Pogoda za oknem przyprawiała o mdłości. Lekka mżawka przeplatana pasmami wymiętej przez chłodny wiatr mgły dawała popalić wszystkim. Stojąc bezpieczny za szklaną taflą okna spoglądałem na ekipy w pomarańczowych koszulkach zmagające się z remontowanym torem. Współczułem im. Zziębnięte ręce nie były w stanie utrzymać narzędzi w dłoniach. Te z hukiem padały na betonowe podkłady. Podnosili je i stawali dalej do nierównej walki. Szyba zaczęła wibrować i drżeć od nowych dźwięków dochodzących zza brudnej październikowej aury. Soczysty warkot diesla złagodził nieco uczucie przygnębienia. Pulsując łagodnie podnosił ciśnienie. Poznałem mojego polepszacza nastroju. Lubiłem te maszyny. Często znaczyły szlak plamami oleju i innymi płynami roboczymi, ale były niezawodne i proste w obsłudze. ST43 zgrzytnął wózkiem na zwrotnicy. Obła bryła kabiny oparta na ostoi posłusznie odbiła w bok. Rozległ się ostrzegawczy gwizd i panowie pomarańczowi odsunęli się ze skrajni składu. Nad dachem „rumuna” wykwitł gęsty siarczysty wydech. Przyśpieszał. Odgłos silnika stał się bardziej wyrazisty. Gdzieś w składzie jęknęły sprzęgi. Wpatrzony w rozgrywający się za oknem spektakl nie usłyszałem natarczywego pukania do drzwi mojego gabinetu. Może nie chciałem słyszeć? Petent nie poddawał się i przystąpił do ofensywy. Lekko uchylił drzwi i bezczelnie wtargnął do środka. Czułem go za swoimi plecami.

– Przepraszam… – usłyszałem i odwróciłem się.

Ujrzałem starszą panią po raz pierwszy. Jej sylwetka mimo podeszłego wieku była wyprostowana, a ręce nie wykazywały śladu drgań. Ubrana w długi płaszcz i kapelusz z jakiegoś nieznanego mi materiału sprawiała wrażenie dystyngowanej.

– Słucham – odparłem starając się wyłuskać resztki muzyki ST43. Cichła uchodząc gdzieś w czasoprzestrzeń. Moja dusza płakała słysząc pożegnalne takty.

– Inspektor Covalus z Kolejowej Komisji Wypadkowej?

Wiedziała o czym mówi. Niestety – miałem petenta. Reprezentowałem KKW w całym zakresie jej skromnej działalności. Nazwa tworu zmieniała się często wraz z kolejnymi restrukturyzacjami pionów DOKP. Nie przywiązywałem do niej wagi. Dyrekcja Dolnośląska też.

– Tak, proszę usiąść – wskazałem jej krzesło.

Usiadła i od razu ze swej torebki wyciągnęła pismo. Miałem nadzieję na pomyłkę w adresie. Daremną. Bez słowa podsunęła gęsto zadrukowaną kartkę w moją stronę. Zerknąłem na nagłówek i pojąłem, że ktoś mnie wrobił.

Kobieta od lat była znana w całym PKP. Walczyła z wyrokiem sądu w sprawie winy jej ojca „za spowodowanie zdarzenia z ofiarami”. Mimo kolejnych wyroków skazujących odwoływała się do coraz to innych instancji. Szarpała Dyrekcję na wszelkie możliwe sposoby, niczym wściekły pies głuchy na racjonalne tłumaczenia. O ile pamiętam, wina maszynisty była ewidentna. Przejechał sygnał „stój” i wrąbał się w skład towarowy. Było to pięćdziesiąt lat temu.

Na piśmie była adnotacja szefa – zbadać ponownie. Potem jego zastępca dopisał: starannie i wnikliwie. A ja musiałem zastosować się do tych poleceń. Dobrze, że moje myśli są nieme – ich komentarz bardzo nie podobałby się starszej pani.

– No cóż, po raz kolejny…

Podniosła dłoń do góry. Umilkłem.

– To ostatni raz, moje siły są na wyczerpaniu. Jeśli pan stwierdzi, to co inni, pogodzę się z wyrokiem. Bóg Wszechmogący mi świadkiem – zduszę w sobie nienawiść i pochowam chorą dumę. Oswoję się z rzeczywistością. Chcę, aby po raz ostatni zbadał to ktoś porządnie.

Już wiedziałem, że nie należy odmawiać. Była szansa pozbycia się tej baby raz na zawsze. Skinąłem głową na znak zgody.

– Dziękuję. Tam jest mój adres, jakbym była potrzebna.

Wyszła delikatnie domykając drzwi. Zrobiło mi się żal tej kobiety. Moje podejście do sprawy musiało jej się wydać niezbyt entuzjastyczne. Chciałem zapewnić ją o mojej solidności. Wypadłem na korytarz, lecz ten był pusty. Pozostało mi samotne ułożenie planu akcji i kawa. Zacząłem od tej drugiej.

Potem postanowiłem zajrzeć w akta. Pani Jola nie musiała ich długo szukać. Wskutek notorycznych szarpań leżały na wierzchu. Gotowe do użycia. Zagłębiłem się w opis zdarzenia. Nie wyglądało na zawiłe.

1950 — Siciny.

Jesienny poranek 1950 roku. Skład prowadzony przez parowóz Ok22 zbliża się do posterunku odstępowego Siciny. Pod oznaczeniem rozkładowym 12157 kryje się lokalny pociąg osobowy do Krobi. Dowozi on ludzi do tamtejszych zakładów pracy. Za parowozem podążają cztery przepełnione wagony osobowe. Skład rozwinął swoją rozkładową prędkość 50 km/h. Zawsze mijał Siciny bez przystawania. Zawsze, lecz tego dnia tak nie powinno być. Pogoda spłatała czasoprzestrzeni wielkiego figla. Zrosiła tory pozostałościami nocy. Wyprawiony przed 12157 ciężki pociąg towarowy ma kłopoty z wjazdem na stację w Krobii. Koła, mimo sypania piasku z piasecznic, kręcą się bezproduktywnie. Odstęp jest zajęty i stosowna informacja z wyprzedzeniem idzie po kablu telefonicznym do Sicin. Odstępowy nie udziela zgody na wjazd na odstęp dla 12157. Tarcza poprzedzająca semafor jest jak palące słońce widoczna z daleka. Zwrócona licem do Ok22 informuje, że stojący za nią semafor wskazuje sygnał Sr1. Dyżurny odstępowy z żółtą chorągiewką wychodzi przed posterunek. Ma zamiar zamienić kilka słów z maszynistą Ok22, jak ten się zatrzyma. Są starymi przyjaciółmi ze szlaku i życia poza nim. Widać już, jak wypieszczony parowóz mija tarczę. Dyżurny jest lekko zaniepokojony. Nie słychać charakterystycznego dźwięku hamowania, ale mężczyzna ufa przyjacielowi. Gdy dostrzega fakt, iż 12157 nie zamierza stanąć – jest za późno. Wagony mijają go z furkotem, pęd powietrza strąca z głowy czapkę z emblematem PKP. Dyżurny łudzi się, że skład stanie za semaforem. Nadaremnie… Biegnie do telefonu.

2003 — Wrocław.

Raporty z Sicin wyglądały dobrze. Wielokrotnie czytane i pogięte kartki nie wniosły do mej sprawy nic nowego. Posterunek odstępowy Siciny wyposażony był w pojedynczy semafor jednoramienny dla toru właściwego na dwutorowej linii. Strażnik poprzedzała tarcza ustawiona w prawidłowej odległości przed nim. Kontrola powypadkowa nie wykazała nieprawidłowości w działaniu urządzeń zabezpieczenia ruchu kolejowego. Dyżurny prawidłowo zabezpieczył odstęp. Jedyny zarzut komisji był taki, iż mężczyzna powinien był podać sygnał D2, gdy zauważył brak reakcji składu na tarczę wskazującą Od1. Moim zdaniem, nie było na to czasu. Komisja ograniczyła się do pouczenia.

2003 — Siciny.

Udałem się na wizję lokalną. Dziś ręczny posterunek odstępowy Siciny został zastąpiony samoczynną blokadą liniową, a nad torami zawisła sieć trakcyjna. Drużyna ciężkiej drezyny motorowej podwiozła mnie na miejsce. Sami musieli gnać dalej. Zostawili mnie samego z przestarzałym radiotelefonem u pasa i obietnicą powrotu za godzinę. Wylądowałem wśród pozbawionych liści rozmaitych krzewów. Odnalazłem ślady po dawnym posterunku. Kwadrat zmurszałych fundamentów był już tylko ostoją dla mchu. Kiedyś między budynkiem a torem stał semafor kształtowy, teraz rządził tam starannie pomalowany kolorofon blokady samoczynnej. Brzydactwo. Chciałem odszukać tarczę. Od czasu katastrofy szlakowa wzrosła do 90 km/h i wycieczka po mokrym torze mogła się źle skończyć. Szczególnie, iż linia kładła się w lekki łuk. Zabawiłem się w odkrywcę nieznanego szlaku. Bez maczety wymiękłem po 2 metrach i mimo niebezpieczeństwa wróciłem na tor. Wolałem to od kolców w… Natrafiłem w końcu na podstawę tarczy w przepisowej odległości. Kolorofon był ledwie widoczny z tego miejsca. Mimo to maszynista w tamtych czasach, był w stanie pokonać łuk i dostrzec semafor.

Wróciłem na miejsce rozebranego budynku. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Błąd człowieka prowadzącego skład osobowy wyglądał na pewny. Tak na razie musiało pozostać. Chłopaki z drogowej byli punktualni. Wgramoliłem się do ciepłej kabiny i ruszyliśmy w kierunku Krobi. Przy dojeździe do nastawni jeden z robotników klepnął mnie w ramię.

– To tu… – wskazał obiekt za szybą. Harmonię zielonej ściany lasu burzył samotny biały krzyż. Na jego ramionach zgromadziły się liczne krople rosy. Przypominały łzy.

1950 — Krobia.

Ty246 ciężko szarpał sprzęgami. Koła co rusz wpadały w poślizg. Nie pomagał piasek obficie podawany z piasecznic. Skład opornie szedł do przodu. Zatrzymany pod wjazdowym miał duże kłopoty z ruszeniem. Wszystkiemu winna rosa i jesienne liście. Maszynista wściekły miotał się w kabinie szarpiąc przepustnicą. Nie widział wybiegających z nastawni ludzi. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Jeden wskoczył na schodki rozgrzanego parowozu. Bezceremonialnie wpadł do środka budki.

– Szybciej!!! Na Boga, rusz ten skład, człowieku!!! 12157 minął posterunek odstępowy i wjechał na odstęp!!! – darł się w niemiłosiernie.

Maszynista zrozumiał przesłanie i pobladł. Zdołał tylko wydusić:

– Dawaj malutki, proszę Cię na wszystkie świętości…!

Ty246 musiał być niepraktykujący. Koła znowu wpadły w poślizg. Dyżurny biegł po przeciwnym torze. Potykał się co chwilę i gubił części umundurowania. Nagle wywrócił się. Boleśnie uderzył łokciami o tłuczeń. Mimo bólu szybko podniósł się. Jego oczy na moment musnęły sygnały. To co ujrzały było wstrząsające. Do dyżurnego podbiegł jego zastępca.

– Tarcza!!! – wrzasnął dyżurny – Ty246 nie wjechał jeszcze na przycisk!!! – dyszał ciężko. – Tarcza! Wracaj i opuść tarczę!!!

Mężczyzna zrozumiał. Towarowy nie wjechał na odcinek odpowiedzialny za opuszczenie semafora na Sr1. Tarcza poprzedzająca wjazdowy wskazywała wolną drogę. Można ją było opuścić tylko ręcznie z nastawni. Do niej zbliżał się osobowy 12157. Droga dla niego miała cholernie sprzeczny przebieg. Dyżurny biegł nadal. Do tarczy miał jakieś dwadzieścia metrów, gdy usłyszał dźwięk 12157. Już wiedział, że nie zdąży, mimo to próbował. Szaleńczo wymachiwał rękoma w nadziei, że go obsada osobowego zauważy…

1950 — Siciny.

Na posterunku odstępowym zadzwonił telefon. Pracownik z obawą przytknął słuchawkę do ucha.

– Tu Krobia, odstęp zablokowany! Powtarzam – odstep zablokowany, osobowy 12157 najechał na tył towarowego!…

Pociemniało mu w oczach. Nogi stały się wiotkie jak u nowo narodzonego. Musiał podeprzeć się ręką o stojący obok stolik.

– Siciny, zrozumieliście! Potwierdź!

– Siciny! Potwierdzam! Czy maszynista…?!

– Nie wiem do kurwy nędzy, mamy tu piekło, nic jeszcze nie wiem, istna masakra…

Połączenie urwało się. Mężczyzna jeszcze długo stał przy stoliku. W końcu wyszedł przed posterunek i sprawdził stan semafora odstępowego. Wskazywał Sr1. Mężczyzna otworzył magazynek sygnałowy. Wywlekł stamtąd tarczę zatrzymania. Ciągnął ją za sobą na środek toru. Potem rozpoczął mocowanie. Na samym środku…

2003 — Krobia.

Wina maszynisty była ewidentna. Ten facet musiał być ślepy. Zupełnie zawiódł go instynkt. Wrąbał się bez zająknięcia w towarowy. Wydawać by się mogło, ze obrzydła mu zupełnie ludzka egzystencja. Tylko dlaczego zabrał ze sobą pięćdziesięciu siedmiu pasażerów nieszczęsnego pociągu? Prawie czterdzieści lat służby, nienaganny przebieg. Kryształowy przykład człowieka, dla którego praca była wszystkim. Maszyna, którą dowodził, miała niski wskaźnik awaryjności. Zawsze lśniąca i dopieszczona pochłaniała kilometry, aż do feralnego dnia. Emerytura i spokój domowego ogniska był w zasięgu ręki. Ten maszynista nie miał prawa w taki szczeniacki sposób się pomylić. Uniosłem wzrok nad torowisko. Biały krzyż lekko opalizował we wschodzącym słońcu. Jeśli nie człowiek to co? Może córka maszynisty nieco rozjaśni ten lepki mrok?

2003 — miasteczko 6 km za Krobią.

W domku unosił się zapach stęchlizny. Malutki pokoik przyprawiał o klaustrofobię. Starsza pani pozwoliła mi obejrzeć pamiątki po ojcu. Zdjęcia z lokomotywą, odznaczenia i książki. Było tego mnóstwo. Zawsze ten sam motyw. On w starannie wyprasowanym mundurze i parowóz.

– Kochał go… – słowa kobiety wyrwały mnie z transu.

– Słucham?

– Kochał ten parowóz, jak nikogo na świecie. Zawsze była ONA, cholerna lokomotywa!

Zamarłem i spojrzałem na twarz mówiącej. Usta zmieniły się w wąską linię a w oczach miała łzy.

– Mówił o tej kupie żelastwa z taką czułością, zawsze pamiętał daty smarowań i przeglądów – głos starszej pani łamał się. – Nigdy nie wiedział, kiedy mam urodziny. Mama tego nie wytrzymała i odeszła. Nie przyszedł nawet na jej pogrzeb, bo ONA miała awarię i musiał dopilnować napraw. Byłyśmy tylko dodatkami mogącymi wyprasować mundur i zrobić kanapki. Zabierał je w milczeniu, nigdy nie mówił do widzenia. Przynajmniej my z mamą tego nie słyszałyśmy. Ale jedno wiem na pewno, on nie zabił tych ludzi z własnej winy! Nie naraził by JEJ na zniszczenie świadomie. Był w tym dobry…

Przeniosłem wzrok na stosy książek.

– Czy ojciec dużo czytał?

– Mnóstwo, lecz któregoś dnia przestał. Gdy spytałam dlaczego, urządził mi karczemną awanturę, więc już nie pytałam.

– Aha – odpowiedziałem.

Kryształ był nieco brudny w środku. Nadal nic nie wskazywało na winę lub jej odkupienie. Pożegnałem starszą panią i ruszyłem dalej. W zasadzie to dreptałem w miejscu.

2003 — Krobia.

Siedziałem przy stoliku stacyjnego bufetu popijając herbatę. Przeglądałem jeszcze raz dokumenty w nadziei, że na coś trafię. Nic z tego. Pustka. To śledztwo należało zakończyć już na tym etapie.

– Pan jeszcze w tych papierach? – młoda bufetowa, ni to zadała pytanie, ni to stwierdziła fakt. Nie mogłem rozróżnić.

– Ano – odpowiedziałem enigmatycznie jak ćwierćinteligent bez tej ćwierci.

Być może zafascynowała mnie uroda tej pani. Prosta lekko owalna twarz i mocne ciemne włosy o nieustalonym naturalnym odcieniu. Musiałem ją czymś zachęcić, bo przysiadła się do mnie i wzięła do ręki część papierów.

–  O to chodzi… – uśmiechnęła się, zęby zabijały bielą – Wie pan, co ludziska gadają?

Nie obchodziło mnie to, ale pragnąłem jeszcze nacieszyć oczy widokiem młodej buzi.

– Tak?

– Że jak parowóz mijał posterunek Siciny, to maszynista patrzał prosto w oczy dyżurnemu, tak jakby wiedział, że jedzie po śmierć… Brrrr, straszne – wstrząsnęła całym ciałem.

Patrzył w oczy dyżurnemu! Maszynista musiał potwierdzić obecność pracownika na sicińskim posterunku, inaczej sygnał tracił ważność. Patrzył w oczy!

– Przepraszam, masz rację, Piękna – stwierdziłem. Nie bardzo wiedziała o co chodzi.

Przekładałem wściekle papiery. Jeden za drugim. Wreszcie znalazłem zeznania dyżurnego z Sicin – Maszynista 12157 wychylony przez okno zamachał mi ręką… – co jest grane? – tak, jakby mnie widział…. A może nie?! Badania okresowe! Znalazłem kartę ojca starszej pani. W rubryce okulista widniała pieczątka lekarza z pobliskiego Leszna Górnego. Dopuścił do jazd bez ograniczeń. Coś tu śmierdziało.

– Słuchaj Piękna.

– Niech pan tak do mnie nie mówi! – zarumieniła się.

– Dlaczego? Kłamię?

– Nie… nie wiem… zresztą mam na imię Agata.

– Więc, Agato, gdzie robisz badania okresowe?

Zdziwiła się.

– Jak to gdzie? W Krobi. Tam jest ośrodek, wszyscy tam robią.

– Maszyniści też?

– A owszem,

– A nie w Lesznie Górnym?

– Nie, tam nie ma lekarza… Znaczy… jest stary okulista, ale on nie praktykuje.

– Aha! Agatko, jesteś aniołem – zacząłem zwijać papiery – dzięki za herbatkę, muszę spadać.

Wybiegłem zostawiając to cudo lekko zdziwione. Kierunek – ośrodek zdrowia w Krobi.

Dotarłem tam niemal natychmiast. Na szczęście okulista dopiero zaczynał pracę. Przerwałem mu przygotowania i przedstawiłem się. Wyjaśniłem o co mi chodzi.

– Z tego, co pamiętam, wtedy jako okulista pracował tu stary Kozioł, on musiał być jego pacjentem. Zresztą nigdy nie wypisał się z naszego ośrodka. Panie w rejestracji powinny mieć jeszcze jego kartę.

Zszedłem na dół. Kobieta właśnie odkładała słuchawkę od telefonu.

– Doktor mi powiedział, czego pan szuka… proszę chwilę poczekać

Chwila zamieniła się w piętnaście minut. Lecz warto było.

– Mam. Oto teczka tego maszynisty.

– Mogłaby mi pani wskazać, gdzie są wpisy od okulisty?

– Moment… – przekładała zakurzone kartki – o tu.

Wziąłem pożółkłą kartkę. Nabazgrane coś tam było niewyraźnym pismem. Udałem się znowu do okulisty. Tym razem już warczeli na mnie pacjenci. Trudno, taka praca.

– Doktorze, proszę o wyjaśnienie tej frazy – wskazałem na pismo, – to bardzo istotne.

Lekarz chwilę czytał niewyraźne litery.

– Z tego wynika, że pacjent cierpiał na rodzaj jaskry. Występuje u wielu ludzi w tym rejonie, efekt działania pobliskiej huty metali kolorowych. Szybko tracił wzrok, lecz oko nie bielało.

– Aha, i jaka była decyzja okulisty?

– A jaka mogła być? Tu pisze u dołu „nie dopuszczam pod żadnym pozorem do jazd”.

– Mimo to jeździł – szepnąłem.

– Niemożliwe! – oponował lekarz.

– A jednak proszę – podałem mu akta. Czytał i twarz mu bladła.

– On wtedy był niemal całkowicie ślepy! – podsumował.

Zebrałem papiery i zostawiłem doktora z jego pacjentami. Pozostało mi jeszcze wyjaśnić jak to się stało, że skład prowadził niewidomy maszynista. Wróciłem do starszej pani. Kobieta wyczuła mnie na odległość.

– Już?

– Tak, ale nie tak jak pani myśli. Kim był dla pani ojca – podałem nazwisko okulisty z Leszna Górnego.

– Wieloletnim przyjacielem… – odpowiedziała starsza pani.

– Aha…

– Stało się coś niedobrego?

– Bardzo. Pani ojca zabiła ONA, a w zasadzie jego miłość do NIEJ. Proszę wyjechać stąd, jeśli pani może. Ojciec był winien śmierci tych ludzi. Zabił ich dla NIEJ, tak bardzo JĄ kochał. Zrobili to razem, on i jego wieloletni przyjaciel – szanowany lekarz z Leszna Górnego.

Zostawiłem ją samą z myślami. Nie płakała, może nie miała już sił.

2003 — Leszno Górne.

W willi doktora odbywał się bankiet. Wszedłem bez pukania. Mijałem wystrojone kobiety i mężczyzn. Wszyscy patrzyli spode łba. Gospodarz opowiadał o jakieś operacji śmiejąc się serdecznie, wtórowali mu zgromadzeni obok. Na mój widok ucichli. Przedstawiłem się. Ktoś zakpił z mojego prostego ubioru.

– Będzie pan tory układał w moim domu? – spytał starszy pan.

– Nie, panie doktorze. Przyszedłem spytać, dlaczego morderca pięćdziesięciu siedmiu istnień tak dobrze się bawi?

Milczenie. Starzec pobladł. Jakiś młokos ruszył do mnie z pięściami.

– Licz się pan…

– Zostaw, ma rację… – przerwał mu.

– Badałeś go wtedy? – spytałem

– Nie. Wypiliśmy koniak i wypisałem zaświadczenie. Ponoć ten w Krobi robił mu na złość.

– Nie robił, nie dopuścił go do jazd!

– Nie mogłem mu odmówić. Jeśli badałeś tę sprawę, to sam wiesz dlaczego. ONA.

– Na dworze czeka samochód z policjantami, wyjdź sam.

– Nie martw się, w pewnym sensie dobrze, że to wypłynęło, kiedyś musiałem zapłacić.

Nie komentowałem, tylko poczekałem na doktora w policyjnym wozie. Całą drogę milczał.

2003 — Jaworzyna Śląska, skansen.

Odnalazłem JĄ. Ta sama. Stała lekko zniszczona na bocznym torze. Wdrapałem się do kabiny i położyłem rękę na zimnej przepustnicy. Dookoła był tylko wiatr. Głośno zadałem pytanie:

– Warto było?

Ścisnąłem rękojeść przepustniy. Wróciły obrazy sprzed katastrofy w 1950. Lśniąca maszyna połykająca kilometry… Ciepło bijące z rozgrzanego kotła…

I już nie umiałem sobie odpowiedzieć na zadane wcześniej pytanie tak jednoznacznie, jak przed wejściem do budki.

Wrocław, 3 listopada 2003r.

Powrót do listy opowiadań  2003r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *