Dla Józefa i Czarka Rewizora za zawsze ciepłe słowa…

Dokonywał się ostatni akt dewastacji, niegdyś dużego węzła kolejowego, jakim było Tłoczno. Wcześniej po zawieszeniu ruchu osobowego, ludność okoliczna dorabiała się na prywatyzacji szyn i innego, znajdującego chętnych w skupach złomu, mienia kolejowego. Wreszcie, na to co zostało, połasili się komornicy jednego z największych dłużników w Polsce- PKP. Legalnie i w majestacie prawa maszyny podpełzły pod budynki gospodarcze i bucząc silnikami czekały na rozkaz. Rozkaz unicestwienia świadectwa dawnej świetności kolei. Dyrekcja postanowiła, że pięciokierunkowy węzeł ma się przeistoczyć w małoznaczący przystanek. Tylko dla kogo, skoro zawieszono ruch osobowy? Tego nawet najbystrzejsi ekonomiści nie potrafili wyjaśnić. Z żądzy zniszczenia i dewastacji ocalał jeden tor szlakowy i rzędy budynków gospodarczych. Co najdziwniejsze, mimo iż owe budynki pobłyskiwały tu i ówdzie metalowym złotem nikt ich nie ruszył. Ponury pruski mur, ukraszony czerwonymi wykwitami i maleńkimi świetlikami, stanowił tabu dla miejscowych. Ludzie bali się tam wchodzić. Tych lęków nie miały ekipy rozbiórkowe, którym wyznaczono zadanie oczyszczenia placu.
Pierwszą z nich kierował Roman. On też prowadził swoich ludzi, przez zdewastowany przedsionek do dużej hali postojowej. Tory prowadzące do niej wyparowały wcześniej na skutek gorąca palników acetylenowych. Kierownik skręcił w bok i przez obrysowany na biało otwór drzwiowy dostał się do pomieszczenia głównego. Tam ujrzał przyczynę obaw miejscowej ludności. Podrapał się w głowę i obszedł go dookoła. Za nim podążali jego pracownicy. Liczyli coś bezgłośnie. W końcu jeden z nich wygłosił dźwięczną opinię:
-Co to kurwa jest?
Lekkie drżenie głosu, wskazywało na trudności w zrozumieniu obrazu widocznego w pasemkach światłach sączącego się przez brudne świetliki.
Roman jako przewodniczący swojej grupy, był adresatem tego pytania. Nie odpowiedział. Jego czujne oczy zarejestrowały tylko dziwny układ osi: (1F2) (1F2). Dwa zbiorniki niewiadomego pochodzenia dociskające osie napędowe, kocioł ukryty pomiędzy jednym z nich a budką maszynisty. Za nią był jeszcze jeden zbiornik.
-Szefie, tak jakby mógł jeździć w obie strony, no nie chłopaki?- podwładnych zżerała ciekawość.
-No… Odburknął Roman i postanowił zmierzyć znalezisko. Miarowo licząc kroki przemierzył trasę wzdłuż ostoi i wyszło mu coś około trzydziestu czterech metrów. Potem dodał do tego jeden i siedem metra szerokości. Podczas nadawania sensu dwuwymiarowości znalezisku zauważył, iż wyposażono go w cztery cylindry. Belkową ostoję podparto na dwóch podwoziach silnikowych.
-Prawdziwe bydle kierowniku.
-Wielgi, jak na parowóz i jakieś koślawy- przytaknął Roman i skierował swe kroki do budki maszynisty. Mnogość zegarów i napisów w niemieckim języku, spowodowała u niego nieco przygłupi wyraz twarzy. Jednocześnie znalezisko zaczęło budzić w nim nieuzasadniony strach i obrzydzenie. Zrobiło się sucho w ustach i ktoś założył gorset na klatę Romana.
-Szefie tniemy?!- wrzasnął jeden z pracowników, któremu znudziły się oględziny.
-Tnijcie! rozkazał obojętnie Roman i wsparł się o kant okna budki. Miał stamtąd doskonały widok na swoich ludzi. Palniki jeden po drugim robiły głośne Puuufff. Niebieskawa trupia poświata nieco rozjaśniła halę. Dwóch śmiałków wdrapało się na ostoję i poprawiając węże dotarli do pierwszego ze zbiorników. Przytknęli swe świetliste miecze do stalowej powłoki. Początkowo sypnęło iskrami. Jak podczas puszczania ogromnych sztucznych ogni. Później blacha poczerwieniała, by wreszcie przybrać kolor słońca. Roman czujnie nadzorował pracę spawaczy. Kolor złota rozpełzał się po coraz większej powierzchni zbiornika. Roman przypomniał sobie, iż nie sprawdzili…
Była to jego ostatnia myśl. Wszystko nagle przestało istnieć. Hale, maszyny i ludzie Romana zostali zjednoczeni w całość przez ogromną siłę.

***

Pracownik, stojącej nieopodal stacji, cukrowni właśnie podążał do pracy, gdy na jego oczach zaszły gwałtowne zmiany w otoczeniu. Największa z hal gospodarczych roztyła się na boki i zniknęła w oślepiającej kuli. Blask zjadł stojące i przylegające doń budynki oraz stojące nieopodal maszyny. Potem kula przestała rosnąć, tylko ściemniała. Z niej wybiegł wał brudnych pozostałości epicentrum. Porwał on robotnika i cisnął nim o drewniany płot, domu prywatnego stojącego na poboczu drogi. Zdumiony obserwował jak przelatuje obok niego koparka i mnóstwo cegieł. Pan Bóg był łaskawy- żadna nie trafiła. Gdy wszystko ucichło, mężczyzna stanął na drżących nogach i spojrzał na pusty plac na którym stały kiedyś hale.

***

Robiłem bardzo istotną rzecz, gdy zadzwonił telefon na moim biurku. Zdenerwowany i oderwany od służbowych powinności, odstawiłem kubek z ciepłą kawą na bok i sięgnąłem po słuchawkę.
-Covalus za pięć minut u mnie!!!- poznałem wzburzony głos mojego chlebodawcy.
-Tak jest szefie, właśnie kończyłem ten raport dla Pana.
-Nie pieprz farmazonów, pewnie piłeś kawę i marnowałeś państwowy czas, za który Ci płacę, udzielając się pl.misc.kolej…
-Powinienem czuć się urażony, bo nie trafił Pan- odparłem jak najbardziej przekonywująco.
-Ale się nie czujesz, bo trafiłem lewarze, masz jeszcze dwie minuty na dopicie zawałówki i jesteś u mnie.
-To rozumiem…
Szef odłożył słuchawkę. Ja zaś wykorzystałem, dany mi czas, zgodnie z poleceniem służbowym- dopiłem kawę.

***

Nawet nie dał mi usiąść.
-Tłoczno, mamy tam niezły bajzel, zabierzesz się z ratunkowym, podejmie was na przejeździe we Wronkach…
-Można wiedzieć co się stało, w tym Tłocznie?- jeszcze nie widziałem szefa w takim stanie.
-Wierzysz w cuda Covalus?
-Będzie podwyżka?!- spytałem nieśmiało.
-Prawdziwe cuda chłopie!
-Więc będzie.
-Nie będzie żadnej podwyżki, dopóki mi nie powiesz dlaczego zniknęła stacja kolejowa i okolica.
-Co?- czyżby mój przełożony pił w trakcie wykonywania swoich obowiązków?
-Tak Covalku, całe Tłoczno i ekipy rozbiórkowe…
Służbowy Żuk gnał co sił na wyjących panewkach. Co jakieś czas znaczył otoczenie strugą czarnego oleju. My wraz z ekipą zaliczaliśmy rurki na pace. Tuż przed miejscem desantu, kierowca zjechał na lewy pas i zapalił długie światła. Klaksonu nie miał. Wymijał rząd stojących przed przejazdem pojazdów. Ledwie wyhamował przed rogatką. Ratunkowy z SM 42 na czele nadchodził. Dróżnik kręcił latarnią rozkaz stój. Wibrator wszedł na wolne obroty i rozległ się syk spuszczanego z przewodów powietrza. Klocki przytuliły się do obręczy. Pisk przeszył moje chude ciałko. Wskoczyliśmy do niebieskiej służbówki. Przewody naprężyły się znowu a klocki wróciły na swoje miejsce. Z rury stonki buchnęła czarna sadza spalin a silnik wszedł na wysokie tony. Zdenerwowane powietrze drżało miarowo.

***

To co zobaczyłem w Tłocznie było porażające. Zniewalał pusty plac z centralnie położonym lejem. Po jego obrzeżu pełzł ostały się tor, fantazyjnie wygięty. Wokół porozrzucane były w dziwnych pozach części maszyn i cegły. Przy każdym kroku unosiła się mgiełka kurzu. Przypominało to podróż po nieznanej planecie, tylko z ziemską grawitacją. Ludzie mieli twarze koloru ciemnej pomarańczy. Z mgły odrealniającej otoczenie wyszedł ku mnie strażak.
-Panowie z wypadkowej? Spytał nie ufając swoim zmysłom.
-Tak. Wyciągnęliśmy legitymacje, lecz on nawet na nie spojrzał.
-Co tu się stało? Spytał stojący po mojej prawicy technik Zbigniew.
-Wy mi powiedzcie, rano przystąpiono do rozbiórki hal, patrząc na czas i efekt należy sądzić, że dobrze chłopaki się spisali- Zaśmiał się głośno bardzo nienaturalnie.
Spojrzałem na Zbigniewa a on na mnie.
-Ekipę rozbiórkową szlag trafił, piętnastu chłopa wyparowało, wraz ze sprzętem, resztę odnajdujemy dookoła w postaci palców, nóg i rąk. Szczerze to kurwa niezły burdel, ale dlaczego? Wzruszył ramionami- Niech Pan nie pyta, nie mam pojęcia…
-Gaz… usłyszałem zza pleców.
Odwróciłem się i zobaczyłem starszą panią w kwiecistej chruście.
-Powaliło was! Huknął strażak- Przepraszam- zreflektował się po chwili- Dziś nie mam dnia, nie często przychodzi mi kompletować palce u nóg, budynki były odłączone dawno.
-Wybaczam Ci synu- uniosła rękę staruszka- może odłączone, lecz jego nie zabrali…
-Kogo? Spytałem widząc strach w oczach babci.
-Potwora! Kobieta przeżegnała się chaotycznie.
Strażak opuścił bezwładnie ręce i usiadł na ziemi wzniecając tuman różowej poświaty.
-Kurwa, niech ją ktoś zabierze- puszczały mu nerwy.
Staruszka niewzruszona wyjaśniała dalej.
-Dobrze się stało, zabił po raz ostatni skończyła.
Z jednej strony miałem strażaka, którego przerosła rzeczywistość z drugiej niespełna rozumu staruszkę. Zestawienie mogło zaiskrzyć, a tego nam jeszcze brakowało. Postanowiłem odsunąć zagrożenie.
-Dobrze, proszę opuścić teren, tu może być niebezpiecznie- wziąłem babcie pod rękę.
-Pan tu dowodzi? Zapytała poddając się mojej woli.
-Tak…
-Niech Pan to przeczyta- podała mi kajet w twardej oprawie.
Nie chcąc przedłużać, schowałem go za pazuchę.
-Dobrze proszę Pani, pomogła nam Pani…- wyprowadziłem ją poza kordon ochronny Policji.

***

Wieczór otulił wszystko miękkim aksamitem. Śledztwo stało w miejscu. Przy reflektorach, które sztucznie rozpraszały ciemności przesłuchiwano świadków. Nie było ich zbyt wielu i ich zeznania niewiele wnosiły do sprawy. Postanowiłem zrobić sobie przerwę i zasiadłem w jednym z policyjnych radiowozów.
-Macie tu światło?- spytałem kierowcy.
Zapalił mi specjalną małą lampkę.
-Dzięki…
Wytargałem zza pazuchy kajet, bo mnie uwierał. Był niesamowicie stary. Postanowiłem zobaczyć, co jest w środku. Żółte karty zapełnione były notatkami. Piękne i staranne pismo, poprzetykane było gdzieniegdzie artykułami z gazet. Wiele z nich wycięto z Technicznych Nowinek wydawanych pod egidą PKP, przed wojną. Zacząłem czytać. Autor miał niezły styl- zapomniałem o otoczeniu i różowych twarzach.

***

Inżynier Marecki był złym człowiekiem. Ledwie ukończył szkołę Techniczną w Poznaniu, a już zżarła go żądza dokonań. Niestety za ową żądzą nie szły w parze umiejętności. Wszystkie jego projekty dla Dyrekcji Kolei Żelaznej, podszyte były nierealnością i trucizną zwaną błędami. Dzięki koneksjom rodzinnym, ojciec Mareckiego był radcą prawnym, zatrudnił się w Biurze Projektu Kolei Poznańskiej. Tam rozsiewał swoje zatrute wizje, przelewając na papier utopię. Wszystko to poszłoby w zapomnienie, gdyby nie pewien dzień 1935 roku. W biurze pojawił się bogaty i nieco ekscentryczny przemysłowiec. Marecki roztoczył przed jego oczyma wizję potęgi i sławy.
-To będzie rewolucja- szeptał niczym judasz.
Żonglował rysunkami na kalce technicznej przed oczyma przemysłowca. Prosił o interwencje i pieniądze. I chyba dopiął swego, bowiem bogacz podreptał do Dyrekcji, mrucząc pod nosem:
-Genialne….
Dyrekcja ujęta w kleszcze postanowiła wcielić projekt w życie. Nadano mu roboczą nazwę Tytan. Szybko przylgnęła doń inna. Ale trzymajmy się chronologii.
Z twardej stali znitowano, olbrzymią ostoję belkową, wspartą na dwóch podwoziach. Ostoja miała klasyczny kocioł opalany… olejem. W nim to Marecki upatrywał źródło sukcesu ekonomicznego. Na każdym wózku znajdował się silnik parowy.
Robotnicy klęli straszliwie starając się sprostać wyzwaniu. Prace trwały całe miesiące, gdyż rzeczywistość ni jak, nie pasowała do chorej wizji Mareckiego. Wtedy chyba narodziła się nowa nazwa dla tej sprawiającej kłopoty konstrukcji. Nazwa pod którą przyszło mi ją poznać- Potwór.
Zanim zetknąłem się z nim, cały sztab ludzi starał się go oddać w terminie. Mówiono coś o prezentacji na zbliżających się Międzynarodowych Targach Techniki. Takie plotki rozsiewał wśród załogi Marecki. Wykonanie części podzespołów zlecono pomniejszym zakładom w pobliżu. Wszystkie opóźniły się z racji niewydarzonych wymiarów. Na sam koniec z dwudniowym opóźnieniem sprowadzono kocioł z Wągrowca. Przybył osobnym pociągiem zdawczym uruchomionym na życzenie biura. Właśnie ukończono osadzanie kół w ostoi oraz przymocowano ślizgacze. Na wielokrążkach uniesiono go z platformy i skierowano nad ostoję. Młody chłopak wlazł pomiędzy ślizgi i podpory, aby ukierunkować ciężar. Przedtem roześmiał się głośno i okrasił Potwora niewinnym żartem. Pracujący, nawet nie usłyszeli o co chodziło. Usłyszała maszyna i to wystarczyło aby zabić. Nagle serce lokomotywy wysunęło się z opasujących je łańcuchów i runęło w dół. Owalem zgarnęło pod siebie żartownisia. Przygniotło go z całym impetem do lewego ślizgacza i zmiażdżyło. Z młodego uszło życie w jednej sekundzie.
Marecki dostał szału. Nie bacząc na fakt śmierci, obciął wszystkim premie i zażądał ukarania winnych zaniedbania. Na początku próbowano szukać, lecz wszyscy wiedzieli kto za tym stoi. Potwór- okaleczone dzieło furiata, odziedziczył od niego chęć życia na przekór wszystkiemu i nieuzasadnione poczucie boskości ponad innymi. Ta pokraczna wizja nowoczesnej kolei emulgowała w sobie ból i złość.
Gdy zamocowano kocioł i wyposażono go w cały osprzęt rozpoczął się odbiór techniczny. Parowóz wyhodowano na boczny tor obok biur inżynierów. Rozpoczęto ciśnieniową próbę wodną. Wtedy na scenę wkroczyłem ja. Poznawszy potwora, z początku byłem zdumiony jego wielkością a jednocześnie zdegustowany pokraczną wizją inżyniera. Wszystkie uwagi zachowałem we własnym sercu i dlatego żyję. On był szkaradny i nieprzyjemny dla oka. Był złem.

***

-Covalus…- Zbigniew potrząsnął mnie za ramię.
-Taa… oderwałem się od kajetu.
-Mam listę tej ekipy, chcesz usłyszeć coś ciekawego?
-Dawaj.
Zbigniew wyciągnął swój notatnik. Długo coś kombinował, by wreszcie wywalić prosto z mostu.
-Cała ona, to jedna rodzinka. Synowie, wujkowie i zięciowie niejakiego Neumana.
-No to mają pecha, będzie niezła stypa- mruknąłem analizując fakty.
-Ciekawe ilu z nich miało kwalifikacje?
-Węszysz spisek BHP?
-Bóg ich tam wie, wprawdzie ilość butli acetylenu była znaczna, nie sadzę by to one spowodowały wybuch.
-Mimo to sprawdź ten trop, przelicz te które ocalały i zobaczcie ile wybuchło.
-Są porozrzucane po całej okolicy.
-Mamy czas, nie śpiesz się.
Zbigniew opuścił radiowóz, ja zaś wróciłem do kajetu.

***

Po próbie wodnej, rozpoczęto właściwe napełnianie kotła. W tej chwili, jako maszynista doświadczalny, zostałem wezwany na bocznicę.
-No i jak maszynisto? Przywitał mnie Marecki.
-Wieki inżynierze- odparłem.
-Będzie silny i oszczędny, pociągnie największe składy w kraju…- w kącikach jego ust zalśniła piana- oto księga prób, zapoznajcie się z nią dokładnie- podał mi tomisko w zielonej złoconej oprawie- macie doświadczenie z kotłami olejowymi?
-Trochę, z nieco mniejszymi…
-Przyzwyczaicie się, zapoznajcie się z przyrządami, za godzinę próba ciśnieniowa, napełniamy do nominalnego
-Zdążę- potwierdziłem
-No to jest wasz- wskazał mi na budkę.
Wdrapałem się do środka. Obycie w sterowaniu zajęło mi przeszło czterdzieści minut. Podłączono węże z wytwornicy pary, za którą służył drugi parowóz. Manometry poszły do góry. Syk pary wypełnił okolicę. Gdzieniegdzie słychać było pracę materiału w postaci trzasków. Gigant budził się do życia. Marecki skakał jak małe dziecko. Podniecony z pianą na ustach.
-Zwiększamy ciśnienie- machał rękoma.
Manometry zaczęły muskać górne parametry. Było to niepotrzebne ryzyko przy pierwszej próbie, ale baliśmy się furii Mareckiego. Nikt nie protestował. Wreszcie wskazówki oparły się o bolce oporowe skali.
-Mamy nominał!!!- wrzasnąłem
-Utrzymać ! nakazał Marecki.
Goliat zaczął drżeć. Amplituda drgań stawała się coraz większa. Nagle kocioł zaczął śpiewać.
Piskliwy ton ogłuszył nas wszystkich.
-Co jest?! uwiesiłem się na poręczy budki.
Nikt mnie nie słyszał. Narastał huk. Potem gruchnęły strzały. Jeden po drugim.
-Poooookrywa zbieraaaalnika !!!- jeden z robotników wskazywał na sklepienie kotła.
Wyskoczyłem na zewnątrz ogarnięty grozą. Pokrywa nie wytrzymała ciśnienia i wygięła się w komiczny sposób. Spod niej waliła gorąca para. Marecki się pogubił w szybkości zdarzeń.
Milczał z pobladłym licem.
-Zmniejszyć ciśnienie! Ryknąłem do obsługi wytwornicy.
Za późno, pokrywa odskoczyła i zniknęła wśród wrzącej mgły. Obsługa wytwornicy odcięła węże. Wszystko cichło powoli. Godzinę trwało, nim para pozwoliła nam wejść na ostojnicę. Wyraźnie widać było błędną koncepcję zamocowania pokrywy. Tym razem nie była to wina Mareckiego, nie on projektował zamkniecie zbieralnika. Po spisaniu protokołu, okazało się, że Potwór zabił po raz drugi. Maszyna nie tolerowała nieudaczników, sprawiających jej ból. Poddających w wątpliwość jej boskość. Ofiarą był inżynier Nowak, to on zaprojektował wadliwą pokrywę. Znaleziono go we własnym biurze, odległym od toru prób o jakieś 50 m. Miejscowy konstabl prowadzący dochodzenie z ramienia Policji, opowiadał iż, olbrzymi owal spadł z nieba i przebiwszy szklany świetlik biura, przyszpilił inżyniera Nowaka do solidnego drewnianego stołu kreślarskiego. Przeszedł przez środek pleców, pochylonego nad kolejnym projektem pracownika i unieruchomiwszy jego ciało ugotował go swoją ciepłotą. Biedak cierpiał niewyobrażalne katusze zanim Pan otworzył mu bramy.
Gdy dziś patrzę na te wydarzenia, wydaje mi się, że Potwór chciał być doskonały. Chciał dobrze służyć Dyrekcji Kolei Żelaznej. Gdyby stworzyła go inna ręka, pewnie tok wydarzeń byłby zupełnie inny. Niestety niedoskonała głowa Mareckiego stworzyła wulkan o nadziemskich ambicjach. Mścił się on za te wszystkie niedociągnięcia, z furią równą swemu twórcy.
Przez cały rok 1936 trwały próby na bocznicy. Wiecznie poprawiano coraz to nowsze usterki. Ludzie bali się spoglądać w stronę Potwora. A mieli ku temu powody.
We wrześniu inż. Malak zawitał do budki z moim zmiennikiem. Sprawdzali stan manometrów. Zmiennik zwiększył ciśnienie w kotle. Wywaliło drzwi od skrzyni ogniowej- projektu właśnie inż. Malaka. Ciśnienie cofnęło płomień wraz z rozpylonym olejem na zewnątrz. Mężczyźni spłonęli szybko- nie wydawszy nawet dźwięku. Gdyby nie blask, bijący z budki, nikt by pewnie nie zauważył. Po nich było jeszcze wielu, lecz nazwiska wymazał czas.
Około czerwca 1937 roku nakazano przekazać parowóz do Tłoczna na dalsze próby. Trasę Poznań- Tłoczno miał pokonać o własnych siłach. Prowadziłem go z nowym zmiennikiem. Biedak zaczął się modlić, jak tylko ruszyliśmy. Potwór ciężko trzymał się szyn. Kłusował i wibrował nawet na małych łukach. Telepał się jak chory w ataku febry. Mimo to się starał. Próbował pokonać bariery stworzone, mu przez Mareckiego i wznieść się ponad jego projekt. Pod Stegnami na długiej prostej osiągnęliśmy ponad pięćdziesiąt na godzinę. Tarcza dawała wolny przelot z dużo większą prędkością. Semafor za nią potwierdzał decyzję dyżurnego ruchu. Gdy wózki zatrzeszczały na krzyżownicy pierwszej zwrotnicy, zobaczyłem przed sobą automobil. Stał na naszej drodze, a jakieś dżentelmen wskazywał na nas palcem podpierając bok młodej damy. Pomocnik uruchomił gwizdawkę, ja hamulce. Potwór ani myślał stawać. Uderzył w automobil rozdzierając go na kawałki. Porwał przy tym mężczyznę i przemielił wszystkimi osiami. Dziewczę z otwartymi ustkami, zostało na środku wielkiej plamy benzyny rozlanej z rozbitego automobila. Snop iskier spod kół zmienił tę plamę w morze złocistego ognia. Obracana strachem i ciepłymi prądami, wykonywała przedziwny taniec, dopóki jej ciało nie sczerniało i nie rozpadło się na kawałki.
Naszą ofiarą był sponsor Potwora. Wtargnął on na zamknięty przejazd ufny własnej próżności i sile gotówki. Wysłał do dyżurnego ruchu lokaja, by zatrzymał jego dzieło, bo chciał aby obaczyła go jego przyszła wybranka. Dyżurny ruchu nie zdążył…
Dopiero wieczorem dotarliśmy do Tłoczna. Ulokowano nas w ogromnej hali, wybranej przez samego Mareckiego. Oczekiwał on, nas w jej mrocznym wnętrzu. Dowiedziawszy się o wydarzeniach z trasy zsiniał straszliwie i pobladł. Myślę, że wtedy po raz pierwszy zaczął bać się Potwora.
Dyrekcja z powodu negatywnych wyników prób zarzuciła projekt, gdzieś koło 1939 roku. Został w dużej hali w Tłocznie. Tam przejęli go Niemcy. Nie mam dostępu do Potwora i wcale nie chcę. W mieście mawiają straszne rzeczy o Marecki. Że zmienił on nazwisko na Neuman i pomaga okupantowi. Prowadzi doświadczenia nad przystosowaniem Potwora do paliwa z gazu świetlnego. Nie jestem w stanie tego potwierdzić, do hali nie wpuszczają nikogo. Tylko raz przelotnie widziałem Potwora. Wydaje mi się, że zbiorniki nie mają już wlewów olejowych.
Jest wiosna 1954 roku, to mój ostatni wpis. Cierpię na reumatyzm tak bolesny, iż nie pozwala opuścić łóżka. Nie wiem co się dzieje z Potworem, lecz mam straszliwe sny. Ludkowi mędrkują o klątwie wielkiej hali…

***

Podjechaliśmy radiowozem pod dom Neumana. Drzwi od mieszkania były uchylone. Weszliśmy do środka. W malutkim pokoiku zastaliśmy Mareckiego. Kołysał się na mocnym konopnym sznurze, przeciągniętym przez hak do wieszania żyrandoli. Jego wytrzeszczone i martwe oczy skierowane, były na stół. Na rozłożone plany i rysunki techniczne projektu znanego jako Potwór.
-Nic tu po nas, resztę zabezpieczy Policja- stwierdziłem
Wyszliśmy na świeże powietrze. Zbigniew wyciągnął paczkę papierosów i zapalił jednego.
-Myślisz, że im powiedział?
-Że zbiorniki są pełne?
-Ano…- zaciągnął się głęboko.
-Nie, chciał mieć pewność.
-Ciekawe jak czuł się wysyłając bliskich na rzeź.
-Był zbyt przerażony, by o tym myśleć.
Zapadła malutka chwila ciszy. Każdy z nas walczył ze swoimi myślami.
-Wiesz o czy marzę? spytałem pierwszy ją przerywając.
-Gdzie ja Ci o tej porze wytrzasnę kawę?!

KONIEC

Wrocław 18.04.2004r.

Powrót do listy opowiadań z 2004r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *