Wszystko zaczyna się od wagonu, a tak naprawdę to, braku oznaczeń na nim. Ale po kolei…
Dostaliśmy plan manewrów na dziś. Rozpisane roboty na wschodnim skrzydle górki. Nie było tego dużo. Dwa próżne składy i jeden pełen do obróbki. Drużyna przysposobiła się do roboty ociężale. Trudno nam się było dziwić. Był poniedziałek, górkę zasnuwała mgła, było zimno, ślisko i nieprzyjemnie. Wiosna walczyła z niedobitkami armii zimy. Robiła to niezbyt skutecznie. Niechęć robienia czegokolwiek, była więc po trosze usprawiedliwiona.
Nasza drużyna składała się z czterech chłopa. Średniego wzrostu, niczym nie wyróżniającego się Józka. Pełnił on rolę hamulcowego i płozowego zarazem. Wysoki i chudy Marian, noszący na nosie stare posklejane czarne okulary, był przedstawicielem manewrowych. Zawsze spokojny i zrównoważony, słowem mężczyzna do rany przyłóż. Kobiety lubiły jego towarzystwo, lecz on pozostawał wierny swojej żonie, którą wielbił ponad wszystko. Do manewrowych należał tez silny Tomasz. Nazywaliśmy go tak, bo facet miał stal zamiast mięśni. Kiedyś na bocznicy, ku uciesze okolicznej gawiedzi przepchnął dwie platformy wyładowane gruzem bez nadmiernego wysiłku. Całością tego zespołu kierowałem ja. Moja fucha to, kierujący manewrami na odcinku Zf12.
Uzbroiwszy się w potrzebne narzędzia i papiery wyruszyliśmy na górkę. Ostrożnie, żeby nie najechało na nas, coś w tej porannej mgle, dotarliśmy do celu. Rozrząd pierwszego składu poszedł sprawnie i nadzwyczaj szybko. Józek przechodził samego siebie. Tak zgrabnie umieszczał płozy i hamował wagony, że wszystko szło jak w zegarku i bez kolizji. Pierwszą część drugiego składu obrobiliśmy w godzinę. Potem zaczęły się problemy. Józek wspiął się na szczyt górki, aby zbadać pozostałe wagony. Przywołał mnie przez szczekaczkę chwilę po. Wskazywał ręką na dwuosiowy kryty wagon. Odsapnąwszy lekko spytałem:
-Co jest ?
-Nie ma żadnych oznaczeń, i manifest ktoś odkleił od pudła, co z nim?
Zdziwiłem się. Wagon bez oznaczeń to naprawdę wymarły gatunek. Sięgnąłem do kopii manifestów, które miałem przy sobie. Wszystko się zgadzało, ale tego wagonu nie było w planie.
-Mam jego numer szefie- Józek wskazywał na obłupaną tabliczkę znamionową.
-Dawaj- mruknąłem nie odrywając oczu od papierów.
-22440, chyba nie nasz.
Rozpocząłem szukanie dyspozycji po numerach jednostek. Dwuosiowa 22440 nie figurowała w rozkazach.
-Zaplombowany szefie jakimś lakiem- Józek badał wagon dokładnie.
-Nie rusz plomb, będzie awantura- upomniałem go.
Sięgnąłem po radiotelefon i wywołałem dyżurnego.
-Panie dyżurny, tu kierujący Zf12, mamy tu jednostkę 22440 bez żadnych oznaczeń, mam braki w rozkazach.
-Jaśniej Zf 12!
-Nie mam rozkazów do dwuosiowej jednostki 22440, a manifest zmył się z pudła.
-Niedobrze- zafrapował się dyżurny- Sprawdź jeszcze raz manifesty!
Jeszcze raz przekartkowałem posiadane papiery.
-Nie mam go w wykazie- piałem do radia.
Dyżurnego zamurowało. Chciał mieć te manewry za sobą, a tu taki kisiel. On też cierpiał z powodu poniedziałku, mgły i wiosennego przesilenia.
-Spuść go na boczny 12, potem się nim zajmiecie.
Wagon blokował nam robotę, więc chętnie przystałem na tą opcję. Józek z Tomaszem zeszli na dół przygotować dwunastkę. Pchnięty 22440 rozpoczął drogę w dół. Na pierwszej iglicy zapiszczał i odbił posłusznie w bok. Wydawało mi się, że idzie nieco za szybko, ale może to wina początku tygodnia. Na drugiej iglicy wydarzyło się nieszczęście. Pierwsza oś wagonu wyskoczyła z szyn. Pozbywszy się stalowych prowadnic 22440 orał podkłady do następnej iglicy. Tam uderzywszy o przeszkodę wywrócił się. Pudło pękło z głośnym hukiem. Z wnętrza niczym rozerwanego brzucha wysypały się szklane słoje. Rozpryskiwały się o tłuczeń. Ostoja wagonu obróciła się dwukrotnie i zamarła. Za nią tor pokrywało szkło. Całe góry szkła.
Znowu użyłem radia:
-Dyżurny, przerwa w manewrach, 22440 wywrócił się czekam na instrukcje.
Ktoś brzydko przeklął z tamtej strony.
-Niczego nie ruszajcie, zabezpiecz resztę taboru od zbiegnięcia i czekajcie na wypadkową.
-Zrozumiałem.
Skinąłem na chłopaków, którzy przyglądali się szklanej stłuczce. Nie pierwszy i nie ostatni wagon tak skończył. Szlag mnie trafiał dlatego, że zanim przybędzie komisja upłynie sporo czasu a robota stoi. Będziemy tyrać do późna.
-Józek, zabezpieczcie resztę taboru od zbiegnięcia, mamy fajrant do przybycia wypadkowej, ja skoczę na nastawnie papiery wypełnić.
-Kurcza szefie, tylu słoików to ja jeszcze nie widziałem, robi się, a szef niech odnajdzie tego 22440, ciekawe czyj towar poszedł się walić?
-Mnie to wafel Józek, dziś znowu późno na chacie- Jęknął Tomasz i zgarnąwszy Józka przystąpili do zabezpieczania taboru. Udałem się do dyżurnego uporządkować ten cały bajzel.
W nastawni wypełniłem masę papierów związanych ze zdarzeniem kolejowym. Kartę rozrządową i wiele innych tabel. Dyżurny szukał zawzięcie papierów do 22440. Nadaremnie. Komisja wypadkowa przybyła dopiero o dwunastej. Szybko odnaleźli przyczynę wykolejenia- pękniętą szynę. Gdy to usłyszałem, migiem przejrzałem wytyczne od służb drogowych, które dostałem rano. Nic w nich nie było o wyłączeniach.
-Obeszliście rejon manewrów?!- spytał dyżurny.
-Jasne- odparłem.
Wprawdzie była to czysta fikcja, ale konieczna. Wiem, że powinniśmy obejść rejon manewrów, ale dziś był poniedziałek. Zresztą pękniętej szyny i tak w tej mżawce, bym nie wypatrzył. Rejonu obchodzić mi się nie chciało, zresztą nikt tego nie robił. Za stan szyn odpowiedzialna była drogówka. O regulaminowych uchybieniach w podejmowaniu służby wiedziałem tylko ja i moi ludzie. Więc tak naprawdę nikt. Panowie z komisji wstrzymali manewry i zawezwali drogowców. W końcu to oni spaprali robotę. Mieliśmy jako drużyną przynajmniej dwie godzinki luzu. Powoli ściągnęliśmy do swojej służbówki. Zacząłem parzyć kawę w czajniku z logo PKP. Chłopaki rozsiedli się w poplamionych fotelach i omawiali wydarzenia z górki.
-Ale tłuczki…-stwierdził Józek
-Same słoiki, ciekawe po co tak mocno podokrecane ?- dumał Tomasz.
-Skąd wiesz?- spytałem odrywając się od czajnika.
-Nie widział szef? Wszystko się pobiło a nakrętki gwintu trzymały jak przyklejone.
-Pierun, wagon bez oznaczeń, dziwne- mruknął Marian poprawiając posklejane okulary.
Rozlałem czarny napój. Dyskusja ucichła. Wszyscy zajęli się piciem. Mijały minuty bezczynności, potem godziny. Po trzech zatrzeszczało radio.
-Macie jeszcze luz, drogowcy ściągają dźwig do podniesienia 22440- oznajmił dyżurny.
Przyjęliśmy tą informację z mieszanymi uczuciami.
-Kurwa niech się pośpieszą, nie będę tyrał do północy!!!- krzyknął nagle Marian.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego. Nie byliśmy przyzwyczajeni do takich reakcji z jego strony. Zawsze spokojny i ułożony Marian, rzadko unosił glos, a co dopiero przeklinał. Ten wybuch nie pasował do niego.
-Spokojnie- Tomasz nieco się przestraszył.
Marian wstał i cisnął blaszanym kubkiem w kierunku zlewu. Fusy po kawie rozbryzły się po kafelkach.
-Boli mnie głowa, nie będę gnił w robocie!- krzyczał
Pochodził trochę po kanciapie i wyszedł na zewnątrz trzaskając drzwiami.
-Odbiło mu?!- spytałem
Odpowiedziała mi cisza. Nie tylko ja byłem zaskoczony. Nikt nie wyszedł za miotającym się Marianem.
Drogowcy zakończyli pracę, gdzieś koło szesnastej. Zamknęli pół górki. Dźwig ustawił rozbite pudło, na wepchniętą wcześniej na szyny, ostoję i całość zepchnięto na tor boczny. Jednostka 22440 miała tam stać do ustalenia właściciela. Wróciliśmy do pracy. Niestety nie szło już tak sprawnie jak rano. Między chłopakami coś iskrzyło. Najpierw błąd popełnił Józek. Źle przyłożona płoza odpadła i rozpędzony wagon wynurzył się z mżawki tuż przed Tomaszem. Silny ledwie uskoczył przed nim. Platforma z hukiem wyhamowała na reszcie składu.
-Może byś tak kurwa uważał!!! wrzasnął Tomasz. Ręce mu się trzęsły a twarz poczerwieniała.
-To ty uważaj cielaku, nie stoi się na torach podczas roboty!- odparował niespodziewanie Józef.
Chłopaki skoczyli ku sobie. Zdumiony nie mogłem wydusić słowa. Jak pracujemy dwadzieścia lat, nigdy nawet nie burczeli na siebie a teraz? Ruszyłem na dół i rozdzieliłem ich.
-Panowie co się z wami dzieje!- pchnąłem Józka, ten upadł na tory- kończymy tę robotę i spadamy do domu!- odwróciłem się do Tomasza i zacisnąłem pięści- Jasne!?
Chyba przesadziłem z siłą głosu i furią. Nie poznawałem sam siebie. Nigdy na nich nie krzyczałem. Teraz patrzeli na mnie zdumieni.
-Jasne szefie, -Józef podniósł się z toru obolały- tylko nie bij pan więcej!
-Spieprzaj na swoje miejsce!- syknąłem
Cofnął się i zrobił to co mu kazałem. Zaczęła boleć mnie głowa. Skończyliśmy zestawiać składy koło dwudziestej. Na dworze zapadł zmrok. Puściłem drużynę do domów. Marian powlókł się ze straszliwym bólem głowy. Ja też czułem się nielepiej. W nastawni spisałem raport i zdałem dokumenty dyżurnemu.
-Co jest Covalus?- spytał on, widząc moją zbolałą minę.
-Strasznie boli mnie głowa, a te skurwysyny i nieroby dały popalić, na bitki im się zbierało.
Dyżurny również nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Nigdy nie usłyszał ode mnie złego słowa na chłopaków. Miałem to głęboko w dupie. Należało się im. Zresztą strasznie bolała mnie głowa. Makabrycznie…
Marian dotarł do domu koło dwudziestej drugiej. Żona cierpliwie czekała nań z obiadem, jak zawsze od czasu ślubu. Kochała swojego chuderlaka nad życie. Chudy wtoczył się do domu gubiąc rzeczy w przedpokoju. Usiadł ciężko w kuchni za stołem nie zdejmując butów. Ukrył twarz w dłoniach.
-Coś nie tak w pracy?- spytała cicho kobieta mieszając zupę.
Marian milczał nie odrywając dłoni od twarzy. Słowa żony były jak szpila wbijana w mózg, bolały.
-Zamknij się!- mruknął twardo.
Kobieta ze zdumienia upuściła łyżkę. Od czasu ślubu nie usłyszała z ust męża złego słowa. Kochała swego Mariana miłego i grzecznego. Ten za stołem taki nie był. To nie jej mąż. Zaczęła się bać.
-Marian, chcesz do zupy chleba?- zapytała cichutko.
Dla Mariana za głośno. Tysiące szpil eksplodowało w jego głowie. Czerwień zasnuła mu źrenicę. Ręce zaczęły drżeć jak w febrze.
-Strasznie boli mnie głowa suko- zacisnął dłonie w pięści.
-Marian co się dzieje?!- kobieta cofnęła się do tyłu.
Chudy wstał wywracając stół. Jego oczy były przekrwione. Z ust ściekała ślina przeźroczystymi pasmami. Dopadł małżonki, jak dziki wąż w nieokiełznanej furii. Chwycił ją za poły sukienki i podniósł do góry. Miał niesamowitą siłę. Ona nawet nie krzyczała. Strach odebrał jej mowę. Marian cisnął sztywne ciało na przeciwległą ścianę.
-Strasznie boli mnie głowa!- wrzeszczał na całe gardło.
Kobieta nie zdążyła osunąć się na podłogę, gdy znów był przy niej. Chwyciwszy za włosy zaczął uderzać jej głową o betonową ścianę. Powtarzał tylko jedno zdanie:
-Boli mnie głowa
Raz, drugi i trzeci. Ściana pokryła się piekielnymi wzorami. Chudy, gdy już nie miał za co trzymać, znów ukrył twarz w dłoniach. Z pomiędzy palców ściekała mu krew i sterczały odłamki kości przystrojone tkanką mózgową. Po godzinie podszedł do tej samej ściany. Cofnął czoło do tyłu. Potem uderzył z całej siły. Nacierał na betonową przeszkodę jak wściekły szczur w klatce na metalowe pręty. Czarne okulary rozpadły się w drobny mak. Walił tak, dopóty jego głowa nie eksplodowała jak dojrzały arbuz…
Rano ledwie mogłem wstać. Moja głowa pękała w szwach. Dowlokłem się na stację. Dyżurny był blady jak ściana.
-Dzwonili z Milicji, Marian…
Niewiele docierało do mnie. Ból zasnuwał moje oczy lekką czerwona mgłą. Zebrałem rozkazy i wyszedłem do swojej służbówki. Już z daleka dojrzałem kordon zdenerwowanych pracowników. Przedarłem się przez zbiegowisko i zamarłem. Na niewielkim chodniczku pod oknem, twarzą do ziemi, leżał Józek. W jego plecy wbity był kilof.
-Próbowaliśmy go ratować, na darmo- tłumaczył jeden z pracowników.
-Zamknij się!- ryknąłem- Strasznie boli mnie łeb
Ukląkłem przy Józku. Kilof przeszedł na wylot i ugrzązł głęboko w chodniku. Trzeba było nieludzkiej siły, aby tak nim miotnąć. Tylko jeden z moich ludzi ją posiadał. Wstałem i wlazłem do dyżurki. Tomasz leżał w rogu i trzymał się za głowę. Obok niego leżał dwudziesto kilowy młot do wbijania czopów. Z kącików jego ust ciekła ślina.
-Szefie strasznie boli mnie głowa- szeptał.
-Spokojnie mnie też- usiłowałem zapanować nad swoim cierpieniem.
Coś przeleciało nad moim uchem. Pęd powietrza zwalił mnie z nóg. Ceglany pył zasnuł lico. Tomasz kopnąwszy mnie w bok wybiegł z kanciapy. Podniosłem się. Młot sterczał głęboko wbity w ścianę. Wyszedłem na zewnętrz. Ludzie coś krzyczeli. Tomasz biegł na przełaj, przez torowisko ukrywając twarz w dłoniach. Nie zauważył towarowego. Lokomotywa uderzyła go i wciągnęła pod spód. Skład z piskiem zaczął hamować. Gdzieś daleko pod nim, leżało zmaltretowane ciało manewrowego. Wróciłem do nastawni. Dyżurny dał mi tabletki od bólu głowy. Zjadłem całe opakowanie. Wróciłem do rzeczywistości, przynajmniej na chwilę.
-Muszę przejrzeć papiery i znaleźć ten cholerny wagon, od niego to się zaczęło.
Dyżurny nie oponował i dał mi komplet manifestów. Uciekłem z nimi do pomieszczenia na narzędzia. Chyba mnie szukano, lecz miałem to gdzieś. Ból wracał i musiałem zdążyć przed nim. Straciłem poczucie czasu. Nadszedł wieczór a ja jeszcze nic nie miałem. Zżarłem jeszcze jedno pudełko tabletek. Ręce mi drżały jak w delirium. Na biurko narzędziowego, z mych ust, skapywała ślina. Wreszcie znalazłem właściwy manifest. Nie było nań nadawcy. W rubryce ładunek po lewej stronie skreślono: 100 SZKLANYCH POJEMNIKÓW ZAMYKANYCH CIŚNIENIOWO. Po prawej zaś w rubryce zawartość: SZALEŃSTWO. W uwagach ktoś dopisał ołówkiem- OSTROŻNIE PRZETACZAĆ, ZAKAZ PRZEJAZDU PRZEZ GÓRKĘ MANEWROWĄ. Pod polem nadawca, w którym wpisano firmę z Rumuni, umieszczono literę P w kwadracie.
Wpatrywałem się w manifest przez dłuższą chwilę. Głowa znów zaczęła pękać w szwach. Nie panowałem nad ślinotokiem. Wstałem i ze ściany zdjąłem szpadel. Pilnikiem ostrzyłem jego brzegi przez godzinę. Gdy rozciąłem sobie dłoń, stwierdziłem, że dobrze wykonałem swoją robotę.
Dlaczego dyżurny mnie nie ostrzegł? Przez tego skurwysyna boli mnie głowa. Zapłaci mi za wszystko. Czerwona mgła zasnuwała mi oczy. Wyszedłem na zewnątrz. W oddali jaśniały niewyraźne kontury nastawni.

Wrocław 15.04.03r.

Powrót do listy opowiadań  2003r.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *