(Śmierdząca sprawa)

Czasami nachodzą mnie takie ochoty, aby kogoś odwiedzić. Długo szukałem w myślach osoby godnej poświęcenia mego czasu, aż wreszcie z odmętów za i przeciw wyłoniła się potężna sylwetka Naczelnika Kaloty. Zadzwoniłem do Dyrekcji na Joanitów, aby zasięgnąć języka, gdzie go teraz rzucili. Dyrekcja traktowała Kalotę jak chodzącą Straż Ogniową. Gdziekolwiek, źle się działo nadchodził Kalota i w ciągu kilku miesięcy ustawiał wszystko na swoim miejscu. W Dyrekcji długo nie mogli się zdecydować na podniesienie słuchawki.
W końcu, gdy to nastąpiło usłyszałem zaspany głos Zbyszka:
-Słuuuuucham
-Zbysiu kurcza mać, wiszę już prawie godzinę na tym kablu…
-Covalus, gdybym wiedział, że to ty, nie podnosiłbym słuchawki.
Nie ma to jak poszanowanie w kręgach władzy.
-Dobra Zbysiu kończmy z tymi oficjalnymi protokołami, możesz mi znaleźć przydział Kaloty?
-Nie…
-Zbysiu, chyba zadzwonie na wewnętrzny 10 (numer do Dyrektora) i opowiem mu o wykolejeniu w rejonie remontowanego przejazdu na Czajki?
-Kochany Covalusie, oczywiście, że ja spełnię twoje życzenie, a ty przymkniesz jadaczkę.
-Lubię Cię Zbyszku, mimo twoich wad.
-A ja Cię… -tu padła propozycja miłości analnej.
-A ja Cię nie- chyba zawiodłem Zbyszka- Zadzwonię za dziesięć minut.
-Wiem.
Rozłączył się.
Zadzwoniłem za dziewięć minut i o dziwo Zbychu uporał się z problemem. Kalota pełnił obecnie służbę w Twardej Skale na linii Oleśnica- Kluczbork. Musiałem przygotować się do wyjazdu. W pobliskim sklepie uciech dla mężczyzn zakupiłem 0,75 litra płynu, który ułatwiał dyskusję. Z szafy wziąłem ulubione ogórki Kaloty i pęto kiełbasy wędzonej. Zapakowawszy to w plecak udałem się na dworzec Nadodrze. Była szósta trzydzieści rano. Osobowy do Częstochowy odchodził szósta pięćdziesiąt. Oparłem się o poręcz przejścia na peron drugi. Z otworu waliło moczem a osprejowane ściany przygnębiały. Lekki mróz orał policzki, powodując potok łez. Na torze w kierunku Głównego wykwitła zielona plama zezwolenia. Zza stojących wagonów wysunął się byczek z długim sznurem węglarek. Głośny gwizd odsunął ospałych, czekających od krawędzi peronu. Obserwowałem wagony. Stukot kół uspokajał moje zszargane nerwy. Tylko widok końcowych składu muskał nutę żalu w serduchu. Wreszcie zapowiedziano mój pociąg. Po przeciwnej stronie wtoczyła się zmęczona EU-07, z bonanzami na haku. Wsiadłem do pierwszego z nich i zająłem miejsce przodem do kierunku jazdy. Skład ruszył płynnie, ale nie za szybko. Dostał S5 zmieszane z delikatnym W20. Wszystko spowodowane remontem przejazdu na Czajkowskiego i zamknięciem toru głównego. Wpadliśmy w lekki łuk, a za oknem przesuwały się dawne budynki nastawniczych i zwrotniczych stacji Wrocław Nadodrze. Potem tor wspiął się nieco w górę i zaczęliśmy zwalniać. Na wyjazdowym pojawił się Zastępczy, gdyż trzykomorowy wytwór służb ruchu, nie przewidział zamknięcia toru, i sygnału jazdy w bok. Szarpnęło bonanzami, niechętnie zbaczały z trasy. Długi gwizd przeganiał ludzi z mostu na Odrze. Pasemka mgły przyprószyły taflę wody. Za mostem znowu lekkie pochylenie w prawo i hamowanie przed feralnym przejazdem. Powolna defilada wśród pracujących i krótka prezentacja na torze niewłaściwym. Obok dyszy twór Orlenu złożony z dwóch Tamar i szeregu cystern. Po angielsku na swoją szlakową nitkę i zabieramy ludzi z Sołtysowic. Obok symbol dobrobytu, od tyłu łyka towary dla mas. Hipemarket szykuje się na kolejne łowy. My zostawiamy to ohydne monstrum i ostrożnie po widawskim moście zbliżamy się do Psiego Pola. Tam znowu ładujemy liczną grupę i ostro z kopyta ruszamy do przodu. Bonanzy kiwają się na boki. Uwielbiam ten stan. Potakują na złączach i piszczą jarzeniówkami. Tak, aż do Długołęki. Potem dajemy nura w las i rozpoczyna się wyścig z Lublinem. Kto będzie pierwszy w Borowej. Na ogół my, choć czasami przychodzi nam czekać na jaśnie pośpiesznego. Przysypiam. Budzi mnie tarka przed Łukanowem. Nawet nie pamiętam, kto wygrał w Borowej. Bilety sprawdza strasznie uprzejmy konduktor. Oleśnica, krótki stop i muszę się szykować. Częstochowa wypluwa moje chude ciało na zimno Twardej Skały. Jeszcze patrzę jak czerwone lampy nikną we mgle. Potem rozglądam się wokół. Dwa tory zasadnicze z jednym peronem. Jeden dodatkowy zelektryfikowany i trzy bocznicowo- ładunkowe, bez druta lekko zszargane. Nowe królestwo Kaloty. Lekko mówiąc mizerne. Nagle z jedynego czynnego głośnika dobiega chrząknięcie. Potem zaś głos słodszy od miodu.
-Co to za chude i niedożywione stoi na torze, za D1 jeden robicie Covalusie?
Więc już wiedział, że przybyłem. Jasnowidz jeden.
-Prosto do budynku i na drugie piętro, ruszaj tymi piszczelami mordo jedna!
Ruszałem. Po krętych schodach dotarłem do służbówki Kaloty. Nic się nie zmienił, mimo upływu czasu. Potężnymi niedźwiedzimi grabiami ścisnął mnie, ala Gorbaczow- Kohl, aż tchu zabrakło.
-Czułem morda jedna, że coś się wydarzy…
Jak odzyskałem dech ściągnąłem plecak. Wypakowałem zawartość. Naczelnik spojrzał na to swoim srogim okiem.
-Widzę, że nadal wpojony przeze mnie szacunek dla przełożonych pielęgnujesz. Po służbie omówimy dokładnie i powtórzymy wszystko od początku. Jak zabraknie argumentów, sięgniemy po dodatkowe.
Otworzył barek mieszący się pod półką na zarządzenia. Oceniłem wartość merytoryczną przygotowania do dyskusji. Będzie niełatwo. Moje 0.75 było najmniejszym pojęciem intelektualnym, wśród zasobów Kaloty.
-A teraz kawusi sobie zrobimy- zatarł ręce Naczelnik i uruchomił elektryczny czajnik.
Do dwóch metalowych kubków nalał czarnego płynu i zasiedliśmy za stołem.
-Skromnie tutaj, jak widzisz. Jedna nastawnia, a na niej baba.
Uśmiechnąłem się.
-Poważnie i nie ma wąsów, jak nastawnicza z Koluszek vel Naczelnik Józef. Świeży narybek z kolejowej, zaledwie dwadzieścia pięć na karku.
-No to nieźle- zagadnąłem tajemniczo.
-Właśnie źle, stąd tu jestem. W zeszłym tygodniu władowała brutto na zasadniczy, główny drugi zablokowany przez osobowy i musieli pośpiecha po dodatkowym puszczać. Jak są manewry to chłopaki piany dostają, bo stonka miota się po całej stacji, zanim coś sensownego wykręci. Szatan nie baba i dlatego ja tu jestem.
Łyknąłem kawusi zawałówki a Naczelnik kontynuował .
-Teraz biedaczka musi każdą decyzję konsultować ze mną i uczy się dziewczę.
Wyobraziłem to sobie. Jeśli Kalota pokochał te stację, jak każdą do której go przydzielano to dziewczyna musiała mieć tu piekło. Zadzwonił telefon. Naczelnik podniósł słuchawkę.
-Wpuść go na pierwszy, zgodnie z regulaminem.
Kalota przeprosił mnie niedbałym ruchem ręki i podszedł do okna, z którego miał widok na całą stację. Nagle jego twarz przybrała alarmujący grymas. Zaczynało się.
-Choć zobacz co ta młoda pipa robi !
Podszedłem do okna. Palec naczelnika wskazywał na wyjazdowy. Widniało na nim zielone światełko.
-Przelotka? Zapytałem. -Gdzie tam Covalku, żółty kibel z postojem na stacji.
Kalota sięgnął po słuchawkę. Wróciłem za stół i zamieniłem się w słuch. Jak w teatrze.
-Tu naczelnik, kochaneczko dawno tyś szkołę skończyła?
Na razie, to tylko dezorientacja przeciwnika.
-Z wyróżnieniem, powiadasz.
Ładowanie dział.
-A co to za sygnał na wyjazdowym?
Salwa!
-S2, dobrze, a makijaż rano zrobiłaś?
Jeszcze jedna!
-A ile to czasu trwało?
-Tak, tylko dwadzieścia minut. Nie, to nie jest dziwne pytanie, bo mogłaś te dwadzieścia minut wykorzystać na przestudiowanie R1 i regulaminu stacji Twarda Skała. Od kiedy to pociąg z zatrzymaniem dostaje S2 na wyjazdowym zanim się nie zatrzyma?!
-Zawsze, zawsze to wiesz co możesz?!
Pytanie retoryczne.
-Może za dużo wody utlenionej masz na tym łbie, zgaś mi to natychmiast zanim mnie szlag zupełnie trafi.
-Co nie można?!
-Nie można, to siku w zimie pod drzewem zrobić!
-Tak dokładnie, teraz wpisz przyczynę do książki.
-Nie, moje nerwy nie są przyczyną, to burdel i twoje wyróżnienia.
Sygnał na wyjazdowym zgasł a Kalota nadal wisiał na telefonie.
-No i żeby było mi to ostatni raz!
Odłożył, aż zadrżały widełki i stolik służbowy.
Odwrócił się do mnie i wzruszył ramionami.
-Widzisz z kim musze tu pracować?
-Ano…
Naczelnik zapił smutki potężnym łykiem kawy. I tak było, aż do piętnastej. Aż dziw, że ta z nastawni nie poddała się. Twarda babka. Koło piętnastej kolejny telefon.
-Tak, daj mi go na radio…
Kalota uruchomił radiolę i sięgnął po mikrofon.
-Naczelnik do 22345, zgłoś się !
Wśród szumu i trzasków usłyszałem odpowiedź.
-22354 zgłasza się!
-Co ta się dzieje?
-Dróżnik meldował, że jedna z cystern przecieka. Proszę o pozwolenie sprawdzenia na dodatkowym.
-Długi jesteś?
-Nie naczelniku.
-Dobra, a co tam wieziesz?
-Nie wiem, nie dali mi listy, za dużo dymu na Brochowie było.
-Dobra zobaczymy… bez odbioru.
Trzaski ucichły. Naczelnik znowu przełączył się na telefon.
-Dyżurna dawaj, go na dodatkowy…
Podszedłem do szyby. Od strony Oleśnicy nadchodził ET 22 z cysternami. Zapiszczał na ciasnym rozjeździe i wyhamował nam przed nosem. Lustrowałem cysterny i wreszcie ujrzałem w środkowej cienki strumień z króćca spustowego. Mechanik opuścił patyki i zszedł z elektrowozu. Zbliżył się do cysterny, zgiął w pół i zaczął wymiotować.
-Ku##a – skomentował to Kalota- Zejdź zobacz co mu jest.
Zbiegłem po schodach i wypadłem na perony. Od strony pociągu buchnął mi w nos fetor. Potworny fetor. Zasłoniłem nos. Śniadanie lekko podskoczyło w brzuchu. Podbiegłem do mechanika, wciąż zanieczyszczającego podsypkę, i dźwignąłem go pod ramiona.
Odeszliśmy na przeciwną stronę.
-Ile tego masz? Spytałem.
-Cały pociąg, co to jest?
-Kwas butanowy.
-Co?
-Masłowy, niegroźny tylko… ładuj się do byka i trzymaj po zawietrznej.
Zapach zjełczałego masła ogarniał całą stację. Wkrótce wiatr zaczął wiać w kierunku pomieszczenia Kaloty. Zatykając nos, wróciłem doń.
-Covalku, w co ty do cholery wdepnąłeś?! Kalotę odrzuciło pod przeciwną ścianę.
-Kwas masłowy Naczelniku, wkrótce będzie gorzej…
Kalota zrozumiał i przybrawszy kolor świeżo ściętej trawy, stanął w oknie.
-Ile tam tego jest?
-Około 64 metrów sześciennych.
-Nie bluźnij.
-Nie bluźnie, musisz wyłączyć prąd na stacji.
-Wybuchowy?!
-O tyle o ile pamiętam z lekcji chemii, do póki jest wiatr nie, ale jak przestanie wiać, to opary z powietrzem mogą trzasnąć.
-Blokuję stację, a potem do chemicznego…
Kalota ruszył do natarcia.
-Proszę o pociąg ratunkowy do Twardej Skały. Co tak późno?! Na stacji wali, jakby tysiąc wściekłych kotów z biegunką załatwiło swoje potrzeby wprost na peronie. Tak, wstrzymałem ruch…
Cisnął słuchawką.
-Będą za czterdzieści minut. Oznajmił.
-Może to tylko zawór? Spróbuję dokręcić, wołaj mi tego mechanika.
Kalota sięgnął po radiolę.
-Mechaniku sprawdzicie zawór, weźcie jakieś klucze. Wiem, że to nie perfumy, ale ja tego tu nie przywiozłem.
W międzyczasie zadzwonił telefon z miasta.
-Tak burmistrzu- Kalota przejął pałeczkę.
-Nic drobiazg, a że śmierdzi… no cóż wczoraj się trochę fasoli objadłem i stąd niedogodności. Wiem powinienem wziąć wolne, ale wie Pan. Czy przestanie śmierdzieć? Wróżką nie jestem, ale chyba nie…
Naczelnik poczerwieniał. Widać burmistrz nie zrozumiał powagi sytuacji i próbował wymusić coś na Kalocie.
-Od smrodu jeszcze nikt nie umarł burmistrzu, a od waszych decyzji rozsądek tego miasta!
Ostro podsumowawszy kadencję gminnego polityka odłożył słuchawkę. Ja zaś ze łzami w oczach, wraz z mechanikiem skradaliśmy się ku cysternie.
-Zaraz rzygnę!- jęknął mechanik.
-Nie zrobi to nikomu większej różnicy, wal chłopie, tylko daj mi wprzód klucze.
Zostawiłem go sam na sam z podsypką. Cysterna ciekła wyraźnie z zaworu spustowego. Obejrzałem rączkę odcinającą. Była w położeniu na zamknięty. Ostrożnie, aby nie zetknąć się ze strumieniem cieczy, przyłożyłem klucz do pierścienia mocującego i szarpnąłem w prawo. Zgrzytnęło i… Strumień buchnął ze zdwojoną siłą. Zawór był skorodowany i oddzielił się od ściany zbiornika. Tragedia. Zamroczony zwinąłem się stamtąd szybciej niż Brytyjczycy spod Dunkierki. Przeskoczyłem pochylonego mechanika i wpadłem do Kaloty.
-Ewakuacja, do nastawni !!!
-Coś ty zrobił?!
-Próbowałem pomóc, a wyszło ala PKP.
-Jezusiczku…
Zgrabnie przeskoczyliśmy torowisko i wtargnęliśmy na pierwsze piętro nastawni. Dziewczę na nasz widok zrobiło najpierw S1, potem S2 a na końcu świetlna tarcza manewrowa. To się nazywa robić wrażenie na płci pięknej. Feromony mieliśmy najsubtelniejsze. Kalota poczuwszy się nieco lepiej, mrugnął do mnie okiem. Zbliżył się do dziewczyny i bezczelnie zapytał.
-Co dziś masz na obiad?
Przesadził z odległością.
Dziewczę wybiegło, chyba nie zdążyło bo korytarz kręty.
-Jeden zero, dzwonię do chemików niech coś z tym zrobią.
Zziajany z trudem łapałem skażone już naszą obecnością powietrze. Kalota znowu wisiał na łączach.
-Co nie można? Kiedy? Panie, ale u nas jak w wojskowym szambie po grochówce kaprala.
Zdobyłem się na rzecz niezwykle odważną. Wyrwałem Kalocie słuchawkę z rąk.
-Słuchajcie- Ryknąłem.
Ucichli.
-Wyprawiamy wam ten chlew ekspresem na Brochów, przez estakadę. Wrocław wam jaja pourywa i dobrze, zatkamy nimi zawór. I w tylnim tunelu mam wasz kategoryczny zakaz. Jasne!!!
Cisza w słuchawce wskazywała na lekki rozstrój nerwowy.
-Będziemy u was za czterdzieści minut, tylko na Boga nie ruszajcie transportu z miejsca.
Odłożyłem słuchawkę.
-Moja krew Covalku, mordo ty moja. Moja krew…- Naczelnik był zadowolony z przebiegu rozmowy.
Nagle odwrócił wzrok i bacznie zaczął lustrować korony drzew.
-Covalku alarm !!! Wiatr się zmienił wracamy na stację !
Wybiegliśmy na zawietrzną. Po drodze chwyciłem blondynę pod ramiona, aby sobie trzewi nie wypluła. Zostawiwszy ją na krawędzi peronu, dotargałem mechanika.
-Siedźcie tu i miejcie baczenie na wiatr. My musimy wrócić na posterunek i telefonu pilnować.
Zostali nabierać rumieńców. My zaś z Kalotą jakoś zaczęliśmy przywykać do klimatu. Ja nawet zgłodniałem. W naczelnikówce posmarowałem sobie bułę masłem i zacząłem spożywać. Kalota, gdy to obaczył lekko się zmieszał.
-Sprawdzasz mnie Covalku?
-Nie, głodny jestem.
Nie ufał nawet sobie, to dlaczego miał ufać mi.
-Myślisz, że nie wytrzymam?
-Nie…
-Wytrzymam, nie takie rzeczy się znosiło. Tylko nie mlaskaj proszę.
Pałaszowałem bułę. A Naczelnik warował przy radiu. Gdzieś koło 16 rozległo się wywołanie.
-Ratunkowy 20201 wzywa Twardą Skałę.
-Ty Twarda Skała, macie wolny wjazd kierujcie się zapachem… -wygarnął Kalota.
Stonka z niebieskimi zaparkowała obok. Panowie ekipa szybko założyli maski gazowe i zbliżyli się do cysterny. Zaczęli majstrować przy zaworze.
-Patrz robią to co ty- roześmiał się Kalota.
Nagle zawór odpadł od otuliny zbiornika. Ciecz chlusnęła na biednych ratowników. Mimo masek czterech z nich zgięło się w pół. Zdążyli ściągnąć.
-Pięć do zera- Klasnął w dłonie Kalota.
Jeden z ratowników, odważny niczym amerykański aktor w filmie wojennym przykrył ziejącą dziurę, plastrem uszczelniającym. Przy pomocy drugiego zatamowali potok. Stonka ostrożnie odczepiła uszkodzony wagon.
-Bieżemy go na Brochów.
-A reszta? Wrzasnął przez radio Kalota.
-Jedzie w dalszą drogę…
-Aha.
Po dwudziestu minutach zielony mechanik ruszył zieloną ET 22 na szlak. Stoneczka zielona wraz z uszkodzoną cysterną pojechała w kierunku Wrocławia. Ratownicy wylali kilka cieczy na podsypkę. Potem orzekli, że trzeba ją wymienić. Na razie będzie zanieczyszczać powietrze. Nastawnicza zwlokła się do domu, a na jej miejsce przyszedł nastawniczy. My zaś z Kalotą zamknęliśmy się po służbie w naczelnikówce i rozpoczęliśmy akcje dezynfekcji organizmów za pomocą ogólnie dostępnych środków. Wcześniej jednak Naczelnik nastawił radio. Najpierw odezwała się Oleśnica.
-Ratunkowy coś wam tam cieknie… O boże co wy tam wieziecie.
Kalota nalał pierwszą porcję odtrutki.
-Zdrowie Oleśnicy!
-Zdrowie Naczelniku…
Radio nadal skrzeczało.
-Nie ma zgody na postój, wypad mi z tym do Wrocławia.
Potem złapaliśmy Borową.
-Zdrowie Borowej!
-Zdrowie!
W końcu podali, że stało się to we Wrocławiu na Nadodrzu. Kalota prowadził chyba ze trzytysiące do zera.
-Zdrowie Nadodrza!
-Zdrowie Naczelniku….

KONIEC

Wrocław 4.12.2004r.

Powrót do listy opowiadań z 2004r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *