśmy lewym łukiem do Mikołajowa. Wibrator wytrząsał moje plomby z zębów, mimo niewielkiej prędkości. Skierowaliśmy się ku estakadzie.
-To nie lecimy obwodnicą? Zadałem już drugie, poniekąd słuszne pytanie w tym tygodniu.
Wynikało one z ogólnych obaw o stan techniczny estakady.
-Nie, na Brochowie odechciewa się nam zmieniać czoło. Na haku mamy tylko trzy puste wagony, z powrotem będzie obwodnicą. Wyjaśnił maszynista.
Posterunek odgałęźny Grabiszyn, z senną obsługą wystającą za okno z żółtym badylem w ręku, minęliśmy z przepisowym 30 km/h. Taniec z Anglikami przyprawił mnie o lekkie dreszcze. Porykując dieselkiem wskoczyliśmy w objęcia mostu nad ulicą Grabiszyńską. Zaraz za nią minęliśmy tarcze ostrzegawcze wjazdu na Wrocławski Dworzec Główny. Dość ciekawej konstrukcji. Mają one bowiem, dwie pomarańczowe komory. Dolna świeci światłem ciągłym, górna przerywanym. Taka, a nie inna budowa owych semaforów, jest podyktowana sytuacją ruchową na Dworcu Głównym. Nie da się bowiem przejechać, przez jego głowicę wjazdową, szybciej niż 40 km/h. Stąd zielona komora na tarczach jest zbędna. Miasto widziane z okien stonki, budziło się do życia. Na ulicach panował już spory ruch. Niebieskie tramwaje pracowały na srebrnych szynach od rana. Na wysokości ulicy Powstańców Śląskich zbudowano bramę wjazdową na dworzec. Semafory powieszono nad torami w masywnej stalowej ramie. Nasz wskazywał jazdę na zboczenie z prędkością 40 km/h.
Ciśnięto nas na tory obok peronu piątego. Powolutku przeturlaliśmy się obok kibleka do Głogowa. Potem mijaliśmy tory postojowe pełne Bip w koszmarnym żółtym malowaniu. Na szczęście odbiliśmy nieco w bok i mijając wrocławską gazownię skierowaliśmy się ku posterunkowi Tarnogaj. Ten wyprowadził nasz skład na właściwy tor do Kobierzyc. Dawniej chodziły tędy liczne pociągi osobowe do Sobótki i Świdnicy. Niemcy nawet przewidywali budowę drugiego toru na tej malowniczej jednotorowej linii. Dziś kursują tylko pociągi zdawcze, a i to nie wiadomo jak długo. W żółwim tempie dokolebaliśmy się do pierwszego przejazdu kolejowego. Na tej trasie obowiązuje specjalna procedura. Pociąg na zatrzymać swe szanowne czoło przed ustawionym wskaźnikiem W4. Pomocnik wyjść na jezdnię i zatrzymać ruch. Dopiero wtedy można pokonać przejazd. Ile przy tym marnuje się paliwa, to już pozostanie tajemnicą PKP. Ale biorąc pod uwagę bezmyślność dość licznej grupy polskich kierowców, którzy nie potrafią zrozumieć, że pociąg nie zatrzyma się w miejscu, tego typu procedury stały się koniecznością. W naszym kraju, jeśli kierowca nie potrafi zatrzymać się przed przejazdem, musi to zrobić pociąg. Na liniach można zastać sytuację, że prędkość szlakowa wygląda jak poobiednia czkawka- 100-20-100-20-100-20 km/h. Te 20 km/h zostało wprowadzone, bo pewnej grupie władców kierownicy nie chce używać się mózgu. A i to nie pomaga, bo potrafią wjechać pod piętnasty wagon, bo nie zauważyli. A sąd i tak orzeknie winę kolei, a gazety będą miały używanie, że brakuje rogatek na przejeździe, który pokonują dwa samochody dziennie. Postanowiłem trochę pomóc. Zeskoczyłem z pomostu i wylazłem na środek ulicy Buforowej. Wcześniej wdziałem pomarańczową kamizelkę darowaną mi przez maszynistę. Pierwsze auto stanęło. Dałem znak by SM 42 ruszała. Lokomotywa zadymiła spalinami i poczęła wtaczać się na przejazd. Nagle z tyłu nadjechał mały fiat z charakterystycznym bulgotem wielowatowych głośników. Minął stojące w kolejce auta i zawadzając mnie lusterkiem ruszył ku torom. Stonia zapiszczała hamulcami. Samochód ledwie zmieścił się pomiędzy stojącym słupem a jej zderzakami. Na odchodne przez boczną szybę wysunięto, ku nam, wyprostowany środkowy palec. Takie czasy …
W ten sposób pokonaliśmy kolejne przejazdy. Przed stacją Klecina przejazd usytuowany jest przy samym skrzyżowaniu. Ruch przez to skrzyżowanie sterowany jest sygnalizacją świetlną. Musieliśmy czekać dwie kolejki zanim kierowcy zostawili nam miejsce na przejeździe. Sama stacja Klecina, obsługiwała kiedyś cukrownię Klecina. Cukrownia ta została wyburzona, mimo iż wpisano ją do rejestru zabytków. Na jej miejscu powstanie hipermarket. Teraz pozbawiona semaforów, stacja obsługuje tylko pobliską rozlewnie gazu. Do samej Sobótki tor wije się przez malownicze krajobrazy. Przed stacją Sobótka, pociąg na pięknym łuku ze Ślężą w tle, stanowi cudowną kompozycję wielu zdjęć. Niestety sama stacja uległa daleko idącej degradacji. Dalsza droga upłynęła w atmosferze gwizdów na przejazdach i wreszcie dotarliśmy do Świdnicy. Tam odczepiliśmy puste wagony i zabraliśmy trzy platformy na surowe drewno z tartaku i dwa wagony kryte na gotowe wyroby Bielawskich Zakładów Drzewnych. Linia do Bielawy wspinała się dość ostro w górę. Mechanik obeznany z lokalnymi warunkami prowadził pociąg lekko i bez większego wysiłku. Sama stacja w Bielawie miała unieważnione semafory. Nie były one potrzebne przy tak małym natężeniu ruchu. Opuszczone ramiona kształtowych strażników wpłynęły na mnie przygnębiająco. Mechanik zastopował skład przed zwrotnicą wjazdową i sięgnął po radio.
-Zdawczy, do Bielawy…
-Witajcie, macie dla mnie przesyłkę?
Głos Kaloty był charakterystyczny.
-Mamy.
-Dobra, powolutku wjeżdżajcie, przebieg ustawiony i zabezpieczony kluczami. Wagony odstawiacie przy rampie na czwórce. Do zabrania są na szóstce. Lecz wjedziecie na nią przez zwrotnicę czwartą, trzecia rozleciała się wczoraj.
-Zrozumiałem.
SM 42 z minimalną prędkością wtoczyła się tor przy starej kamiennej rampie. Tam mechanik pożegnał się ze mną i rozpoczął wyprzęganie wagonów. Ja zaś, przez zarośnięte torowisko udałem się do nastawni. Jej funkcje pełnił dwupiętrowy budynek z litej czerwonej cegły. Kręte schody poprowadziły mnie na pięterko, gdzie wpadłem w ramiona niedźwiedzia Kaloty.
-Witaj Mordo moja.
-Witam Naczelnika.
-Kawusia na stole, zrzucaj odzienie ja wyprawię chłopaków z powrotem. Objąłem metalowy kubek i wlałem napój bogów w trzewia. Naczelnik tymczasem wykręcił numer Świdnicy Miasto.
-Bielawa się kłania Naczelnik Kalota, proszę o pozwolenie zajęcia odcinka przez 3441.
Chwila ciszy nastała i Kalota dostał odpowiedź. Nie była ona, po jego myśli.
-Co nie można, a z jakiej przyczyny?
Znowu przerwa.
-Jak to, macie przerwę ruchową do 13?!
Zaczęło się.
-Słuchajcie tam, przerwę ruchową to ja mam, jak mi mój najbliższy przyjaciel wyprostować się nie chce. Moja Żona robi mi wtedy awanturę i stosunki małżeńskie diabli biorą. Wy natomiast przerwę, możecie mieć na papierosa, jak się tam pofatyguję i ciapnę w ten głupi ryj, aż jedynki wypadną. Ruszcie swoje szanowne cztery litery i ustawcie zwrotnice na tej pipiduwie, bo mi stonka całe paliwo spali czekając na wyjazd. Zrozumiano! -O to rozumiem, wysyłam 3441. Dziękuję ślicznie.
Odłożył słuchawkę.
-Ciężkie jest życie Dyżurnego tu u was.
Sięgnął po radiotelefon.
-3441 macie wolne do Świdnicy Miasto.
-Zrozumiałem 3441, dziękuję.
-Ja też mechaniku.
Na stacji zapadłą cisza.
-Co Cię tu przygnało? Spytałem.
-A wiesz postanowiłem odpocząć, bo mi coś serducho zaczęło nawalać. Poprosiłem o jakieś łagodny przydział i tutaj dali. Dwie zdawki jedna rano i druga wieczorem. Żyć nie umierać.
– Długo tu wytrzymasz?
-Pewnie nie, ale na razie wypoczywam.
Do pokoju wszedł starszy mężczyzna.
-O witamy Panie Stefanie. Zaryczał Kalota.
Potem przedstawił mi gościa.
-Pan Stefan mieszka tu na dole, przepracował na tej nastawni całe swoje życie. Teraz zagląda tu do mnie, aby z nudów nie umrzeć. Poznajcie się, mój przyjaciel Covalus.
Uścisnąłem staruszkowi rękę. Ten zasiadł pod drugiej stronie stołu i oznajmił.
-Byłem dziś w miasteczku, po drodze linii doglądałem i znowu kawałek ukradli, na Jedlinę.
-O w modę, już trzeci raz w tym tygodniu. Odparł Kalota
Linia na Jedlinę, była nieczynna. Samorządy czyniły kroki w celu przejęcia jej i uruchomienia ruchu turystycznego. Przegrywały tą nierówną walkę z łowcami złomu.
-Co się porobiło, Panie Kalota z tym narodem. Zwiesił głowę staruszek.
-Co racja, to racja Panie Stefanie.
-Muszę iść dziś jeszcze do starostwa, powiem im o tych brakach, ale oni pewnie tylko ręce załamią.
-Jak zwykle. Wtrąciłem się
-A co mają robić. Złapać na gorącym uczynku trudno. A jak się złapie to Policja wypuścić musi, bo niska szkodliwość czynu. Wyjaśnił Stefan.
Potem wstał.
-Idę już, bo zanim się doczłapię to wieki miną.
-Panie Stefanie, wpadnij Pan dziś wieczorem. Pogadamy a i gardło wyleczymy, bo coś widzę, że chrypa bierze.
Błysk w oku Stefana świadczył, iż Kalota jest lepszy od miejscowego lekarza, który nijak nie mógł wyleczyć ani stwierdzić choroby gardła. A może leki wypisywane nie takie były?
-Ano, skoro pomóc Pan potrafi, nie omieszkam skorzystać.
Wyszedł postukując laską.
Do wieczora nic się nie działo. Poza wyprawieniem zdawczego nr 4455. Ale poszło gładko i bez protestów ze strony sąsiednich posterunków. Około dwudziestej Kalota zakończył służbę. Zamknął zwrotnice wjazdową na klucz i zameldował zamknięcie stacji, sąsiednim posterunkom. Oznaczało to, aż jeden- Świdnica Miasto. Zjedliśmy obfitą kolację i zasiedliśmy za starym stołem służbowym. W oczekiwaniu na Pana Stefana, Kalota postawił na stole szkło i rozlał trochę rozrusznika własnej produkcji w celu przełamania lodów. Spięty referent, to żaden referent. Gdy płyn ten trafił w me trzewia zapiekło okrutnie i oczy wylazły mi na wierzch.
-O rzesz, co to jest?
-Dobre co?
-Jeszcze nie wiem, smak strąciłem, na oleju ST44 warzone?
-Nie pytaj, potem będzie lepiej.
Stefan dotarł już w trakcie drugiego wątku. Kalota miał rację dalej było lepiej, nie czuło się nic. Przybyły staruszek zaczął snuć opowieści ze starych dobrych czasów. Stacja ożyła. Słyszałem syk pary prusaków. Potem wojenne echa. Potem manewrował Ty2. Kształtki sygnały dawały, słychać było szum pędni. Ktoś zapalił naftowe latarnie.
-No wtedy maszynista…
-No pod tego maszynistę…
Rozkład napięty do granic, a ruch wzmagał się niebezpiecznie. Sr2, Sr2…
-Pod tego 23444…
-Pod Sr3…
Potem zapadła ciemność i cisza.
Rano bałem się otworzyć oczy. W mej głowie stado wściekłych Gagarinów trzaskało sprzęgami i wyło silnikami. Otworzywszy oczy zobaczyłem, iż leżę na stole służbowym. Prostowanie kręgosłupa po tak wygodnym łożu nie było miłe. Wstałem, ale chyba była to zła decyzja. Gagariny ruszyły do ataku. Usiadłem. Przez mgłę dostrzegłem Kalotę, jak warzył coś na służbowej kuchence.
-O witamy w świecie żywych. Zaraz będą kawa i jajeczka.
Mój żołądek nie chciał się zgodzić na taką opcję.
-Idź się wymyj, ale wcześniej machnij to. Naczelnik podał mi jakieś mętny płyn bez zapachu.
-Co to?
-Nie pytaj pomoże…
Nie pytałem. Mój brzusio się uspokoił. Zimna woda z pordzewiałego prysznica przywróciła krążenie w zdrętwiałych członkach. A jajecznica na boczku i mocna kawa o dziwo w tym klimacie złagodziła gorycz dyskusji dnia poprzedniego.
-No i jak Ci się podoba nasz plan? Spytał Kalota.
-Jaki plan, coś przegapiłem?
-Byłeś jego promotorem.
-Ja???
-A kto, wczoraj krzyczał na nas, że tylko marudzimy zamiast brać tyłek w troki i załatwić złomiarzy.
Zacząłem sobie przypominać ten wątek sprawy. I zdawać sprawę, że niebezpiecznie nadepnąłem współ dyskutantom na ambicje.
-Chyba nie wzięliście tego na serio?
-Nie kolego, teraz to już się nie wymigasz. Nie można tak bezkarnie nakłaść Kalocie i teraz odwrócić się tą piękniejszą tylną stroną.
W mojej głowie zapaliły się wszystkie lampy ostrzegawcze. Zdaje się, że:

Isoroku Yamamoto wstał i spojrzał na swoich podwładnych. Cieszyli się jak dzieci z sukcesu w Pearl Harbor.
-Panowie nie ma się co cieszyć, właśnie obudziliśmy smoka…

Do pokoju wpadł Stefan. Jak na wczorajszego dyskutanta wyglądał kwitnąco. Ech, ja chyba byłem z innej bajki.
-Mam już wszystko opracowane. Chodźcie tu.
Na stole rozłożył mapę.
-Jedyną drogą jaką mogą wywozić szyny jest ta. Puknął palcem w mapę. -Zablokujemy ją w tym miejscu. Jest tam bardzo ostry zakręt, więc jak wczoraj mówiłem, będą musieli zwolnić. Wtedy ich zatrzymamy.

Erwin Rommel skończył mówić. Generałowie spojrzeli znad map na swego dowódcę. Nie musieli nic mówić. Plan przedstawiony był genialny i jednocześnie najprostszy z możliwych. Nikt nie miał pytań. Nikomu nie nasunęły się żadne wątpliwości.

-Genialne- zamruczałem- Wyjdziemy na drogę i wrzaśniemy Stójcie źli złomiarze, a oni posłuchają i oddadzą się w ręce Policji.
Kalota sięgnął pod stół.
-To młode pokolenie naprawdę ma nas za idiotów. Położył cos na stole.
Była to dwururka z drewnianą obficie rzeźbioną kolbą. Zamek był naoliwiony i widać użyty kilkakrotnie. Wyglądała jak z bajki o piratach.
-To strzela? Ukradliście to Wielkiemu Wojakowi Szejkowi?
-Covalusie strzela, sprawdzone… Potwierdził Stefan.
-Jest broń służbowa tutejszego posterunku Policji Kolejowej z 1899 roku. Wyjaśnił Kalota.
Skóra mi ścierpła na karku. Nielegalne posiadanie i użycie broni, to śmierdziało kryminałem. Szczególnie, że przy pierwszym wystrzale ta dwururka zabije tego który naciska spust. To nie może się udać. Jak się na to zgodziłem i kiedy? Nie nadaję się do dyskusji z Kalotą. Panowie nie przejęli się moim milczeniem i prawdopodobnie uznali je za aprobatę planu. O ja nieszczęsny.
-Powiadomiliście Policje? Spytałem ostrożnie.
-Po co? Wzruszył ramionami Stefan. Oni tylko, by nam zabrali broń i kazali wracać do domu.
Tego się można było spodziewać. Jak skazaniec czekałem wieczora. Około dwudziestej Stefan wpadł na nastawnię. Był ubrany w wojskowy mundur, a twarz miał przybrudzoną sadzą. Kalota wyglądał nie lepiej. Panowie chyba bawili się najlepiej od czasów kapitulacji malarza. Ruszyłem za nimi. Oczywiście przedtem umazali me lico starą pastą do butów. Zalegliśmy na zakręcie w wysokiej nieco mokrej trawie. Zapadła cisza, przerywana czasami uderzeniami dłoni w celu zabicia komarów. Wokoło swoją melodię szumiał złowrogi las. Chyba mi się przysnęło, bowiem nie pamiętam upływu czasu. Obudziło mnie uporczywe potrząsanie za ramię. Otworzyłem oczy i pierwsze co zobaczyłem to światła kiwające się na wyboistej drodze. Coś lub ktoś nadjeżdżał strasznie zdezelowanym samochodem. Marki nie dało się rozpoznać w narastającej ciemności. Po tym jak tylne światła rozpłynęły się w mroku, senne do tej pory wojsko ożyło.
-Covalus na drugą stronę, zaraz będą wracać, bo tną małe kawałki. Stefan zostajesz tutaj, na moją komendę wygarniesz, celuj w chłodnicę. Ja pójdę za tamto drzewo i będę ich zatrzymywał.
-Po jakiego wafla, lepiej od razu strzelać. Stwierdziłem.
-Konferencja Genewska. Odpowiedział Stefan.
Zacząłem mieć wątpliwości czy Ci Panowie, nie potrzebowali wizyty u specjalisty. Mimo to nie protestowałem, tylko zająłem przydzielone mi stanowisko. Czas dłużył się niemiłosiernie.

Żołnierze zalegli w okopach i czekali. Ich oczy usiłowały przebić gęstą mgłę przedpola w poszukiwaniu wroga. Ich uszy czujnie wsłuchiwały się w dźwięki nocy. Gdzieś przed nimi był wróg. Zbliżał się nieubłaganie do ich linii. Nagle do ich okopów wpadł dźwięk, ostry i wibrujący. Dźwięk pracujących silników wielu maszyn. Dowódcy poszczególnych odcinków uspokajali rozgrzane odwagą serca.
-Jeszcze nie, poczekajcie aż podejdą bliżej…

Pojazd wpadając w koleiny wydawał piskliwy dźwięk swoimi zniszczonymi resorami. Światła migotały niepewnie, nie mogąc zdecydować się czy zgasnąć, czy nie. Gdy wrogi wóz dotarł i wynurzył się zza zakrętu, na drogę wyskoczył Kalota i podnosząc rękę krzyknął:
-Stać !!!
Zgodnie z moimi przewidywaniami, przestępcy ani myśleli się zatrzymywać. Do mych uszu doszedł charakterystyczny zgrzyt skrzyni biegów samochodu marki Żuk. Pojazd przyśpieszał.
-Stefan !
Padł rozkaz i Kalota uskoczył z drogi. Staruszek przycelował i nacisnął oba spusty dwururki. Oślepił mnie niesamowity blask wystrzału i ogłuszył huk. Starcem cisnęło o ziemię. Potem, posypało się szkło z reflektorów Żuka. Transporter szyn zakrztusił się i stanął. Coś syczało i wylewało się spod jego maski.
-Bierzemy ich, Stefan przeładuj.
-Zrobione Naczelniku.
Kalota zachodził Żuka od przedniej szyby wraz ze Stefanem. Gdy doszli do drzwi padła zdecydowana komenda:
-Wyłaź z rękami na głowie !
-Wyłaź bo ubijemy jak psa ! Dodał Stefan.
Ja milczałem niczym cichociemny. W kabinie Żuka coś poruszyło się. Potem padło zeń pytanie.
-Kalota?!
Głos musiał być znany Naczelnikowi, gdyż odpowiedział nań pytaniem:
-Leśniczy Kasprzak?
Postać wypełzła i otrzepała się ze szkła. Okazało się, że przednia szyba też poszła w kawałki.
-Ta, a teraz wytłumaczcie mi Kalota, dlaczego, do jasnej cholery do mnie strzelacie?
-A co Leśniczy robi po nocy w lesie? Stefan nadal nie opuszczał broni.
-Jak to co Stefan, pracuje do jasnej ciasnej. Choinek pilnuję, bo mi cały młodnik wczoraj wycieli.
Zacząłem pojmować całość sytuacji. Chyba zaszła kompletna pomyłka.
-A torów Pan nie tnie? Zagaił nieco mniej pewnym głosem Kalota.
-Jakich torów Kalota, pijanyś czy co?
Stefan opuścił dwururkę. Zapadła cisza, nie na długo. Od strony, z której przyjechał leśniczy zaczął narastać warkot dwóch samochodów. Jechali bardzo szybko.
-Co jest do cholery?! Mruknął Leśniczy i sięgnął do kabiny Żuka po swoją dubeltówkę.
Jechały bez świateł i to ich zgubiło. Pierwszy był terenową odmianą starego tarpana. Wyskoczywszy z zakrętu uderzył z całym impetem w tył stojącego Żuka. Samochód Leśniczego pchnięty siłą uderzenia huknął w stojące nieopodal drzewo i rozpadł się doszczętnie. Kierowca tarpana przestraszony zdarzeniem, stracił panowanie nad pojazdem i minąwszy mnie o włos (wciąż byliśmy niczym nieosłonięci na poboczu leśnej drogi), zarył w rowie, po drugiej stronie, nieopodal Żuka. Atrakcje tego wieczoru nie skończyły się raz z tym zderzeniem. W tył Tarpana zarył drugi samochód, tym razem Star o nieokreślonym wieku. Z jego paki posypały się kawałki szyn.
-O nasze szyny! Wrzasnął Stefan i wymachując dwururką podbiegł do kabiny Stara.
-Moje choinki! Tym razem głos dał Leśniczy i wsadził lufę swojej broni do budy tarpana.
-Covalus, grzej po Policje- darł się Kalota.
Pobiegłem w noc…
W poniedziałkowe popołudnie spotkaliśmy się wszyscy na Bielawskim komisariacie. Miejscowe notable spisywały protokół.
-Kto strzelał?
-Nikt…
-Kalota wy ze mnie wała robicie?
-Ależ skąd Panie Naczelniku, idziemy sobie we trójkę na spacer po lesie. A że niebezpieczne czasy Stefan wziął na postrach zabytek, nieużywany od zamierzchłych czasów. Stanęli my, bo Leśniczy nadjechał, aby pogadać o tej ładniej części Maryny i tak gadamy, aż tu nagle zza zakrętu trach, wypada bandyckie nasienie. Łup w samochód Leśniczego, aż Stefanowi z rąk dwururka wypadła i o dziwo wypaliła. Potem drugi i wtedy wezwaliśmy Pana. Kalota skończył
-Ładowaliście to- wskazał na dwururkę Naczelnik- Stefanie?
-Nie Panie Naczelniku, obym nigdy do ust gorzałki nie wziął nie ładowałem.
-To w takim razie kto?
-Strzelba jest stara, może jakieś wojak ŚP. Marszałka?
Naczelnik pokręcił z niedowierzaniem głową.
-Tak było Leśniczy Kasprzak?
-Zgadza się, co do szczególiku.
Naczelnik zaczął protokół klepać na maszynie. Potem nas zwolniono. Za zniszczonego Żuka Leśniczego zapłaciło PZU i odtąd Kasprzak paradował po lesie nowym i nie miał już do nas pretensji. Kalota po przybyciu do nastawni usiadł w fotelu i wyciągnął naleweczkę.
-Trzeba opić zwycięstwo.
-Operacji o jedną choinkę za daleko- dodałem.
-Jak zwał tak zwał, ale się udała. Oponował Stefan
-Zdaje się, że ktoś przysięgał coś przed Naczelnikiem. Wytknąłem staruszkowi.
-No i wszystko gra, bom tej dwururki nie ładował. Podparł się pod boki Stefan.
-A kto? Byłem nieustępliwy
-Kalota.
A ten drań tylko się uśmiechał. Potem znów ktoś zapalił lampę naftową i poczułem zapach parowozu.
-Za zwycięstwo…
Będę tego żałował, ale uniosłem kielicha.

KONIEC

Oleśnica; 8.06.2005r.

Powrót do listy opowiadań z 2005r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *